Taro Okamoto

okamoto9

Wizyta w niewielkim muzeum Taro Okamoto w Tokio była jednym z najjaśniejszych punktów naszej wycieczki do Japonii (chociaż Marcin nie podziela mojej fascynacji rzeźbiarzem). W Tokio w muzeum zamieniono dom-pracownię artysty. Za barierką, na półkach wciąż stoją w rządku blejtramy. W innych pomieszczeniach urządzono niewielką wystawę stałą i sklepik. Przed budynkiem jest jeszcze lilipuci ogród z rzeźbami, które wręcz zarasta roślinność.

Albo na odwrót – to wśród krzaków, bananowców i innych palm zamieszkała cała armia przedziwnych stworów. Mają spiczaste uszy, obłe kształty, kulfoniaste nosy (jeden dosłownie przypominał mi Kulfona, tego od Kulfona i Moniki). Szczerzą zęby, wypuszczają czółki. Niektórym z grzbietów wyrastają paprocie, bo to stwory-doniczki.

Jest tu kolorowo i energetycznie.

okamoto3

okamoto2

Można temu miejscu wiele zarzucić: pewien chaos, ciasnotę, a przede wszystkim uzupełnienie ekspozycji naturalnej wielkości werystycznymi figurami rzeźbiarza przy pracy. Ma to trochę posmak osobliwej izby pamięci. Ale przy niewątpliwym szaleństwie sztuki Okamoto wszystko to dało się przełknąć. Pozostało mi raczej wrażenie niedosytu, jeszcze się Okamoto nie najadłem, chociaż widzieliśmy jego rzeźby i na ulicach Tokio, i w Hakone.

Okamoto był jednym z najsłynniejszych japońskich artystów o fascynującej, unikalnej karierze. Był japońskim łącznikiem z europejską awangardą. W 1929 roku, gdy miał zaledwie osiemnaście lat, wyjechał do Paryża. Kształcił się i szybko wszedł w krąg artystów i intelektualistów. Został najmłodszym członkiem grupy Abstraction-Création. Doceniony przez Bretona, zbliżył się z surrealistami, m.in. z Ernstem, Giacomettim, Man Rayem. Studiował u samego Marcela Maussa. Zaprzyjaźnił się z Georgesem Bataille’em i wszedł do sekretnego stowarzyszenia Acéphale.

W Paryżu poznał się też z Japończykiem Junzo Sakakurą, architektem, uczniem Le Corbusiera, który po wojnie zaprojektował studio Okamoto, czyli muzeum, o którym tu mowa. Szkoda, że sama architektura ginie gdzieś, od zewnątrz przysłonięta roślinnością, a w środku zagracona, tak że trudno ją w pełni docenić.

okamoto6

okamoto10

Po wybuchu wojny w Europie Okamoto powrócił do Japonii i dostał powołanie do japońskiej armii. Gdy sam przebywał na froncie w Chinach, w Tokio spłonął niemal cały jego dotychczasowy dorobek. Musiał zaczynać od zera. Po wojnie propagował sztukę awangardową w Japonii. Chciał, by sztuka łączyła element racjonalny i irracjonalny. Jednocześnie prowadził poszukiwania mistycznych, duchowych „źródeł Japonii”, które odnajdywał na przykład w fantazyjnej ceramice z okresu Jomon (długo przed Chrystusem).

Gdy się pozna zaplecze sztuki Okamoto i jego fascynacje, zaczyna się lepiej rozumieć, co takiego magnetycznego jest w formach jego rzeźb i obrazów.

okamoto4

okamoto5

Spora część wystawy poświęcona jest Taiyo-no-to, „Wieży Słońca”, którą Okamoto zaprojektował na Expo ‘70 w Osace. Expo w Osace miało, po latach szybkiego rozwoju gospodarczego, zaświadczać o miejscu Japonii w elitarnym klubie krajów wysoko rozwiniętych. Okamoto, chociaż oskarżany o zaprzęgnięcie awangardy w służbie japońskiego rządu, przeciwstawił się typowemu dla wystaw światowych progresywizmowi.

