Święte nic

swietenic2.jpg

Polecam mój tekst o wystawie Jakuba Ziółkowskiego i Hyon Gyon „Święte nic” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej”.

„Święte nic” w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej to wystawa o duchowej przemianie i artystycznym spotkaniu. Spotyka się tu dwoje artystów: Jakub Julian Ziółkowski i Koreanka Hyon Gyon. On, znany do tej pory wyłącznie jako malarz, ukazuje nowe oblicze swojej twórczości, ona po raz pierwszy ma okazję zaprezentować się polskiej publiczności.

Najpierw Ziółkowski zakochał się w jej sztuce. By na własne oczy zobaczyć jej ogromną malarską instalację, poleciał do Kioto. Gdy poznali się osobiście, zakochali się w sobie. Dziś są już małżeństwem, mieszkają w Krakowie, dzielą pracownię i zdarza się, że razem tworzą. „Hyon jest największą artystką, jaką w życiu poznałem”, mówi Ziółkowski. Wspólne życie i praca owocują spontanicznymi artystycznymi kolaboracjami. Wystawa w CSW jest pierwszą manifestacją ich artystycznej relacji.

swietenic3.jpg
Jakub Julian Ziółkowski, Połączenie, 2017

Osobista historia, którą przy okazji wystawy opowiada Ziółkowski, może wydawać się nieco sztampowa. Oto cieszący się uznaniem, ale zmęczony malarstwem trzydziestoparolatek (wcześniej na wystawę „Imagorea” w BWA w Zielonej Górze namalował prawie dwieście obrazów), zanim jeszcze poznał Gyon, udaje się do Wietnamu. Tam pracuje w dość surowych warunkach, próbuje się na nowo odnaleźć i przełamać kryzys. Ośmiomiesięczny pobyt w Hanoi nazywa „duchowo-twórczą misją”.

Na wystawie można odnieść wrażenie, że Ian Moon, duchowy przewodnik, to postać tworzona przez oboje artystów wspólnie. O ile jednak prace Ziółkowskiego mają zazwyczaj silny pierwiastek malarski i malarskiej pracowitości, o tyle Gyon wydaje się tworzyć bardziej spontanicznie, intuicyjnie.

swietenic4.jpg
Rzeźba Hyon Gyon

Z myślą o warszawskiej wystawie stworzyła rzeźby i instalacje z różnych materiałów, ale w oczy rzucają się pluszowe zabawki. W jednej z sal stanęła „Miękka kaplica”, sporej wielkości namiot oblepiony pluszakami. Sama Gyon często się przeprowadzała: z Korei do Japonii, z Japonii do Nowego Jorku, z Nowego Jorku do Krakowa. Namiot odzwierciedla nomadyczność jej życia. W środku wyświetlany jest film Ziółkowskiego, na którym przebrany w wietnamski tradycyjny strój artysta niczym w transie tworzy szybkie rysunki, tylko po to, by po kolei je niszczyć.

Łatwo dać się nabrać na pozorną niewinność wypchanych zabawek. Szybko jednak zauważymy, że nastąpił tu rodzaj pluszowej masowej zbrodni. Wielki pluszowy tygrys w jednej z rzeźb jest dosłownie nabity na gałąź. Być może został złożony w ofierze w jakimś tajemniczym rytuale. Podobnie malarstwo Ziółkowskiego zawsze budziło sprzeczne uczucia; uwodząca widza bajkowość ukrywała rodzaj podskórnych histerii.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „WYBORCZEJ”.

Ojczyzna w sztuce

cerny
David Cerny, Entropa, detal

Przy każdym nowym tekście o kolejnej wystawie „…w sztuce” w Mocaku powtarzam sobie, że to już ostatni raz. Bo muszę powtarzać te same argumenty: przyjęta przez Mocak i dyrektorkę Potocką formuła nie ma po prostu większego sensu. Ale taki już los recenzenta. Jest wystawa – jest reakcja. Nowy mocakowy twór, „Ojczyznę w sztucę”, komentuję na łamach „Gazety Wyborczej”.

„Ojczyznę w sztuce” odbierać można jako echo szeroko dyskutowanych zeszłorocznych wystaw w Warszawie: „Późnej polskości” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie oraz „Historiofilii”, zorganizowanej przez Narodowe Centrum Kultury. Pierwsza opowiadała o „formach narodowej tożsamości po 1989 roku”, w gruncie rzeczy dekonstruując oficjalną wersję polskości oraz włączając do niej perspektywę grup niemieszczących się w jej sztywnych ramach, np. środowiska LGBTQ.

