Guerrilla Girls a sprawa polska

dsc05905

W londyńskiej Whitechapel Gallery aktywistki z Guerrilla Girls prezentują wyniki swojej ankiety. „Is it even worse in Europe?”, pytają.

Guerrilla Girls to już ponad trzydzieści lat anonimowego, feministycznego aktywizmu. Grupa powstała w 1985 roku. Od tego czasu niezmiennie mierzy się z seksizmem, rasizmem i innymi chorobami świata sztuki. Tworzą plakaty, książki, nalepki i inne materiały, korzystając z estetyki i siły reklamy – mocnych sloganów i wpadających w oko obrazów. „Czy musimy być nagie by dostać się do Metropolitan Museum?” – pytała na przykład odaliska z obrazu Ingresa w masce goryla. Bo w działach poświęconych sztuce Met mniej niż 5 procent stanowią prace artystek, ale aż 85 procent aktów to akty kobiece. Tym razem mówią „sprawdzam” europejskim muzeom i galeriom.

W projekcie prezentowanym w Whitechapel ukrywająca się pod gorylimi maskami grupa feministycznych aktywistek zainspirowała się swoim plakatem z 1986 roku „It’s Even Worse in Europe”. Teraz zamieniła je w pytanie. W swoim charakterystycznym stylu, łącząc humor oraz analizę faktów i liczb w prostych grafikach, sprawdzają, jak ma się sprawa różnorodności w europejskich instytucjach sztuki. Rozesłały ankiety do muzeów i publicznych galerii, pytając o udział kobiet-artystek w kolekcjach, o wystawianie twórców spoza Europy i Ameryki, o gender, o finanse. Bo „sztuka nie może być zredukowana do kilku artystów, którzy wygrali konkurs popularności wśród galerzystów, kuratorów i kolekcjonerów. Dopóki muzea i galerie nie pokazują sztuki tak zróżnicowanej jak kultury, które rzekomo reprezentują, dopóty nie prezentują historii sztuki, a jedynie utrwalają historię bogactwa i władzy”.

Chciały przepytać prawie czterysta instytucji, ale na ich ankietę odpowiedziała tylko jedna czwarta z nich. Olały je takie czołowe muzea jak Centre Pompidou czy Rijksmuseum. Wyniki nie są więc wiarygodne. Ale już sama odpowiedź na ankietę Guerrilla Girls świadczy o jakiejś podstawowej świadomości problemu. W ankiecie nie tyle chodziło o rzetelne i metodyczne badania, co o sprowokowanie instytucji, by się nad sobą zastanowiły.

dsc05916

Odesłane ankiety można obejrzeć i przeczytać w Whitechapel, a na kilku planszach Guerrilla Girls zaprezentowały najciekawsze czy najbardziej bulwersujące odpowiedzi, starając się wyciągać jakieś wnioski lub z odpowiedziami żartobliwie polemizować. Okazało się, że tylko w przypadku dwóch muzeów na ponad sto prace artystek stanowią więcej niż 40 procent kolekcji (w tej dwójce jest Muzeum Współczesne Wrocław). Ateneum z Helsinek chwali się, że pierwsze obrazy malarek zakupiło już w 1861 roku, a Guerrilla Girl pytają – w takim razie dlaczego dzisiaj kobiety stanowią zaledwie 12 procent artystów w ich kolekcji? Aż w 21 muzeach współczynnik wynosi poniżej 20 procent. Rzadko pokazuje się artystów spoza Europy i Stanów. W Whitechapel w ciągu ostatnich pięciu lat artyści tacy stanowili 45 procent uczestników w wystawach grupowych, ale gdy weźmie się pod uwagę wystawy indywidualne, wynik wypada słabo, bo zaledwie 13 procent.

O dziwo, w całym projekcie wyróżniono nasz nadwiślański kraj. Jedna z plansz pyta – „It’s Even Better in Poland?”. Znak zapytania powinien być spory. Tymczasem odpowiedź jest raczej twierdząca. Nawet w Polsce jest lepiej, bo – i tu uwaga! – artystom płaci się za udział w wystawach, udział artystek w kolekcjach jest znacznie wyższy niż europejska średnia, a kobiety zajmują dyrektorskie stanowiska.

