Taro Okamoto

okamoto9

Wizyta w niewielkim muzeum Taro Okamoto w Tokio była jednym z najjaśniejszych punktów naszej wycieczki do Japonii (chociaż Marcin nie podziela mojej fascynacji rzeźbiarzem). W Tokio w muzeum zamieniono dom-pracownię artysty. Za barierką, na półkach wciąż stoją w rządku blejtramy. W innych pomieszczeniach urządzono niewielką wystawę stałą i sklepik. Przed budynkiem jest jeszcze lilipuci ogród z rzeźbami, które wręcz zarasta roślinność.

Albo na odwrót – to wśród krzaków, bananowców i innych palm zamieszkała cała armia przedziwnych stworów. Mają spiczaste uszy, obłe kształty, kulfoniaste nosy (jeden dosłownie przypominał mi Kulfona, tego od Kulfona i Moniki). Szczerzą zęby, wypuszczają czółki. Niektórym z grzbietów wyrastają paprocie, bo to stwory-doniczki.

Jest tu kolorowo i energetycznie.

okamoto3

okamoto2

Można temu miejscu wiele zarzucić: pewien chaos, ciasnotę, a przede wszystkim uzupełnienie ekspozycji naturalnej wielkości werystycznymi figurami rzeźbiarza przy pracy. Ma to trochę posmak osobliwej izby pamięci. Ale przy niewątpliwym szaleństwie sztuki Okamoto wszystko to dało się przełknąć. Pozostało mi raczej wrażenie niedosytu, jeszcze się Okamoto nie najadłem, chociaż widzieliśmy jego rzeźby i na ulicach Tokio, i w Hakone.

Okamoto był jednym z najsłynniejszych japońskich artystów o fascynującej, unikalnej karierze. Był japońskim łącznikiem z europejską awangardą. W 1929 roku, gdy miał zaledwie osiemnaście lat, wyjechał do Paryża. Kształcił się i szybko wszedł w krąg artystów i intelektualistów. Został najmłodszym członkiem grupy Abstraction-Création. Doceniony przez Bretona, zbliżył się z surrealistami, m.in. z Ernstem, Giacomettim, Man Rayem. Studiował u samego Marcela Maussa. Zaprzyjaźnił się z Georgesem Bataille’em i wszedł do sekretnego stowarzyszenia Acéphale.

W Paryżu poznał się też z Japończykiem Junzo Sakakurą, architektem, uczniem Le Corbusiera, który po wojnie zaprojektował studio Okamoto, czyli muzeum, o którym tu mowa. Szkoda, że sama architektura ginie gdzieś, od zewnątrz przysłonięta roślinnością, a w środku zagracona, tak że trudno ją w pełni docenić.

okamoto6

okamoto10

Po wybuchu wojny w Europie Okamoto powrócił do Japonii i dostał powołanie do japońskiej armii. Gdy sam przebywał na froncie w Chinach, w Tokio spłonął niemal cały jego dotychczasowy dorobek. Musiał zaczynać od zera. Po wojnie propagował sztukę awangardową w Japonii. Chciał, by sztuka łączyła element racjonalny i irracjonalny. Jednocześnie prowadził poszukiwania mistycznych, duchowych „źródeł Japonii”, które odnajdywał na przykład w fantazyjnej ceramice z okresu Jomon (długo przed Chrystusem).

Gdy się pozna zaplecze sztuki Okamoto i jego fascynacje, zaczyna się lepiej rozumieć, co takiego magnetycznego jest w formach jego rzeźb i obrazów.

okamoto4

okamoto5

Spora część wystawy poświęcona jest Taiyo-no-to, „Wieży Słońca”, którą Okamoto zaprojektował na Expo ‘70 w Osace. Expo w Osace miało, po latach szybkiego rozwoju gospodarczego, zaświadczać o miejscu Japonii w elitarnym klubie krajów wysoko rozwiniętych. Okamoto, chociaż oskarżany o zaprzęgnięcie awangardy w służbie japońskiego rządu, przeciwstawił się typowemu dla wystaw światowych progresywizmowi.

