Chłopscy malarze z Jinshan

zbioryarbuzow
Zbiory arbuzów

Tutejszych malarzy nazywa się szumnie „Picassami z Jinshan”, ale nie byłoby ich sztuki gdyby nie Kulturowa Rewolucja i akcja masowej zsyłki absolwentów szkół na tereny rolnicze, by pracując na wsi przeszli reedukację, czerpiąc nauki od antyburżuazyjnych bohaterów rewolucji Mao – chłopów.

Wioska malarzy – brzmi jak utopia, ale istnieje od pół wieku. Od epoki Mao, przez nowe otwarcie Deng Xiaopinga, po dzisiejszą, para-kapitalistyczną chińską rzeczywistość.

Dziś to przedmieścia Szanghaju, chociaż oddalone od centrum o ponad 70 kilometrów. Miasto styka się tu z wsią. Pola sąsiadują z zakładami przemysłowymi. Kilka kilometrów stąd znajduje się Fengjing, poprzecinane kanałami zabytkowe miasteczko, którego historia sięga ponad tysiąca lat. Wystarczy skręcić z drogi szybkiego ruchu, by po chwili znaleźć się w byłej wiosce Zhonghong. Tutejsi chłopi kultywowali tradycyjne rzemiosło, a swoje domy, zwłaszcza kuchnie, ozdabiali malunkami. W latach 70. ich wieś stała się jednym z ośrodków nowego gatunku sztuki ludowej – chłopskiego malarstwa.

domek
Typowy domek w nowej wiosce chłopskich malarzy

peasantpainting1

peasantpainting7

Obecnie ta „wieś” to coś między artystyczną komuną i atrakcją turystyczną. By do niej wejść, trzeba kupić bilet. Składa się na nią kilkanaście domków z tradycyjnymi chińskimi dachami z ciemnej dachówki, otoczonych wąskim kanałem. Ale bynajmniej nie jest to skansen. Wioska Chińskiego Malarstwa Chłopskiego (中国农民画村), bo tak oficjalnie nazywa się to miejsce, powstała stosunkowo niedawno, w 2006 roku, jako efekt wysiłków władz, by zachować tutejszą tradycję i przyciągnąć turystów (aczkolwiek nie spotkaliśmy ich tu zbyt wielu). By z kolei zachęcić malarzy, by tu zamieszkali, przez pierwszy rok zrezygnowano czynszu.

Sztuka wygrywa jednak z nieco turystycznym charakterem tego miejsca. Każdy domek ma z tyłu niewielki ogródek z malarską dekoracją, zazwyczaj o tematyce ogrodowej (zbiory arbuzów). Na jednym z budynków wymalowane zostało Święto Smoczych Łodzi. Do każdego domku można zajrzeć, obejrzeć prace, pogadać z artystą, nawet zastać go przy pracy, no i coś kupić. W każdym domku jedno z pomieszczeń jest bowiem mini-galerią ze ścianami wypełnionymi rysunkami.

peasantpainting2
Zhang Xinying, Kuchnia

Historia chłopskiego malarstwa w Chinach sięga powstania Chińskiej Republiki Ludowej oraz pierwszych spotkań ludowych artystów z profesjonalnymi artystami. Podczas Wielkiego Kroku Naprzód artyści byli wysyłani z miast na wieść, by uczyć chłopów tworzenia propagandowych dekoracji.

Od początku lat 70., w drugiej fazie Rewolucji Kulturowej,  masowo wysyłano z miast do wsi wykształconą młodzież na reedukację, co współgrało z antyintelektualną i romantyczną myślą Mao, ale – jak większość jego pomysłów – okazało się totalną klapą. Między 1968 i 1980 roku w ramach akcji xiaxiang (下乡) przymusowa zsyłka dotknęła 17 milionów osób. Wpisywało się to w maoistyczną ideę wyeliminowania społecznych podziałów pracy i tzw. „trzech wielkich różnic”: między przemysłem i rolnictwem, między miastem i wsią oraz między pracą intelektualną i manualną. Promowanie chłopskiego malarstwa również spełniało tę rolę. Zgodnie z tą ideologią profesjonalni artyści mieli uczyć się od samorodnych artystów – robotników i chłopów, których sztuka stała się nowym mainstreamem, propagandą przełożoną na popularne, łatwe w odbiorze obrazy. Jedną z najważniejszych wystaw tego okresu była „Wystawa sztuki robotników” w Pekinie zorganizowana w 1974 roku, która przyciągnęła około 400 tys. widzów.