Polakom szeroko otworzą się oczy, że pokazuje się nas jako wzór do naśladowania. Guerrilla Girls wyciągają jednak wnioski na temat Polski na podstawie zaledwie pięciu ankiet, wypełnionych przez Joannę Mytkowską z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Dorotę Monkiewicz z Muzeum Współczesnego Wrocław, Jarosława Suchana z Muzeum Sztuki w Łodzi, Hannę Wróblewską z Zachęty i Violę Krajewską z Centrum Sztuki WRO. Wiele innych polskich instytucji znalazło się na niechlubnej liście instytucji, które ankietę zignorowały, były to m.in. Mocak, Bunkier Sztuki, CSW Zamek Ujazdowski, CSW Znaki Czasu z Torunia, CSW Łaźnia z Gdańska…

Dyrektorzy (a dokładnie cztery dyrektorki i jeden dyrektor), którzy na ankietę odpowiedzieli, raczej wiedzą, z kim rozmawiają. Zwłaszcza Joanna Mytkowska zgrabnie udziela poprawnych odpowiedzi na każde pytanie, jakby zdawała egzamin z feminizmu. Nawet u podstaw programu edukacyjnego MSN-u ma leżeć współpraca muzeum z amerykańską feministyczną artystką Sharon Hayes.

Abstrahując od tego, czy dyrektorom można tu do końca wierzyć, kwestie równościowe w polskich instytucjach sztuki nie przedstawiają się wcale tak różowo. Po pierwsze, wciąż wielu artystom się nie płaci i relacje artystów i artystek z instytucjami mocno zgrzytają. Po drugie, mimo tego że na dyrektorskich stołkach zasiadają kobiety, systemowy seksizm wciąż ma się świetnie. I będzie tak, dopóki problemu nie zrozumieją męskie kliki. W wielu prywatnych rozmowach na pytanie o zakupy prac artystek czy udział artystek w wystawach wciąż usłyszymy bowiem odpowiedzi podobne do tej, jakiej udzielił Dakis Joannou, jeden z największych kolekcjonerów na świecie i założyciel Fundacji DESTE w Atenach: „To nie gender decyduje, że artysta jest dobry. Liczy się TALENT… Kolekcjoner nie zignoruje dobrego artysty, niezależnie czy będzie to kobieta, osoba innej narodowości czy orientacji seksualnej”. „Na jakiej planecie żyjesz?”, skomentowały ironicznie Guerrilla Girls. Tak naprawdę była to jedyna odpowiedź nadesłana przez DESTE, bo fundacja odmówiła wypełnienia ankiety.

dsc05925
Z odpowiedzi Doroty Monkiewicz

Wśród polskich odpowiedzi najciekawiej wypada pytanie o to, czy w Europie przyjmują się złe praktyki muzeów amerykańskich. Pytanie może sformułowane zostało niezbyt zgrabnie, ale nie wszyscy dyrektorzy zdają się wiedzieć, o jakie praktyki chodzi. A mowa tu chociażby o silnych powiązaniach muzeów z rynkiem i realnym wpływie galerzystów i kolekcjonerów na program muzeów. Jak podała w zeszłym roku „The Art Newspaper” jedna trzecia wystaw indywidualnych w amerykańskich muzeach to pokazy artystów reprezentowanych przez pięć (!) czołowych komercyjnych galerii, czyli Pace, Gagosian, David Zwirner, Marian Goodman oraz Hauser & Wirth. Guerrilla Girls na fasadzie nowego budynku Whitney Museum partyzancko wyświetlały niedawno hasło: „Drogi kolekcjonerze, sztuka jest taaaka droga! Nawet dla miliarderów. Nie rozumiemy więc, dlaczego nie możecie uczciwie płacić swoim pracownikom”. (Ale to Whitney w zeszłym roku kupiło do swojej kolekcji dokumentację ich działań.)

