Patriota wszechświata

patriota3.jpg

Jak tam książka? – pytają się mnie ostatnio. I nie udało mi się jeszcze przygotować na to pytanie jakieś sensownej, gotowej odpowiedzi. Książka jest. Pracowałem nad nią od czasu wydania „Zatańczą ci, co drżeli”. Głównym bohaterem, tytułowym „Patriotą wszechświata” jest oczywiście Paweł Althamer. „Patriotę…” można już od jakiegoś czasu nabyć w księgarniach. Ma mnóstwo ilustracji i w sumie ponad 400 stron.

Po kilku latach pracy, chciałbym się już od „Patrioty…” wyzwolić. Zostało mi tylko z pokorą wysłuchać cudzych opinii, co często jest bardzo przyjemne, ale nie zawsze… Taki los autora.

Wydawnictwo Karakter pisze, że to reportaż. I pewnie mają rację. Chociaż nigdy chyba tak o „Patriocie wszechświata” nie myślałem. Nie myślałem w kategoriach gatunkowych. Wiedziałem, że mam wspaniałego bohatera, do tego otacza go cała gromadka innych bohaterów. Wiedziałem, że kryją się tam jakieś fascynujące historie. Czekają, aż ktoś je wysłucha i spisze. Dobrze pamiętam spotkanie z Pawłem, gdy opowiedziałem mu o swoim pomyśle, z nadzieją, że nie powie nie. To spotkanie też opisałem w książce. Chociaż dzisiaj znajduje się pod koniec rozdziału o nowojorskich „Sąsiadach”, od tego fragmentu zacząłem pisanie:

Gdy spotkałem się z Althamerem, by opowiedzieć mu o pomyślę na tę książkę, wyjaśniłem, że nie chcę pisać wyłącznie o jego sztuce i o nim samym. Że zamierzam też opowiedzieć o ludziach, którzy go otaczają, o osobach, z którymi współpracuje, o artystach i kuratorach, o rodzinie i przyjaciołach. Powiedziałem, że książka, tak jak jego sztuka, będzie miała wielu bohaterów.

Pawłowi na dźwięk słowa „bohater” zapaliły się źrenice. Bohater to przecież ktoś, kto robi coś nadzwyczajnego, wyrasta ponad przeciętność, wykazuje się odwagą. Albo taki superbohater o nadprzyrodzonych mocach, mityczny heros, śmiałek, kozak, zuch. Pawła najwyraźniej cieszyła myśl, że ma do czynienia z bohaterami. Nie klarowałem tej kwestii. Żegnając się ze mną na warszawskiej ulicy, powiedział jeszcze, że ma nadzieje wkrótce poznać nowych bohaterów. Jakby za rogiem czekała na niego kolejna przygoda.

 

Praca nad „Patriotą…” była więc dla mnie okazją, by poznać całe grono osób, które z Pawłem współpracuje, a które – miałem wrażenie – mi szczerze kibicowało i mnie wspierało. Stąd postanowiłem przekleić tu podziękowania z końca książki:

Paweł Althamer jest wymarzonym bohaterem. Pomysł na tę książkę zrodził się z przekonania o wyjątkowości nie tylko jego sztuki, ale też osoby. Przez dwa lata miałem możliwość uczestniczenia w świecie jego i otaczających go przyjaciół i artystów. Nie byłoby to możliwe bez hojności Pawła. Paweł każdego dnia dzieli się sobą. Ja też z tej hojności czerpałem garściami, z bliska obserwując jego przedsię­wzięcia i towarzysząc im. Mogłem się osobiście przekonać, że moim bohaterem jest prawdziwy patriota wszechświata. Za tę szczodrość jestem Ci, Pawle, niezwykle wdzięczny.

Moim niezastąpionym przewodnikiem po Althamerowym świe­cie okazał się Rafał Żwirek. Entuzjazm Żwirka dla mojego projektu wielokrotnie przewyższał mój własny i dawał mi energię do pracy. Bez Żwirka ta książka pewnie by nie powstała.

