Mikołaj Sobczak. Drag niezłomne

sobczak1

W nowym numerze „Dwutygodnika” piszę o wystawie Mikołaja Sobczaka „Drag niezłomne”, którą można oglądać w Polana Institute tylko do piątku, 27 kwietnia. Wystawa Sobczaka otwiera cały wachlarz tematów: od polityki historycznej, przez kulturę drag, jej obecny renesans, zapomniane bohaterki ruchu LGBT, po gejowską odmianę maczyzmu. Przy okazji wspominam o nowym warszawskim queerowym spektaklu „Queer Explosion”.

„Wojenne fronty dawno już przeszły. Powstania upadły. Na miejsce starej władzy pojawiła się nowa. A drag queen uciekły do lasu. Nie składają broni. Na strojne sukienki narzuciły mundury. Na perukach noszą rogatywki. W leśnych kryjówkach, całymi rodzinami gotowe są stawić zbrojny opór wrogowi. Nawet tu nie zapominają o makijażu. Podczas leśnych egzekucji, w pełnym dragu zachowują anielski spokój. I nawet po latach, na trupich wykopkach, wciąż prezentują swe kolorowe twarze, rozwiane peruki i długie paznokcie.

Taką wizję alternatywnej historii snuje Mikołaj Sobczak, którego obrazy i rysunki pokazuje warszawski Polana Institute. W pomieszczeniach byłego salonu ślubnego rozgościły się drag partyzantki. Sobczak maluje je na obrazach w kształcie tond. To nie Botticelli, drag queen z jego obrazów przypominają raczej komiksowych bohaterów Roberta Crumba. Wielokolorowe płótna pełne są detali. Sobczak jako malarz ma trudne zadanie – tworzy karykaturę postaci, które z definicji są już przerysowane. Do tego w podwójnym przebraniu”.

sobczak2

„Historie niezłomnych drag queen przypominają wyklętych żołnierzy. Słowo „wyklęte” robi dziś karierę. Wyklęte może być wszystko, co dzięki nowej władzy staje się częścią mainstreamu, pisanej na nowo historii (także historii sztuki, mamy przecież artystów wyklętych). Wyklęte, niezłomne drag queen z obrazów Sobczaka to oczywiście kpina z obecnej polityki historycznej, która nie tylko nie pozwala na obiektywną ocenę nowych bohaterów narodowych, ale też militaryzuje naszą zbiorową pamięćJedyny bohater to ten z karabinem w ręku. Nie ma lepszego narzędzia niż drag, by tę muskularno-partyzancką męskość i militarny kult poddać krytyce.

Bo jako partyzantki drag queen nie są przekonywające. Celowo. Chociaż im też grozi śmierć i mogą wylądować w bezimiennym grobie, ich bronią nie są karabiny. To raczej sztuczne rzęsy i obcasy, którymi grają na nosie stereotypom męskości. I kobiecości.

Drag queen u Sobczaka wypalą co najwyżej z kapiszona. Nawet w gablotach obok jego rysunków znalazły się teatralne atrapy pistoletów. To wszystko jest na niby, mówią nam teatralne dekoracje. Drag queen w przebraniu partyzantek trafiają do leśnych kryjówek, ale sam las jest trochę z komiksu, trochę z Disneya”.

queerexplosion2
„Queer Explosion”

„Gdy Sobczak bierze na warsztat politykę historyczną, twórcy „Queer Explosion” bawią się polityką prokreacyjną w imperium rządzonym przez Jego Impotencję, połączenie Klausa Nomi i Chaplinowskiego dyktatora (w tej roli Twoja Stara). Z nieodzownym rozkładanym stołkiem, którym nadrabia niski wzrost, Jego Impotencja marzy o społeczeństwie identycznych szarych obywateli. Ale nie dziś, szatanie! Jego plany krzyżuje bowiem komedia pomyłek.