Polscy dyrektorzy wydali się nie zauważać, że pytanie dotyczy Europy, a nie samej Polski. Krajewska z Centrum Sztuki WRO najwyraźniej go nie zrozumiała. „Such as…? Parallel gun shooting?”, odpowiedziała mało wybrednym żartem. Suchan dostrzegł „ekonomizację muzeów”. „Nie w moim kraju”, stwierdziła Monkiewicz. „Może niektóre tak”, gdybała Wróblewska. I tylko Mytkowska zastanowiła się trochę dłużej, ale tak, jakby bardziej żałowała, że te praktyki do nas nie dotarły i nie do końca widziała stojących za nimi zagrożeń. Czy te złe praktyki są przyjmowane? – „Bardzo powoli. Kultura filantropijna w Polsce jest rozwinięta w niewielkim stopniu, a na poziomie prawnym rząd nie wspiera donacji przez zachęty podatkowe. Jakkolwiek, ponieważ zależymy od finansowania publicznego, istnieje podobny, ale całkowicie odmienny zestaw wyzwań”.

Mam wrażenie, że polscy dyrektorzy odpowiadali trochę tak, jakby te sprawy ich nie dotyczyły: mamy inne wyzwania – mierzymy się z „polityczną opresją”; przecież w naszej ekipie zatrudniamy 45 procent kobiet; dlaczego nie pytacie o artystów z Europy Wschodniej?… Do tego pytanie o zakup prac o wartości powyżej 100 tys. dolarów wypadło w polskich warunkach dosyć abstrakcyjnie (tylko MSN tak drogie prace kupował, a dokładnie jedną). Czy problem równouprawnienia rzeczywiście u nas nie istnieje?

Fundacja Katarzyny Kozyry przebadała przecież niedawno nasze skostniałe Akademie Sztuk Pięknych pod względem obecności kobiet i seksizmu. Przygnębiający raport „Marne szanse na awanse” można przeczytać na stronie internetowej. Chyba już najwyższa pora przyjrzeć się też naszym instytucjom. Mówiąc krótko, my też potrzebujemy swoich Guerrilla Girls.

El Hadji Sy

DSC08841

W „Gazecie Wyborczej” ukazała się dziś moja recenzja z nowej wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie – „Ślady stóp na jutowych workach”. El Hadji Sy, senegalski malarz, kurator i aktywista, pokazuje swoje prace, od bardzo wczesnych, po najnowsze – monumentalną „Archeologię morską”, powstałą na Biennale w Sao Paulo w 2014 roku, oraz „Trzy klucze”, wykonane podczas kilkutygodniowego pobytu w Warszawie. Wystawę wspólnie z artystą kuratorowała dyrektorka CSW Małgorzata Ludwisiak. Ludwisiak wygrywając konkurs na to stanowisko, mówiła o programie opartym o „sztukę globalną”. Wystawa Sy jest ważną częścią tego programu.

Miałem okazję dłużej porozmawiać z Sy i usłyszałem mnóstwo ciekawych historii – o pierwszym prezydencie Senegalu, Senghorze, o przemieszczających się w cudowny sposób baobabach, o wrażeniach z Polski i o jego „składni wizualnej”.

Piszę: „Sy nie przywiązuje się do stylu, ale tworzy własną składnię wizualną. Jej elementem jest na przykład układająca się w pętle linia. Od takiej linii Sy zaczyna malować człowieka – pętla to głowa. Gdy linia zakręca się w kilka pętli, powstaje ciąg głów, np. postaci siedzących w łodzi. Ale ta wijąca się linia przywołuje też na myśl formy biologiczne, pędy roślin. Bo odrzucając pojęcie artysty magika, jak wciąż chcielibyśmy widzieć artystów afrykańskich, Sy jednocześnie tworzy wizję kosmicznej jedności człowieka z przyrodą, ze wszechświatem. W cyklu ‚Alchemia’ za pomocą abstrakcyjnych znaków ilustruje pięć żywiołów, elementów niezbędnych do życia: wodę, ogień, ziemię, powietrze i niebo. Tu ta sama dynamiczna linia reprezentuje wiatr – powietrze”.

Krótko mówiąc, polecam!

W obronie śmichów-chichów

 

DSC04502
Dyskutanci: Igor Stokfiszewski, Andrzej Draguła, Ewa Gorządek, Iwo Zmyślony, Katarzyna Kasia

Obudziłem się dzisiaj z dosyć dziwną myślą, że wolę, jak się mnie obraża, niż jak mi się prawi morały. Bo jak ktoś cię obraża, to możesz się odwinąć, obrazić ostentacyjnie, obrazić po cichu, demonstracyjnie zignorować, wsadzić kwiat w lufę itd. Gdy ktoś ci prawi morały, możesz to albo zlekceważyć, albo się ukorzyć. Nie wiadomo co gorsze. Moralizatorstwo jest jedną z najmniej efektywnych strategii.