W najniższym pomieszczeniu umieścił swoje maski, ale też maski z różnych regionów świata, połączył własną sztukę z materiałem etnograficznym. W środku wieży znajdowało się też czterdziestopięciometrowe „Drzewo życia”, łączącego zwierzęta, od dinozaurów po obecnie stąpające po ziemi, oraz człowieka jednym drzewem genealogicznym. Na zdjęciach wnętrze wieży przypomina scenografię spektaklu dla dzieci.

okamoto7

okamoto11

Sława, którą przyniosła Okamoto „Wieża Słońca”, sprawiła, że posypały się zlecenia na rzeźby i murale. Do tej pory w opozycji wobec artystycznego establishmentu, sam stał się mainstreamowy. Ale przez to, że był artystą płodnym, do tego stosunkowo długowiecznym i operującym własnym, rozpoznawalny stylem, wykreowany przez niego świat się rozrastał, zawłaszczał coraz więcej miejsca. Niewielu artystów to potrafi. Tak jest dzisiaj z Kusamą, pewnie podobnie było z Picassem.

Hakone – muzeum na świeżym powietrzu

hakone 6

Jean Arp, Pepin Geant, 1937

Miejsce warte jednodniowej wycieczki – Hakone. Jadąc tu z Tokio, wpadasz jak śliwka w kompot w wir przysłowiowej japońskiej wycieczki. Całkiem niedrogi bilet pozwala na dojechanie tu z Tokio i korzystanie z wszystkich środków lokomocji w regionie. By doświadczyć tutejszej przyrody oraz zobaczyć jedne z najbardziej malowniczych widoków Góry Fidżi i jeziora Ashi, przesiadasz się z ekspresowego pociągu w kolejkę wąskotorową, z kolejki wąskotorowej w kolej linową (jak na Gubałówkę), potem kilka odcinków górską gondolą, statek wycieczkowy udający okręt piratów, autobus i pociąg powrotny.

Właściwie na nic innego nie starcza czasu, więc widoki podziwia się głównie zza okien środków transportu. Ale wybraliśmy się tu z Marcinem w trochę innym celu – na tym szlaku znajduje się bowiem Hakone Open-Air Museum, pierwsze japońskie muzeum sztuki na świeżym powietrzu, czyli po prostu – park rzeźby.

gora fiji

Muzeum istnieje od niemal półwiecza – otwarto je w 1969 roku – i dlatego momentami trąci myszką. Na siedmiu hektarach rozsianych jest ponad sto rzeźb i kilka pawilonów. To starannie zaplanowane artystyczne doświadczenie. Po przejściu betonowym tunelem przed naszymi oczami rozpościera się górski pejzaż. Ale po chwili wzrok kieruje się ku rzeźbom – w pierwszej kolejności Rodina i Moore’a, które jak gdyby nigdy nic stoją sobie na równo przystrzyżonym trawniku.

Jeszcze tydzień temu wszystko było przykryte śniegiem, teraz panują tu wyblakłe żółcie, niby jesienne, ale zwiastujące zbliżającą się nieuchronnie wiosnę. Wszak odwiedziliśmy Japonię przy okazji chińskich świąt, które obcokrajowcy nazywają Chińskim Nowym Rokiem, a Chińczycy po prostu – Świętem Wiosny. I w Hakone czuć już wiosnę.

hakone2

hakone 3

Kolekcja Hakone to klasyka XX wieku, zarówno międzynarodowej, jak i japońskiej rzeźby, w tym czołowych przedstawicieli awangardy, ale znalazły tu też swe miejsce rzeźby bardziej klasyczne, tradycyjne, figuratywne. Kilku artystów zostało w Hakone wyróżnionych szczególnie – w kolekcji dosyć dobrze reprezentowani są Moore, Medardo Rosso, Giuliano Vangi czy Japończyk Bukichi Inoue, który zresztą zaprojektował też całe założenie, pełne krętych ścieżek, zwrotów akcji i wizualnych niespodzianek. W latach 80. powstał tu też pawilon poświęcony najważniejszemu artyście minionego stulecia. Ogromne litery na długiej białej fasadzie budynku krzyczą typową ejtisową czcionką: PICASSO!