Nieco czerstwe żarty z pierwszej części spektaklu, ubarwione jedynie świetną burleską farmaceutki o ambicjach niespełnionej striptizerki (Lola Noir), w drugiej części przyćmiewa tytułowa eksplozja, a dokładnie – seksplozja. W pełni ujawnia się talent Uel w roli dziennikarki, a na widok tarzana na obcasach, który rodzi się w wyniku nieudanego eksperymentu genetycznego, publiczności cieknie ślinka. O Mario Curie-Skłodowska!

W końcowej scenie niczym deus ex machina pojawia się Jezus-Dionizos w rozwianym perizonium z przezroczystej folii, by wszyscy w happy endzie mogli zaśpiewać za Majką Jeżowską „Wszystkie dzieci nasze są” przy powiewających flagach: tęczowej i trans.

Przy bogactwie „RuPaul’s Drag Race”, a nawet galeryjno-teatralnym sznycie wystawy Sobczaka, „Queer Explosion” jest jak powrót do korzeni. To coś między jasełkami i amatorskim musicalem; ciało-pozytywny (nikomu nie przeszkadzają tu „back rolls”), queerowy, inkluzywny spektakl. Nawet jeśli brak mu eleganzy, z nawiązką nadrabia extravaganzą. Niezbędną do życia w czasach, w których naprawdę jesteśmy zmęczeni rzeczywistością”.

 

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

FoaF 2018

foaf1
Neon Sybrena Renemy w Galerii Leto

W „Dwutygodniku” piszę o nowej warszawskiej imprezie – Friend of a Friend, w której biorą udział wybrane galerie prywatne. 

Na chwilę w warszawskich galeriach zrobiło się międzynarodowo. Paryż, Berlin, Nowy Jork, Praga, Londyn, Zurych… W ramach inicjatywy Friend of a Friend (FOAF) osiem galerii z Warszawy przyjmuje u siebie galerie z Europy i Stanów Zjednoczonych, tworzą wspólne pokazy. Składają się więc na nie z jednej strony prace artystów, których nie mieliśmy jeszcze okazji zobaczyć w Polsce albo pojawiają się tu rzadko, z drugiej strony – dzieła dobrze nam znanych rodzimych twórców.

To model naśladujący imprezę Condo, która po raz pierwszy odbyła się w Londynie w 2016 roku, a potem rozszerzyła się na inne miasta: Nowy Jork, Meksyk, São Paulo. Latem planowana jest nawet edycja w Szanghaju. Polskie galerie też już w Condo uczestniczyły. Nad Wisłę podobną formułę postanowiły przenieść Galeria Wschód i Galeria Stereo, zapraszając do udziału swych polskich i zagranicznych kolegów.

Warto też podkreślić zasadniczą różnicę między Condo i FOAF. Gdy w Londynie czy Nowym Jorku to galerie biorą na siebie koszty imprezy (np. drogi transport dzieł), w Warszawie przedsięwzięcie sfinansowano z budżetu miasta, a organizację wziął na siebie Instytut Adama Mickiewicza, który zapłacił też za bilety gości – krytyków, kuratorów, a nawet kolekcjonerów. Przywieziono więc i dzieła sztuki, i publiczność. Odpowiedzialne za promocję kultury instytucje stworzyły nieco sztuczne wrażenie, że Warszawa to liczący się ośrodek na mapie świata sztuki. Polskich galerii może nawet nie byłoby na to stać, a galerie zagraniczne pewnie same z siebie nie byłyby aż tak bardzo zainteresowane wizytą w Warszawie. Dlatego zostały ugoszczone w szczególny sposób.

Z perspektywy warszawskich galerzystów FOAF było przedsięwzięciem jak najbardziej udanym. Pokazali się w międzynarodowym gronie, a lokalnie – wskazali na siebie jako pierwszoplanowych graczy, galerie pierwszej prędkości. Jeśli jednak chcą zapoznawać warszawiaków z międzynarodową sztuką za publiczne pieniądze, muszą się bardziej postarać i zadbać o lokalną publiczność. Na razie wydają się zapominać, czym jest wystawa i że sztuka nie musi się rządzić formatem stoiska targowego. FOAF okazał się imprezą hermetyczną, na której galerzyści bawili się w wąskim gronie swoich kolegów.

