Naoshima

naoshimaaaa

Jakiś czas temu zobaczyłem Naoshimę usypaną z trocin na wystawie poświęconej słynnemu japońskiemu architektowi Tadao Ando. Z wiórów wystawały delikatne, drewniane modele budynków, głównie muzeów. Zapragnąłem tam pojechać.

Każda wyspa, zwłaszcza tak niewielka jak Naoshima, ma w sobie coś romantycznego. Naoshima wymaga osobnej wyprawy – samolotem, pociągiem, a już zupełnie obowiązkowo – promem. Znajduje się nieco na uboczu turystycznych szlaków, ale już dawno została wpisana w przewodniki po Japonii jako jedna z głównych atrakcji kraju. Bo Naoshima to wyspa sztuki współczesnej (sztuka w służbie turystyki). Głośne nazwiska działają jak zaklęcia – od Claude’a Moneta, przez Yayoi Kusamę, po – to najsilniejszy magnes – Tadao Ando. Nie tylko o nazwiska i nie tylko o sztukę tu jednak chodzi.

Jeszcze z promu dostrzega się czerwoną kropkowaną dynię Kusamy. Stąd art-turyści wyruszają na eksplorację Naoshimy – rowerami i niewielkimi busami. Na wyspie, którą da się objechać rowerem w godzinę, znajduje się kilka muzeów, a całe założenie rozlało się także na dwie mniejsze wyspy.

plazanaoshima

cafekonichiwa

Jak większość osób, zaczęliśmy zwiedzanie od końca artystycznego szlaku, od Chichu Art Museum. To muzeum podziemne. Na zdjęciach lotniczych prezentuje się efektownie – spomiędzy zieleni wyłaniają się betonowe, kwadratowe i trójkątne otwory. Zwiedzając muzeum takich widoków się nie doświadczy. Muzeum przypomina raczej betonowy grobowiec. Surowość tej architektury wręcz przytłacza. Szaro i chłodno.

Samo doświadczenie tego budynku wprawia widzów w specyficzny, uroczysty nastrój. Muzeum powstało z myślą o wyeksponowaniu obrazów Claude’a Moneta, ale zaproszono też dwóch amerykańskich artystów, Jamesa Turrella i Waltera De Marię, którzy stworzyli nowe prace, w ścisłej współpracy z architektem, Tadao Ando. Efektem jest muzeum-świątynia.

Muzea często porównuje się do kościołów, ale Chichu Art Museum to świątynia do kwadratu. Dokładnie zaprojektowano, jak sztukę powinniśmy odbierać, jak się wobec niej zachowywać, a nawet – co powinniśmy przeżywać. Jeśli wobec kwadratowego fragmentu nieba wykrojonego przez Turrella nie doznamy katharsis, to chyba coś jest z nami nie tak. Jeśli w kaplicy nieistniejącej religii (De Maria) nie doświadczymy transcendencji, to najwyraźniej nie znamy się na sztuce. Później czeka nas jeszcze biała sala z nenufarami Moneta.

chichiartmuseum
Chichu Art Museum
IMG_3997
James Turrell

Starannie dobrano tu kolory ścian i niewielkich kostek włoskiego marmuru, z których wyłożono podłogę. W innych muzeach pewnie byśmy się do Moneta nie dopchali. Tu panuje cisza, liczba zwiedzających jest pod stałą kontrolą, a płótna należy kontemplować, gdyż – jak całe muzeum – „zapraszają nas do przemyślenia naszej relacji z naturą”.

Paradoksalnie, miałem raczej wrażenie, że projektanci muzeum, chcąc stworzyć idealne miejsce do kontemplacji sztuki, posunęli się za daleko. Od wejścia wpada się tu w rozbudowany system nakazów i zakazów. W odbiorze sztuki nic może nam przeszkadzać, sztuka ma zaś nam dostarczać przeżyć duchowych, niemal religijnych. Efekt bywa jednak odwrotny od zamierzonego. Zamiast duchowości miałem wrażenie opresji: nie mów zbyt głośno, zdejmij buty, nałóż kapcie, stań w kolejce, no i przede wszystkim: nie rób zdjęć. Dyscyplina muzealna wydaje się tu mieszać z kulturowym zdyscyplinowaniem Japończyków.

leeufan
Lee Ufan Museum

Podobnie jest w kolejnym muzeum na Naoshimie – dedykowanym sztuce Lee Ufana, założyciela ruchu Mono-ha. Sztuka tych artystów polegała na „nie-robieniu”. Ufan odrzucał sztukę przedstawieniową, skupiając się na samych właściwościach materiału. Szczególnie upodobał sobie kamienie. Tu zaproszono nas do medytacji, ale asertywnie odmówiliśmy.

Na chwilę mieliśmy dosyć sztuki, muzeów. Pociągnęło nas w kierunku plaży, gdzie złociła się w słońca piękna żółtka łódka. Obok stała czarna łódka z masztem, chociaż bez żagla. Złamaliśmy prawo zapalając papierosa (w Japonii to surowo zabronione w przestrzeni publicznej). Ale daliśmy się nabrać. Bo jakiś czas później okazało się, że te łódki to artystyczne rekwizyty – echo obrazu Jennifer Bartlett, który wisi w Benesse House Museum, położonym na skarpie.

naoshima2

obrazbenesse
Jennifer Bartlett

Benesse House to najbardziej tradycyjne z muzeów na Naoshimie, ale Ando zaprojektował je tak, by nieustannie toczyła się gra między tym, co na zewnątrz i tym, co w środku. Podobnie potraktowano tu zgromadzoną kolekcję. To nie tylko obraz Bartlett, który znajduje swe odbicie w rzeczywistości. Z okien i tarasów rozciągają się piękne widoki. Niektóre prace (np. Richarda Longa) znajdują się częściowo wewnątrz, częściowo na zewnątrz budynku. Ciekawa kolekcja prezentuje czołówkę światowych artystów.