Gdy podczas Wielkiego Kroku Naprzód z lat 50., sztukę nieprofesjonalną promowano jako dodatkowe zajęcie, sposób spędzania wolnego czasu i wzbogacenia życia kulturalnego klasy robotniczej i chłopów, w latach Rewolucji Kulturowej stała się nieodzownym elementem przemian, zamiany ról między artystami profesjonalnymi i amatorami.

I artyści-robotnicy i artyści-chłopi otrzymali profesjonalne wsparcie. Chociaż zesłana z miast młodzież głównie pracowała w polu, czasami – choć niezwykle rzadko – to chłopi uczyli się od przybyszy. Do Jinshan nieprzypadkowo trafiło kilku artystów, np. malarz Wu Tongzhang. Organizowano specjalne kursy dla chłopów-artystów, na których uczono ich nowych technik, a także wystawy ich prac. A Jinshan znane było z ludowej sztuki i rzemiosła. To był właściwy moment rozkwitu malarstwa z Jinshan. Dzisiaj ten nowy rodzaj sztuki ludowej, chłopskie malarstwo z Jinshan, jest zjawiskiem wpisanym w rejestry chińskiej kultury i szczególnie chronionym przez organa rządowe.

peasantpainting3
Cao Jinying, obraz inspirowany tradycyjnymi tkaninami

Artystów, którzy zaczęli malować w latach 70. uznaje się za właściwych, oryginalnych „chłopskich Picassów”. Jedną z najważniejszych postaci malarstwa z Jinshan był Chen Fulin, młody rolnik z Zhonghong, który zaczął malować czerpiąc z tradycyjnych murali z kuchennych pieców. Zaczęła malować też jego żona, pani Wang, a potem też jego najstarsza córka, Chen Xiu, która wyszła za malarza z sąsiedniej wioski. W końcu nawet jego matka sięgnęła po pędzel. Jego najmłodsza córka Chen Huifang, by malować, rzuciła pracę. Dziś maluje też dwóch jego wnuków. To ponad pół wieku rodzinnej tradycji.

Malarze z Jinshan rozwinęli charakterystyczny styl, oparty na prostym rysunku, mocnych barwach, silnie zakorzeniony w tradycyjnym rzemiośle. Mimo pomocy profesjonalnych artystów, nie zatracili też pewnej „naiwności”. Większość ich rysunków ma format kwadratu. Malują kolorowe, wyidealizowane sceny, naśladując brak artystycznego wykształcenia pierwszych chłopskich malarzy. Czasami stosują symetryczne układy, znane z tradycyjnych wycinanek, a nawet dwubarwne kompozycje, białego rysunku na niebieskim tle, jak w tradycyjnych niebiesko-białych tkaninach.

Niezmienna pozostała tematyka – to głównie sceny wiejskie, rybacy i rolnicy przy pracy, wnętrza chłopskich kuchni. Sytuacje podpatrzone na polu i w domu. Na niektórych rysunkach rozpoznać można malownicze kanały i architekturę Fengjing. Ale zdarzają się też bardziej współczesne miejskie weduty, widoki Szanghaju z charakterystycznymi wieżowcami Pudongu, nowej dzielnicy biznesowej.

peasantpainting4

Wystawa w największym budynku nowej „wioski”, rodzaju muzeum chłopskiego malarstwa, podkreśla jednak nie tyle propagandowe korzenie tego malarstwa, co – o czym na pewno nie wspominano podczas Rewolucji Kulturowej – podobieństwa z dwudziestowiecznym malarstwem europejskim (głównie pod względem kompozycji). Porównania do Picassa nie są więc zupełnie bezpodstawne. Brakuje tu perspektywy historycznej, nie zobaczymy tu prac z lat 70., gdy musiały bardziej wpisywać się w ówczesną linię politycznę, dowodzić zmian na wsi w czasie Rewolucji Kulturowej. Dziś raczej podkreśla się ludowej korzenie tej sztuki. No i Picassa.

Zresztą tuż przy wejściu wisi tu kopia obrazu Picassa przedstawiającego koguta, tuż obok koguta wymalowanego przez Ruan Sidi, specjalizującej się w wycinankach mieszkanki Jinshan, która zaczęła malować dopiero po siedemdziesiątce. Wprawdzie nie ma tu słowa o tym, że obraz Picassa to kopia, a nie oryginał, ale proste śledztwo internetowe wystarczy, by stwierdzić, że to „Kogut wyzwolenia” (Le Coq de la Liberation) z 1944 roku, którego oryginał znajduje się w Milwaukee Art Museum. Innym artystą, z którego czerpie się tu inspiracje, ma być Matisse.