Druga wystawa, „Historiofilia” kuratorowana przez Piotra Bernatowicza, oferowała spojrzenie konserwatywnych „artystów wyklętych”, utożsamiających się z „dobrą zmianą” i uważających się za wyrzuconych z obiegu przez liberalną większość decydentów świata sztuki. Nie zabrakło tu akcentów homofobicznych, mizoginicznych czy antyniemieckich (plakaty Wojciecha Korkucia).

Chociaż tak od siebie odległe, obie ekspozycje tonęły jednak w biało-czerwonej ikonografii, momentami dusznej. Jakby nie dało się opowiadać o Polsce inaczej niż przez nasze barwy narodowe.

„Ojczyzna w sztuce” proponuje szersze, międzynarodowe spojrzenie, ale jest tu właściwie podobnie. Znowu królują tu narodowe symbole poddawane różnorodnym przeróbkom, trzy czwarte wystawy to „flaga w sztuce”. Najsilniejszy symbol narodowy artyści rozkładają na czynniki pierwsze i składają z powrotem w czasem intrygujące asamblaże. Od głośnego obrazu „Polacy formują flagę narodową” Włodzimierza Pawlaka po wielkoformatowy rysunek Roberta Longo, który symbolicznie rozdziera flagę USA na dwie osobne ramy.

flagimocak
Jimm Lasser, Stany Zjednoczone vs Ameryka, 2018

Dominuje punkt widzenia większości, standardowy, nawet jeśli poddawany krytyce. Z jednej strony mamy więc globalizację z jej niebezpieczeństwami, z drugiej – ostrzeżenia przed nacjonalizmem. Łączy je w sobie praca Jarosława Kozłowskiego „Zjednoczony świat – wersja totalitarna”, rodzaj twierdzy-barykady zbudowanej z metalowej siatki i mebli, oznaczonej flagami wielu państw.

Justin Trudeau twierdzi, że Kanada to państwo postnarodowe. Chce, by mogły się z nią utożsamiać zarówno kanadyjskie Pierwsze Narody, jak i imigranci z różnych stron świata. Tej lekcji kuratorki z MOCAK-u nie odrobiły. Nie zauważyły napięcia między ojczyzną i państwowością. Dominuje tu spojrzenie europocentryczne. Dlatego odpowiedzią na nacjonalizm może być tylko globalizacja i odwrotnie. Tylko Damir Muratov w serii przerobionych flag oraz Nikita Shalenny w instalacji przypominającej las, a w rzeczywistości ułożonej z zielonych chińskich ręczników, nawiązują do historii niepodległościowych ambicji mieszkańców Syberii.

 

Durham w Muzeum Sztuki

durham2.jpg

W „Gazecie Wyborczej” polecam wystawę Jimmiego Durhama w Muzeum Sztuki w Łodzi. 

Ta wystawa to kpina z muzeów historii naturalnej, w których wciąż króluje sztuka taksydermii – wypchane zwierzęta, często zatrzymane w efektownych pozach, pokazuje się tam w ich „naturalnym środowisku”, czyli sztucznych dioramach. Podczas takiego muzealnego safari można podejść do nich całkiem blisko i spojrzeć prosto w ich szklane oczy.

Na wystawie Jimmiego Durhama w Muzeum Sztuki w Łodzi jest biało, aseptycznie. Panuje podniosła cisza. Jeśli szukać naturalnego środowiska pokazywanych tu zwierząt, byłby to świat mitów i duchów.

Punktem wyjścia cyklu „Boże dzieci, poematy” były prawdziwe czaszki, którym artysta dorobił nowe, rzeźbiarskie ciała. Pisze: „Ponieważ posługuję się prawdziwymi kośćmi, czuję, że przedstawianie zwierzęcia tak, jak gdyby było żywe, byłoby zbyt lekceważące”. Tytuł wystawy zaczerpnął ze starogreckiego terminu, który określał zwierzęta jako „dzieci Boga” bądź „poematy Boga”.

durham.jpg

Większość z nich góruje wzrostem nad człowiekiem. Jeleń szlachetny z pięknym, rozgałęzionym porożem ma ciało hydrauliczne, wystarczyło kilka czarnych rurek. Żubrowi za ciało służy stara szafa. W korpusie koziorożca alpejskiego rozpoznamy odwróconą kołyskę. Dzikowi, maszynie ze złomu, z nozdrzy wystają lufy. Spotykany na północy Skandynawii wół piżmowy to fragment rusztowania z narzuconymi na nie kocami i ubraniami. Ryś euroazjatycki, najmniejsza rzeźba na wystawie, powstał z plątaniny prętów, drucików, sznurka i kolorowych plastikowych rurek. Powinno się im właściwie nadać nowe nazwy: koń drewniasty, baran meblasty, żubr szafiasty.