Dopiero po zaliczeniu głównych muzeów przeszedł mi ten artystyczny dupościsk, który znam ze zwiedzania biennale i innych dużych imprez (czy oby na pewno zdążę wszystko zobaczyć?). Tymczasem na Naoshimie trzeba się wyluzować. Nie biec za sztuką, lecz pójść na plażę, sztuka i tak ciebie dogoni, nie da się od nie uciec. W muzeum się nie odpoczywa.

pawilon
Dan Graham
kotizaba
Karel Appel
hotel2
Benesse House

Przy jednej z plaż Cai Guo Qiang zbudował hot tub otoczony fantazyjnymi głazami. Dalej, niedaleko hotelu Benesse House, rozsypały się kolejne dzieła sztuki – tu podniosła atmosfera gdzieś pryska. Króluje tu kolejna, pomarańczowa dynia Kusamy, zabawne rzeźby Niki de Saint Phalle. A Karel Appel postawił kota na żabie.

Drugiego dnia program nie był już tak napięty. Honmurę, jedną z dwóch niewielkich miejscowości na Naoshimie, zwiedzaliśmy na spokojnie. Ando zaprojektował tu muzeum poświęcone własnej twórczości, ale ciekawsze jest kilka domów zamienionych w sztukę (Art House Project, 1998-2009). Niektóre dosłownie, jak była klinika dentystyczna przerobiona przez Shinro Ohtake w architektoniczny asamblaż.

Wszystko z zachowaniem szacunku dla tradycyjnej miejscowej zabudowy, wyciszone, delikatne. Tu też jest medytacyjnie (wodospady malowane przez Hiroshi Senju w tradycyjnej technice nihonga w domu rodziny Ishibashi, producentów soli). Nawet swe własne muzeum Ando zaprojektował tak, że przypomina jeden z drewnianych domów, jakich tu wiele, beton pojawia się dopiero w środku, a przestrzeń muzeum powiększył kopiąc w dół. Architekt stworzył też prosty czarny drewniany pawilon specjalnie dla pracy Jamesa Turrella „Backside of the Moon” (1999).

house
Shinro Ohtake
wodospady
Hiroshi Senju

„Druga strona księżyca” to najlepsza praca Turrella, jaką widziałem, nie tylko na Naoshimie. Wchodzi się do niej jak ślepiec, macając ściany. Obiecano nam, że po kilku minutach, gdy wzrok przyzwyczai się do ciemności, coś nam się ukaże. Czekałem, czekałem, i nic. Zwątpiłem. To olśnienie nie będzie mi dane, pomyślałem. Gdy jednak myśli rozbiegły się własnymi torami, pomieszczenie zaczęło nabierać kształtów dzięki niezwykle delikatnemu światłu, które okazało się być tam cały czas, nawet wtedy, gdy go nie dostrzegaliśmy.

Nie dane nam było odwiedzić Teshimy, kolejnej wysepki (znajduje się na niej „Archives du Coeur” Christiana Boltanskiego). Na Teshimę płynie się z Honmury niewielkim stateczkiem, który cumuje obok futurystycznej bąbelkowej poczekalni, zaprojektowanej przez biuro SANAA (Kazuyo Sejima). Lokalsi zostawiają tu swoje rowery.

turrell
Pawilon ukrywający dzieło Jamesa Turrella

Stworzenie wyspy dedykowanej sztuce współczesnej to nie lada przedsięwzięcie, projekt rozpisany na wiele lat. Dziś wszedł już w fazę dojrzałą. Za całym pomysłem stoi przedsiębiorca Soichiro Fukutake, który powrócił w te rejony po śmierci swego ojca, by przejąć stery rodzinnego biznesu. To on też zaprosił do współpracy Ando, wiedząc, że nazwisko architekta też przyciągnie tu miłośników sztuki. Żywił przekonanie, że sztuka może nieść zmianę. Chodziło mu jednak przede wszystkim o zachowanie ducha i sposobu życia tych kilku japońskich wysp. W latach 80., gdy rodził się pomysł na przyniesienie sztuki na Naoshimę, wyspy się w szybkim tempie wyludniały.

Fukutake pisze: „Nie jestem ani filantropem, ani krytykiem; jestem lokalnym biznesmenem […]. Cele naszej spółki (Benesse Holdings) stoją w sprzeczności z nastawionym na zysk kapitalizmem, który niedawno przeżywał globalny kryzys. […] Wierzę, że istnieją gospodarcze przesłanki dla kultywowania kultury i tworzenia społeczności, w których ludzie, także starsi, czują się użyteczni i doceniani”.

bable

Swoją koncepcję zarządzania nazywa „publicznym kapitalizmem”. Za Naoshimą stoi cały finansowy mechanizm. Fundacja opiekująca się wyspą jest głównym udziałowcem Benesse Holdings i czerpie zyski z dywidend. Prowadzi różnorodną działalność. Z jednej strony przyznaje nagrody na Biennale w Wenecji (w 2017 roku otrzymał ją Pannaphan Yodomanee), z drugiej – wspiera odtworzenie lokalnej produkcji ryżu na Naoshimie i sąsiednich wyspach.

Brzmi to utopijnie, ale zwiedzając Naoshimę czuje się, że to miejsce szczególne. Wieczorami ludzie gdzieś znikają. Ulice są puste, jak to na wsi. Biorę poprawkę na to, że przyjechaliśmy tu poza turystycznym sezonem (a i to turystów nie brakowało). Być może, gdy zwiedzających jest więcej, czar Naoshimy pryska.

Przed wejściem na prom powrotny, w niewielkim barze zjedliśmy smażoną flądrę, oglądając z właścicielami łyżwiarstwo figurowe.

fladra

kusamanaoshima
Yayoi Kusama

Czarny obraz Kumagaia Morikazu

morikazu1

Na wystawie Kumagaia Morikazu (1880-1977) w tokijskim Narodowym Muzeum Sztuki Nowoczesnej od progu uwagę przyciąga czarne, błyszczące płótno. Wokół wiszą pierwsze jego malarskie próby, dosyć typowe przykłady realistycznego malarstwa z początku XX wieku. I nagle monochrom? Wyprzedzający nie tylko Reinherdta, ale też Malewicza? Nic z tych rzeczy. Płótno Kumigaia po prostu sczerniało. A dziś intryguje, bo choćbyś się mu długo przyglądał, nie zgadniesz, co właściwie przedstawia.

To czarne płótno skrywa dramat. 9 maja 1903 roku Kumagai był świadkiem wypadku – młoda kobieta rzuciła się pod pociąg. Pięć lat później namalował „Przejechaną” (nie mogę znaleźć właściwego tytułu, został przetłumaczony na angielski jako „Roadkill”). Przedstawił ciało samobójczyni oświetlone kilkoma latarkami osób, które przyszły na miejsce tragedii. Temat obrazu uznany został za zbyt drastyczny i nie udało mu się go pokazać przez następne dwa lata. Obraz szybko jednak ciemniał, jak się dziś uważa – z powodu niefortunnego doboru pigmentów. Dlatego dziś wygląda jak monochrom.