Wystawa nie dotyczy jednak wyłącznie Jinshan. Pokazane tu zostały przykłady z innych ośrodków chłopskiego malarstwa, m.in. Hunagzhong w prowincji Qinghai, Dongfeng w prowincji Jilin czy Huxian niedaleko Xi’an. W 1988 roku ministerstwo kultury nadało tytuł „malarskiego miasteczka” 51 miejscom w Chinach.

peasantpainting5
Dang Minghan z Huangzhong na swym obrazie przedstawił Pawilon Chin oraz Haibao, maskotkę szanghajskiego Expo 2010

Najbardziej znani są malarze z Huxian, których malarstwo – podobnie jak w Jinschan – wynika z tradycji dekorowania własnych domów, przeniesionej później na papier, ale w latach 70. niosło częsta bardzo konkretne polityczne przesłanie. Huxian – gdzie malarstwo chłopskie pojawiło się w latach 50., a rozwinęło w 70., gdy otrzymali profesjonalne wsparcie – stało się modelem dla innych ośrodków w Chinach. Malarze z Jinshan też uczyli się na ich przykładzie. W Huxian ma dziś malować nawet 2 tysiące rolników (a właściwie byłych rolników czy osób o rolniczym pochodzeniu).

Patrząc na te obrazy, można odnieść wrażenie, że to wytwory rolników, którzy parają się sztuką w wolnym czasie. Tymczasem większość z nich traktuje to już dzisiaj jako swój główny zawód. Młodsi nigdy nie pracowali w polu. Chętnie chwalą się za to publikacjami. Każdy ma coś pod ręką – a to pocztówkę ze swym obrazem, a to artykuł prasowy, a to kartę transportu miejskiego ozdobioną chłopskim malarstem. Obrazy z Jinshan często wykorzystuje się jako dyplomatyczne prezenty.

peasantpainting6
Marcin, Chen Weixiong, ja
rokpsa
Chen Weixiong, Rok Psa
kuchnia
Chen Weixiong, Kuchnia

Pan Chen Weixiong, urodzony w 1953 roku, wraz z żoną Gong Caijuan, pochodzą z rolniczej rodziny z Jinshan. jego przodkowie uprawiali tu ziemię od dwunastu pokoleń. On sam maluje od 1976 roku, ale porzucił rolę w 2006 roku, gdy przeniósł się do obecnej wioski jako uznany artysta. Chociaż mieszkają w swoim starym rodzinnym domu, niedaleko wioski, tu pracują. Gdy inni, młodsi i sprofesjonalizowani już malarze z Jinshan nigdy nie uprawiali ziemi, Chen maluje z własnych doświadczeń. Jego żona, Gong, zaczęła malować w 1988 roku, pod wpływem męża, ale w jej rodzinie były tradycje tradycyjnego chińskiego malarstwa na jedwabiu.

Większość mieszkających tu artystów ma też swoich uczniów. Uczniem pana Chena jest dwudziestokilkuletni Qian Xi. U malarki Cao Xiuwen, która sama maluje od ponad 30 lat, spotkaliśmy kilkoro nastolatków, pobierających u niej lekcje latem.

Jeśli „wioska” może wydawać się tworem sztucznym i turystycznym (tuż obok polski biznesmen postawił dom przewrócony do góry nogami), wystarczy przejść przez komunalny ogród, by wejść do właściwej wioski Zhonghong. Tu robi się jeszcze ciekawiej. Prawie każdy dom otrzymał bowiem malarską dekorację. Te murale to znak, że mieszkają tu artyści.

peasantpainting13

peasantpainting10

peasantpainting12

peasantpainting11

peasantpainting8

peasantpainting9

Zhu Art Museum

zhu1

Zhu Art Museum, 柱 美术馆, to nowe miejsce na mapie Kantonu. Muzeum powstało na początku tego roku, nie ma nawet strony internetowej, a jego obecność na WeChacie (chińskim Facebooku) jest stosunkowo nikła, nie mówiąc o jakiejkolwiek informacji w języku angielskim, zarówno w Internecie, jak i na miejscu. Pewnie dlatego, że Zhu to bardziej projekt artystyczny niż instytucja z prawdziwego zdarzenia.

