Krzyż i klątwa

krzyz1

„Dziękuję, że pan tu stoi”, starsza kobieta przechodząca Krakowskim Przedmieściem na sekundę przerywa moją rozmowę z Danielem Rycharskim i odchodzi w kierunku Starówki. Stoimy pod Pałacem Prezydenckim. Daniel trzyma w ręku wysoki, drewniany krzyż. Ma za sobą pałac, konny pomnik księcia Józefa Poniatowskiego dłuta Thorvaldsena i tzw. tymczasowy pomnik smoleński – tablice z nazwiskami ofiar katastrofy, postawione tu przez PiS. Kobieta, która dziękuje Danielowi, prawdopodobnie łączy jego obecność właśnie z katastrofą, żałobą i późniejszą walką obrońców krzyża.

Gdy jakiś czas później Daniel niesie krzyż na ramionach Traktem Królewskim w kierunku CSW, a ja odprowadzam go kawałek, do stacji metra, zaczepia nas inna kobieta. Pyta o krzyż, kto go wyrzeźbił, czy ciężki, co to za drewno, że takie jasne. Daniel opowiada, że to krzyż pojednania, że zrobił go z gałęzi drzewa, na którym powiesił się homoseksualista. „Bardzo ciekawe”, odpowiada kobieta.

Obecność Rycharskiego pod Pałacem Prezydenckim to rodzaj prowokacji. Jakby celowo chciał wprowadzić przechodniów w błąd. W tym miejscu stał kiedyś inny krzyż i co jakiś czas się pojawia przy okazji miesięcznic smoleńskich. Krzyż Rycharskiego, chociaż podobny, jest zdecydowanie odmienny, to krzyż LGBTQ+. Bo kto powiedział, że krzyż reprezentuje jeden, spetryfikowany kościół i jedną ideologię? W tym krzyżu jest pewna sprzeczność. Bo czy to nie Kościół jest największą siłą homofobiczną w Polsce? Czy jednocześnie to nie wśród kleru odsetek homoseksualistów jest większy niż wśród reszty społeczeństwa? Czy dla homoseksualistów rzeczywiście jest miejsce w Kościele Katolickim? Kto ma się tu z kim pojednać?

Gdy rozmawiam z Danielem, mam wrażenie, że sam ma coraz większe wątpliwości. Chciał by jego krzyż stał się częścią ekumenicznej drogi krzyżowej, by zorganizowała ją grupa Wiara i Tęcza, ruch homoseksualistów wewnątrz Kościoła, do którego należał. Wiara i Tęcza chce zmieniać Kościół od środka. Drążyć jak kropla drąży skałę. Wydaje mi się to naiwne, katakumbowe, stawiają się w roli ofiar. Wiara i Tęcza to dosyć tajemnicza, podziemna wręcz organizacja.

Zresztą propozycja Rycharskiego została odrzucona. Artysta wśród gejów katolików jest trudny do zaakceptowania. Zamiast drogi krzyżowej wziął więc krzyż z biało-czerwonej wystawy „Późna polskość”, na którą go przygotował, i wyszedł z nim ulicami Warszawy, by stanąć przed Pałacem Prezydenckim. Tu krzyż stał się przekorny. Taki homo-krzyż, naznaczony dramatem, jest jak kukułcze jajo. Ostatecznie do zaakceptowania chyba jedynie w galerii. Na ulicy dla zwykłych przechodniów nie różni się bardzo od innych krzyży, jego treści są trochę ukryte. By się wyróżniał, Rycharski musiałby go jakoś tęczowo przyzdobić.

klatwa1

W niedzielę byliśmy z Gunią na „Klątwie”. Trwało oblężenie Powszechnego – sami protestujący tak nazywają swoje protesty, które dzień wcześniej zamieniły się w pokaz agresji. W niedzielę się głównie modlili i gdy różaniec w ręce brali młodzi, całkiem nieźle zbudowani chłopcy w ciemnych okularach, wyglądało to nawet malowniczo. Inni zasłaniający twarze wyglądali już bardziej groźnie. Rozmodlone siły narodowe.