Pozostały jednak szkice do obrazu, często opatrzone komentarzami artysty. Na jednym z nich Kumagai napisał: „Czerwone światło przejścia kolejowego – lampy policyjne – latarnie pracownika kolei i strażnika – piękne światła, piękna głowa po śmierci”. W tym wczesnym okresie swej twórczości Kumagai mierzył się z problemem obrazowania obiektów wydobytych z ciemności konkretnym źródłem światła. Pracując nad tym obrazem miał zasłonić żaluzje w swojej pracowni i malować w ciemności.

morikazu4

To, że obrazy potrafią sczernieć, wiadomo nie od dziś. Pod koniec XX wieku sensację wzbudziła restauracja Kaplicy Sykstyńskiej, której konserwatorzy przywrócili jaskrawe kolory i turyści nie mogli się przyzwyczaić do tego nowego widoku. Słynna „Straż nocna” Rembrandta wcale oryginalnie nie była nocna, lecz całkiem dzienna. Badacze twierdzą też, że „Mona Lisa” nie była tak opalona, jak dzisiaj, lecz dziecięco zaróżowiona. I nawet polscy katolicy mają swoją poczerniałą „Czarną Madonnę”. Zgodnym chórem twierdzą, że dobrze się skryć w jej ramionach.

Wystawa, na której zgromadzono ponad dwieście obrazów Kumagaia, nosi tytuł „Radość życia”. Malarz znany jest głównie z późniejszej twórczości – gdy operował bardzo żywymi barwami, prostymi, niemal dizajnerskimi formami. Dojrzałość stylu osiągnął późno, w latach 50. Sławę zdobył po osiemdziesiątce. W wieku 95 lat miał powiedzieć: „Mam nadzieję żyć wiecznie”. W starszym wieku malował to, co było mu bliskie, co miał pod ręką w swoim ogrodzie – rośliny, owady, ptaki, no i koty. Mnóstwo tu zabawy, humoru, tytułowej „radości życia”.

morikazu2

Ale także w dalszych salach co jakiś czas owa „radość” dostaje czkawki, pojawia się obraz jak drzazga, niekoniecznie monochromatycznie czarny. Kumagai jako długowieczny mężczyzna doświadczył w swym życiu wielu przeszkód, biedy, widział, jak odchodzą jego bliscy.

W 1928 roku umarł jego czteroletni syn Yo. W pół godziny Kumagai namalował ciało syna syna. To kolejny obraz, który wyróżnia się na wystawie. Wydaje się niedokończony, malowany szybko, impastowo. Malarz wspominał: „Zdając sobie sprawę, że Yo nie pozostawił po sobie nic na świecie, zacząłem malować jego twarz, ale szybko zrozumiałem, że maluję kolejny obraz; czując odrzucenie, przestałem”.

Hakone – muzeum na świeżym powietrzu

hakone 6

Jean Arp, Pepin Geant, 1937

Miejsce warte jednodniowej wycieczki – Hakone. Jadąc tu z Tokio, wpadasz jak śliwka w kompot w wir przysłowiowej japońskiej wycieczki. Całkiem niedrogi bilet pozwala na dojechanie tu z Tokio i korzystanie z wszystkich środków lokomocji w regionie. By doświadczyć tutejszej przyrody oraz zobaczyć jedne z najbardziej malowniczych widoków Góry Fidżi i jeziora Ashi, przesiadasz się z ekspresowego pociągu w kolejkę wąskotorową, z kolejki wąskotorowej w kolej linową (jak na Gubałówkę), potem kilka odcinków górską gondolą, statek wycieczkowy udający okręt piratów, autobus i pociąg powrotny.

Właściwie na nic innego nie starcza czasu, więc widoki podziwia się głównie zza okien środków transportu. Ale wybraliśmy się tu z Marcinem w trochę innym celu – na tym szlaku znajduje się bowiem Hakone Open-Air Museum, pierwsze japońskie muzeum sztuki na świeżym powietrzu, czyli po prostu – park rzeźby.

gora fiji

Muzeum istnieje od niemal półwiecza – otwarto je w 1969 roku – i dlatego momentami trąci myszką. Na siedmiu hektarach rozsianych jest ponad sto rzeźb i kilka pawilonów. To starannie zaplanowane artystyczne doświadczenie. Po przejściu betonowym tunelem przed naszymi oczami rozpościera się górski pejzaż. Ale po chwili wzrok kieruje się ku rzeźbom – w pierwszej kolejności Rodina i Moore’a, które jak gdyby nigdy nic stoją sobie na równo przystrzyżonym trawniku.

Jeszcze tydzień temu wszystko było przykryte śniegiem, teraz panują tu wyblakłe żółcie, niby jesienne, ale zwiastujące zbliżającą się nieuchronnie wiosnę. Wszak odwiedziliśmy Japonię przy okazji chińskich świąt, które obcokrajowcy nazywają Chińskim Nowym Rokiem, a Chińczycy po prostu – Świętem Wiosny. I w Hakone czuć już wiosnę.

hakone2

hakone 3

Kolekcja Hakone to klasyka XX wieku, zarówno międzynarodowej, jak i japońskiej rzeźby, w tym czołowych przedstawicieli awangardy, ale znalazły tu też swe miejsce rzeźby bardziej klasyczne, tradycyjne, figuratywne. Kilku artystów zostało w Hakone wyróżnionych szczególnie – w kolekcji dosyć dobrze reprezentowani są Moore, Medardo Rosso, Giuliano Vangi czy Japończyk Bukichi Inoue, który zresztą zaprojektował też całe założenie, pełne krętych ścieżek, zwrotów akcji i wizualnych niespodzianek. W latach 80. powstał tu też pawilon poświęcony najważniejszemu artyście minionego stulecia. Ogromne litery na długiej białej fasadzie budynku krzyczą typową ejtisową czcionką: PICASSO!