W najniższym pomieszczeniu umieścił swoje maski, ale też maski z różnych regionów świata, połączył własną sztukę z materiałem etnograficznym. W środku wieży znajdowało się też czterdziestopięciometrowe „Drzewo życia”, łączącego zwierzęta, od dinozaurów po obecnie stąpające po ziemi, oraz człowieka jednym drzewem genealogicznym. Na zdjęciach wnętrze wieży przypomina scenografię spektaklu dla dzieci.

okamoto7

okamoto11

Sława, którą przyniosła Okamoto „Wieża Słońca”, sprawiła, że posypały się zlecenia na rzeźby i murale. Do tej pory w opozycji wobec artystycznego establishmentu, sam stał się mainstreamowy. Ale przez to, że był artystą płodnym, do tego stosunkowo długowiecznym i operującym własnym, rozpoznawalny stylem, wykreowany przez niego świat się rozrastał, zawłaszczał coraz więcej miejsca. Niewielu artystów to potrafi. Tak jest dzisiaj z Kusamą, pewnie podobnie było z Picassem.

Naoshima

naoshimaaaa

Jakiś czas temu zobaczyłem Naoshimę usypaną z trocin na wystawie poświęconej słynnemu japońskiemu architektowi Tadao Ando. Z wiórów wystawały delikatne, drewniane modele budynków, głównie muzeów. Zapragnąłem tam pojechać.

Każda wyspa, zwłaszcza tak niewielka jak Naoshima, ma w sobie coś romantycznego. Naoshima wymaga osobnej wyprawy – samolotem, pociągiem, a już zupełnie obowiązkowo – promem. Znajduje się nieco na uboczu turystycznych szlaków, ale już dawno została wpisana w przewodniki po Japonii jako jedna z głównych atrakcji kraju. Bo Naoshima to wyspa sztuki współczesnej (sztuka w służbie turystyki). Głośne nazwiska działają jak zaklęcia – od Claude’a Moneta, przez Yayoi Kusamę, po – to najsilniejszy magnes – Tadao Ando. Nie tylko o nazwiska i nie tylko o sztukę tu jednak chodzi.

Jeszcze z promu dostrzega się czerwoną kropkowaną dynię Kusamy. Stąd art-turyści wyruszają na eksplorację Naoshimy – rowerami i niewielkimi busami. Na wyspie, którą da się objechać rowerem w godzinę, znajduje się kilka muzeów, a całe założenie rozlało się także na dwie mniejsze wyspy.

plazanaoshima

cafekonichiwa

Jak większość osób, zaczęliśmy zwiedzanie od końca artystycznego szlaku, od Chichu Art Museum. To muzeum podziemne. Na zdjęciach lotniczych prezentuje się efektownie – spomiędzy zieleni wyłaniają się betonowe, kwadratowe i trójkątne otwory. Zwiedzając muzeum takich widoków się nie doświadczy. Muzeum przypomina raczej betonowy grobowiec. Surowość tej architektury wręcz przytłacza. Szaro i chłodno.

Samo doświadczenie tego budynku wprawia widzów w specyficzny, uroczysty nastrój. Muzeum powstało z myślą o wyeksponowaniu obrazów Claude’a Moneta, ale zaproszono też dwóch amerykańskich artystów, Jamesa Turrella i Waltera De Marię, którzy stworzyli nowe prace, w ścisłej współpracy z architektem, Tadao Ando. Efektem jest muzeum-świątynia.

Muzea często porównuje się do kościołów, ale Chichu Art Museum to świątynia do kwadratu. Dokładnie zaprojektowano, jak sztukę powinniśmy odbierać, jak się wobec niej zachowywać, a nawet – co powinniśmy przeżywać. Jeśli wobec kwadratowego fragmentu nieba wykrojonego przez Turrella nie doznamy katharsis, to chyba coś jest z nami nie tak. Jeśli w kaplicy nieistniejącej religii (De Maria) nie doświadczymy transcendencji, to najwyraźniej nie znamy się na sztuce. Później czeka nas jeszcze biała sala z nenufarami Moneta.

chichiartmuseum
Chichu Art Museum
IMG_3997
James Turrell

Starannie dobrano tu kolory ścian i niewielkich kostek włoskiego marmuru, z których wyłożono podłogę. W innych muzeach pewnie byśmy się do Moneta nie dopchali. Tu panuje cisza, liczba zwiedzających jest pod stałą kontrolą, a płótna należy kontemplować, gdyż – jak całe muzeum – „zapraszają nas do przemyślenia naszej relacji z naturą”.