Zanim dostaliśmy się na spektakl, dwukrotnie sprawdzano nam bilety, a przed wejściem na widownię przeszliśmy kontrolę wykrywaczem metali. Nawet w kawiarni wszystkie napoje wydawane są w papierowych kubkach – też ze względów bezpieczeństwa. Przez cały spektakl widownię obserwują zaś ochroniarze, chyba w oczekiwaniu na jakieś wybryki, każdy czuje się więc trochę podejrzany. Wszystko to jednak sprawia, że oglądając „Klątwę”, ma się wrażenie, że spektakl rozlewa się ze sceny i sięga daleko poza nią. Rzeczywistość pukająca do drzwi teatru uwiarygadnia przekaz „Klątwy”, chociaż podejmowane problemy są aż nadto znane.

Spektakl odbywa się w atmosferze narodowo-katolickiego terroru. Wszak „Klątwa” – i ta Wyspiańskiego, i Frljicia – to sztuka o katolickim szantażu. U Wyspiańskiego sam żyjący w grzechu ksiądz, winą za suszę w wiosce obarcza grzechy swych parafian. U Frljicia kler też ma swoje na sumieniu – od molestowania nieletnich, po ograniczanie praw kobiet. Dość powiedzieć, że JPII zostaje nazwany „obrońcą pedofili”. Niebezpodstawnie.

Sztuka rozgrywa się jednak na kilku płaszczyznach – gdzieś w środku są szczątki dramatu Wyspiańskiego, wokół jego dramatu rozgrywa się sam teatr, z aktorami, reżyserem, nieustannym debatowaniem o sensach, tu sztuka zaczyna mieszać się z rzeczywistością, aktorzy są sobą, z imienia i nazwiska, a teatr staje się płaszczyzną dyskusji i auto-wiwisekcji, o uwikłaniu reżysera, o sprzecznościach, z którymi muszą mierzyć się aktorzy. W wielu momentach aktorzy wysyłają krytyczne uwagi w stronę reżysera (ale to przecież wciąż jego sztuka) – że zrobił radykalne przedstawienie i wyjechał do Monachium, robić kolejne, za dobrą kasę; że zaangażował się w festiwal Malta, który nie tak dawno, pod naciskiem poznańskich biskupów, ocenzurował spektakl „Golgota Piknik”. Żeby zrobić laskę kukle papieża, trzeba też zbrukać zdjęcie reżysera.

Ale jest jeszcze jedna płaszczyzna „Klątwy” Frljicia, w warstwie pozawerbalnej, zwłaszcza w tych wielu momentach, gdy spektakl zamienia się w rodzaj performansu, operuje obrazami i gestami, tu już jest po prostu mowa o Polsce i nikt nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Gdy w pierwszej scenie aktorzy dzwonią do Bertolta Brechta, słyszą, że powinni się raczej odezwać do JPII, zadzwonić do Watykanu.

Gunia co chwilę powtarzała „O Jezu”, bo co raz na scenie działo się coś co najmniej transgresywnego albo napięcie rosło w oczekiwaniu na to, że coś takiego się zaraz wydarzy. Ale sceny, które w opisach brzmią obrazoburczo, na żywo w teatrze wypadają komicznie. Inaczej byłoby to nie do zniesienia. W każdym razie ja skręcałem się ze śmiechu. I chyba nigdy się tak dobrze nie czułem w teatrze.

I krzyży tu też pod dostatkiem. Jeden całkiem spory dominuje nad sceną, aż pod koniec jedna aktorka powala go za pomocą piły motorowej. W momencie, gdy krzyż upada, rozświetla się orzeł w tle ułożony z żarówek. A jak wiemy, od krzyża do orła całkiem niedaleko. Wiszą sobie razem nad każdą szkolną tablicą. Kiedy indziej złożone na komendę krzyże zamieniają się w rękach aktorów w karabiny, którymi rozstrzeliwują widownię. Żyjemy w krzyżowym szantażu.

krzyz2

Ścięcie krzyża nie przynosi żadnego oczyszczenia ani ulgi. A jeśli już, to na krótką chwilę, bo zaraz potem dyrektor teatru, już po oklaskach, poza spektaklem, prosi widownię, by dla własnego bezpieczeństwa opuściła budynek tylnym wyjściem. To powalenie krzyża jest czystym odreagowaniem. Jak pamiętamy z oświęcimskiego żwirowiska, w Polsce w miejsce jednego usuniętego krzyża wyrasta sto nowych. Oczywiście nie krzyż jest tu problemem, nie wiara, lecz grzechy Kościoła, to, co ten krzyż może sobą reprezentować. Z krzyżem i okrzykami „Christus Rex” nacjonaliści atakują teatr i wznoszą antydemokratyczne hasła (dosłownie żądają skończenia z demokracją). Krzyż wielokrotnie stawał się narzędziem politycznego nacisku i elementem politycznej gry. No a geje słyszą od księży, że muszą nieść ten swój krzyż.