Większość z wystawianych – i w budynkach, i na świeżym powietrzu – rzeźb pochodzi z lat 60. i 70. Wtedy też bowiem, przed kilkoma dekadami, podejmowano większość zakupowych decyzji. Dziś widać wyraźnie, które z prac lepiej przetrwały próbę czasu, a które mniej. Może nie wypada tak pisać o artystach zajmujących czołowe pozycje w podręcznikach sztuki, ale kanon nie jest dany raz na zawsze.

hakonepicasso

ballahakone
Giacomo Balla, Ballerina, 1920-1922

Hakone to kanon współczesności, ale sprzed półwiecza, widziany oczami Japończyków, zazwyczaj będzie to kanon wspólny z europejskim, ale nie zawsze. Nie mogło tu zabraknąć Rodina, Moore’a czy Picassa (szkoda, że w pawilonie reprezentowany jest głównie ceramiką, kupioną zresztą bezpośrednio od jego córki Mai, a nie ma tu żadnej jego rzeźby). Ale też Légera, Caldera, Césara, Gabo… No i a-a-a-Abakanowicz, chociaż jej rzeźba w tym momencie spoczywa w magazynie. W Hakone znajdziemy cały alfabet najważniejszych dwudziestowiecznych rzeźbiarzy.

Wśród tych łatwych w atrybucji prac, dzieła japońskich artystów. Więc nie tylko Jean Arp, którego złocąca się amorficzna rzeźba świetnie prezentuje się we wczesnowiosennej aurze, ale też nieco wciśnięty w kąt, świetny Taro Okamoto. Nie tylko Max Bill, ale też Minami Tada.

Mniejsze i delikatniejsze prace zgromadzono w specjalnym pawilonie rzeźby. Tu – obok znanych rzeźb Boccioniego, Brancusiego, Yvesa Kleina – najciekawsze wydają się być roztańczone postacie wygięte z drutu przez Giacoma Ballę. No i koty, z których słynął japoński rzeźbiarz Fumio Asakura (w Tokio odwiedziliśmy muzeum w jego byłym domu-pracowni). Zresztą po wizycie w kilku japońskich muzeach mogę pokusić się o – powierzchowną mimo wszystko – uwagę, że koty to jeden z ulubionych tematów japońskich artystów.

hakone 4
Taro Okamoto, Człowiek-drzewo, 1971

Muzeum w Hakone cierpi na typową chorobę parków rzeźby – nadmierne zagęszczenie. Aż chciałoby się tu trochę uprzątnąć, wprowadzić więcej przestrzeni. Przecież jesteśmy na świeżym powietrzu! Sztuka miała się tu łączyć z naturą, a jakby na samą naturę brakowało tu miejsca. Ogląda się tu wszystko bez specjalnego wysiłku, niczego nie trzeba szukać, narzuca się samo. Jeszcze wzrok nie nacieszył się widokiem figury Niki de Saint Phalle, a pod nogi wpada rozczapierzony golas Antony’ego Gormleya. Krótko mówiąc, nieco brakuje oddechu.

Ale w parku są też takie miejsca, które trącą po prostu Orońskiem. Religijne rzeźby i płaskorzeźby Giacomo Manzù (z których część powstała na zamówienie Watykanu) powinny znaleźć miejsce w jakimś innym zacisznym miejscu. A „My Sky Hole” Inoue Bukichiego, wąski, klaustrofobiczny podziemny tunel, wyłożony pofalowaną skórą, wcale nie działa jako doświadczenie „ponownych narodzin”. Z dzisiejszej perspektywy być może najatrakcyjniejszy okaże się napis „PICASSO”, nostaligcznie postmodernistyczny i – co w nim zresztą najzabawniejsze – niemający z Picassem absolutnie nic wspólnego.

hakone plac zabaw
Toshiko Horiuchi, Knitted Wonder Space 2

hakone1

Porównanie z Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, polskim parkiem wypełnionym rzeźbami, jest jak najbardziej na miejscu. Obie instytucje powstawały mniej więcej w tym samym czasie. Tyle że mazowiecka instytucja stała się synonimem artystycznej przeciętności. Słyszy się: „A, to takie Orońsko”, i od razu wiadomo, o co chodzi.