Chciałbym też wyrazić specjalne podziękowania rodzinie Pawła, która często jest kluczem do jego sztuki. W szczególności dziękuję żonie Pawła, Matei Petelskiej-Althamer, oraz jego bratu, Marcino­wi Althamerowi.

Dzięki pracy nad tą książką miałem też okazję poznać wyjątko­we osoby, które współpracują z Pawłem, i zaprzyjaźnić się z nimi. Niezwykle miło będę wspominał spotkania z artystami z Grupy No­wolipie, zarówno w ognisku plastycznym na Nowolipiu, jak i pod­czas wyjazdów. Nieoceniona okazała się zwłaszcza pomoc Izy Sko­neckiej i Urszuli Dobrzyniec. Za wspólnie spędzony czas, rozmowy i przyjęcie mnie do swego grona dziękuję także Romanowi Stańcza­kowi, Jackowi Adamasowi, Joannie Świerczyńskiej, Darkowi Żukowskiemu, Adze Szreder, Brianowi Fernandes-Halloranowi, Jacobowi Cohenowi, Michałowi Slezkinowi, Natalii Żychskiej, Robertowi Brylewskiemu i innym ar­tystom i entuzjastom.

Swoimi doświadczeniami pracy z Pawłem podzielili się też ze mną młodzi artyści: członkowie Grupy Reaktor, Witek Nazarkie­wicz i Konrad Chmielewski, a także Michał Mioduszewski, Paulina Antoniewicz i Julia Bistuła.

Pomocy w badaniach udzielili mi Andrzej Przywara z Funda­cji Galerii Foksal w Warszawie, Burkhard Riemschneider z galerii neugerriemschneider w Berlinie, Massimiliano Gioni z New Mu­seum w Nowym Jorku, Joanna Mytkowska, Katarzyna Karwańska i Sebastian Cichocki z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Magdalena Materna z Fundacji Open Art Projects oraz Justyna Do­masłowska-Szulc z Fundacji Dom Kultury. Dziękuję tym osobom i instytucjom. Jak przy wielu innych moich projektach, wspierał mnie również profesor Grzegorz Kowalski.

Podczas badań korzystałem z obszernych archiwów Pawła Altha­mera i Artura Żmijewskiego, zdeponowanych w Fundacji Galerii Foksal. Za okazaną mi pomoc i udostępnione materiały dziękuję Aleksandrze Ściegiennej.

Wszyscy oni są bohaterami tej książki.

Pracując nad książką, przez rok korzystałem ze stypendium przyznanego mi przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Naro­dowego, które pozwoliło mi na komfort pracy i sfinansowanie nie­zbędnych wyjazdów.

Wreszcie za okazane mi zaufanie i cierpliwość dziękuję też moim wydawcom, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie i Wydawni­ctwu Karakter. Za nieocenione uwagi i pracę włożoną w ostateczny kształt książki dziękuję w szczególności Katarzynie Szotkowskiej i Małgorzacie Szczurek.

Na co dzień wspieram się zaś na silnym ramieniu mego męża, Marcina Szurgota.

 

patriota2.jpg

Fragmenty książki można przeczytać na stronie „Szumu” (rozdział „Misja”) i „Gazety Wyborczej” („Jezus z wielkiej płyty”). Wspaniałą niespodziankę sprawiła mi też Fundacja Bęc Zmiana, która poświęciła moim książkom całą witrynę księgarni na Mokotowskiej (obok „Patrioty” można tam kupić „Zatańczą ci, co drżeli”, a nawet „Świadomość Neue Bieriemiennost”, książkę, którą napisaliśmy wspólnie z Kasią Redzisz). Pośrodku witryny stanęła makieta toguny, którą w Parku Rzeźby na Bródnie postawił przyjaciel Pawła, dogoński rzeźbiarz Youssouf Dara.

Dziś, we wtorek, 17 października o godz. 19.00 odbędzie się pierwsze spotkanie wokół „Patrioty…” w Faktycznym Domu Kultury (Gałczyńskiego 12, Warszawa), które poprowadzi Agata Diduszko-Zyglewska. Poza mną udział w nim weźmie również Joanna Mytkowska. Serdecznie zapraszam!