Ja żadnego ciężaru związanego z moją orientacją nie czuję. Ale już Daniel trochę się wczoraj nadźwigał.

Carol Rama

rama1.jpg

Na marginesach weneckiego Biennale, wśród licznych wydarzeń towarzyszących, które próbują przyciągnąć uwagę zjeżdżających do miasta tłumów miłośników sztuki i kolekcjonerów, pojawiła się kameralna wystawa. Szkoda byłoby ją przeoczyć. To niewielki pokaz twórczości włoskiej artystki, zmarłej przed dwoma laty, Carol Ramy. Zresztą była z Biennale związana – w 2003 roku otrzymała Złotego Lwa za całokształt twórczości (w tym roku otrzymała go Carolee Schneemann). Podobno ją ta nagroda trochę zirytowała, miała już wtedy 85 lat – jakby był to sygnał, że teraz może już umrzeć. Uznanie przyszło zbyt późno. Ale dożyła prawie stu lat.

Była samouczką. Zaczęła malować widząc w akwarelach formę terapii. Może dlatego nie miała w sztuce żadnych ograniczeń. Transgresywne, erotyczne rysunki, czasami wręcz agresywne, przywodzą na myśl niektóre prace Louise Bourgeois. Ale jej twórczość jest bardzo zróżnicowana. W latach 60. tworzyła brikolaże, w latach 70. – abstrakcje, na przykład z użyciem rowerowych dętek (jej ojciec posiadał fabrykę rowerów). „Nigdy nie tworzyłam abstrakcji, chociaż w latach 50. porzuciłam figurację”, pisała w 2005 roku, „Ale dla tych, którzy są zdolni to widzieć, temat zawsze pozostaje ten sam”.

Często jako kontekst jej twórczości przywołuje się jej biografię. Sama mówiła, że jej praca wynikała z osobistych przeżyć i tragedii. Gdy była nastolatką, jej matka trafiła do szpitala psychiatrycznego, ojciec – prawdopodobnie niewyautowany homoseksualista – po bankructwie popełnił samobójstwo. Dorastała w faszystowskich Włoszech. Już po wojnie doświadczała cenzury.

rama2.jpg

Kilka lat temu pierwsza spora wystawa jej prac została zorganizowana w MACBA w Barcelonie, a potem odwiedziła jeszcze Dublin, Helsinki, Paryż, Dublin i Turyn. Kilka jej prac pojawiło się na głównej wystawie weneckiego Biennale cztery lata temu. W kwietniu tego roku jej retrospektywa otworzyła się w New Museum w Nowym Jorku. Niewielka ekspozycja ukryta w labiryncie weneckich uliczek, przygotowana przez Archiwum Carol Ramy, pozwala zaledwie liznąć jej twórczości.

Na skromnej wystawie w Wenecji znalazło się kilka przykładów prac z różnych okresów. Utrzymane w zmiennej stylistyce, ale spójne, w nieco mrocznym pomieszczeniu (jej mieszkanie-pracownia w Turynie było jeszcze bardziej pogrążone w ciemności), dają jednak możliwość poczucia niezwykłej energii Ramy. Na jednym z obrazów pojawiają się nagie różowawe kobiece anioły w towarzystwie czarnego demona, androgynicznego, z piersiami i penisem (w jednym z wywiadów Rama powiedziała, że fiut to jej ulubiona forma, do tego dostarczyła jej wiele przyjemności). Wśród linii, jakby zeszytu w kratkę czy słoi drzewa, zatapiają się inne postaci, wchłonięte przez materię i otoczone owadami-potworniakami.

