Ojczyzna w sztuce

cerny
David Cerny, Entropa, detal

Przy każdym nowym tekście o kolejnej wystawie „…w sztuce” w Mocaku powtarzam sobie, że to już ostatni raz. Bo muszę powtarzać te same argumenty: przyjęta przez Mocak i dyrektorkę Potocką formuła nie ma po prostu większego sensu. Ale taki już los recenzenta. Jest wystawa – jest reakcja. Nowy mocakowy twór, „Ojczyznę w sztucę”, komentuję na łamach „Gazety Wyborczej”.

„Ojczyznę w sztuce” odbierać można jako echo szeroko dyskutowanych zeszłorocznych wystaw w Warszawie: „Późnej polskości” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie oraz „Historiofilii”, zorganizowanej przez Narodowe Centrum Kultury. Pierwsza opowiadała o „formach narodowej tożsamości po 1989 roku”, w gruncie rzeczy dekonstruując oficjalną wersję polskości oraz włączając do niej perspektywę grup niemieszczących się w jej sztywnych ramach, np. środowiska LGBTQ.

Druga wystawa, „Historiofilia” kuratorowana przez Piotra Bernatowicza, oferowała spojrzenie konserwatywnych „artystów wyklętych”, utożsamiających się z „dobrą zmianą” i uważających się za wyrzuconych z obiegu przez liberalną większość decydentów świata sztuki. Nie zabrakło tu akcentów homofobicznych, mizoginicznych czy antyniemieckich (plakaty Wojciecha Korkucia).

Chociaż tak od siebie odległe, obie ekspozycje tonęły jednak w biało-czerwonej ikonografii, momentami dusznej. Jakby nie dało się opowiadać o Polsce inaczej niż przez nasze barwy narodowe.

„Ojczyzna w sztuce” proponuje szersze, międzynarodowe spojrzenie, ale jest tu właściwie podobnie. Znowu królują tu narodowe symbole poddawane różnorodnym przeróbkom, trzy czwarte wystawy to „flaga w sztuce”. Najsilniejszy symbol narodowy artyści rozkładają na czynniki pierwsze i składają z powrotem w czasem intrygujące asamblaże. Od głośnego obrazu „Polacy formują flagę narodową” Włodzimierza Pawlaka po wielkoformatowy rysunek Roberta Longo, który symbolicznie rozdziera flagę USA na dwie osobne ramy.

flagimocak
Jimm Lasser, Stany Zjednoczone vs Ameryka, 2018

Dominuje punkt widzenia większości, standardowy, nawet jeśli poddawany krytyce. Z jednej strony mamy więc globalizację z jej niebezpieczeństwami, z drugiej – ostrzeżenia przed nacjonalizmem. Łączy je w sobie praca Jarosława Kozłowskiego „Zjednoczony świat – wersja totalitarna”, rodzaj twierdzy-barykady zbudowanej z metalowej siatki i mebli, oznaczonej flagami wielu państw.

Justin Trudeau twierdzi, że Kanada to państwo postnarodowe. Chce, by mogły się z nią utożsamiać zarówno kanadyjskie Pierwsze Narody, jak i imigranci z różnych stron świata. Tej lekcji kuratorki z MOCAK-u nie odrobiły. Nie zauważyły napięcia między ojczyzną i państwowością. Dominuje tu spojrzenie europocentryczne. Dlatego odpowiedzią na nacjonalizm może być tylko globalizacja i odwrotnie. Tylko Damir Muratov w serii przerobionych flag oraz Nikita Shalenny w instalacji przypominającej las, a w rzeczywistości ułożonej z zielonych chińskich ręczników, nawiązują do historii niepodległościowych ambicji mieszkańców Syberii.

 

Kozłowski w Mocaku

kozlowskimocak

Kilka dni temu na stronie Wyborcza.pl ukazała się moja recenzja świetnej wystawy Jarosława Kozłowskiego w Krakowskim Mocaku. Tytuły pochodzą od redakcji i nawet nie będę tu pisał, jak się mój tekt nanazywa, podam jedynie LINK DO TEKSTU plus krótkie wyimki poniżej:

„Kozłowski na taką retrospektywę – przygotowaną przez niemieckiego krytyka René Blocka – czekał długo. Ale wystawa obejmuje tylko pierwsze 15 lat działalności artysty, do 1980 r. To ważka decyzja. Wystawa staje się niemal odpowiednikiem Bildungsroman, opowieści o dojrzewaniu rozpisanej na dzieła o silnym ładunku konceptualnym”.

„W drugiej połowie lat 70. na główne medium twórczości Kozłowskiego wyrasta rysunek. Linia daje ogromne możliwości – może być prosta, spiralna, kropkowana, wąska, szeroka, może wychodzić poza kartkę, może nawet być niewidzialna. Rysunek, nawet prosty, oparty na podstawowym geście rysowania kreski czy zarysowywania węglem płachty papieru („ani dnia bez kreski”, jak mówił starożytny malarz Apelles), to ślad ciała, gest, znak obecności artysty. Co w szczególnie mocny sposób Kozłowski wydobył w swoich performance’ach z cyklu „Continuum”, podczas których zamalowywał kredą szkolną tablicę”.