Większość z wystawianych – i w budynkach, i na świeżym powietrzu – rzeźb pochodzi z lat 60. i 70. Wtedy też bowiem, przed kilkoma dekadami, podejmowano większość zakupowych decyzji. Dziś widać wyraźnie, które z prac lepiej przetrwały próbę czasu, a które mniej. Może nie wypada tak pisać o artystach zajmujących czołowe pozycje w podręcznikach sztuki, ale kanon nie jest dany raz na zawsze.

hakonepicasso

ballahakone
Giacomo Balla, Ballerina, 1920-1922

Hakone to kanon współczesności, ale sprzed półwiecza, widziany oczami Japończyków, zazwyczaj będzie to kanon wspólny z europejskim, ale nie zawsze. Nie mogło tu zabraknąć Rodina, Moore’a czy Picassa (szkoda, że w pawilonie reprezentowany jest głównie ceramiką, kupioną zresztą bezpośrednio od jego córki Mai, a nie ma tu żadnej jego rzeźby). Ale też Légera, Caldera, Césara, Gabo… No i a-a-a-Abakanowicz, chociaż jej rzeźba w tym momencie spoczywa w magazynie. W Hakone znajdziemy cały alfabet najważniejszych dwudziestowiecznych rzeźbiarzy.

Wśród tych łatwych w atrybucji prac, dzieła japońskich artystów. Więc nie tylko Jean Arp, którego złocąca się amorficzna rzeźba świetnie prezentuje się we wczesnowiosennej aurze, ale też nieco wciśnięty w kąt, świetny Taro Okamoto. Nie tylko Max Bill, ale też Minami Tada.

Mniejsze i delikatniejsze prace zgromadzono w specjalnym pawilonie rzeźby. Tu – obok znanych rzeźb Boccioniego, Brancusiego, Yvesa Kleina – najciekawsze wydają się być roztańczone postacie wygięte z drutu przez Giacoma Ballę. No i koty, z których słynął japoński rzeźbiarz Fumio Asakura (w Tokio odwiedziliśmy muzeum w jego byłym domu-pracowni). Zresztą po wizycie w kilku japońskich muzeach mogę pokusić się o – powierzchowną mimo wszystko – uwagę, że koty to jeden z ulubionych tematów japońskich artystów.

hakone 4
Taro Okamoto, Człowiek-drzewo, 1971

Muzeum w Hakone cierpi na typową chorobę parków rzeźby – nadmierne zagęszczenie. Aż chciałoby się tu trochę uprzątnąć, wprowadzić więcej przestrzeni. Przecież jesteśmy na świeżym powietrzu! Sztuka miała się tu łączyć z naturą, a jakby na samą naturę brakowało tu miejsca. Ogląda się tu wszystko bez specjalnego wysiłku, niczego nie trzeba szukać, narzuca się samo. Jeszcze wzrok nie nacieszył się widokiem figury Niki de Saint Phalle, a pod nogi wpada rozczapierzony golas Antony’ego Gormleya. Krótko mówiąc, nieco brakuje oddechu.

Ale w parku są też takie miejsca, które trącą po prostu Orońskiem. Religijne rzeźby i płaskorzeźby Giacomo Manzù (z których część powstała na zamówienie Watykanu) powinny znaleźć miejsce w jakimś innym zacisznym miejscu. A „My Sky Hole” Inoue Bukichiego, wąski, klaustrofobiczny podziemny tunel, wyłożony pofalowaną skórą, wcale nie działa jako doświadczenie „ponownych narodzin”. Z dzisiejszej perspektywy być może najatrakcyjniejszy okaże się napis „PICASSO”, nostaligcznie postmodernistyczny i – co w nim zresztą najzabawniejsze – niemający z Picassem absolutnie nic wspólnego.

hakone plac zabaw
Toshiko Horiuchi, Knitted Wonder Space 2

hakone1

Porównanie z Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, polskim parkiem wypełnionym rzeźbami, jest jak najbardziej na miejscu. Obie instytucje powstawały mniej więcej w tym samym czasie. Tyle że mazowiecka instytucja stała się synonimem artystycznej przeciętności. Słyszy się: „A, to takie Orońsko”, i od razu wiadomo, o co chodzi.

Hakone to jednak nie Orońsko. Inna skala i inna jakość. Przede wszystkim jednak – czego nigdy nie udało się osiągnąć Orońsku – Hakone to atrakcja turystyczna, położona na turystycznym szlaku i dobrze skomunikowana. Nawet w lutym sporo tu zwiedzających. Do tego muzeum stara się przyciągnąć rodziny atrakcjami adresowanymi do dzieci. W tym najnowszą dzierganą rzeźbą Toshiko Horiuchiego, schowaną w drewnianej konstrukcji, która jest placem zabaw (wstęp tylko dla dzieci, dorośli mogą obserwować tylko z boku).

I dzieci, i dorośli zamoczą zaś zmęczone stopy w gorącym źródle.

Yin Xiuzhen, Back to the End

 

yin4.jpg

Słynna pekińska artystyczna dzielnica 798 to jedno z bardziej przygnębiających miejsc związanych ze sztuką, jakie do tej pory odwiedziłem. Na sporym terenie byłych zakładów przemysłowych, dziś mieszczą się galerie, sklepy z dizajnem i restauracje. Z tym że większość z tych galerii to sklepiki z artystyczną galanterią i nie ma się nawet ochoty do nich zaglądać. Do tego cały zestaw kiczowatych rzeźb (bezgłowe popiersia Mao i dinozaury Sui Jianguo), wystające pośrodku parkingu skrzydło samolotu pasażerskiego, sprzedawcy kiełbasek i przeciskające się wśród tłumu lamborghini i maserati. Nie wiadomo, czy sztuka się właśnie tu zaczyna, czy kończy.

W 798 moje moce przerobowe sztuki zostały mocno nadwątlone. Ale gdzieś między tym wszystkim ukryte są najlepsze pekińskie galerie – UCCA, Galerie Urs Meile, Long March Space,. Dlatego trzeba tu raczej przyjść przygotowanym – z listą miejsc, które zamierza się odwiedzić. Zwiedzanie na ślepo zakończy się artystycznym koszmarem. I tylko Lu Yang (którego można by nazwać azjatyckim Rianem Trecartin) świetnie wpisywał się w ten bałagan z wystawą all-over, łączącą w sobie elementy gier komputerowych, chińskiej tradycji, azjatyckich subkultur, imprezy, domu rozrywki, kultu, technologii i niemal patologiczną fascynację chorobami nowotworowymi.