Ale to właśnie Zhu okazuje się jedną z ciekawszych galerii w Katonie (bo to muzeum tylko z nazwy). To przerobiony prostymi środkami budynek byłej fabryki, a dokładniej – jej pieca węglowego. Za przedsięwzięciem stoi młody artysta Koho Lee (加号), z zawodu fotograf, projektant i kurator z Guangzhou Art Museum, no i obecnie – właściciel prywatnego muzeum. Koho Lee wyłożył z własnej kieszeni milion juanów (około 550 tys. złotych) i po trzech latach udało mu się otworzyć muzeum. Właściwie wymyślił je po to, by móc je zaprojektować.

zhu11

zhu4

zhu9

Bo dla Koho Lee stworzenie muzeum było raczej wyzwaniem architektonicznym, zabawą z przestrzenią, niż projektem nowej instytucji. Pewnie stąd to informacyjne zapóźnienie. Instytucja, rodzaj artist-run-space, przyszła później i najwyraźniej rozkręca się sama, siłą środowiska kuratorów i artystów z Kantonu, którzy tu wystawiają. I ponoć nawet samo na siebie zarabia (pod obrazami widnieją ceny, a większość zdjęć z Zhu na WeChacie to celebryckie imprezy i sesje mody).

Już od progu wyczuwa się jednak, że jest w tym miejscu coś szalonego. Jakby to muzeum było czyjąś fanaberią, ekcentrycznym wybrykiem. Pewnie zresztą analizując je pod kątem architektury, wiele można byłoby mu zarzucić. Koho Lee mówi o inspiracji minimalizmem, ale jak na minimalizm sporo się tu dzieje. Ciekawsze jest tu prosta interwencja w zastaną architekturę, rodzaj do-it-yourself.

zhu3

zhu2

zhu8

W przeciwieństwie do większości tego typu rewitalizacji, niewiele tu właściwie dodano. Koho Lee, zachowując oryginalny układ pomieszczeń, bawił się raczej nożyczkami, wykrajając w już istniejącym budynku okna, świetliki, czasem całkiem fantazyjne, a czasem zamurowując istniejące otwory. Dodano tu jedynie schody w wąskim korytarzu, którym wcześniej coś zsypywano oraz wejście z obrotową betonową płytą. Całość jest raczej rodzajem przestrzennej narracji. Koho Lee zaprojektował przestrzenne doznania, od wejścia, przez schody, po taras.

zhu12

zhu14

Od ulicy jedynie brama sugeruje, że w środku się coś dzieje, bo z zewnątrz budynku zupełnie nie odnowiono. Tymczasem w środku czai się kilka fantazyjnych pomieszczeń, chociaż nigdzie nie zrezygnowano z oryginalnych elementów i trzeba uważać pod nogi. Może wypada to nieco efekciarsko, ale na pewno ciekawie.

Dlatego też wystawa wydaje się jedynie pretekstem do tego, by doświadczać architektury. Obecna wystawa trójki kantońskich artystów, „Do Not Go Gentle Into That Good Night”, fluorescencyjno-kolorowa, raczej przegrywa konkurencję z samym budynkiem (może nie licząc hiphopowo-buddyjskiego malarstwa Liu Bina).

zhu15
Liu Bin

Okolica nie wydaje się specjalnie artystyczna, ale usytuowanie Zhu Art Museum nie jest przypadkowe. Parę kroków dzieli je od Redtory, kantońskiej dzielnicy artystycznej, odpowiednika pekińskiej 798 i szanghajskiej M50. Redtory okazuje się jednak z tych trzech miejsc najmniej bałagarniarska i najprzyjemniejsza. Nawet przy niedoborze galerii i wystaw w porównaniu z dzielnicami w Pekinie i Szanghaju, można tu po prostu przyjemnie spędzić czas.

Może to zresztą trzeba się spieszyć, by odwiedzić Zhu Art Museum, i Redtory, bo wszyscy działają tu ze świadomością tego, że cała okolica może wkrótce zostać zrównana z ziemią pod nowe inwestycje.

zhu13

Times Museum w Kantonie

times9

Nie wiem, czy gdziekolwiek istnieje drugie takie muzeum. Times Museum (时代美术馆) w Kantonie (Guangzhou) można niechcący nie zauważyć. Gdy się tu trafi, w połowie drogi między centrum Kantonu a lotniskiem, trzeba zadrzeć głowę, a potem znaleźć wejście, stosunkowo niepozorne. Muzeum znajduje się bowiem na szczycie bloku czy też – w dzisiejszej nomenklaturze – apartamentowca. Dlatego też moim pierwszym skojarzeniem był Instytut Awangardy, ale Times Museum to o wiele poważniejsza instytucja, jedna z najbardziej progresywnych w Chinach. A zaprojektował je sam Rem Koolhaas.