Abstrakcje też pulsują jakimś podskórnym życiem. Guma z dętek na białym tle przypomina urwane żyły czy połączenia nerwowe. Najbardziej surrealnie wypadają jednak prace, gdy do taszystowskich płócien, plam rozbryzganej farby Rama dokleja gałki oczne lalek. Te obrazy patrzą. Rozbryzgi krwisto-mózgowe jeszcze starają się prowadzić jakieś operacje logiczne – Rama uzupełnia obraz zapisami matematycznymi i tajemniczym tekstem.

rama3

Paul B. Preciado, transseksualny kurator i teoretyk, który zajmował się artystką, zauważa, że Carol Rama to nie wyjątek, lecz przykład na to, jak kwestie seksualności zostały wyparte z historii sztuki XX wieku. Podkreśla tym samym potrzebę zbadania, jak historia sztuki została skonstruowana, i przepisania jej na nowo. Pod kątem takiego przepisywania warto też zajrzeć w Wenecji na wystawę duńskiej surrealistki Rity Kernn-Larsen w Kolekcji Peggy Guggenheim.

Sztukę Ramy poddawano cenzurze i wypierano, bo ujmowała seksualność z kobiecej perspektywy. Do lat 90. jej sztuka pozostawała na marginesie instytucji i rynku sztuki. Większość jej prac znalazła się w rękach jej przyjaciół i bliskiego kręgu znajomych w Turynie, jej dzieł nie posiadało żadne ważne włoskie muzeum.

Na wystawie pokazywany jest też film dokumentalny, na którym pojawia się sama Rama, z warkoczem, który dekoruje jej czoło. Widać, jaka to indywidualność i najwyraźniej ekscentryczka. Słuchając jej, można się w niej zakochać.

Tym, którzy wkrótce wybierają się do Wenecji, polecam tę niewielką wystawę. Tym, którzy są w Nowym Jorku, zazdroszczę.

rama4.jpg

57. Biennale Sztuki w Wenecji

bienwen7
Alicja Kwade i Mariechen Danz

Wcześniej w „Gazecie Wyborczej” pisałem o Pawilonie Polski, tym razem recenzuję całe Biennale Sztuki w Wenecji.

„Gdy toczy się dyskusja o miejscu sztuki w szarpanym konfliktami świecie, Christine Macel – na co dzień główna kuratorka Centrum Pompidou w Paryżu – wskazuje na sztukę jako wartość samą w sobie, miejsce marzeń i utopii, w którym realizować się mogą indywidualizm i kreatywność. Sztuka to po prostu sposób na życie. Gdy już przetoczą się konflikty, twierdzi Macel, to artyści intuicyjnie wyczują, jak będzie wyglądał świat w przyszłości. Na razie jednak takich wizji nie snują, przynajmniej nie w Wenecji.

Postawa francuskiej kuratorki, choć kusząca, trąci eskapizmem. Wystawa odwraca się plecami od bieżących dyskusji. Macel dzieli ją za to na dziewięć części, które nazywa pawilonami. Są więc pawilony Artystów i Książek, Radości i Strachu, Ziemi…

bienwen5.jpg
Marcos Avila Forero

Kuratorka unika najbardziej palących tematów współczesności: populizmu, polityki, tożsamości, rasizmu… Mamy tu za to 120 artystycznych indywidualności, które Macel przypisała ogólnikowym i mglistym, a często po prostu szkolnym hasłom. Wypada to często naiwnie, a na pewno konserwatywnie.

Wystawa, którą odwiedzą setki tysięcy turystów i miłośników sztuki, staje się produktem do łatwej, a nawet powierzchownej konsumpcji. Impreza, już ze swej natury masowa, jeszcze bardziej schlebia oczekiwaniom widzów. Niektóre tematy eksplorowane są na zasadzie wizualnych podobieństw. Jeśli w progu Centralnego Pawilonu śpi Stilinović, tuż obok natkniemy się na śpiących Frances Stark i Franza Westa. Temat książek? Obejrzymy prace kilku artystów, którzy traktują je jako tworzywo i przekształcają w abstrakcyjne obiekty.

bienwen1
James Lee Byars

W Pawilonie Koloru dominuje wielobarwna, monumentalna instalacja z pofarbowanych na różne barwy bąbli z włókien Sheili Hicks. W Pawilonie Ziemi wszyscy zatrzymują się przed ogrodem z roślin zasadzonych w sportowych butach przez Michela Blazy’ego.