Paradoksalnie, miałem raczej wrażenie, że projektanci muzeum, chcąc stworzyć idealne miejsce do kontemplacji sztuki, posunęli się za daleko. Od wejścia wpada się tu w rozbudowany system nakazów i zakazów. W odbiorze sztuki nic może nam przeszkadzać, sztuka ma zaś nam dostarczać przeżyć duchowych, niemal religijnych. Efekt bywa jednak odwrotny od zamierzonego. Zamiast duchowości miałem wrażenie opresji: nie mów zbyt głośno, zdejmij buty, nałóż kapcie, stań w kolejce, no i przede wszystkim: nie rób zdjęć. Dyscyplina muzealna wydaje się tu mieszać z kulturowym zdyscyplinowaniem Japończyków.

leeufan
Lee Ufan Museum

Podobnie jest w kolejnym muzeum na Naoshimie – dedykowanym sztuce Lee Ufana, założyciela ruchu Mono-ha. Sztuka tych artystów polegała na „nie-robieniu”. Ufan odrzucał sztukę przedstawieniową, skupiając się na samych właściwościach materiału. Szczególnie upodobał sobie kamienie. Tu zaproszono nas do medytacji, ale asertywnie odmówiliśmy.

Na chwilę mieliśmy dosyć sztuki, muzeów. Pociągnęło nas w kierunku plaży, gdzie złociła się w słońca piękna żółtka łódka. Obok stała czarna łódka z masztem, chociaż bez żagla. Złamaliśmy prawo zapalając papierosa (w Japonii to surowo zabronione w przestrzeni publicznej). Ale daliśmy się nabrać. Bo jakiś czas później okazało się, że te łódki to artystyczne rekwizyty – echo obrazu Jennifer Bartlett, który wisi w Benesse House Museum, położonym na skarpie.

naoshima2

obrazbenesse
Jennifer Bartlett

Benesse House to najbardziej tradycyjne z muzeów na Naoshimie, ale Ando zaprojektował je tak, by nieustannie toczyła się gra między tym, co na zewnątrz i tym, co w środku. Podobnie potraktowano tu zgromadzoną kolekcję. To nie tylko obraz Bartlett, który znajduje swe odbicie w rzeczywistości. Z okien i tarasów rozciągają się piękne widoki. Niektóre prace (np. Richarda Longa) znajdują się częściowo wewnątrz, częściowo na zewnątrz budynku. Ciekawa kolekcja prezentuje czołówkę światowych artystów.

Dopiero po zaliczeniu głównych muzeów przeszedł mi ten artystyczny dupościsk, który znam ze zwiedzania biennale i innych dużych imprez (czy oby na pewno zdążę wszystko zobaczyć?). Tymczasem na Naoshimie trzeba się wyluzować. Nie biec za sztuką, lecz pójść na plażę, sztuka i tak ciebie dogoni, nie da się od nie uciec. W muzeum się nie odpoczywa.

pawilon
Dan Graham
kotizaba
Karel Appel
hotel2
Benesse House

Przy jednej z plaż Cai Guo Qiang zbudował hot tub otoczony fantazyjnymi głazami. Dalej, niedaleko hotelu Benesse House, rozsypały się kolejne dzieła sztuki – tu podniosła atmosfera gdzieś pryska. Króluje tu kolejna, pomarańczowa dynia Kusamy, zabawne rzeźby Niki de Saint Phalle. A Karel Appel postawił kota na żabie.

Drugiego dnia program nie był już tak napięty. Honmurę, jedną z dwóch niewielkich miejscowości na Naoshimie, zwiedzaliśmy na spokojnie. Ando zaprojektował tu muzeum poświęcone własnej twórczości, ale ciekawsze jest kilka domów zamienionych w sztukę (Art House Project, 1998-2009). Niektóre dosłownie, jak była klinika dentystyczna przerobiona przez Shinro Ohtake w architektoniczny asamblaż.