times2

times4

Nazwa pochodzi od firmy Times Property, która potraktowała powstanie muzeum jako rodzaj kampanii reklamowej, o czym dziś chyba niewiele osób pamięta. Pomysł powstania muzeum sięga drugiego Guangzhou Triennale (2004-2006), kuratorowanego przez Hou Hanru. To Hou zaprosił Koolhaasa, by zaprojektował muzeum w kompleksie mieszkaniowym należącym do Times Property. Pierwotnie jednak muzeum miało powstać w ogrodzie kompleksu apartamentowców. Koolhaas odwiedzając Kanton zaproponował, by zbudować muzeum na szczycie już ukończonego, ale jeszcze niezamieszkanego budynku. Tak narodziła się idea muzeum na bloku, otwartego kilka lat później – w październiku 2010 roku.

Skomplikowana operacja, która wymagała zgody wszystkich właścicieli sprzedanych mieszkań, zakładała dobudowanie kolejnej, dziewiętnastej kondygnacji. Kilka mieszkań na czternastym piętrze składa się na pomieszczenia biurowe muzeum. Na parterze znajduje się jedynie wejście z kasą biletową, skromną przestrzenią wystawową, salką na wykłady i projekcje oraz – co oczywiście niezbędne – windą.

times7
Kanton widziany z tarasu Times Museum

Gdy się już wjedzie na dziewiętnaste piętro, przed naszymi oczami otwiera się rozległa panorama Kantonu, którą można podziwiać z tarasu. Widać tu też jak na dłoni, że Times Museum znalazło się w bardzo niemuzealnym otoczeniu – zwykłej chińskiej dzielnicy mieszkaniowej. W tropikalnym klimacie Kantonu na tej wysokości jest odrobinę bardziej znośnie. Przestrzeń ekspozycyjna to jedno duże, chociaż niezbyt wysokie pomieszczenie wielkości dachu budynku.

Ważniejszy jednak jest fakt, że Times Museum – co w Chinach nie jest wcale oczywiste – jest instytucją z własnym programem, radą programową, działem edukacji itd. Program ma skupiać się na społecznych, kulturowych i gospodarczym kontekście delty Rzeki Perłowej, nad którą leży Kanton. Muzeum od początku swego istnienia definiowało się też jako instytucja globalnego Południa. Zresztą, w zachodnich kategoriach Times Museum to nie tyle muzeum, co po prostu galeria czy centrum sztuki współczesnej.

Odwiedzając Kanton w poprzedni weekend, trafiliśmy tu na wystawę „Let’s Talk About the Weather” („Pogadajmy o pogodzie”, a właściwie – o przyrodzie, antropocenie, zmianie klimatu, no i przewidywanej katastrofie ekologicznej). To tematy bardzo obecne w chińskiej sztuce współczesnej, a także polityce, o czym można się było zresztą przekonać w pawilonie Chin na ostatnim Biennale w Wenecji.

times6
Emeric Lhuisset
times10
Muzeum jako nieustająca sesja fotograficzna

Wystawa przyjechała tu jednak z innego ekopolitycznego kontekstu – dwa lata temu miała swoją premierę w Sursock Museum w Bejrucie. Jej chińska odsłona została uzupełniona o kilka nowych prac i jednego chińskiego artystę (Zheng Bo). Znalazło się tu kilka świetnych prac, w tym instalacja wideo Ursuli Biemann i Paulo Tavaresa, którą pamiętałem z ostatniego biennale w Sao Pualo, ale, jak często bywa na podobnych wystawach, panował tu raczej kaznodziejski klimat.

Odwiedzający wystawę kantończycy wydawali się tym zupełnie niezrażeni. Zajmowali się bowiem nie tyle oglądaniem prac, co pozowaniem do zdjęć.

times8

Berlin i Palermo

manifesta1
Manifesta 12: Matilde Cassani

Tegoroczne letnie imprezy, 10. Berlin Biennale oraz Manifesta 12 w Palermo, recenzowałem dla „Dwutygodnika”. Gdybym musiał wybierać między oboma biannalami, postawiłbym bez mrugnięcia okiem na Palermo, które odbudowało reputację Manifesta.

bb10aaa
10. Berlin Biennale: Dineo Seshee Bopape

10 Berlin Biennale raczej się szybko zapomni:

„We don’t need another hero”, śpiewała kiedyś Tina Turner. Gabi Ngcobo, główna kuratorka 10. Berlin Biennale, powtarza za nią te słowa w tytule imprezy. Nawet dziś Tina Turner śpiewająca te słowa brzmi buńczucznie. Ngcobo dopowiada: nie potrzebujemy bohaterów, proroków, nie potrzebujemy wielkich idei, nie potrzebujemy utopii. I rzeczywiście takowych na wystawie nie znajdziemy. Ale Ngcobo, wraz z międzynarodowym teamem kuratorów, idzie dalej. Unika jakichkolwiek stwierdzeń. Wiadomo, czego nie potrzebujemy, nie zawsze wiadomo, do czego dążymy.