Wczoraj spora widownia zebrała się na dyskusji „Psucie językiem sztuki”, którą w CSW zorganizowała „Kultura Liberalna”. Tytułowe psucie to teza z kilku tekstów Iwona Zmyślonego, członka redakcji „Kultury Liberalnej”, któremu bardzo zależy, by z jego tezami dyskutowano. Mam nadzieję, że doznał wczoraj pewnej satysfakcji. I ja też miałem małą satysfakcję, bo okazało się, że jednak ktoś mnie czyta. Co jakiś czas powracałem w dyskusji – nawet jeśli jako ten czarny, psujący charakter, czasami w parze z Kubą Banasiakiem.

Mówiąc skrótowo, teza Zmyślonego jest taka, że świat sztuki jest mało życzliwy – wobec siebie nawzajem oraz wobec Innego (w roli Innego występuje zaś skrajna prawica i Kościół Katolicki), a ponieważ słowa mają moc sprawczą (chociażby mogą zrażać i obrażać), będziemy się tylko antagonizowali (lewica versus prawica). Za przykład posłużył m.in. mój niedawny wpis o nieprzyznaniu środków na kolekcje muzeów sztuki współczesnej, w którym pisałem o „środkowym palcu ministra” oraz jego „obrażonych” ekspertach. Zmyślony jakby nie zauważał, że jesteśmy w defensywie.

Dyskusja poszybowała w wielu kierunkach. Było o różnicach aksjologicznych (krucyfiks w muzeum i krucyfiks w kościele), edukacji i klasowości, o tym, czy muzeum jest obszarem eksterytorialnym, a nawet o tym, jak wykorzystać puste sale katechetyczne przy kościołach (skoro religii od 25 lat uczy się w szkołach). Rozmowa nie oddawała jednak gorącej atmosfery, która poprzedziła ją na Facebooku, i wielu się zawiodło. Liczyliśmy jednak na jakieś fajerwerki.

Zmyślony powtórzył swe postulaty, by „różnić się pięknie”, zrezygnować z hejtu, wspominał swoje teksty ostatnie i dawniejsze („trzy lata temu!”). Apelował, by kontrolować język, niezależnie od medium – od recenzji, po Facebook.

Naprawdę wspomniał Facebook, co bardzo mnie zdziwiło, bo to akurat Zmyślony ostatnio swym facebookowym językiem i zachowaniem przeczył własnym postulatom i bynajmniej swego języka nie kontrolował. Właśnie z powodu facebookowych potyczek postanowiłem w CSW głosu nie zabierać, by przypadkiem nie sprowokować niepotrzebnych kłótni. Zresztą pod koniec dyskusji Zmyślony niebezpiecznie zbliżał się do rachunku krzywd własnych. Aż przypomniał mi się film „I kto to mówi 2”.

Na szczęście Igor Stokwiszewski zwrócił uwagę na zerwanie „społecznego paktu dialogicznego” właśnie po prawej stronie światopoglądowej i panoszący się obecnie triumfalizm i rewanżyzm, a z drugiej strony na fakt, że to właśnie w sztuce ostatnich lat coraz częściej pojawia się element empatyczny i dialogiczny (przysłowiowe już kredki Pawła Althamera). Ale tylko Ewa Gorządek pod koniec podjęła wątek samego „psucia językiem”, nad którym wszyscy jakby przeszli do porządku dziennego. Jako jedyna stanęła w obronie krytyków.

Ja też nie zgadzam się z diagnozą Zmyślonego o tym, że krytyka sieje hejt. To grubo przerysowane stwierdzenie. Nie szukałbym też rozwiązań w „różnieniu się pięknie”. Bo może to i brzmi fajnie, jakby żywcem wyjęte z księdza Twardowskiego, ale co miałoby to niby oznaczać w praktyce?