Hakone to jednak nie Orońsko. Inna skala i inna jakość. Przede wszystkim jednak – czego nigdy nie udało się osiągnąć Orońsku – Hakone to atrakcja turystyczna, położona na turystycznym szlaku i dobrze skomunikowana. Nawet w lutym sporo tu zwiedzających. Do tego muzeum stara się przyciągnąć rodziny atrakcjami adresowanymi do dzieci. W tym najnowszą dzierganą rzeźbą Toshiko Horiuchiego, schowaną w drewnianej konstrukcji, która jest placem zabaw (wstęp tylko dla dzieci, dorośli mogą obserwować tylko z boku).

I dzieci, i dorośli zamoczą zaś zmęczone stopy w gorącym źródle.

Kilka tekstów

Ponieważ dawno nie uzupełniałem bloga (mea culpa), przypominam kilka moich tekstów z ostatnich miesięcy (linki wraz z krótkimi wyimkami):

 

– o wystawie zbiorowej „Nowy region świata” oraz indywidualnym pokazie Ines Doujak w Bunkrze Sztuki w Krakowie („Wyborcza”)

Conrad pokazał okrucieństwo kolonializmu, które w należącym do Belgów Kongu przyjęło monstrualne rozmiary, ale był też oskarżany o utrwalanie jego fundamentów – kulturowych stereotypów na temat Afryki i podrzędności Afrykanów. „Nowy region świata” skupia się na regionie „czarnego Atlantyku” łączącego Europę, Afrykę i Ameryki gospodarczo-kulturowymi zależnościami, przede wszystkim zaś – okrutnej historii handlu niewolnikami. Opowiada o tym, jak ta historia wciąż oddziałuje i jak próbujemy sobie z nią radzić. To źródło wielu współczesnych konfliktów i traum.

dziaczkowski
Jan Dziaczkowski, „Chłopcy z Malagi pozują na plaży ze swoimi dziewczynami”

 

– o niezbyt udanej próbie wystawiania Picassa w Lublinie („Wyborcza”)

Czy możliwe jest zorganizowanie w Polsce wystawy Picassa z prawdziwego zdarzenia? Odpowiedź brzmi: nie. Gdy polskie muzea nęcą „arcydziełami sztuki światowej”, zapala mi się czerwona lampka.

Przypomnę spektakularną porażkę „Potęgi awangardy”, wystawy przygotowanej w pierwszej połowie roku przez Muzeum Narodowe w Krakowie i reklamowanej głośnymi nazwiskami. Rozpoznawalne nazwiska to za mało, liczą się jeszcze dzieła. I nie pomoże powtarzana w kółko mantra, że coś jest pokazywane „po raz pierwszy w Polsce”.

picasso
Pablo Picasso, „Madoura”, 1948

 

– o tym, że Honorata Martin wygrała konkurs Deutsche Banku „Spojrzenia” („Wyborcza”)

Mimo słusznego sukcesu Martin konkurs pozostawia wrażenie niemocy, które towarzyszy polskiej sztuce od kilku lat. Artyści znani z radykalnych akcji zaprezentowali bardziej stonowane prace, a sztuka na wystawie wciąż wydaje się odklejona od problemów zmieniającej się dynamicznie rzeczywistości. Decyzja jury jest jednak ważna. Pytanie, które towarzyszy wystawie, jest bowiem fundamentalne: po co artyście galeria? Wybór Martin pokazuje, że zadaniem galerii jest artystów wspierać i za nimi podążać, ale sztuka może się dziać gdzie indziej.

honoratamartin

 

– o nowej pracy Mirosława Bałki w Muzeum Śląskim w Katowicach („Wyborcza”)

Nowa realizacja Bałki jest najbardziej udaną z dotychczasowych trzech odsłon Galerii Jednego Dzieła w Muzeum Śląskim. Malarska instalacja Tarasewicza i lustrzana interwencja Karavana podkreślały monumentalny charakter Holu Centralnego. Bałka poszedł w przeciwnym kierunku. Zrezygnował ze spektakularności, na jaką mógł sobie tu pozwolić. W jego realizacji nie dostrzeżemy nawet ogromnej przestrzeni Holu Centralnego.