Tegoroczne biennale w Berlinie jest celowo skromne, daleko mu do skali i rozmachu Documenta czy biennale w Wenecji. Ale także poprzednich edycji Berlin Biennale. Całość mieści się w trzech lokalizacjach:KunstWerke, organizatora biennale, Akademie der Künste oraz ZK/U (Zentrum für Kunst und Urbanistik). By zobaczyć całość, wystarczy jeden dzień. Do tego, jak na tak mało rozbudowaną wystawę, BB10 okazuje się też mało spójne. Powracają problemy spadku po kolonializmie czy współczesnego feminizmu, ale żaden z tematów nie jest potraktowany radykalnie. Nikt nie organizuje rewolucji, raczej obserwujemy stan rzeczy.

Tegoroczne biennale to przykład bardziej delikatnego kuratorstwa, ale jednocześnie gładkiego. Nic tu nie drapie, nie kąsa. Dyskusje wokół najbardziej kontrowersyjnych prac też już przebrzmiały – w odniesieniu do filmu Thompsona przywoływana jest kwestia wykorzystywania traumy Afroamerykanów przez białych artystów (rok temu prezentowany Whitney Biennial w Nowym Jorku obraz Dany Schutz „Open Casket” wywołał z tego powodu liczne protesty). BB10 obrazuje przewartościowania, które już od jakiegoś czasu zachodzą – otwarcie na sztukę z regionów wcześniej pomijanych, zwłaszcza Afryki, kobiece parytety, konieczność zniesienia relacji centrum – peryferie. Brakuje rewolucyjnej energii, jasnej tezy, zakorzenienia w teraźniejszości. Kuratorzy ukrywają się za słowami piosenki sprzed lat.

CAŁOŚĆ TEKSTU DOSTĘPNA NA STRONIE DWUTYGODNIKA.

manifesta2
Manifesta 12

Manifesta, biennale nomadyczne, w tym roku zorganizowano w Palermo i to energia i zaangażowanie miasta wydają się decydować o sukcesie imprezy:

Stolica Sycylii to nie tylko atrakcyjne turystycznie miejsce, ale też intrygujące miasto, jedno z najbardziej wielokulturowych w Europie, wychodzące z mafijnego kryzysu. Lokalni politycy i organizatorzy oczekiwali od Manifesta czegoś więcej niż kolejnego impulsu dla rozwoju turystyki kulturalnej. Zadali sobie pytanie: co Manifesta mogą przynieść miastu i jego mieszkańcom, czego sami mogą się od Manifesta i zaproszonych artystów nauczyć?

Może dlatego nie mówi się nawet o kuratorach tegorocznego Manifesta, lecz reprezentujących różne dziedziny „mediatoriach”. Ippolito Pestellini Laparelli oraz Andrés Jaque są architektami, Bregtje van der Haak – autorką filmów, jedynie Mirjam Varadinis – zawodową kuratorką. Jeśli tegoroczne Manifesta można do czegoś porównać, to do warszawskiego festiwalu Warszawa w Budowie organizowanego przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które za pomocą sztuki – i niekoniecznie sztuki – analizuje problemy miasta.

Najważniejsze jednak, że Manifesta 12 nie traktuje Palermo jako kolejnej tymczasowej lokalizacji imprezy, miasta, w którym pojawi się i zniknie. Oczywiście – Manifesta zostanie tu tylko na kilka miesięcy, ale jejzwiązek z miastem nie jest powierzchowny. Obecność dzieł sztuki nie opiera się jedynie na wyszukaniu w Palermo atrakcyjnych miejsc, w których sztuka będzie się efektownie prezentować. Nie korzysta wyłącznie z potencjału miasta, ale też oferuje mu coś w zamian. I jest to kierunek, w jakim mogą podążać inne wielkie imprezy. Mam nadzieję, że utrzyma go Manifesta – za dwa lata w Marsylii.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.