Galerie operujące typowym galeryjnym white-cube-owym sznytem są tu jak oddech świeżego powietrza (które w Pekinie jest na wagę złota). Takim miejscem jest słynna Pace Gallery, w której trwa właśnie wystawa Yin Xiuzhen „Back to the End”, zbierająca prace artystki z ostatnich lat.

 

yin3

yin2

Ci, którzy Yin choć trochę znają (a jest ona jedną z najaktywniejszych w ostatnich dekadach chińskich artystek), wystawa nie będzie zaskoczeniem. Yin znowu operuje typowymi dla siebie materiałami – betonem i starymi, używanymi ubraniami. Starych ubrań, początkowo własnych, potem cudzych, Yin używa od ponad dwudziestu lat. Na wystawie podejmuje również powtarzający się w twórczości motyw podróży, a fascynuje ją zwłaszcza komunikacja lotnicza i wielkie lotniska.

Brzmi z pozoru banalnie. Yin we wnętrzach walizek szyła z używanych ubrań portrety miast, które odwiedzała. Dziś coraz częściej buduje monumentalne wręcz metalowe konstrukcje, które obszywa różnokolorowymi ubraniami. Do rzeźb można zajrzeć do środka. Kilka lat temu były to ludzkie organy (widziałem jedną z nich w Szanghaju). Na wystawę w Pace Yin zdecydowała się zbudować bardziej skomplikowaną rzeźbę, choć wykorzystując tę samą metodę. „Trojan” to postać kobiety w fotelu lotniczym w pozie, jaką pasażerowie przyjmują w przypadku ryzyka katastrofy, znanej bardziej z instruktażowych ulotek i filmów katastroficznych niż z praktyki (chociaż na pierwszy rzut oka postać wydaje się siedzieć na sedesie).

yin1.jpg

Ubrania pojawiają się w twórczości Yin nieprzypadkowo. Jej matka pracowała w fabryce odzieży, jednak – jak opowiada artystka – ich rodziny nie było stać na nowe ubrania. Od matki nauczyła się szyć, cerować. W używanych ubraniach widzi drugą skórę, zapisane w nich ludzkie losy. Jednak wysokiej pod sufit Pace Gallery rzeźbie na obecnej wystawie te odniesienia gdzieś się gubią. Yin sięga po większe katastrofy.

Wystawę otwiera inna rzeźba – przewrócony betonowy anioł, z którego wystają rury wydechowe. To upadły anioł, anioł po katastrofie. Między tymi dwoma rzeźbami mieści się mieści się jeszcze kilka mniejszych i większych prac. W tym efektowne poletko suchych traw, „wyrastających” z betonowego postumentu (wykonanie tej pracy musiało kosztować sporo roboczogodzin kilku Kopciuszków).

Yin potrafi łączyć intymność z dużą skalą, co zazwyczaj stanowi o sile jej sztuki. Miałem jednak wrażenie, że tym razem chodziło głównie o wywołanie efektu „wow”. Zwiedzający mają się na tle czego sfotografować. Bo prace Yin w eleganckich, poprzemysłowych przestrzeniach Pace Gallery prezentują się wyśmienicie. Ale artystka doszła do ściany. Ta wystawa to wysokiej jakości produkcyjniak.

#dziedzictwo

dziewictwo
Carte de la Pologne

Jeszcze z Polski – w Muzeum Narodowym w Krakowie kończy się właśnie wystawa „#dziedzictwo”, przezywana też #dziewictwem. Przygotowana przez Andrzeja Szczerskiego mega-wystawa zapowiadała rocznicowy, 2018 rok, co każe z pewną obawą podchodzić do przyszłości. Moja recenzja, zatytułowana „Najlepsza Polska na świecie” na łamach „Dwutygodnika”, trochę opowiada o samej wystawie, trochę o strachu przed niepodległościowym jubileuszem:

Krakowska wystawa, przedsięwzięcie monumentalne i wręcz niemożliwe, w wielu miejscach wygląda jak bank obrazów czy ekran komputera z ikonami jotpegów. Ponad sześćset obiektów – dzieł sztuki i innych artefaktów, ważnych ze względu na ich jakość artystyczną lub znaczenie historyczne – podzielono na działy i poddziały. Wszystkie okraszono oczywiście odpowiednimi hasztagami. Jednak inspiracją do aranżacji wystawy miała być „metoda polska”, przywołana tuż przy wejściu na ekspozycję – metoda mnemotechniczna opracowana w XIX wieku przez Antoniego Jaźwińskiego (#jaźwiński, #mnemotechnika).

To internetowo-dziewiętnastowieczne podejście do budowania wystawy w kilku miejscach wymagałoby kuratorskiej korekty. Do jednego worka wrzucono tu bowiem na przykład dawne wizerunki ludzkich „typów” (chłopów, mieszczan, różnych narodów zamieszkujących dawną Rzeczpospolitą) i cykl „Moim przyjaciołom Żydom” Władysława Strzemińskiego, powstały w odpowiedzi na Holokaust. Nie dość, że samo podejście „typologiczne” domaga się krytycznego współczesnego komentarza, to niestosowność takiego zestawienia włącza alarmową lampkę.

W innych miejscach zbytnia drobiazgowość hasztagowania owocuje niezamierzonym humorem. Oto bowiem w dziale #potęgasmaku, podzbiorze #mieszkanie znajdziemy obraz z dłuuugim blokiem Ryszarda Woźniaka („Wielki mur dynastii Ts’in czyli nasz dom jednorodzinny”, 1982), chleb w koszyku z Samu z grafiki Leszka Sobockiego oraz połamany parasol z asambalażu Tadeusza Kantora. Pod hasztagiem #zawolnośćnasząiwaszą obok malarskiej wizji zmitologizowanej śmierci księdza Skorupki podczas „cudu nad Wisłą”, tuż nad portretem Kościuszki zawisło zaś „Zabijanie świni” Jarosława Modzelewskiego z 1983 roku, obraz symboliczny dla swoich czasów, ale przedstawiający właśnie zabijanie świni”.

PEŁEN TEKST DOSTĘPNY OCZYWIŚCIE NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

 

Andres Serrano w Pekinie

serranoserrano

W słynnym pekińskim Red Brick Art Museum, otwartym w 2014 roku, sztuka konkuruje ze współczesną, mocno ceglaną wariacją na temat klasycznego chińskiego ogrodu (projektant muzeum, Dong Yugan, zastosował ten sam manewr co I.M. Pei w Suzhou). Na fasadzie z czerwonych cegieł muzeum kusi jednak ogromnym zdjęciem krucyfiksu zatopionego w moczu.