Artysta nie uwodzi też widzów, jak to czynił w Londynie. Wręcz przeciwnie, stawia przed nami percepcyjne i emocjonalne wyzwanie. Doświadczając tej trudnej przestrzeni, miałem wrażenie, że bardziej niż z samym dziełem sztuki konfrontuję się z samym sobą.

balkakatowice

 

– o wystawie poświęconej historii legendarnej Dziekanki w Salonie Akademii („Dwutygodnik”)

Paradoksalnie lepiej niż pokazywane w Salonie Akademii dzieła sztuki, o dziekankowym fermencie opowiadają dokumenty zgromadzone w pierwszej sali: wyciągnięte z archiwów, głównie domowych, zaproszenia, plakaty, nieoficjalne pisma. Znajdziemy tu list, który Jacek Kryszkowski napisał do Tomasza Sikorskiego – swoiste dzieło sztuki epistolarnej, dedykowany Sikorskiemu wiersz Ryszarda Grzyba, tekst Edwarda Dwurnika o wspólnym malowaniu z kilkuletnią wówczas córką Polą. „Wzięłam mydło, zostawiam cukier”, pisze zaś na kartce papieru Grażyna i opatruje swój liścik szminkowym odbiciem ust.

dziekanka

 

– o nagrodzie berlińskiej Galerii Narodowej dla Agnieszki Polskiej („Wyborcza”)

Polska weszła tym samym do wyjątkowego grona laureatów, wśród których są takie międzynarodowe gwiazdy jak Elmgreen & Dragset (2002), Monica Bonvicini (2005), Omer Fast (2009) czy Cyprien Gaillard (2011). W 2015 r. nagrodę otrzymała Anne Imhof, która reprezentowała Niemcy na tegorocznym Biennale w Wenecji, gdzie zdobyła Złotego Lwa. W tym roku konkurs był wyjątkowy – w finale znalazły się wyłącznie kobiety, oprócz Polskiej urodzona w Caracas Sol Calero, Egipcjanka Iman Issa oraz Amerykanka Jumana Manna.

 

– o recepcji Dzigi Wiertowa w polskiej sztuce współczesnej na wystawie „Kino-oko” w białostockim Arsenale (Dwutygodnik)

Na wystawie pada też inne istotne pytanie. Jak zauważa Aleksandra Czerniawska, nawet z założenia obiektywne kino-oko Wiertowa operowało męskim spojrzeniem. Zarówno w historii kina, jak i kina awangardowego prym wiedli filmowcy, mężczyźni. Czerniawska analizuje ikonografię kobiet z aparatem obecną w kulturze popularnej, nadal będących obiektem męskiego pożądania. Przypomina postacie kobiet-filmowców oraz postać Agnieszki, głównej bohaterki głośnych filmów Andrzeja Wajdy, „Człowieka z żelaza” i „Człowieka z marmuru”. Grana przez Krystynę Jandę Agnieszka wzorowana była na swych dwóch imienniczkach, Agnieszce Osieckiej, poetce i absolwentce łódzkiej filmówki, oraz reżyserce Agnieszce Holland. W przeciwieństwie do Holland, Agnieszka z filmów Wajdy poniosła zawodową porażkę.

kinooko
fragment pracy Aleksandry Czerniawskiej

– o powracającej i sztucznie nakręcanej awanturze o „Berka” Artura Żmijewskiego („Wyborcza”)

 

Muzea Honolulu

dsc00815
Jeden z dziedzińców Honolulu Museum of Art

Aloha! Nie przyjechaliśmy na Hawaje, by oglądać sztukę. Raczej w poszukiwaniu ustronnych plaż, egzotycznych rybek i odrobiny cienia pod palmą – uwaga na spadające kokosy! Ale znaleźliśmy też chwilę na wizytę w hawajskich muzeach. Poza galeriami z iście turystyczną ofertą, kilka instytucji oferuje Honolulu: Honolulu Art Museum z główną siedzibą (odpowiednikiem naszych muzeów narodowych) i drugą siedzibą w Spalding House z wystawami czasowymi sztuki współczesnej, a także Hawai’i State Art Museum (tu stałą wystawę porównałbym niestety do Domu Artysty Plastyka). W tutejszym klimacie zawsze przyjemnie wejść do klimatyzowanego wnętrza.