Przede wszystkim stanąłbym w obronie swobody języka, tego niesfornego języka, który na plakacie zapraszającym na wczorajsze wydarzenie wywalała na brodę Mona Lisa. Krytyka sztuki to – nawet jeśli często mało udana i niewprawna – forma literacka. A język oferuje nam cały wachlarz środków. Można się gryźć ironią, szczypać humorem, a czasem powiedzieć coś dosadniej. Insynuować coś między wierszami. Puszczać oko do czytelnika. Słać przytyki i docinki. Czy w tym pięknym różnieniu się zostanie miejsce na metafory, niedopowiedzenia, dwuznaczności? Boję się, że różnić się pięknie to różnić się nudnie.

Działamy w dosyć niewielkim środowisku, mnóstwo tu urazów. Ale gdy trzeba, potrafimy mówić jednym głosem. Dla krytyka sztuki urazy to chleb powszedni, wręcz nieodłączna część jego zawodu i musi się nauczyć z tym żyć. Większość z tych urazów dosyć szybko wyparowuje. A jak nie – stają się środowiskowymi legendami. Poza tym – jak przyjemnie jest się pogodzić! A czasem przyznać się do błędu, zmienić zdanie.

W tekście o wymownym tytule „Szansa na uzdrowienie polskiego świata sztuki” Zmyślony straszył, że „jeszcze trochę i będziemy się po ulicach z maczetami ganiać”, zdradzał, jak przypadkiem (sic!) trafił na demonstrację KOD-u, pisał o tym, jak zmartwili go Wilhelm Sasnal i Mike Urbaniak, a ucieszył Roman Pawłowski, o nieprowadzeniu dialogu ze środowiskami konserwatywnymi, ale przede wszystkim o „przyzwoleniu na hejt, śmichy-chichy, sarkazm, niewrażliwość, gołosłowność, cynizm”, o „strachu przed powagą”. Zmyślony postuluje „rewolucję w nas samych” oraz powstanie „awangardy empatii”.

Można z tego odnieść wrażenie, że krytycy i kuratorzy zajmują się głównie kopaniem się po łydkach. Naprawdę jesteśmy aż tak niemili? Bez przesady. Od wiersza Młynarskiego o „kasjerze dupie” do mowy nienawiści jest jednak bardzo długa droga, nawet jeśli wiele osób pokonuje ją na skróty.

Szczerze mówiąc, aż mnie zemdliło od tego nawracania. Rozumiem, że Zmyślony przeszedł jakąś moralną ewolucję (chociaż sądząc po Facebooku, to nie za bardzo), ale czy musimy też my wszyscy naokoło? Swym pouczającym, kazalniczym tonem zniechęcił wielu do swoich tez. Na szczęście wczoraj miał współrozmówców, którzy tonowali jego zapędy. Katarzyna Kasia, dosyć umiejętnie prowadząca spotkanie, przywołała kłótnie literatów. Przecież Tuwim bywał niemiły. Ale to nie przemówiło do Zmyślonego.

Ja w każdym razie nie jestem skłonny ani się nawracać, ani bić się w piersi. Czytając tekst Zmyślonego, czułem się, jakby mnie ksiądz nawiedził z duszpasterską wizytą, chociaż go wcale nie zapraszałem. To zapraszanie księdza powracało zresztą w wypowiedziach Zmyślonego na wczorajszej dyskusji. Księdza miała nie zaprosić Zachęta przy okazji wystawy „In God We Trust”, twierdził. Na co wstała Hanna Wróblewska, dyrektorka Zachęty, i powiedziała, że jednak zaprosiła. Kto jak kto, ale Kościół Katolicki jest u władzy w Polsce, niezależnie od ekipy rządzącej, i trudno go uznawać za marginalizowanego Innego. Do tego ostatnio zajmowałem się Adą Karczmarczyk, która próbuje nawracać te nienawrócone kilka procent polskiego społeczeństwa, reprezentowane znowu przez zlaicyzowany świat sztuki.

Trochę mi smutno. Przecież między innymi dlatego zacząłem zajmować się sztuką, bo było to jedno z niewielu pól, gdzie tego księdza nie było! Może ostatecznie schronimy się w Muzeum Żydów Polskich.