CAŁOŚĆ TEKSTU DOSTĘPNA NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Durham w Muzeum Sztuki

durham2.jpg

W „Gazecie Wyborczej” polecam wystawę Jimmiego Durhama w Muzeum Sztuki w Łodzi. 

Ta wystawa to kpina z muzeów historii naturalnej, w których wciąż króluje sztuka taksydermii – wypchane zwierzęta, często zatrzymane w efektownych pozach, pokazuje się tam w ich „naturalnym środowisku”, czyli sztucznych dioramach. Podczas takiego muzealnego safari można podejść do nich całkiem blisko i spojrzeć prosto w ich szklane oczy.

Na wystawie Jimmiego Durhama w Muzeum Sztuki w Łodzi jest biało, aseptycznie. Panuje podniosła cisza. Jeśli szukać naturalnego środowiska pokazywanych tu zwierząt, byłby to świat mitów i duchów.

Punktem wyjścia cyklu „Boże dzieci, poematy” były prawdziwe czaszki, którym artysta dorobił nowe, rzeźbiarskie ciała. Pisze: „Ponieważ posługuję się prawdziwymi kośćmi, czuję, że przedstawianie zwierzęcia tak, jak gdyby było żywe, byłoby zbyt lekceważące”. Tytuł wystawy zaczerpnął ze starogreckiego terminu, który określał zwierzęta jako „dzieci Boga” bądź „poematy Boga”.

durham.jpg

Większość z nich góruje wzrostem nad człowiekiem. Jeleń szlachetny z pięknym, rozgałęzionym porożem ma ciało hydrauliczne, wystarczyło kilka czarnych rurek. Żubrowi za ciało służy stara szafa. W korpusie koziorożca alpejskiego rozpoznamy odwróconą kołyskę. Dzikowi, maszynie ze złomu, z nozdrzy wystają lufy. Spotykany na północy Skandynawii wół piżmowy to fragment rusztowania z narzuconymi na nie kocami i ubraniami. Ryś euroazjatycki, najmniejsza rzeźba na wystawie, powstał z plątaniny prętów, drucików, sznurka i kolorowych plastikowych rurek. Powinno się im właściwie nadać nowe nazwy: koń drewniasty, baran meblasty, żubr szafiasty.

Asamblaż jest ulubioną techniką Durhama niemal od początku kariery. Ma ona w historii sztuki długą tradycję. Prapradziadkiem tego zwierzyńca mógłby być Pablo Picasso, który kiedyś zestawił ze sobą rowerowe siodełko (czaszka) i kierownicę (rogi), a wszyscy bezbłędnie rozpoznają w nich głowę byka.

Durham, chociaż nieobce jest mu podobne poczucie humoru, idzie o wiele dalej. Chociaż nie tłumaczy swego gestu, a nawet mówi, że nie do końca go rozumie i zdaje się na własną intuicję, w jego rzeźbach jest coś podniosłego. Czaszki zwierząt potraktował z szacunkiem. Jakby tworzenie tych rzeźb było rodzajem rytuału, jakby przywracał im dusze. Brakuje tu tylko legend.

CAŁOŚĆ RECENZJI DOSTĘPNA NA STRONIE „WYBORCZEJ”.

Breguła. Skwer

skwerbregula

Polecam moją recenzję wystawy Karoliny Breguły „Skwer” w warszawskiej Królikarni.