Asamblaż jest ulubioną techniką Durhama niemal od początku kariery. Ma ona w historii sztuki długą tradycję. Prapradziadkiem tego zwierzyńca mógłby być Pablo Picasso, który kiedyś zestawił ze sobą rowerowe siodełko (czaszka) i kierownicę (rogi), a wszyscy bezbłędnie rozpoznają w nich głowę byka.

Durham, chociaż nieobce jest mu podobne poczucie humoru, idzie o wiele dalej. Chociaż nie tłumaczy swego gestu, a nawet mówi, że nie do końca go rozumie i zdaje się na własną intuicję, w jego rzeźbach jest coś podniosłego. Czaszki zwierząt potraktował z szacunkiem. Jakby tworzenie tych rzeźb było rodzajem rytuału, jakby przywracał im dusze. Brakuje tu tylko legend.

CAŁOŚĆ RECENZJI DOSTĘPNA NA STRONIE „WYBORCZEJ”.

Kaczyński zakuty w brzozie

kaczynski9

Wieść rozeszła się lotem błyskawicy szlakiem facebookowym – Althamer wyrzeźbił twarz Lecha Kaczyńskiego w pniu brzozy i ma go zamiar ustawić przed Pałacem Prezydenckim. Na dowód zdjęcie rzeźby. Wszystko się zgadza: jest brzoza i jest Kaczyński. Godzina 15.00. Podchwytują to media – Althamer, znany artysta, Kaczyński, jutro ósma rocznica katastrofy. Dzwoni do mnie dziennikarz z radia: czy Althamer tak na serio czy bawi się w trickstera? Próbuję go przekonać, że na serio.

Po piętnastej naprzeciw Pałacu Prezydenckiego niewielki tłumek czekający na rzeźbą Althamera chroni się cieniu. Wszystko się opóźnia, wiadomo, że będziemy czekać. Ma przyjechać laweta. Dostajemy cynk, że raczej na Krakowskie Przedmieście nie wjadą, ale mogą się zatrzymać niedaleko ASP. Gdy w końcu przyjeżdża ciężarówka, rzeźba ląduje na chodniku. Ktoś załatwia wózek, na którym będzie ją można przeciągnąć pod pomnik Poniatowskiego. Althamera otaczają skierowane w jego kierunku mikrofony, kamery i komórki.

kaczynski3

Skąd pochodzi brzoza? Taka gruba, to pewnie z Syberii. Nie, nie z Syberii, z Borów Tucholskich. Gdy dostał taki duży kawałek brzozowego pnia, postanowił wyrzeźbić w nim Lecha Kaczyńskiego. Takie miał pierwsze skojarzenie.

Tragicznie zmarły prezydent wydaje się zamknięty w pniu. Widzimy tylko jego twarz w okrągłym nimbie, który sprawia, że Kaczyński wydaje się spoglądać z okienka samolotu, a kształt drzewa podpowiada, że może nawet rakiety kosmicznej.

Gdyby nie było wiadomo, że to Althamer, można by pomyśleć, że to dzieło jakiegoś wybitne sprawnego rzeźbiarza ludowego. Ale rękę Althamera zdradzają od razu detale – oczy z hebanu i kości renifera, złota aureola wokół twarzy prezydenta, biało-czerwony znaczek polskiego lotnictwa. Wszystko to znamy z innych realizacji Pawła. Kilka lat temu w Brasilii, mieście zbudowanym na planie przypominającym kształt ptaka lub samolotu, na jego „skrzydle”, szerokiej miejskiej arterii Althamer ułożył taki właśnie symbol, a potem sfotografował go z lotu ptaka. Znak do nieba.

kaczynski5

kaczynski6

Pierwotny plan, by rzeźbę po prostu położyć przed Pałacem Prezydenckim, gdzie wciąż jest wiele mniejszych spontanicznych prób upamiętnienia katastrofy (małe brzozowe krzyżyki i tymczasowe tablice), nie udaje się. Gdy rzeźbę z trudem ciągniemy przez przejście dla pieszych na Krakowskim Przedmieściu, na pasach zatrzymuje się wóz policyjny. Co to takiego? Gdzie idziecie? Po co? Co z tym chcecie zrobić? „Ja jestem autorem, jestem artystą-rzeźbiarzem”, mówi Althamer. „Bardzo mi miło, jakiś dokument poproszę”.