Rzeczy robią rzeczy

DSC03663 (2)
Trumna sufrażystki – fragment instalacji Marvin Gaye Chetwynd, „Deeds Not Words”, 2009/2016

Nie ma wątpliwości, że ta wystawa powinna się odbyć w krakowskiej Cricotece. To tam jeszcze niedawno pracowała Joanna Zielińska, kuratorka „Rzeczy robią rzeczy”. W Cricotece zorganizowała świetną wystawę „Nic 2 razy”, plasującą się na styku teatru, sztuk wizualnych i performensu, tworząc niepowtarzalną okazję dla współczesnego odczytania twórczości Tadeusza Kantora. Zielińska gwarantowała, że Cricoteka w swoim nowym efekciarskim budynku po prostu będzie żyła, a nie stanie się kolejną trumną dla artysty z Wielopola. Tyle że w Krakowie „Nic dwa razy” nie zrozumiano, a na pewno nie doceniono. Absurd. Zielińska przeniosła się do stolicy i została Głównym Specjalistą do spraw Programu Performatywnego w Centrum Sztuki Współczesnej. To tutaj kontynuuje swoje przedsięwzięcie. Tym razem skupia się na teatrze lalkowym, na kukłach i marionetkach.

„Rzeczy robią rzeczy” oraz „Nic 2 razy” mają podobną strukturę – część obiektów to autonomiczne dzieła sztuki (głównie filmy z udziałem marionetek), część to lalki i fragmenty scenografii, które ożywają dopiero w momencie performensu z ich udziałem; ich status na wystawie jest raczej niejasny. I „Nic 2 razy”, i „Rzeczy robią rzeczy” to bowiem coś więcej niż wystawa – to szerokie performatywne projekty, cykle wydarzeń, dla których wystawa stanowi wspólny mianownik. Pokrywa się nawet kilka nazwisk artystów (Marvin Gaye Chetwynd, Paulina Ołowska), a za oprawę graficzną – rozumianą niezwykle szeroko – i w Krakowie, i w Warszawie odpowiadało studio Noviki. Wizualnie wystawa krakowska w nowej przestrzeni Cricoteki wypadała jednak lepiej.

DSC03690 (2)
Antje Majewski, „Skarbek”, fragment instalacji, 2009/2016

 

Tytuł „Rzeczy robią rzeczy” brzmi zaś o wiele lepiej po angielsku: „Objects Do Things”, ale niezależnie od języka, nie jestem pewien, czy to tytuł trafiony. Chodzi chyba raczej o to dziwne uczucie, które nas ogarnia, gdy stykamy się z czymś, co człowieka przypomina, a nim nie jest. A na wystawie taka kukła może nawet niespodziewanie zrobić nam zdjęcie, jak szpieg. Albo przemówić – jak rzeźba Tony’ego Ourslera (dobrze nam jednak znana, po indywidualnej wystawie artysty spędziła sporo czasu na stałej kolekcji CSW). Inne dopiero ożyją – „przyjdź na performance”, co chwilę zachęca w kuratorskim tekście Zielińska.

DSC03660 (2)
Geoffrey Farmer, „You Know Nothing The Owl Knows Everything”, 2010

Mam jednak pewne wątpliwości, czy na „Rzeczy robią rzeczy” uda się zachować niezbędną dla tego typu projektów dynamikę. Wystawa już się otworzyła, ale o programie wydarzeń, choćby na najbliższe tygodnie, nie ma nawet mowy (poza „dniem seniora”). Samych obiektów do ożywienia nie ma wcale aż tak wiele (Antje Majewski, Tomasz Kowalski, Marvin Gaye Chetwynd, Christopher Kline), ale wystawa jest otwarta aż do lipca. To aż pięć miesięcy! Co się w tym czasie wydarzy? Kuratorka zapowiada spektakl w reżyserii Michała Zadary i warsztaty. Nie wiemy, co i kiedy będzie pokazywane w ramach programu filmowego (niewielki zaaranżowany kącik przy wejściu), a nawet film, który jest tam aktualnie wyświetlany, nie ma podpisu. Efekt jest trochę taki, że wystawa w dużej części odsyła nas do czegoś, co ma się dopiero wydarzyć w przyszłości, ale nie wiemy kiedy…

Na razie warto się wybrać na „Rzeczy robią rzeczy” dla świetnych filmów: Pierra Huyghe’a o Le Corbusierze, Pedro Reyesa o (niemal miłosnych) przygodach Karola Marksa i Adama Smitha, Paula McCarthy’ego o Pinokiu, czy Mary Reid Kelley i Patricka Kelley o Dionizosie, Priapie i Ariadnie. Mam jednak nadzieję jeszcze tu wielokrotnie powracać.