„Viva Arte Viva” wypada najciekawiej w tych punktach, gdzie mowa jest o roli sztuki w budowaniu wspólnoty i artystyczno-wspólnotowych rytuałach, zazwyczaj w newage’owym klimacie. Macel przypomina akcje i happeningi inicjowane przez artystów choćby po to, by pomóc przepracować traumy lokalnych społeczności.

W Wenecji wszystko jest trochę przerysowane i przez to na Biennale tym bardziej ma się wrażenie, że świat sztuki się ostatnio zagubił. Wystawa „Viva Arte Viva” wymaga dopowiedzenia. Artystyczna przestrzeń wolności wyobraźni i utopii, którą opiewa Macel, rozwija się głównie tam, gdzie panuje przynajmniej względny spokój. A bezradność wobec kryzysu humanizmu jest nie tylko doświadczeniem artystów”.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE GAZETY WYBORCZEJ.

 

Dekadencja

dekadencja3

Jakiś czas temu zawrzało na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Władze uczelni zapowiedziały remont lokalu w piwnicach Pałacu Czapskich, gdzie działa popularna wśród studentów (i nie tylko) Eufemia, klubokawiarnia z bogatym programem kulturalnym. Przy okazji remontu Akademia wypowiedziała Eufemii umowę. W jej obronie natychmiast zmobilizowali się studenci i nawet ja, obok wielu artystów i kuratorów, podpisałem petycję. Ważniejsze były jednak głosy prawie dwóch tysięcy studentów. Sprawą zajęła się prasa, ale, jak pisała „Gazeta Stołeczna”, już wtedy było widać, że prawdopodobnie „nawet podpis Bałki nie pomoże”.

Ciekawsze jednak, co władze ASP widzą na miejscu Eufemii. Kanclerz uczelni Michał Leszczyński mówił: „Chcielibyśmy, żeby w tym miejscu powstał show room, w którym można by prezentować prace studentów, pracowni, wydziałów”. Show room miałby działać obok nowej restauracji. Na nią pewnie nie byłoby już stać studentów. A sam, studiując kiedyś po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia, w Eufemii właśnie się stołowałem. Już wtedy, chociaż było to jeszcze inne miejsce niż dzisiejszy klub, jako studenci UW zazdrościliśmy studentom malarstwa i grafiki Eufemii.

Rektor Adam Myjak nie docenia wartości kulturotwórczych takich miejsc jak Eufemia, ale przede wszystkim nie docenia swoich studentów. Oto bowiem na zaliczenie zajęć z podstaw wystawiennictwa u Dawida Radziszewskiego (Wydział Zarządzania Kulturą Wizualną) otworzyło się w piątek kilka niewielkich wystaw. Jedna z nich, w Eufemii, staje w jej obronie, ale nie tylko. Skoro zamiast Eufemii ma być „show room” czy „sklepik z pamiątkami”, młode kuratorki, Agata Grabowska i Olga Rusinek, uprzedziły władze uczelni i same taki sklepik urządziły.

Na wystawie w sklepiku znalazły się pastiszowe kopie rzeźby, którą rektor Myjak zaprojektował dla sieci centrów handlowych Dekada, nazywanych, nomen omen, zgodnie z narzucaną do kilku lat nowej terminologii handlowców, galeriami. Stąd właśnie jej tytuł: „Dekadencja / sklep z pamiątkami”. Stawiane przed centrami handlowymi kopie tej samej rzeźby to typowe Myjakowe gluty z cyklu „Figury”. Pozostawiając interpretację odbiorcy, Myjak sugerował, że mogą one przedstawiać „Anioła biznesu”. Nie precyzował jednak, czy to anioł czuwający nad biznesem, czy inwestor start-upu.

dekadencja1.jpg

Zaproszonym dziesięciu studentom i absolwentom warszawskiej ASP nie sprawiło więc większej trudności odtworzenie i wyśmianie „Figur” Myjaka. Tytuły ich prac to nazwy miejscowości, w których stanęło pierwszych dziesięć rzeźb dla Dekady, od Skierniewic po Brodnicę (dziś jest już ich więcej). Jedna z rzeźbek powstała z pomalowanego na różowo styropianu (Kaisu Almonkari), inna, którą oglądałem już w stanie rozpadu, z chrupków kukurydzianych (Natan Kryszk). Karykaturą rzeźbiarskiego gluta są po prostu inne gluty, co jest też kpiną z mistrzowskiego charakteru pracowni na ASP (powielania stylu profesorów).