Gdy Paweł z boku tłumaczy się policjantom, a wokół rzeźby robi się zbiegowisko. Obok, pod kościołem Wizytek, stoi inna smoleńsko-artystyczna instalacja: rodzaj rusztowania z dzwonem i biało-czerwonymi akcentami. Tłum blokuje ruch na chodniku. Przechodnie zatrzymują się, przyglądają, robią zdjęcia. Zaczynają się dyskusje. Korzystając z okazji, że ma publiczność, pan (ten od dzwonu) wygłasza przemowę o tajemniczych przyczynach katastrofy i ciągłym braku prawdy. Antyfaszysta kłóci się z przebranym w nieznany mi mundur faszystą (sam się tak przedstawił), który przyjechał tu na rowerze i podjadał czekoladowy batonik. „Czy to sposób upamiętnienia?” – starsza pani, która przechodzi akurat chodnikiem i zerka, ma wątpliwości. „W mojej katolickiej religii inaczej upamiętnia się zmarłych”.

Korzystając z chwili przerwy w rozmowie Pawła z policjantami (w międzyczasie przyjechał ważniejszy policjant w drugim radiowozie), pani z telewizji próbuje podpytywać Pawła o interpretację rzeźby. „A to prezydent czy premier? Bo różnie można interpretować”. Jest wyraźnie niezadowolna. Paweł, chociaż powtarza, że w tym nie ma kpiny, nie chce sam za dużo narzucać. Chyba liczyli na lepszy smaczek.

kaczynski7

Policjanci dzwonią do wyższych instancji. W końcu przychodzi odpowiedź – nie ma zgody na pozostawienie pnia na Krakowskim Przedmieściu. Ale mimo to ruszamy dalej, choć na chwilę. Do dziennikarzy, którzy w streamingach na żywo relacjonują wydarzenie, dołącza policjant z kamerą, który pozostanie z nami do samego końca.

Gdy wreszcie ta zróżnicowana procesja dociera pod Pałac Prezydencki, zatrzymujemy się na dłuższą chwilę. Paweł nie chce się spieszyć. Wiadomo, że rzeźba tu zostać nie może, ale warto, by tu jednak zaistniała. Na początku przypomina to trochę chwilę dla fotoreportera. Ale rzeźba się w jakiś sposób spełnia, chociaż tylko na chwilę i w formie wozu Drzymały.

Lech Kaczyński spogląda swymi czarnymi oczami z wnętrza pnia-sarkofagu. Althamer zapala mu świeczkę.

kaczynski8

Pojawia się pytanie: co dalej. Rzeźba tu zostać nie może. Okazuje się, że mogą się nią zaopiekować panie z miasteczka, które rozbiło się tuż pod sejmem. Pod hotelem Bristol długo czekamy na taksówkę bagażową, która zabiera brzozę pod sejm. Wszyscy się już dawno gdzieś rozeszli.

Miasteczko okazuje się pełne innego rodzaju artystyczno-politycznych instalacji. Do tego z różnych rejestrów. Na drzewach choinkowe lampki układają się w biało-czerwone flagi. Prosty, polityczny humor miesza się ze smoleńską żałobą. Powstają antypisowskie transparenty na następny dzień („Plac Piłsudskiego nie Kaczyńskiego”). Naprzeciwko czarno-białych zdjęć wszystkich ofiar katastrofy na czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości czekają taczki: dla Dudy, dla Ziobry, dla Kamińskiego… „One way ticket”. Obok na niewielkiej drabince stoją buty – kpina z drabinki prezesa, której używa podczas miesięcznic.