2016 – rok podbramkowy

DSC05970.jpg
Prezydent Andrzej Duda otwiera wystawę „Rodzime zwyczaj i obrzędy w sztuce polskiej XIX i XX wieku”, przygotowaną w Pałacu Prezydenckim w Warszawie przez Muzeum Narodowe w Krakowie

Na łamach „Gazety Wyborczej” zastanawiam się w dziesięciu punktach, jakie były najważniejsze wydarzenia i tendencje w sztukach wizualnych w mijającym roku – „10 najważniejszych wydarzeń w sztuce w 2016 roku”. O większości z nich pisałem na blogu oraz w „Dwutygodniku” i w „Wyborczej”.

Wspominam więc kryzys związany z programem „Narodowych kolekcji sztuki współczesnej” (od „środkowego palca ministra”, przez skład ministerialnej komisji, po odwilż ministra Glińskiego), zwolnienie z pracy Doroty Monkiewicz, dyrektorki Muzeum Współczesnego Wrocław (i świetną wystawę „Stosunki pracy”), konferencji i wystawie „DE-MO-KRA-CJA” w galerii Labirynt w Lublinie, Szalonej Galerii, utracie Emilki przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej (ostatnich wystawach w Emilii i festiwalu Warszawa w Budowie), Muzeum Narodowym w Krakowie jako „muzeum dobrej zmiany”. Z wydarzeń zagranicznych wymieniam IX Biennale w Berlinie, rozbudowie Tate Modern w Londynie, pożenieniu celebrytyzmu i sztuki współczesnej oraz ogólnych czarnych nastrojach.

„Trudno jeszcze powiedzieć, jak trudny rok 2016 odbije się na sztuce, ale że jego wydarzenia nie pozostaną bez echa, możemy być pewni. Nawet wpływowy nowojorski magazyn „Art Forum” swoje końcoworoczne podsumowania uzupełnił o kilka analiz sytuacji politycznej, zapowiadając „koniec świata jaki znamy”. Słowo „sztuka” nawet tu nie pada, ale Brexit, prezydentura Trumpa, wojna w Syrii i rosnące w siłę nacjonalizmy w Europie wiszą nad sztuką jak czarna chmura”.

Na moje bardziej subiektywnej liście highlightów 2016 roku znalazłyby się jeszcze: Biennale w Sao Paulo, gdzie byłem w tym roku po raz pierwszy w życiu, Lina Bo Bardi, wystawa „Polska – kraj folkloru?” w ZachęcieEdward Krasiński w Tate Liverpoolnowe prace i performens Romana Stańczaka, Kongres Kultury, wystawa El Hadji Sy w Centrum Sztuki Współczesnej, wizyta w Centrum Dialogu „Przełomy” w SzczecinieMuzeum Audainów w Whistler, wystawa Kehinde Wiley’a w Seattle Art Museum, malarstwo Lawrence’a Paula Yuxweluptuna, nowe filmy Artura Żmijewskiego w Fundacji Galerii Foksal, wyjazd Grupy Nowolipie do Sopotu, abstrakcyjny ekspresjonizm w Royal Academy w Londynie, wystawa Krzysztofa Junga w Salonie Akademii oraz last but not least petroglify na Hawajach.

A tak mijający rok ocenia redakcja „Dwutygodnika”: „Podsumowanie 2016”.

Zmartwychwstanie Stańczaka

stper1.jpg

Roman Stańczak wczoraj zmartwychwstał.

Zauważyłem Romana godzinę przed performensem, jak w pasażu między MSN-em a rozbieraną właśnie Emilką, obłożoną dyktą i otoczoną metalowym płotem, kopał z jakimś panem dół. Tym panem okazał się pan Staszek, grabarz i sąsiad Romana z Wesołej. Wyraźnie wiedział, co robi, to profesjonalista. W dole było widać odsłonięty gruby korzeń drzewa, które rośnie obok. Roman powiedział, że czytał mój tekst o samolotach. A ja przecież o żadnych samolotach nie pisałem. Próbowałem sobie przez chwilę przypomnieć, że może jednak, i poszedłem na herbatę, żeby nie przeszkadzać. I nie pomagać.