Aleksandra Piotrowska jako swój wkład w wystawę przyniosła zaś na wernisaż tort ze zdjęciem biznesmenów i artysty pod sklepem z rzeźbą. Na torcie zadała pytanie: „Czy był pan na otwarciu?”. Przy okazji odsłaniania rzeźb Myjaka przed centrami handlowymi Dekada też się zawsze jakieś torty kroi, a panowie w garniturach pozują przed rzeźbami.

Wokół wystawy już na otwarciu zrobił się ferment, a do kuratorek dochodziły głosy o bezprawnym wykorzystaniu znaku towarowego, jakim jest nieszczęsna rzeźba Myjaka, i grożących im konsekwencjach. Najwyraźniej trafiły w czuły punkt. Rozumiem ich emocje, ale szkoda, że poddały się presji i schowały prace w torebki po chipsach, tym samym eksponując inne znaki towarowe (by zobaczyć same prace, musiałem poprosić, by je z torebek wyciągnięto). Ale profesor Myjak nie skompromitowałby się bardziej, niż występując przeciwko własnym studentom. Powinien się też wykazać jakimś rudymentarnym poczuciem humoru.

Przy okazji zamówienia „Figur” Myjaka przez Dekadę, nie mogło też zabraknąć innego piewcy powiązań kultury i biznesu, kultury celebryckiej, byłego ministra kultury (w notabene lewicowym rządzie) Waldemara Dąbrowskiego. Okraszał on wytwory swego ulubionego (obok Igora Mitoraja) rzeźbiarza górnolotnymi frazesami. „Kultura – mówił na przykład Dąbrowski – nie jest żadnym decorum, jest jedną z podstawowych energii, z których rodzi się lepszy świat, lepsza gospodarka, lepszy sens życia społecznego, godniejsze życie. Popieram zbliżenie ludzi biznesu i świata sztuki. Bo ludzie polskiej gospodarki też są wielkimi kreatorami. To nie są kreacje mniejsze niż kreacje artystyczne. One również wymagają wyobraźni, niezwykłej pracy, nie rodzą się z niczego”. To Dąbrowski wymyślił Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach (późnej w Sopocie) i kwadrygę na Teatrze Wielkim Operze Narodowej, której dyrektoruje. Stworzyli ją oczywiście Myjak i Janusz Pastwa.

dekadencja2

„Dekadencja” to wystawa ze sporymi jajami i bardzo w duchu nauczyciela studentek-kuratorek, galerzysty Dawida Radziszewskiego, który, gdy jeszcze mieszkał w Poznaniu, zaproszony do udziału w wystawie poznańskiej sztuki w bojkotowanym przez siebie Arsenale, wysłał tam kupę śmieci ze strychu własnej galerii.

Dobrze świadczy o studentkach, gdy zajmują się sprawami sobie bliskimi (zamknięcie Eufemii), a jeszcze lepiej, gdy potrafią z otwartą przyłbicą skrytykować swoich profesorów. Pytanie bowiem, jak mylne pojęcie o mecenacie sztuki, służalcze postrzeganie roli artysty wobec biznesu, celebrytyzm i artystyczne gusta kończące się na Myjaku (ewentualnie Mitoraju) przekładają się na samą uczelnię. Myjakowi się to po prostu od dawna należało. No i może rzeczywiście, jak ponoć mawiał Tadeusz Kantor, rewolucje rodzą się w kawiarniach.

Mały Przegląd – Polska na Biennale w Wenecji

malrzy przeglad3

Pobudka! Wstajemy! Wychodzić z łóżek! Ustawić się w rzędzie! – padają komendy wypowiadane ostro, ale głosem młodej kobiety. Czy to więzienie? Koszary? Nie. To podopieczne Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii w Rudzienku przypominają, jak wyglądają ich poranki. Od tych słów rozpoczyna się film Sharon Lockhart, pokazywany w Pawilonie Polski na Biennale w Wenecji.