Paweł kładzie pień nieco z boku, na trawniku. Prezydent niezmiennie patrzy się w niebo. W tym miejscu na chwilę zakończyła się jego peregrynacja.

kaczynski10

kaczynski11

To było wczoraj. Rocznica katastrofy jest dzisiaj. W „Gazecie Wyborczej” ukazał się mój tekst o Pomniku Smoleńskim, którego odsłonięcie na placu Piłsudskiego jest elementem oficjalnych obchodów. Komentuję w nim sam pomnik oraz przywołuję dyskusję o pomnikach, które toczyły się w Polsce w latach 80., gdy Jerzy Kalina, autor pomnika z placu Piłsudskiego, był jednym z najważniejszych twórców przykościelnych. Mam wątpliwości, czy w sytuacji politycznego sporu postawienie „działającego” pomnika byłoby w ogóle możliwe.

Rzeźba Althamera trochę tę patową sytuację wokół katastrofy i pomnika odczarowała.

Przyszłość będzie inna

wlodarskizacheta.jpg
Obraz Marka Włodarskiego

Polecam moją recenzję świetnej wystawy „Przyszłość będzie inna” w Zachęcie, kuratorowaną przez Joannę Kordjak. Piszę:

„W zachętowskiej Sali Matejkowskiej rozbrzmiewa piosenka w rzadko dziś słyszanym w Polsce języku – jidysz. Dzieci śpiewają o koleżeństwie, równości, pokoju. „Naprzód, młoda gwardio, proletariat!”. To fragment filmu Aleksandra Forda „Mir kumen on” („Droga młodych”). Ford nakręcił go w 1935 r. na zlecenie dyrektora Sanatorium im. Włodzimierza Medema w Miedzeszynie. Dzieci z biednych, głównie żydowskich rodzin leczyły się tu na gruźlicę. Miał być to film promocyjny, zachęcający do wsparcia przeżywającego trudności finansowe ośrodka, ale Ford nadał mu cechy filmu artystycznego, czerpiąc inspiracje z najlepszych filmowców awangardy.

Sanatorium jawi się jako nowoczesna placówka. Na filmie niemal nie pojawiają się dorośli. Dzieci rządzą się tu same. W pierwszej sekwencji filmu sceny z sanatorium Ford zestawił jednak z widokami biednych, brudnych warszawskich ulic. Bo tak wyglądała ich codzienność.

orskizacheta
Instalacja Witka Orskiego

Tytuł „Przyszłość będzie inna” kuratorka wystawy Joanna Kordjak zaczerpnęła z tekstu-manifestu Zofii Daszyńskiej-Golińskiej z 1921 r. Podtytuł tłumaczy, że chodzi o „Wizje i praktyki modernizacji społecznych po roku 1918”. Nie chodzi o filantropię. Mowa tu raczej o potrzebie emancypacji różnych grup społecznych: dzieci, kobiet, klasy robotniczej, mniejszości narodowych, ale też o nowej roli widza w teatrze czy o wyzwoleniu się od rygorów komercyjnego filmu w kinematografii.

Kontekstem dla całej wystawy jest trud odbudowy kraju i konsolidacji po latach zaborów i pierwszej wojnie światowej, ale też panująca w II Rzeczypospolitej bieda. Sama wystawa wydaje się przesiąknięta optymizmem, wiarą w możliwość zbudowania lepszego, bardziej sprawiedliwego, opartego na równości społeczeństwa. Demokracja, jak pisał lewicowy myśliciel i teoretyk spółdzielczości Edward Abramowski, „wymaga przede wszystkim silnego poczucia i instynktu samopomocy społecznej”.

Poszczególne części wystawy dotyczą ruchu spółdzielczego, architektury, praw dziecka, praw kobiet, robotników, teatru. Wątki się mieszają: wśród pism o spółdzielczości znajdziemy też takie adresowane do dzieci, w sali o emancypacji kobiet obejrzymy przejmujący cykl fotografii „Ręka pracująca” lwowskiej fotografki Janiny Mierzeckiej. Studia dłoni są jednocześnie zapisem tego, jak praca odciska się na ciele robotników. Na pierwszej stronie pisemka dla dzieci przeczytamy o górnikach, którzy zginęli podczas strajku w Zagłębiu.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „GAZETY WYBORCZEJ”.

 

 

Edi Hila

edihila3

Polecam moją recenzję wystawy albańskiego malarza Ediego Hili w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ukazała się na stronie „Gazety Wyborczej”. Piszę:

Nawet jeśli nie zajmuje się bezpośrednio polityką, jego osobista historia była ściśle związana z historią Albanii, a on sam, także dzisiaj, rozumie krytyczny potencjał tkwiący w realizmie. To właśnie realizm decyduje o sile jego malarstwa. I okazał się przydatny dla opowieści o chaotycznie zmieniającej się rzeczywistości kraju w okresie transformacji politycznej i społecznej.