Wczoraj padało – i deszcz, i grad, i śnieg, przerywane słońcem. Ale generalnie było pochmurnie. Taka typowa pogoda na groby. Przełom października i listopada to najgorsza z możliwych dat, by cokolwiek świętować, czy to Halloween, czy Diwali. A pogoda zapowiadała, że ten czas się zbliża. To zmaganie się z zapałkami i gasnącym zniczem. Cały cmentarz bawi się w tę grę. Bo i nie ma tam nic innego do roboty. I jeszcze błoto uklepywane tysiącem stóp raz do roku.

Po jakimś czasie w muzeum zebrał się sporty tłum, który przyszedł zobaczyć pierwszy performens Romana od chyba dwudziestu lat, być może skuszony tym, że wydarzenie reklamowano jako „tylko dla dorosłych”. Zaczęło się we wnętrzu muzeum. Roman pojawił się i szybko przebrał z czarnego podkoszulka i dżinsów w czerwone perizonium. Z jego długimi włosami i półnagim ciałem przypominał Jezusa. Farbą ze starej cynowej miski pomalował na czarno swoje stopy. Podszedł do szyby, rozłożył ręce i białą farbą odrysował swój kontur. Pozostał po nim ślad, trochę koślawe ukrzyżowanie.

Potem wyszedł na zewnątrz. Niektórzy wyszli za nim, inni przyglądali się scenie przez szybę. Roman położył się w wykopanym wcześniej dole, w pozycji embrionalnej. W górę poszybowały ręce z ajfonami. Każdy chciał zrobić zdjęcie – artysta w grobie, przy muzeum, niecodzienny widok.

Przez dłuższy czas nic się nie działo. Staliśmy nad tą płytką mogiłą, czekając, co takiego się jeszcze wydarzy. I zaraz pojawiła się miłosierna samarytanka, która przykryła jego niemal nagie ciało wełnianym szalikiem. Interwencja była zbyt szybka, naiwna. Jak artysta chce leżeć nagi na mrozie, pozwólmy mu. Roman nie czekał na taki gest i najpierw szalik odrzucił, ale później położył go sobie pod głową. Jakiś facet wrzucił do grobu jabłko (bo obok, na stole leżały jabłka). Najwidoczniej sytuacja zachęcała ich do tego, by jakoś zareagować. Mnie nie, między ratowaniem artysty a przeszkadzaniem mu jest jednak pewna różnica. Artysta wystawia na próbę siebie, nie nas. Poza tym spektakl był zbyt ciekawy i nie miałbym odwagi przerwać rosnącego napięcia. Tym bardziej, że na drugim stole leżała ziemia z wykopanego dołu. I wiadomo było, że na tym leżeniu w grobie się nie skończy.

W pewnym momencie pan Staszek z pomocnikiem jednym gestem zrzucili całą ziemię na ciało Romana, zasypując go. Gdy my łapaliśmy oddech, mimo wszystko zaskoczeni, grabarz sprawnie, za pomocą łopaty, dokończył grobową robotę.

Niemal natychmiast ujawniła się inna Maria Magdalena, która chciała Romana ratować i złapała za łopatę, sugerując, że może jakiś silniejszy od niej mężczyzna by jej pomógł. Na szczęście została powstrzymana, przecież wbijając łopatę mogłaby zrobić Romanowi krzywdę. Potem na grobie rozsypano jabłka i cmentarno-sadowe dzieło było gotowe. Roman był gdzieś pod spodem, pod jabłonką.

stper3.jpg

Ale ziemia zaczęła się ruszać i Roman powoli, z wielkim trudem wydostał się z grobu. Co przypomniało mi, jak Czarna Mamba uwolniła się, pochowana żywcem, w „Kill Billu”. Najpierw łokieć, potem cała ręka i głowa. Wyszedł. Nie była potrzebna boska interwencja. Roman zmartwychwstał sam.