DSC00448 (2)
Widok wystawy „Nic 2 razy”, Cricoteka, 2014

 

CSW, mimo zmiany kierownictwa i napływowi nowej kadry, nadal nie potrafi się zdefiniować, wypędzić ducha dawnych czasów. A może to moje wrażenie wynika z dosyć niesprecyzowanego programu instytucji? Na razie na czoło wysuwa się cykl niezbyt udanych dużych wystaw artystów młodych, ale nie pierwszej młodości, promowanych głównie przez Stacha Szabłowskiego (jak przeinwestowana wystawa Michała Frydrycha; dla „Dwutygodnika” recenzowałem wystawy Piotra Bosackiego i Franciszka Orłowskiego). CSW nie zbuduje sobie jednak własnej tożsamości, przejmując niechcianą, chociaż ciekawą schedę po innych instytucjach. Oczywiście, nie jest to przytyk do samej wystawy „Rzeczy robią rzeczy”. Wolałbym raczej, by Cricoteka była świadoma, co straciła.

Orłowski

DSC00105

O wystawie Franciszka Orłowskiego w CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie: Przedwczesny bilans – Dwutygodnik.

„Pamiętam, jakie wrażenie robiła praca Orłowskiego na wystawie „Nie ma sorry” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w 2008 roku. Muzeum nie miało jeszcze do dyspozycji Emilki. W pasażu między blokiem przy Pańskiej a salonem meblowym przy Emilii Plater Orłowski postawił samochód osobowy, który równo obłożył asfaltem. Wyglądało to tak, jakby maszyna asfaltująca jechała równo po wszystkim, co napotkała na swojej drodze, a ktoś nieopatrznie zostawił swoje auto w pasażu. Nie ma sorry. To był mocny debiut.

Potem jednak nigdy nie udało się Orłowskiemu powtórzyć tego sukcesu, chociaż bardzo się starał. A to wymieniał się ubraniami z bezdomnym, a potem szył z uzyskanego w ten sposób materiału namiot czy zasłonę przebieralni (dziś uleciał już z nich trudny do zniesienia zapach ludzkiego brudu). A to w jednopensówkę wmontowywał mikrozdjęcie bezrobotnych w Londynie, by następie wpuścić monetę w obieg. A to przerabiał oponę samochodową tak, że jej bieżnik wypisywał rzucone przez Jana Pawła II hasło: „Niech zstąpi duch twój!”. Już te trzy przykłady pokazują, jak daleko od siebie potrafią być prace Orłowskiego, całkiem bliskie sobie czasowo.”

Knaf

knaf
Leszek Knaflewski, „Rain-carnation”, 2000

Na „Dwutygodniku” ukazał się właśnie mój tekst o wystawie „Przestrajanie” w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej. To pośmiertna wystawa Leszka Knaflewskiego, w której bierze też udział kilku absolwentów jego Pracowni Audiosfery. „Przestrajanie” Knaflewskiego przez Zamojskiego, Orłowskiego Olszową, Smoleńskiego czy Bąkowskiego nie zawsze się udaje. Piszę też trochę o rozporkach, otwartych i zamkniętych. Więcej tu: Słuczone żarówki.

O Knaflewskim pisałem też wcześniej przy okazji wystawy jego prac z lat 80. w Piktogramie i Leto: Knaflewski w Leto i Piktogramie.

Kurz

DSC07564 (2)

„Dwutygodnik” opublikował właśnie moją recenzję wystawy „Kurz”, otwartej niedawno w Zamku Ujazdowski. Dla CSW to nowe otwarcie, nowy sezon, (trochę) nowa dyrekcja. A ja się zastanawiam, co można przez „kurz” powiedzieć, szukam na wystawie śladów otaczających nas problemów i próbuję odpowiedzieć na pytanie, co CSW rozumie przez „globalne”. Miłej lektury! Tekst nosi tytuł „Dzieła rozpadu”.