Nikt tu nie protestuje. Poza nami przed wejściem czeka jeszcze chińska wycieczka szkolna. Poza retrospektywą Andres Serrano zobaczą też wystawę „The Greatest Hits” Dana Grahama, chociaż złożoną z najważniejszych prac artysty, to zrobioną – miałem wrażenie – bez większego zrozumienia tej twórczości, co boli. Uczniowie też ciągną raczej na Serrano.

rbam5

rbam9

Tu słynny „Piss Christ” nie wydaje się kontrowersyjny. Jest po prostu wabikiem, najbardziej rozpoznawalną pracą na wystawie. Nie trzeba jej niczym zakrywać, nie jest wstydliwa, wręcz przeciwnie – natykamy się na nią tu po wejściu na wystawę, „Piss Christ” dostał centralne miejsce jak „Mona Lisa” w Luwrze.

Przy kontrowersjach jakie „Piss Christ” budził w innych krajach, w tym nad Wisłą, gdy Miladzie Ślizińskiej udało się zaprosić Serrano do Zamku Ujazdowskiego, ten brak kontrowersji w Kraju Środka wydaje się odświeżający. Tu nie ma obrażonych katolików, tu są po prostu inne świętości.

serrano1

Wystawę otwiera więc słynny krucyfiks w moczu (ponoć wyprodukowanym przez samego artystę), a zamyka portret Donalda Trumpa. To portret sprzed lat, z cyklu, w którym Serrano fotografował słynnych Amerykanów. W obiektywie Serrano Trump wypadł nieco karykaturalnie. Żegna gości wystawy nieprzypadkowo. Jako clown-prezydent zamyka wystawę zatytułowaną „American Perspective”. To wybór zdjęć z najważniejszych cykli Serrano, ale jednocześnie opowieść o Ameryce z bardzo krytycznej perspektywy. Trump jest finalnym produktem Ameryki.

Siostra Wendy mówiła o „Piss Christ”, że to praca pokazująca, co dziś robimy z Chrystusem. I, chociaż inne zdjęcia nie zyskały tak negatywnej sławy, dalej jest tylko gorzej, bardziej niebezpiecznie, perwersyjnie, sadystycznie. Serrano miesza krew z mlekiem, zagląda do kostnic i w lufy pistoletów. To jest właśnie „amerykańska perspektywa”.

Na fotografii z cyklu „9/11” amerykańska flaga spływa krwią. W „Znakach czasu” Serrano kolekcjonuje tekturowe szyldy żebrzących bezdomnych (kupował je od nich po 20 dolarów za sztukę, mówiąc, że kupuje ich opowieści). To Ameryka kolekcjonerów broni, bezdomnych, samobójców, którzy połknęli trutkę na szczury.

serrano2

rbam3

Ale przyjeżdżając po raz pierwszy do Chin, Serrano wykonał też nowy cykl, „Made in China”. To portrety Chińczyków w tradycyjnych strojach weselnych. Nie są to jednak ślubne portrety. Chińscy bohaterowie Serrano są w różnym wieku i nie wszyscy są w związkach. Serrano ubrał jak do ślubu także staruszków, rozwodników, biednych i bogatych, a nawet (jak pisze kurator Yan Shijie) „nie ograniczają się oni do samych Chińczyków i osób heteroseksualnych”. Strój zaciera różnice klasowe i genderowe. Gdy we wcześniejszych cyklach Serrano krytycznie przyglądał się Ameryce, „Made in China” ujawnia typową „amerykańską perspektywę” – w zachodnim stereotypie wszyscy Chińczycy są niemal tacy sami, „made in China”.

Dopiero za tym cyklem na wystawie natkniemy się na przekrzywioną w karykaturalnym grymasie twarz Trumpa, byśmy nie wyszli z wystawy w zbyt dobrych humorach. Ale to oczywiście to nie my się z niego śmiejemy, tylko on z nas, i na pewno potrafiłby skwitować ponad miliard Chińczyków jednym żałosnym twittem.

rbam1

To otrzeźwiające, krytyczne spojrzenie na Amerykę. „Amerykańska perspektywa” nałożona na twórczość Serrano, niespodziewanie łączy go z amerykańskimi fotografami dokumentującymi Wielki Kryzys czy Alalnem Sekulą. Ale właśnie w porównaniu z nimi spojrzenie Serrano wydaje się płytkie, powierzchowne. Serrano stara się z każdym zdjęciem tworzyć nowy, nośny symbol, jego ambicją są fotografie-ikony, nie wchodzi w detale. Jest kiepskim obserwatorem. Widza ta ambicja szybko męczy.

Mi ważniejsza wydała się inna perspektywa – chińska. „Piss Christ” traci tu może swój pazur, ale pokazanie w Pekinie tak krytycznej wystawy o ChRL, którą zamykałby portret Xi Jinpinga, jest po prostu nie do pomyślenia. Przechadzając się po wystawie Serrano w Pekinie, przypomniałem sobie, jak Jerzy Urban w stanie wojennym chciał wysyłać śpiwory do amerykańskich bezdomnych, udowadniając, że w Polsce jest lepiej.

Inny Trans-atlantyk

soto.jpg

Jeszcze wspomnieniowo z Polski – moja recenzja wystawy „Inny Trans-atlantyk” w MSN-owym Pawilonie nad Wisłą, na łamach „Wyborczej” (ponoć wczoraj w druku).

„Wszystko tu kusi oko. Te prace to wizualne pułapki. W Pawilonie nad Wisłą, w którym od tego roku organizuje wystawy Muzeum Sztuki Nowoczesnej, łatwo dać się uwieść hipnotyzującym płótnom Wojciecha Fangora, wychodzącym w przestrzeń rysunkom wenezuelskiej artystki Gego, perpetuum mobile Abrahama Palatnika. Taki pokaz może się wydawać politycznie neutralny, z punktu widzenia muzeum – bezpieczny. Ale nie dajmy się zwieść pierwszemu wrażeniu.