Na tym performens się nie skończył. Mieliśmy przecież ukrzyżowanie, złożenie do grobu, zmartwychwstanie, Roman musiał jeszcze wstąpić do nieba. Długim kijem zakończonym zawiniątkiem nasączonym farbą zaczął grać w kółko i krzyżyk na oknach muzeum, najpierw sam ze sobą, a potem z przypadkową osobą z publiczności. Wreszcie wrócił do wnętrza i rozbił butelkę wódki, która wisiała pod sufitem, jak wisielec lub meksykańska piniata. Ta wódka to niby taki polski akcent, ale przede wszystkim wyraźny motyw autobiograficzny. Bo Stańczak to, jak ktoś powiedział, artysta odzyskany, albo po prostu człowiek, który wrócił do nas po pobycie gdzieś na dnie.

Po performensie zostały czarne ślady stóp na podłodze, ale też stół, na którym stało kilkadziesiąt świeczek. Zapaliliśmy je w intencji Romana, bo co nam zostało.

Gdy Roman już znikł w zakamarkach muzeum, dobre samarytanki przy pomocy pana Staszka ekshumowały swój szalik.

stper2.jpg

Stańczak

DSC03714 (2)

Zastanawiam się nad słowem „przenicować”. Roman Stańczak niemal je ocalił. W tekstach o nim pojawia się w prawie każdym akapicie. Domyślamy się jego znaczenia – odwrócenia na lewą stronę. Ale czy pamiętamy, że czasownik ten dotyczy garderoby, a nie czajnika czy wanny? Przenicować to spruć jakieś ubranie, odwrócić na lewą stronę i zszyć na nowo. W tym czasowniku kryje się jakieś niesłychane materialne ubóstwo, Wielki Kryzys. Ale przenicować oznacza również – złośliwie przekręcić czyjeś słowa.

Czajnik i wanna przeszły już do historii sztuki. Stańczak stosował i stosuje też inne metody rozprawiania się z przedmiotami. A nawet to jego przenicowywanie niczego nie naprawiało. Przenicowany czajnik Stańczaka nie nadawał się do gotowania wody. Meble odarte ze skóry-forniru też nie zachęcały do tego, by ich używać.

DSC03722 (2)

Tydzień temu otworzyła się druga wystawa Stańczaka w Galerii Stereo (pierwszą, latem 2014 roku, recenzowałem na łamach „Dwutygodnika” w tekście „Ten dziwny Roman”). Króluje tu wielkie stalowe H. Owijają je kable, na końcu których znajdują się trzy stare żelazka, potraktowane podobnie jak inne Stańczakowe obiekty – wyzute z ich przyzwoitej rzeczowości za pomocą setek, o ile nie tysięcy zadanych im ciosów. Ale Stańczak jest szczególnie okrutny. Pozostawia je bowiem przy życiu. Żelazka, przylepione do stalowej konstrukcji jak macki, są podłączone do prądu, nadal parzą. Jedno ujawnia nawet swe rozgrzane do czerwoności wnętrze. Robi się niebezpiecznie – widzów na wernisażu kusiło, by dotknąć, sprawdzić jak niewierni Tomasze, ale czynili to z wielką ostrożnością. Bo pytanie, jakie stawiamy rzeźbom Stańczaka, brzmi także: czy można im/mu zaufać?

W cytowanym w ulotce tekście Jana Verwoerta (z monografii Stańczaka, która ma się niebawem ukazać), pisze on: „Uderzanie młotkiem w powierzchnię rzeczy może jeszcze nie być atakiem wymierzonym w nią. Wręcz przeciwnie. Może być równoznaczne z aktem solidarności, sposobem na powiedzenie: O rzeczo, jesteś tak naga jak ja! Nasza nagość jest tym, co wspólne. I tak jak jesteśmy nadzy, stajemy twarzą w twarz ze światem i ze wszystkim , co może nam zrobić. Na tym polega niebezpieczeństwo rzeczywistości: przypomina jak nagie jest życie”.