„Znowu żyjemy w czasach upadających pomników. Pamiętamy takie upadki ze starych kronik filmowych. Spektakularny rozpad figury Feliksa Dzierżyńskiego z placu Bankowego w Warszawie jest jednym z symboli zmiany ustrojowej w Polsce. Kolejna faza dekomunizacji naszej przestrzeni publicznej sięga znacznie głębiej, jej ofiarą może paść i Róża Luksemburg, i pomnik wdzięczności żołnierzom Armii Czerwonej wyzwalającej polskie miasteczka spod władzy niemieckiego okupanta. Niedawno ulica, przy której mieszkam, zmieniła nazwę z Armii Ludowej na Lecha Kaczyńskiego. To część szerszego projektu – zagłuszania historii i kreowania jej na nowo.

Głównym bohaterem „Skweru”, nowej instalacji wideo Karoliny Breguły pokazywanej w warszawskiej Królikarni, jest właśnie pomnik. Zapomniana rzeźba, zarośnięta krzakami stoi przy tytułowym skwerze. Rzeźba przyciąga mieszkańców miasta swym głosem. „Chciałabym zadać wam pytanie”, śpiewa. Jak we wcześniejszych filmach Breguły, scenariusz jest niezwykle prosty. Akcja rozwija się powoli. A głównego bohatera nie widać.”

„To pytanie każdy z nas pewnie nosi w sobie. Film, niezależnie od tego, gdzie był kręcony, jest uniwersalny. Wykracza poza historie konkretnych miejsc. Albo inaczej – każdy odnajdzie w nim jakąś historię swojego kraju. Wyświetlany na Tajwanie może przywoływać czasy białego terroru, w Chinach – lata rewolucji kulturalnej, w Stanach – niewolnictwo i zagładę rdzennych mieszkańców Ameryki. Każde społeczeństwo nosi w sobie nieprzepracowane traumy. Ponieważ w „Skwerze” nie widzimy samej rzeźby, może chodzić zarówno o pomniki zapomniane (mówi się często, że stawiamy pomniki po to, by pamiętały za nas), ale też takie, których nigdy nie wzniesiono. Oglądając „Skwer” w Warszawie, też zastanawiamy się, jakie pytanie właściwie chciałaby zadać nam ta rzeźba.”

„Breguła zdecydowała się jednak pójść krok dalej. Pomiędzy scenami kręconymi na Tajwanie umieściła sceny kręcone w Warszawie, na targowisku. Oto sama artystka w przebraniu bajkowej księżniczki wybiega z salonu manicure na wieść o śpiewającej rzeźbie. Jednak znajduje się w innej czasoprzestrzeni. Księżniczka jest zagubiona. Biegnie, nie wie dokąd. Mówi o swojej niemocy. Wraz z napotkanym mężczyzną nie potrafią się wydostać z labiryntu targowiska, natykają się na płoty. Potem jakimś cudem jemu udaje się przez płot przebiec. Breguła zostaje po drugiej stronie. Banał tej metaforyki niebezpiecznie wciąga film na granicę żenady.”

CAŁOŚĆ TEKSTU DOSTĘPNA NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Sroka w Bunkrze?

z mojego okna
Odsłonięte okna na wystawie „Z mojego okna widać wszystkie kopce”

Krakowska prasa przynosi niepokojące wieści. Oto dwa lata przed końcem kontraktu Magdaleny Ziółkowskiej (l. 37) na stanowisku dyrektorki Bunkra Sztuki ma ją zastąpić Magdalena Sroka (l. 41), do niedawna dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a wcześniej – wiceprezydentka Krakowa ds. kultury i promocji miasta. Sprawa jest niejasna i wymaga znacznie więcej wyjaśnień ze strony Urzędu Miasta Krakowa i prezydenta Jacka Majchrowskiego (l. 71).

Ziółkowska nie komentuje sytuacji. Wiadomo jednak, że trwają jakieś rozmowy, a Urząd Miasta wysłał już pismo do MKiDN z prośbą o opinię na temat rozwiązania umowy z Ziółkowską. Andrzej Kulig, zastępca prezydenta Krakowa, zdradził też w lokalnej prasie, że Ziółkowskiej zaproponowano stanowisko dyrektora artystycznego Bunkra. Ziółkowska, jak podała krakowska „Wyborcza”, odmawia przyjęcia nowego stanowiska. Bo i z jakiej racji ktoś ma jej nagle skracać kadencję?