W pierwszej chwili ta wystawa jawi się jako zbiór atrakcyjnych obiektów. Wystarczy jednak zacząć od prostej konstatacji: dzieła opartowe bez widzów nie działają. By w pełni doświadczyć tych dzieł, trzeba samemu być w ruchu. Z każdego punktu widzenia opartowy obraz będzie wyglądał inaczej. W ten sposób artyści ujawniają mechanizmy rządzące widzeniem, ale niezbywalnym elementem tej gry staje się sam widz.

Stąd już tylko krok dzieli twórców od tez bardziej rewolucyjnych, zwłaszcza w kontekście politycznym bloku wschodniego i reżimów Ameryki Południowej. Dążenie do bardziej demokratycznego, egalitarnego doświadczania sztuki nie było tu niczym wyjątkowym. „Inny Trans-Atlantyk” ma ambicję ujawniania obecnego w tych pracach politycznego potencjału. Dlatego jedna z kuratorek Marta Dziewańska podkreśla, że iluzje optyczne były nie tyle celem, ile punktem wyjścia”.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „WYBORCZEJ”

 

Sifang Art Museum i okolice

saf1
Sifang Art Museum

W 2003 roku kolekcjoner Lu Xun i jego ojciec, biznesmen Lu Jin, zaprosili do Nankinu chińskich i zagranicznych architektów. Pokazali im działkę, kilka hektarów zieleni na przedmieściach, otoczonych zalesionymi wzgórzami. Każdemu dali wolną rękę, nie ograniczając ich ani własnymi oczekiwaniami, ani finansami. Wśród projektantów znalazł się m.in. chiński zdobywca nagrody Pritzkera Wang Shu, artysta Ai Weiwei czy David Adjaye. Efektem jest CIPEA (Chinese International Practical Exhibition of Architecture), lub też Sifang Art Collective, zbiór ponad dwudziestu budynków, głównie willi, architektonicznych fantazji.

Sercem tego założenia jest jednak Sifang Art Museum, powstałe z myślą o kolekcji sztuki współczesnej rodziny Lu.

saf5

saf6

saf2

Sifang Art Museum to jedno z tych instytucji, które wyglądają lepiej na zewnątrz niż w środku. Budynek, zaprojektowany przez amerykańskiego architekta Stevena Holla, jest jak znak graficzny, który za swe tło ma przyrodę. To architektura operująca prostymi geometrycznymi bryłami, ale do bólu efekciarska. Jakby ktoś połączył ze sobą kilka rur o kwadratowym przekroju.

Muzeum świetnie wypada na zdjęciach. Jak inne instytucje, których celem było stworzenie przede wszystkim architektonicznej ikony, samą bryłą ma przyciągać zwiedzających. (O czymś takim marzyliśmy kiedyś w Warszawie przed pierwszym konkursem na nową siedzibę Muzeum Sztuki Nowoczesnej). I rzeczywiście ta bryła działa. Gorzej, że skupiając się na zewnętrzu, architekt mniej uwagi poświęcił samym salom wystawowym. To stosunkowo skromne, mało praktyczne i jak na muzeum dziwne przestrzenie. Górna galeria, do której wjeżdża się windą, to po prostu wąski, zakręcający pod kątem prostym korytarz.

sifangxxx
Wystawa Yutaka Sone

Gdy z Marcinem odwiedziliśmy Nankin jeszcze przed świętami, w Sifang Art Museum trwała wystawa Yutaka Sone, Japończyka mieszkającego w Los Angeles (i reprezentowanego przez galerię Davida Zwirnera). To też sztuka efekciarska – Sone plecie bananowce z rattanu, ogromne pnie drzew wykuwa w marmurze, a wąski korytarz Sifang Art Museum wypełnił roślinami doniczkowymi, wśród których ustawił również marmurowe rzeźbki przedstawiające lunaparkowe atrakcje. Do współpracy zaprosił Oscara Murillo.

Na szczęście można się wybrać na architektoniczny spacer w terenie, co kilka kroków natykając się na budynek, zaprojektowany przez innego słynnego architekta. CIPEA to architektoniczne pole doświadczalne. Chilijczyk na dachu willi zaprojektował sadzawkę. Philip F. Yuan buduje dom ze szklanych kafli. Budynek projektu Zhanga Leia przypomina abstrakcyjną rzeźbę, z daleka przypomina dizajnerski gadżet, a nie kilkupiętrową willę. Architekcie chętnie wykorzystują naturalne ukształtowanie terenu, a w swe projekty włączają nawet zastaną roślinność.

cipea8
Light Box, proj. David Adjaye
cipea2
Wonderland House, proj. Philip F. Yuan
cipea1
Block House, proj. Zhang Lei

Tyle że to architektura w większości zupełnie nieużywana. Większość budynków wygląda świetnie z daleka. Gorzej z bliska.

Być może trafiliśmy tu w złym momencie, ale na pewno w takim, gdy na całym projekcie pojawiają się istotne rysy. Okazuje się, że centrum konferencyjne (proj. Arata Isozaki), które też zawiera przestrzenie ekspozycyjne, jest raczej rzadko używane. Hotel na 65 pokoi (proj. Liu Jiakun i Gary Chang) jest jeszcze niedokończony. Podobnie kilka willi. A, jak wiadomo, nieużywana architektura starzeje się niezwykle szybko.

Efektowne budyneczki zdradzają już stan rozpadu. Niektóre zaś zaczęły się sypać, zanim je jeszcze wykończono. A w sztucznym jeziorku, wokół którego rozplanowano całe założenie, aktualnie brakuje zaś wody, więc Boat House (proj. Matti Sanaksenaho & Pirjo Sanaksenaho) traci sens, a wspierający się na palach „wodny pawilon” (proj. Alberto Kalach) stoi w błotnistej kałuży. Tylko z kortu tenisowego niedaleko willi projektu Ai Weiweia ktoś najwyraźniej korzysta.

cipea5
Waterside Pavilion, proj. Alberto Kalach

cipea6

Przeżyłem w Sifang mały instagramowy orgazm, bo większość budynków jest bardzo fotogeniczna, zwłaszcza w jesiennej aurze. Co tu dużo mówić, chciałoby się w jednej z takich willi zamieszkać. Jednak całość sprawia wrażenie chińskiego ghost town, tylko dla bogaczy.

Bo wszystko to było możliwe dzięki majątkowi zgromadzonemu przez jego Lu seniora, który – jak wielu chińskich milionerów – zaczynał od kariery w polityce. W zamierzeniu ojca i syna Sifang Art Collective miał odpowiadać na przyspieszoną chińską urbanizację, w procesie której zapomina się o jakości architektury, a chińskie miasta coraz bardziej się do siebie upodabniają.