DSC03731 (2)

Inne prace na wystawie „Nigdy nie widziałem, nigdy nie zobaczę”, również opierają się na pewnej chwiejnej, jakby ludzkiej równowadze. Ceramiczna głowa stoi na łuku ze specjalnie uciętych cegieł, który nie został niczym sklejony. Architektoniczny balans opiera się tylko na sile ciążenia. Ci, co wiedzą, zaczynają chodzić ostrożniej, by jej przypadkiem nie zdmuchnąć. Stańczak podpisał tylko poszczególne elementy łuku kolejnymi literami alfabetu: A, B, C, D, E, F, G. Alfabet jako mantra. Jest tu też zwisający na cienkiej nitce notes, z którego stron Stańczak wyciął równiutkie kółka. Jakby pisał w jakimś znanym tylko sobie kodzie. A może nawet sobie nieznanym.

Mam wrażenie, że Stańczak nie wypowiada się już tylko za pomocą wybuchów wulkanu.

Miłosny performans

DSC03051

Miłość jest żenująca. Zwłaszcza cudza. Nie ma nic bardziej nieznośnego niż zakochana para przy sąsiednim stoliku albo – jeszcze gorzej – na plaży. Zofia Krawiec, autorka wydanej właśnie książki „Miłosny performans” oraz kuratorka wystawy pod tym samym tytułem w Galerii Labirynt w Lublinie, przyznaje, że zajęła się tym tematem, bo sama jest zakochana.

Krawiec tworzy nową kategorię w sztuce. „Miłosny performans” to działanie artystyczne podyktowane porywem serca, często adresowane dla tej jednej jedynej osoby. Autorka doszukała się kilkunastu przykładów, od relacji Edwarda Dwurnika i Teresy Gierzyńskiej po nieodwzajemnione uczucie Ady Karczmarczyk do Oskara Dawickiego.

Książka to zestaw niepowiązanych ze sobą opowieści, krótkich portretów, historii powstania dzieł. Problemem bywa nieco sztywna forma, nieprzystawalność języka do opisywanych zdarzeń oraz – niestety! – utrudniające lekturę redaktorskie i korektorskie przeoczenia. Zastąpiłbym też silący się na intelektualizm wstęp jakimś lżejszym spojrzeniem. Ale nie jest to męcząca lektura i niejedno można się z niej dowiedzieć. To wciąż rzadki przykład sięgania po mikrohistorie, sprawdzania, jak sfera prywatna przenikała się ze sztuką. Krawiec na pewno robi to z wyczuciem, chociaż dosyć mocno tu pachnie „Wysokimi Obcasami”.

Niewielka wystawa w Galerii Labirynt w Lublinie jest rodzajem przypisu do książki – każdy rozdział reprezentuje jedna praca. Nie wyczuwa się tu pasji, emocji; brakuje zmysłowości czy erotyki. Dzieła w ramkach i gablotach, ustawione jedno obok drugiego wokół całego pomieszczenia, z długimi podpisami (odpowiadającymi im fragmentami książki) – to raczej wykalkulowana sztuka, obecna na wystawach, do tego małoformatowa, bez rozmachu. Z kilkoma wyjątkami, na przykład świetnymi fotografiami Anety Grzeszykowskiej i Janka Smagi uprawiających seks. Ale to jedyny chyba przykład intymności na wystawie.