Urząd Miasta stara się rozwiązać sprawę w białych rękawiczkach. Pretekstem jest remont budynku Bunkra Sztuki, o który – gdy tylko została dyrektorką – walczyła właśnie Ziółkowska. Musiała się wtedy skonfrontować z materialną rzeczywistością kierowanej przez siebie instytucji. Bunkier się sypie. Wystawy organizowane przez Ziółkowską i jej zespół czasem do tego materialnego ubóstwa nawiązywały. Przy okazji wystawy „Z mojego okna widać wszystkie kopce”, Ziółkowska mówiła mi: „To prawdziwe wyzwanie prowadzić instytucję w stanie fizycznego rozkładu jej architektury, pracować na tym postępującym rozpadzie i jednocześnie jasno określać swój głos i miejsce”. Wtedy też zerwano ścianę z dykty i gipsu odsłaniając zakryte do tej pory okna na piętrze galerii.

To Ziółkowska zorganizowała międzynarodowy konkurs na przebudowę Bunkra. Teraz zarzuca się jej brak doświadczenia organizacyjnego niezbędnego do przeprowadzenia inwestycji. Tylko skąd nagle takie wątpliwości? Zawsze można przecież zatrudnić pełnomocnika lub wicedyrektora ds. inwestycji. Nie jest już nawet tajemnicą poliszynela, że p.o. dyrektora ma zostać Magdalena Sroka, a potem ma być rozpisany konkurs. I miasto, i Sroka naciskają, by Ziółkowska objęła stanowisko dyrektora artystycznego.

Sroka wypowiedziała się dla „Wyborczej”: „Zważywszy na decyzję organizatora Bunkra Sztuki, czyli Urzędu Miasta Krakowa o zmianie w systemie zarządzania tej instytucji, jestem skłonna zgodzić się pełnić funkcję p.o. dyrektora Bunkra Sztuki. Swoją rolę widziałabym głównie w pomocy w sprawnym przeprowadzeniu procesu inwesytycyjno-budowlanego. Jestem natomiast przekonana, że najkorzystniejszą sytuacją byłaby taka, w której Magdalena Ziółkowska zdecyduje się pozostać na stanowisku dyrektora programowego”. Paradoksem jest fakt, że to Sroka jako ówczesna wiceprezydentka Krakowa przewodniczyła komisji, która rekomendowała Ziółkowską na stanowisko.

Jeśli Ziółkowska rzeczywiście nie chce przyjąć stanowiska dyrektora programowego, to słusznie. Nie ma sensu uczestniczyć w grach polityków. A jak mogą wyglądać konkursy organizowane przez urzędy miasta, wiemy chociażby z Wrocławia, gdzie Dorota Monkiewicz przegrała konkurs na własne stanowisko z o wiele mniej doświadczonym kandydatem popieranym przez lokalne władze. Pokazała tym samym, ile może znaczyć konkurs (nie żebym był przeciwny konkursom). Co oznaczają konkursy, skoro można dyrektorce przerwać kontrakt w trakcie jego trwania bez specjalnych powodów?

Szereg rzeczy zastanawia: Czy Urząd Miasta Krakowa ma podstawy prawne, by usunąć Ziółkowską ze stanowiska?  Czy miasto chce wyłożyć pieniądze na remont Bunkra Sztuki? Czy nie dałoby ich Ziółkowskiej, a Sroce już tak? Urząd Miasta nie tłumaczy, dlaczego zmienił „system zarządzania”. Nie wiemy, jakie Ziółkowskiej stawiane są zarzuty i czego jej brakuje. Wiemy, że Magdalena Sroka od października jest bezrobotna i pewnie szuka pracy.