Mam wątpliwości, czy problemem Nankinu, Pekinu czy Shenzhen jest brak luksusowych willi i butikowych hoteli. Kolekcjoner z Nankinu ma jednak dalsze plany. Ostatnio na Instagramie Sifang Art Museum pojawił się sam Theaster Gates, który dyskutuje z Lu Xunem swój projekt architektoniczny dla Sifang.

cipea10
Pond Lily, proj. Mathias Klotz
cipea4
Six-room villa, proj. Ai Weiwei

2017

2017

„Gazeta Wyborcza” poprosiła mnie o wskazanie najlepszych wystaw kończącego się roku, w Polsce i za granicą. Nie jestem fanem takich wyliczanek, a w tym roku podsumowań jest – mam wrażenie – więcej niż kiedykolwiek (zwłaszcza „Szum” wpadł w jakiś końcoworoczny szał). Ale ja też dokładam do tego swoją cegiełkę.

W „Gazecie” skupiłem się na dużych, muzealnych wystawach i wielkich imprezach, bo też pod ich znakiem minął ten rok. Wśród najlepszych wymieniłem oczywiście Documenta 14 (pisałem i o Atenach, i o Kassel), moje ulubione Skulptur Projekte, podróżującą po wielkich muzeach wystawę Davida Hockneya, „Fausta” Anne Imhof w Pawilonie Niemiec w Wenecji oraz „Manifesto” Juliana Rosefeldta (polecam zobaczenie go raczej na wystawie niż w kinie). Niespodziewanie wyszło bardzo niemiecko.

Z wydarzeń polskich wskazałem „Dziedzictwo” (Festiwal Pomada), syrenią wystawę w Pawilonie nad Wisłą, „Nie jestem już psem” w Muzeum Śląskim w Katowicach, „Superorganizm” w Muzeum Sztuki w Łodzi i wystawę grafiki japońskiej w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Nie udało mi się więc wcześniej napisać ani o „Manifesto” (chociaż się przymierzałem), ani o „Podróży do Edo” w MNW (chociaż na tej wystawie wręcz uginały mi się kolana).

Gdybym mógł rozszerzyć tę listę, znalazłoby się na niej kilka wystaw z Zachęty (Jarnuszkiewicz, Anto, Lassnig), queerowa wystawa w Tate Britain oraz szereg mniejszych lub większych wystaw, które miałem okazje oglądać to tu, to tam (Susan Point w VAG, Sosnowska w FGF, Carol Rama, Parreno w Rockbund Art Museum, Katja Novitskova…).

Mimo że obfitował w wydarzenia, nie był to jednak dobry rok. Zwłaszcza w Polsce zapanowała atmosfera beznadziei i zniechęcenia, która i mi się momentami udzielała.

Mój rok 2017 to kilka artystycznych podróży, polskie zaburzenia, ale przede wszystkim niespodziewana przeprowadzka do Chin, trochę związanego z nią życiowego chaosu i odkrywanie zupełnie nowej dla mnie kultury (co możecie śledzić na moim blogu), no i last but not least ukazanie się – po kilku latach pracy – „Patrioty wszechświata”, owoc mojego kilkuletniego podążania śladami Pawła Althamera.

Tymczasem, do siego roku!

Maria Anto

anto2

W Zachęcie kolejna, po wspaniałej Marii Lassnig, wystawa artystki. Tym razem Michał Jachuła przygotował bardzo ciekawy pokaz malarstwa kiedyś popularnej, ale od dawna zapomnianej Marii Anto. Na stronie Dwutygodnika ukazał się mój tekst poświęcony tej wystawie. Nie byłoby tego tekstu bez kolacji, którą zjadłem z córką malarki Zuzanną Janin (nee Antoszkiewicz!). Dziękuję, Zuzanno!

Piszę:

Wciąż jednak nie wiadomo, jak to malarstwo traktować. Jeśli byłby to artysta outsider, uchodziłby za genialnego samouka. A to przecież stylizacja. Malarstwo nierówne, ale niezwykle intrygujące, wciągające, tajemnicze. Postacie na jej obrazach są raczej płaskie, chociaż to często portrety konkretnych osób – rodziny i przyjaciół. Rodzina spotyka się przy stole ustawionym gdzieś w pejzażu (ale pod lampą, która wisiała w kuchni ich domu). W sali z portretami na wystawie w Zachęcie kobieta w białej sukni i czarnych rękawiczkach zamienia się w białą sowę i patrzy z obrazu okrągłymi, sowimi oczami.

anto1

Zwierzęce motywy opanowują kolejną salę. „Bestiarium” to zdecydowanie najciekawszy moment jej twórczości. A króluje tu „Niebieskooka”, która wyróżnia się na tle całej wystawy. Jakby Anto włożyła w nią szczególnie dużo serca i malarskiego trudu. „Niebieskooka” to małpa. Ma niebieskie oczy i jest zamyślona, smutna, melancholijna. Małpa, ale już nie zwierzę, jakby to też był portret jakiejś konkretnej osoby.

Inne „bestie” są trudniejsze do zidentyfikowana. Jedna jest cała pokryta jesiennymi liśćmi, spod których wystają tylko tajemnicze oczy. Anto chętnie tworzyła też mutanty: kobiety-centaury, ptaki z głową człowieka, sowy grające w teatrze, ptaki ucztujące przy stole. Małpa siedząca na gałęzi jest z kolei zielona. Kobieta z cyklu z wachlarzem z połowy lat 70. ma kilka par rąk jak hinduska bogini.

Ale to bardziej ponura baśń niż słodka bajka. Atmosfera obrazów Anto jest nie tylko tajemnicza, ale też ponura, złowroga. Wszystko dzieje się na tle zachmurzonego nieba. Często nabiera ono czerwonych, płonących barw. Na niebie mogą się czaić wielkookie, czarne stwory.

Dostrzegam, że Anto wielokrotnie podpisywała swe obrazy zwierciadlanym podpisem. Z Zuzanną nie potrafimy rozwiązać tej zagadki. Może sugerowała, że ona sama – malarka, znajdowała się po drugiej stronie płótna, wewnątrz obrazu? Malowała, będąc w środku własnego świata.

PEŁEN TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE DWUTYGODNIKA!