Malarz wybiera szczególne fragmenty rzeczywistości, koncentruje się na jej zakłóceniach, paradoksach. Na jednym z płócien nad targowiskiem góruje pomnik – pamiątka poprzedniego systemu. Na innym Albańczycy plażują między ruinami bunkrów i wrakiem okrętu. Na kolejnym dziwna scena – przed wejściem do budynku stoi manekin z białą suknią ślubną. Jednym słowem – prowizorka. Transformacyjna rzeczywistość odbija się w tytułach cykli: „Migracje”, „Przydrożne obiekty”, „Zagrożenie”, „Peryferie”.

edihila2

Można by do tego zestawu słów dodać kolejne: niedosyt, rozczarowanie, dezorientacja, samotność. Bo obok wyboru motywów ważna jest również sama atmosfera obrazów. Na większości z nich nie pojawiają się figury ludzkie. Ich głównym bohaterem staje się architektura, miejskie place, tymczasowe konstrukcje.

Albańską rzeczywistość Hila oddaje za pomocą surowości formy, przez którą jeszcze wyraźniej daje o sobie znać paradoksalność portretowanych motywów. To chociażby dziwaczne domy, o których formie decyduje nie architekt, lecz fantazja właściciela. W innym miejscu daje o sobie znać pstrokata kolorystyka nowych budynków. Hila nazywa to dosadniej: „prymitywne gusta”.

PEŁEN TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „GAZETY WYBORCZEJ”.

2017

2017

„Gazeta Wyborcza” poprosiła mnie o wskazanie najlepszych wystaw kończącego się roku, w Polsce i za granicą. Nie jestem fanem takich wyliczanek, a w tym roku podsumowań jest – mam wrażenie – więcej niż kiedykolwiek (zwłaszcza „Szum” wpadł w jakiś końcoworoczny szał). Ale ja też dokładam do tego swoją cegiełkę.

W „Gazecie” skupiłem się na dużych, muzealnych wystawach i wielkich imprezach, bo też pod ich znakiem minął ten rok. Wśród najlepszych wymieniłem oczywiście Documenta 14 (pisałem i o Atenach, i o Kassel), moje ulubione Skulptur Projekte, podróżującą po wielkich muzeach wystawę Davida Hockneya, „Fausta” Anne Imhof w Pawilonie Niemiec w Wenecji oraz „Manifesto” Juliana Rosefeldta (polecam zobaczenie go raczej na wystawie niż w kinie). Niespodziewanie wyszło bardzo niemiecko.

Z wydarzeń polskich wskazałem „Dziedzictwo” (Festiwal Pomada), syrenią wystawę w Pawilonie nad Wisłą, „Nie jestem już psem” w Muzeum Śląskim w Katowicach, „Superorganizm” w Muzeum Sztuki w Łodzi i wystawę grafiki japońskiej w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Nie udało mi się więc wcześniej napisać ani o „Manifesto” (chociaż się przymierzałem), ani o „Podróży do Edo” w MNW (chociaż na tej wystawie wręcz uginały mi się kolana).

Gdybym mógł rozszerzyć tę listę, znalazłoby się na niej kilka wystaw z Zachęty (Jarnuszkiewicz, Anto, Lassnig), queerowa wystawa w Tate Britain oraz szereg mniejszych lub większych wystaw, które miałem okazje oglądać to tu, to tam (Susan Point w VAG, Sosnowska w FGF, Carol Rama, Parreno w Rockbund Art Museum, Katja Novitskova…).

Mimo że obfitował w wydarzenia, nie był to jednak dobry rok. Zwłaszcza w Polsce zapanowała atmosfera beznadziei i zniechęcenia, która i mi się momentami udzielała.

Mój rok 2017 to kilka artystycznych podróży, polskie zaburzenia, ale przede wszystkim niespodziewana przeprowadzka do Chin, trochę związanego z nią życiowego chaosu i odkrywanie zupełnie nowej dla mnie kultury (co możecie śledzić na moim blogu), no i last but not least ukazanie się – po kilku latach pracy – „Patrioty wszechświata”, owoc mojego kilkuletniego podążania śladami Pawła Althamera.

Tymczasem, do siego roku!