DSC03005
Roman Stańczak, „Całun”, 1994

Odnoszę wrażenie, że Krawiec podeszła do tematu nieco zbyt naukowo, schematycznie. Opisywane historie ujawniają coś z życia prywatnego znanych nam artystów, ale większość z nich opiera się na wytartych erotycznych kliszach: miłość od pierwszego wejrzenia, orgazm symultaniczny, miłość platoniczna, romans na odległość przerwany przeciwnościami losu, nieśmiałe miłosne podchody nastolatków. Dwa opisane związki rozpadają się z powodu uzależnienia od alkoholu. Miłosne relacje artystów potrafią być całkiem banalne. Krawiec interesuje zaś tylko moment zakochania, eksplozji uczuć. Miłości nie utożsamia z uczuciem dojrzałym. Stąd konstatacje w rodzaju: „Miłość jest intymną rewolucją, przewracającą do gór nogami mniej lub bardziej poukładane życie”; „Miłość, niezależnie od tego, czy spełniona, czy spełnienia pozbawiona, zawsze jest doświadczeniem granicznym”.

Ciekawią inne stereotypy. Oto kobiety w imię miłości oddają się całe mężczyznom – jak Teresa Gierzyńska, która na swoim ciele kazała napisać Edwardowi Dwurnikowi: „Dwurnika”. Mężczyźni, by wyznać miłość, muszą zaś dokonać rodzaju samoupokorzenia. Bo miłość jest niby niemęska. Przedstawiciele LGBT nie stanowią wystarczającej próby statystycznej, by wyciągać jakieś wnioski. Wojciech Puś po prostu zachwyca się pięknem swojego chłopaka w filmowym portrecie, a Aleka Polis celebruje swoją lesbijską relację w miejskiej wędrówce.

DSC02995
Zofia Kulik, „List z Mediolanu”, 1972, fragment

Obronną ręką z pułapki miłosnych konwecji wychodzą Zofia Kulik i jej trzej mężczyźni – Przemysław Kwiek, Jerzy Truszkowski i Zbigniew Libera. Poświęcone im dwa rozdziały to zdecydowanie najlepsze fragmenty książki, lektura wręcz obowiązkowa. Bo nie ma tu tkliwości ani szczeniackiego mizdrzenia się. Listy, które Kwiek pisał do Kulik, gdy przebywała na stypendium w Mediolanie, dotyczyły głównie aktualnych wydarzeń, które chciał z nią przedyskutować. Ona swe uczucie przedstawiła jako manifestację pod Pałacem Kultury, którego kształt wycięła z jego listu. Truszkowski, kochanek Kulik, w afekcie potrafił rzucić głazem w okno lub zniszczyć wystawę, a do swojej relacji z artystką nawiązał w performansie „Jak masturbuję się młotem”. Ale, co najciekawsze, dla samej Kulik miłość stała się krokiem na drodze do emancypacji.

Podobnie odświeżający dystans wyczuwam też w filmie Wilhelma Sasnala dedykowanym Ance Sasnal. Jego miłosne wyznanie brzmi: „Przysposobienie obronne nie przysposobiło mnie do obrony przed takimi jak ty”. Nawet graficy, Kasia Nestorowicz i Marcin Nowicki (Noviki), małżeństwo z dwójką dzieci, potrafili na prośbę Krawiec o zaprojektowanie jej książki o miłości odpowiedzieć: „Spoko, ale nie wiemy, czy jesteśmy odpowiednimi ludźmi. Nas łączy tylko dziki sex”.

DSC03024
Równoczesny orgazm Doroty Buczkowskiej i Joao Vilheny, zarejestrowany na ich wspólnej pracy „Common Line”

O miłości pisze się trudno: „Porzucony papieros w popielniczce dopala się jak związek, o który nikt już nie dba”. Jeszcze trudniej pisze się o seksie, wszak na tym polu kapitulują największe pisarskie sławy: „Kochanie się pod zawieszoną na antresoli kamerą trwało kilkadziesiąt minut”. Gdzie indziej autorka stwierdza po pensjonarsku, że „sperma w akcie, który nie ma nic wspólnego z miłością, staje się odstręczającą substancją, kłopotliwą do usunięcia”. Z tą ostatnią konstatacją zasadniczo się nie zgadzam. Łapy precz od seksu bez miłości, droga panno! Łapy precz od spermy!

Książce dodałoby trochę pieprzu, gdyby Krawiec opisała też własny miłosny performans. Na razie uczucia autorki czekają na swego badacza.