dsc00905
Nowe budynki Honolulu Museum of Art

Od innych amerykańskich muzeów, muzea Honolulu odróżnia przede wszystkim architektura. Nowojorski architekt Bertram Goodhue zaprojektował Honolulu Art Museum jako ciąg galerii otaczających kilka dziedzińców (na co pozwala oczywiście hawajski klimat), łącząc elementy architektury śródziemnomorskiej i chińskiej z popularnym na Hawajach spadzistym dachem. Galerie azjatyckie okalają więc chiński dziedziniec z niewielkim ogrodem i sadzawką z chińskimi karpiami, galerie sztuki europejskiej, od XVII wieku po modernizm, tworzą dziedziniec w stylu śródziemnomorskim. Ale największe wrażenie robi dobudowany w 2001 roku pawilon, który mieści galerię amerykańskiej sztuki współczesnej oraz sztuki Hawajów. Druga siedziba Honolulu Art Museum mieści się w rezydencji Spalding House na wzgórzach otaczających miasto (ze wspaniałym widokiem na centrum i ocean).

dsc00831
Aleksander Archipenko, Figura kobiety, 1930, w tle rzymska mozaika z polowaniem na zwierzęta z V wieku n.e.
dsc00805
Indonezyjskie maski w Honolulu Museum of Art

Honolulu Art Museum odzwierciedla etniczny kocioł współczesnych Hawajów. Oferuje z jednej strony wycieczkę przez tradycyjną sztukę Korei, Chin, Japonii, sztukę buddyjską, indyjską, indonezyjską, filipińską, z drugiej – szlakiem euroatlantyckim – od europejskiej sztuki XVIII wiecznej, po modernizm i powojenną sztukę amerykańską. Niemal każdy z wielkich malarzy przełomu XIX i XX wieku jest tu reprezentowany (zazwyczaj) jednym płótnem – od Moneta, po Picassa. Z tym że w kilku salach tematycznych ciekawie zaburzono chronologię. I tak w sali portretu płótno Alexa Katza sąsiaduje z Whistlerem, a w sali poświęconej ciału figurka kobiety Archipienki pozuje na tle rzymskiej mozaiki.

Szkoda, że dosyć blado wypadają sale poświęcone samym Hawajom. Podobnie trudno zrozumieć, dlaczego gości muzeum wita figura Penelopy (tej z „Odysei”), a nie chociażby hawajskiej bogini wulkanów Pele. Tradycyjną sztukę hawajską i polinezyjską, portrety hawajskich królów i królowych czy XIX-wieczne malarstwo przedstawiające hawajskie wulkany i inne oblicza hawajskiego krajobrazu lepiej oglądać w Bishop Museum (o charakterze historyczno-przyrodniczym).

dsc00909
Spalding House, Honolulu
dsc00930
David Hockney, fragment scenografii do „L’enfant et les sortileges” Ravela, 1981
dsc00939
„Biustonosz” Toma Wasselmanna w ogrodzie Spalding House

W Spalding House poza wystawami czasowymi (trafiliśmy na dosyć nudne rozważania o plastiku w sztuce i plastiku zanieczyszczającym oceany) w specjalnym pawilonie prezentowana jest scenografia Davida Hockneya do sztuki „L’Enfant et les sortileges” Maurice’a Ravela, wystawionej w nowojorskiej Metropolitan Opera w 1981 roku, w ogrodzie zaś można zobaczyć (poza wspomnianymi widokami) „Biustonosz” Toma Wesselmanna. Od Sasa do Lasa.

Największą przyjemność sprawiło mi ponowne odkrycie Toshiko Takaezu, pochodzącej z Hawajów twórczyni ceramicznych rzeźb, czerpiących z jednej strony z tradycji japońskiej, z drugiej – z abstrakcyjnego ekspresjonizmu (pisałem o niej przy okazji wizyty w Seattle). Jej prace są w każdym muzeum Honolulu, jedne z najciekawszych – w ogrodzie rzeźby przy Hawai’i State Art Museum.

dsc01091
Toshiko Takaezu, Ceramiczne drzewa, 1990, ogród rzeźby przy Hawai’i State Art Museum
dsc01075
Ogród rzeźby przy Hawai’i State Art Museum
IMG_1957.jpg
No i nasza ulubiona plaża – Makalawena na Big Island

Mahalo!