Na filmie nastoletnie dziewczyny pojawiają się na czarnym, scenicznym tle. Ustawiają się w rzędzie i powtarzają proste ruchy i gesty. Ich pantomima przypomina zapętlone, krótkie komputerowe gify. Wypowiadają też słowa (po angielsku): miłość, nadzieja, zaufanie, nienawiść. Jedną z nich zobaczymy potem, improwizującą smutno przy fortepianie. W końcu odtańczą jeszcze, w zwolnionym tempie, wojowniczy taniec z kijkami w dłoniach. Zamknięte w atrakcyjnych kadrach, nastolatki najwyraźniej chcą przekazać nam jakieś emocje. Zatrzymują się jednak na oklepanych hasłach.

Film uzupełniają fotografie dwóch dziewczyn zagłębionych w lekturze oryginalnych numerów „Małego Przeglądu”, pisma powstałego z inicjatywy Janusza Korczaka, tworzonego przez młodzież i dla młodzieży, w Bibliotece Narodowej w Warszawie. W pawilonie pojawiają się też tłumaczenia wybranych numerów oryginalnego „Małego Przeglądu”, tak jak przed wojną – co piątek.Przynajmniej na filmie.

maly przeglad1

Na wystawie nie widać też tego, że projekt opierał się na wielomiesięcznych warsztatach z grupą ponad trzydziestu podopiecznych ośrodka. Lockhart i kuratorka Barbara Piwowarska zaprosiły do współpracy licznych specjalistów i artystów – tancerzy, muzyków, dziennikarzy. Działania te nie kończą się też wraz z otwarciem wystawy w Wenecji. Jesienią dziewczyny z Rudzienka same przygotują specjalny numer „Małego przeglądu”.

Gdy Polska stawia na projekt Amerykanki, inne państwa pokazują, co w ich sztuce najciekawsze. W pawilonie Rumunii wystawiane są prace odkrywanej ostatnio na nowo Gety Bratescu. Wielka Brytania prezentuje rzeźby Phyllidy Barlow, 73-letniej artystki, której kariera nabrała tempa dopiero w ostatnich latach. Dla Niemki Anne Imhof, która za swą wystawę otrzymała Złotego Lwa, sukces na Biennale to droga do międzynarodowej kariery. Tymczasem Lockhart już jest jedną z najbardziej uznanych amerykańskich artystek, a jej prace sprzedają renomowane galerie – neugerriemschneider z Berlina i galeria Barbary Gladstone z Nowego Jorku. Polscy artyści słusznie mogą się poczuć zlekceważeni.

maly przeglad2

Sukces osiąga ten, kto potrafi zatrzymać widzów na swojej wystawie, jednocześnie proponując klarowny przekaz. To niestety nie udało się Lockhart. Dla większości widzów jej wystawa pozostaje nieczytelna. Nie dostrzegą związku między filmem a postacią Janusza Korczaka i „Małym Przeglądem”, o ile w ogóle obecność tego ostatniego zauważą. W tym roku polski pawilon jest biennalowym średniakiem.

Pełen tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” i można go przeczytać na stronie internetowej dziennika.

Nie jestem już psem

njjp3
Rękawica, którą Stanisław Garbarczuk rzucił polskim politykom

Na stronie „Gazety Wyborczej” polecam wystawę „Nie jestem już psem” przygotowaną w Muzeum Śląskim w Katowicach przez Katarzyne Karwańską i Zofię Czartoryską. To ich kolejna propozycja, po „Po co wojny są na świecie” w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej, proponująca nowe podejście do tzw. sztuki outsiderów. Piszę:

 

Kuratorki najlepiej ujęły sprawę w tytule: „Nie jestem już psem”. To słowa Radosława Perlaka odsiadującego wyrok dożywocia w Zakładzie Karnym w Rawiczu. W więzieniu Perlak napisał trzy książki i odkrył nowe powołanie – zaczął malować, a jego obrazy zazwyczaj silnie dotykają polityki.

To artyści, którzy nie martwią się o karierę, nie liczą na zyski ze sprzedaży prac. Tworzą z wewnętrznej potrzeby, z trzewi. Sztuka wyraża ich stosunek do polityki, ich duchowość, ich seksualność, ich fobie i natręctwa. Nie ma tu miejsca na cynizm czy wyrachowanie. Tworzenie nadaje sens życiu, jest jego siłą napędową, nadaje tożsamość.