Kaczyński zakuty w brzozie

kaczynski9

Wieść rozeszła się lotem błyskawicy szlakiem facebookowym – Althamer wyrzeźbił twarz Lecha Kaczyńskiego w pniu brzozy i ma go zamiar ustawić przed Pałacem Prezydenckim. Na dowód zdjęcie rzeźby. Wszystko się zgadza: jest brzoza i jest Kaczyński. Godzina 15.00. Podchwytują to media – Althamer, znany artysta, Kaczyński, jutro ósma rocznica katastrofy. Dzwoni do mnie dziennikarz z radia: czy Althamer tak na serio czy bawi się w trickstera? Próbuję go przekonać, że na serio.

Po piętnastej naprzeciw Pałacu Prezydenckiego niewielki tłumek czekający na rzeźbą Althamera chroni się cieniu. Wszystko się opóźnia, wiadomo, że będziemy czekać. Ma przyjechać laweta. Dostajemy cynk, że raczej na Krakowskie Przedmieście nie wjadą, ale mogą się zatrzymać niedaleko ASP. Gdy w końcu przyjeżdża ciężarówka, rzeźba ląduje na chodniku. Ktoś załatwia wózek, na którym będzie ją można przeciągnąć pod pomnik Poniatowskiego. Althamera otaczają skierowane w jego kierunku mikrofony, kamery i komórki.

kaczynski3

Skąd pochodzi brzoza? Taka gruba, to pewnie z Syberii. Nie, nie z Syberii, z Borów Tucholskich. Gdy dostał taki duży kawałek brzozowego pnia, postanowił wyrzeźbić w nim Lecha Kaczyńskiego. Takie miał pierwsze skojarzenie.

Tragicznie zmarły prezydent wydaje się zamknięty w pniu. Widzimy tylko jego twarz w okrągłym nimbie, który sprawia, że Kaczyński wydaje się spoglądać z okienka samolotu, a kształt drzewa podpowiada, że może nawet rakiety kosmicznej.

Gdyby nie było wiadomo, że to Althamer, można by pomyśleć, że to dzieło jakiegoś wybitne sprawnego rzeźbiarza ludowego. Ale rękę Althamera zdradzają od razu detale – oczy z hebanu i kości renifera, złota aureola wokół twarzy prezydenta, biało-czerwony znaczek polskiego lotnictwa. Wszystko to znamy z innych realizacji Pawła. Kilka lat temu w Brasilii, mieście zbudowanym na planie przypominającym kształt ptaka lub samolotu, na jego „skrzydle”, szerokiej miejskiej arterii Althamer ułożył taki właśnie symbol, a potem sfotografował go z lotu ptaka. Znak do nieba.

kaczynski5

kaczynski6

Pierwotny plan, by rzeźbę po prostu położyć przed Pałacem Prezydenckim, gdzie wciąż jest wiele mniejszych spontanicznych prób upamiętnienia katastrofy (małe brzozowe krzyżyki i tymczasowe tablice), nie udaje się. Gdy rzeźbę z trudem ciągniemy przez przejście dla pieszych na Krakowskim Przedmieściu, na pasach zatrzymuje się wóz policyjny. Co to takiego? Gdzie idziecie? Po co? Co z tym chcecie zrobić? „Ja jestem autorem, jestem artystą-rzeźbiarzem”, mówi Althamer. „Bardzo mi miło, jakiś dokument poproszę”.

Gdy Paweł z boku tłumaczy się policjantom, a wokół rzeźby robi się zbiegowisko. Obok, pod kościołem Wizytek, stoi inna smoleńsko-artystyczna instalacja: rodzaj rusztowania z dzwonem i biało-czerwonymi akcentami. Tłum blokuje ruch na chodniku. Przechodnie zatrzymują się, przyglądają, robią zdjęcia. Zaczynają się dyskusje. Korzystając z okazji, że ma publiczność, pan (ten od dzwonu) wygłasza przemowę o tajemniczych przyczynach katastrofy i ciągłym braku prawdy. Antyfaszysta kłóci się z przebranym w nieznany mi mundur faszystą (sam się tak przedstawił), który przyjechał tu na rowerze i podjadał czekoladowy batonik. „Czy to sposób upamiętnienia?” – starsza pani, która przechodzi akurat chodnikiem i zerka, ma wątpliwości. „W mojej katolickiej religii inaczej upamiętnia się zmarłych”.