Rzeźbiarz Picasso

Pablo Picasso, „Głowa kobiety”, 1931
Pablo Picasso, „Głowa kobiety”, 1931

Picassa poznałem dzięki Tytusowi. W XVIII księdze, w której Romek i A’tomek uczłowieczali go przez uplastycznianie, Tytus wskoczył do obrazu, gdzie poznał i zakochał się w kubistycznie koślawej dziewczynie o imieniu Asizo. Potem profesor T.Alent skonstruował maszynę, która przeobraziła Asizo w zgrabną dziewczynę. W jej imieniu litery wróciły na swoje miejsce – tak narodziła się piękna Zosia. Jej związek z Tytusem był chyba krótkotrwały, bo nie wróciła w następnych odcinkach przygód harcerzy i pragnącej zostać człowiekiem małpy.

Wystawa „Picasso. Sculpture” w Momie to jeden z najbardziej ekscytujących punktów naszej, mojej i Marcina, wycieczki do Nowego Jorku. Na wystawie roi się od dziewczyn, które mogłyby nosić imię Asizo. Oczy wychodzą im z orbit. Kulfoniaste nosy wyrastają z czoła jak u Człowieka-słonia. Ręka, noga, mózg na ścianie. Nie wiadomo, czy patrzymy na jej profil czy en face. Z każdym krokiem wokół rzeźby, dziewczyny zmieniają się jak obraz w kalejdoskopie. Ale przy tych wszystkich nowotworach, są intrygujące i pełne gracji. Jak nastolatkowie, którzy przegrali z trądzikiem i pokryli się ropnymi torbielami, ale wciąż mają twarze cherubinów.

Pablo Picasso, „Kobieta w kapeluszu”, 1961/1963
Pablo Picasso, „Kobieta w kapeluszu”, 1961/1963

Oczywiście rzeźby Picassa nie powstawały jak Asizo przez proste przeniesienie jego obrazów w trójwymiarową przestrzeń. Picasso nie miał rzeźbiarskiego wykształcenia. Rzeźbił z przerwami, czasem kilkuletnimi. Ale jego dorobek rzeźbiarski jest ogromny. Przy Pięćdziesiątej Trzeciej Ulicy udało się zgromadzić niemal 150 rzeźb.

Picasso szybko opanowywał technikę (np. ceramikę w latach 50.), pozwalał sobie na eksperymenty i podążanie za impulsem. Jego twórczość rzeźbiarska przebiegała równolegle do malarskiej, czasami będąc jej rozwinięciem, czasem skręcając na własne toray. W Momie można się zresztą o tym przekonać, bo na innych piętrach Picassów tu pod dostatkiem, z „Pannami z Awinionu” na czele. Ale jak pokazuje wystawa, gdybyśmy zapomnieli o Picassie-malarzu, swoimi rzeźbami spokojnie wpisałby się do grona najwybitniejszych artystów XX wieku.

Pablo Picasso, „Głowa kobiety”, 1929-1930
Pablo Picasso, „Głowa kobiety”, 1929-1930

Największe wrażenie robią asamblaże (zazwyczaj odlewane w brązie). I to nie tylko te najwcześniejsze, jak słynny „Kieliszek absyntu” (tu wszystkie sześć wersji spotyka się po raz pierwszy od czasu, gdy powstały w pracowni Picassa). Podobno wiele elementów swych rzeźb Picasso znajdywał na śmietniku. W siodełku i kierownicy roweru potrafił dostrzec głowę byka. Ten rowerowy byk to dziś już klasyka podręczników o sztuce. Ale takich olśnień jest tu znacznie więcej. Dwa widelce wystarczą za nogi ptaka. Samochodzik zamienia się w głowę małpy. Odbita w gipsie faktura tektury falistej niewielkiej kobiecej figurce nadaje rysu antycznych rzeźb. Jest też wciskająca w fotel „Gazowa Wenus” – właściwie obiekt znaleziony, bo to po prostu część zużytego palnika gazowego. W tytule Picasso pije wyraźnie do tzw. Wenus paleolitycznych, np. słynnej Wenus z Willendorfu. Analogie kształtów wykorzystywał w ceramice, chociażby przekształcając wazon w sowę.

Katalog, który składa się niemal wyłącznie z rozbudowanego i drobiazgowego kalendarium (a kto nie lubi kalendariów!), dopełnił mojego picassowskiej ekstazy.