Wszystko z zachowaniem szacunku dla tradycyjnej miejscowej zabudowy, wyciszone, delikatne. Tu też jest medytacyjnie (wodospady malowane przez Hiroshi Senju w tradycyjnej technice nihonga w domu rodziny Ishibashi, producentów soli). Nawet swe własne muzeum Ando zaprojektował tak, że przypomina jeden z drewnianych domów, jakich tu wiele, beton pojawia się dopiero w środku, a przestrzeń muzeum powiększył kopiąc w dół. Architekt stworzył też prosty czarny drewniany pawilon specjalnie dla pracy Jamesa Turrella „Backside of the Moon” (1999).

house
Shinro Ohtake
wodospady
Hiroshi Senju

„Druga strona księżyca” to najlepsza praca Turrella, jaką widziałem, nie tylko na Naoshimie. Wchodzi się do niej jak ślepiec, macając ściany. Obiecano nam, że po kilku minutach, gdy wzrok przyzwyczai się do ciemności, coś nam się ukaże. Czekałem, czekałem, i nic. Zwątpiłem. To olśnienie nie będzie mi dane, pomyślałem. Gdy jednak myśli rozbiegły się własnymi torami, pomieszczenie zaczęło nabierać kształtów dzięki niezwykle delikatnemu światłu, które okazało się być tam cały czas, nawet wtedy, gdy go nie dostrzegaliśmy.

Nie dane nam było odwiedzić Teshimy, kolejnej wysepki (znajduje się na niej „Archives du Coeur” Christiana Boltanskiego). Na Teshimę płynie się z Honmury niewielkim stateczkiem, który cumuje obok futurystycznej bąbelkowej poczekalni, zaprojektowanej przez biuro SANAA (Kazuyo Sejima). Lokalsi zostawiają tu swoje rowery.

turrell
Pawilon ukrywający dzieło Jamesa Turrella

Stworzenie wyspy dedykowanej sztuce współczesnej to nie lada przedsięwzięcie, projekt rozpisany na wiele lat. Dziś wszedł już w fazę dojrzałą. Za całym pomysłem stoi przedsiębiorca Soichiro Fukutake, który powrócił w te rejony po śmierci swego ojca, by przejąć stery rodzinnego biznesu. To on też zaprosił do współpracy Ando, wiedząc, że nazwisko architekta też przyciągnie tu miłośników sztuki. Żywił przekonanie, że sztuka może nieść zmianę. Chodziło mu jednak przede wszystkim o zachowanie ducha i sposobu życia tych kilku japońskich wysp. W latach 80., gdy rodził się pomysł na przyniesienie sztuki na Naoshimę, wyspy się w szybkim tempie wyludniały.

Fukutake pisze: „Nie jestem ani filantropem, ani krytykiem; jestem lokalnym biznesmenem […]. Cele naszej spółki (Benesse Holdings) stoją w sprzeczności z nastawionym na zysk kapitalizmem, który niedawno przeżywał globalny kryzys. […] Wierzę, że istnieją gospodarcze przesłanki dla kultywowania kultury i tworzenia społeczności, w których ludzie, także starsi, czują się użyteczni i doceniani”.

bable

Swoją koncepcję zarządzania nazywa „publicznym kapitalizmem”. Za Naoshimą stoi cały finansowy mechanizm. Fundacja opiekująca się wyspą jest głównym udziałowcem Benesse Holdings i czerpie zyski z dywidend. Prowadzi różnorodną działalność. Z jednej strony przyznaje nagrody na Biennale w Wenecji (w 2017 roku otrzymał ją Pannaphan Yodomanee), z drugiej – wspiera odtworzenie lokalnej produkcji ryżu na Naoshimie i sąsiednich wyspach.

Brzmi to utopijnie, ale zwiedzając Naoshimę czuje się, że to miejsce szczególne. Wieczorami ludzie gdzieś znikają. Ulice są puste, jak to na wsi. Biorę poprawkę na to, że przyjechaliśmy tu poza turystycznym sezonem (a i to turystów nie brakowało). Być może, gdy zwiedzających jest więcej, czar Naoshimy pryska.

Przed wejściem na prom powrotny, w niewielkim barze zjedliśmy smażoną flądrę, oglądając z właścicielami łyżwiarstwo figurowe.

fladra

kusamanaoshima
Yayoi Kusama