Korzystając z chwili przerwy w rozmowie Pawła z policjantami (w międzyczasie przyjechał ważniejszy policjant w drugim radiowozie), pani z telewizji próbuje podpytywać Pawła o interpretację rzeźby. „A to prezydent czy premier? Bo różnie można interpretować”. Jest wyraźnie niezadowolna. Paweł, chociaż powtarza, że w tym nie ma kpiny, nie chce sam za dużo narzucać. Chyba liczyli na lepszy smaczek.

kaczynski7

Policjanci dzwonią do wyższych instancji. W końcu przychodzi odpowiedź – nie ma zgody na pozostawienie pnia na Krakowskim Przedmieściu. Ale mimo to ruszamy dalej, choć na chwilę. Do dziennikarzy, którzy w streamingach na żywo relacjonują wydarzenie, dołącza policjant z kamerą, który pozostanie z nami do samego końca.

Gdy wreszcie ta zróżnicowana procesja dociera pod Pałac Prezydencki, zatrzymujemy się na dłuższą chwilę. Paweł nie chce się spieszyć. Wiadomo, że rzeźba tu zostać nie może, ale warto, by tu jednak zaistniała. Na początku przypomina to trochę chwilę dla fotoreportera. Ale rzeźba się w jakiś sposób spełnia, chociaż tylko na chwilę i w formie wozu Drzymały.

Lech Kaczyński spogląda swymi czarnymi oczami z wnętrza pnia-sarkofagu. Althamer zapala mu świeczkę.

kaczynski8

Pojawia się pytanie: co dalej. Rzeźba tu zostać nie może. Okazuje się, że mogą się nią zaopiekować panie z miasteczka, które rozbiło się tuż pod sejmem. Pod hotelem Bristol długo czekamy na taksówkę bagażową, która zabiera brzozę pod sejm. Wszyscy się już dawno gdzieś rozeszli.

Miasteczko okazuje się pełne innego rodzaju artystyczno-politycznych instalacji. Do tego z różnych rejestrów. Na drzewach choinkowe lampki układają się w biało-czerwone flagi. Prosty, polityczny humor miesza się ze smoleńską żałobą. Powstają antypisowskie transparenty na następny dzień („Plac Piłsudskiego nie Kaczyńskiego”). Naprzeciwko czarno-białych zdjęć wszystkich ofiar katastrofy na czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości czekają taczki: dla Dudy, dla Ziobry, dla Kamińskiego… „One way ticket”. Obok na niewielkiej drabince stoją buty – kpina z drabinki prezesa, której używa podczas miesięcznic.

Paweł kładzie pień nieco z boku, na trawniku. Prezydent niezmiennie patrzy się w niebo. W tym miejscu na chwilę zakończyła się jego peregrynacja.

kaczynski10

kaczynski11

To było wczoraj. Rocznica katastrofy jest dzisiaj. W „Gazecie Wyborczej” ukazał się mój tekst o Pomniku Smoleńskim, którego odsłonięcie na placu Piłsudskiego jest elementem oficjalnych obchodów. Komentuję w nim sam pomnik oraz przywołuję dyskusję o pomnikach, które toczyły się w Polsce w latach 80., gdy Jerzy Kalina, autor pomnika z placu Piłsudskiego, był jednym z najważniejszych twórców przykościelnych. Mam wątpliwości, czy w sytuacji politycznego sporu postawienie „działającego” pomnika byłoby w ogóle możliwe.

Rzeźba Althamera trochę tę patową sytuację wokół katastrofy i pomnika odczarowała.