Kuratorki zresztą najbardziej interesują postawy radykalne, antysystemowe, anarchizujące. Ryszard Kisiel z Trójmiasta, który na początku lat 80., w kontekście milicyjnej akcji Hiacynt inwigilującej środowisko homoseksualistów, tworzył inscenizowane zdjęcia, często łączące homoerotykę i humor, a nawet politykę. Jego zabawne „czołówki” nieistniejących filmów to napisy tworzone bezpośrednio na ciele. Na przykład: „Chcemy porno, a nie ORMO” na wypiętych pośladkach.

njjp2

Wystawa w Katowicach stawia nową, odważną tezę o wspólnocie między kulturą alternatywną rodem z lat 80. oraz innymi outsiderami. Stąd obecność Roberta Brylewskiego.

W latach 80. anarchiści i punkowcy, ale też wielu artystów wizualnych działających poza oficjalnym obiegiem, byli w podobnej pozycji co współcześni outsiderzy. Niektórzy, jak Zbigniew Libera, po 1989 roku weszli do galerii, innym się nie udało, jeszcze inni – w ogóle nie mieli takich ambicji.

Z kultury alternatywnej, która już dawno trafiła do muzeów oprawiona w zgrabne ramki, bliżej jednak do głównego obiegu sztuki niż z muzeów etnograficznych. Barykada jest wysoka. Z prezentowanych w Katowicach artystów najbliższy jej przekroczenia jest Tomasz Machciński, który od dziesięcioleci fotografuje siebie w różnych kobiecych stylizacjach. To projekt gotowy, by samodzielnie zaistnieć w galerii.

„Nie jestem już psem” zrywa z hierarchiami sztuki, ale wciąż sytuuje tych twórców na marginesie. Wystawa obarczona jest ryzykiem fetyszyzacji. To twórcy atrakcyjni, bo wciąż na swój sposób egzotyczni. Dlatego Xawery Stańczyk w tekście towarzyszącym wystawie proponuje rozróżnienie na tych artystów, którzy są outsiderami z przyczyn od nich niezależnych, i outsiderów z wyboru.

Teza o pokrewieństwie kultury alternatywnej i outsiderów sztuki będzie więc trudna do utrzymania. Ale każde takie naruszenie kanonu jest cenne. Pokazuje bowiem, że wolność twórcza, także ta zapisana w konstytucji, nie dotyczy tylko artystów przez duże „a”.

Potęga awangardy

potegaawangardy1

Na Dwutygodniku recenzuję wystawę „Potęga awangardy” w Muzeum Narodowym w Krakowie (Kamienicy Szołayskich), zapowiadaną jako jedno z najważniejszych wydarzeń Roku Awangardy. Piszę a absurdalnej różowo-majtkowej aranżacji wystawy i zastanawiam się, czy cokolwiek zostało z oryginalnej koncepcji „Potęgi…”, którą oryginalnie przygotował brukselski Bozar.

„Ta niedorzeczna oprawa wystawy skrywa inne nieudolności organizatorów. Wystawa promowana jest głośnymi nazwiskami. Ale jeśli ktoś liczy na to, że obejrzy w Krakowie arcydzieła awangardy, bardzo się myli. Niby jest Malewicz, ale tylko jego tyci rysunek i niewielki gwasz. Jest Mondrian, ale to zaledwie grafika wykonana wiele lat po śmierci malarza. A ilu ważnych artystów, w tym polskich, w tym krakowskich, tu nie ma!

potegaawangardy3

W przestronnych salach Bozar wyglądało to zupełnie inaczej. Kurator Ulrich Bischoff zaprosił kilkunastu wybitnych współczesnych artystów. Każdy, wskazując na wybrane dzieło awangardowego artysty z początku XX wieku, pokazał własną pracę wchodzącą z nim w dialog. Na przykład Olafur Eliasson wskazał Archipenkę, a Luc Tuymans – Raymonda Duchampa-Villona. Te dialogi uzupełniały sale, gdzie kurator starał się dopowiadzieć obraz sztuki awangardowej. Struktura wystawy była skomplikowana, ale czytelna. Pytanie brzmiało: jakie relacje łączą sztukę współczesną z historyczną awangardą? Sam Bischoff pisał, że stworzony obraz sztuki awangardowej jest „fragmentarycznym przeglądem kanonu awangardy”.