Alternativa

DSC07263 (2)

Nie bywam w Gdańsku i w Wyspie tak często, jak bym chciał. Ale jak już jestem, miewam déjà vu. Chodzi pewnie o kontekst miejsca, Stoczni Gdańskiej, w której mieści się IS Wyspa. Stocznia oddziałuje siłą swego historycznego bagażu – coś się tu zaczęło i coś skończyło. Stoczniowe budynki zarosły zielska, które teraz ustępują miejsca nowym ulicom. Historia Solidarności została zamrożona w instytucji-pomniku (Europejskie Centrum Solidarności). A Instytut Sztuki Wyspa, prężna i ważna instytucja, okupuje przestrzenie naznaczone zębem czasu i historii. Na potrzeby festiwalu Alternativa Wyspa wykorzystuje halę 90B (były główny magazyn stoczniowy), którą dziś oddziela od niej nowa ulica – do przejścia dla pieszych daleko, więc biega się na drugą stronę, pokonując barierki i niemal ryzykując życie. Niby się tu z roku na rok coś zmienia, ale nie do końca.

Tematy Alternativa czerpie z najbliższego otoczenia, stąd może to déjà vu. W tamtym roku była „Codzienność”, w tym – „Wernakularność”. Główna wystawa tegorocznej edycji festiwalu, odnosi się wszak do tego, co lokalne, swojskie, nieprofesjonalne, oparte na wiedzy „ludowej”.

DSC07358 (2)
„Ślady proste” Anny Królikiewicz (2015)

„Wernakularność” na pierwszy rzut oka przypomina typowe biennale. Przede wszystkim zadbano o różnorodność prac. Jest tu i zielnik, i archiwum, prace wideo i kolekcje przedmiotów znalezionych, tkaniny, zabawy z liternictwem, projekty angażujące innych. Do wyboru, do koloru. Prace nowe doprawione są klasyką, a konkretnie Harunem Farockim, który często pojawia się na światowych wystawach, a trend ten nasilił się po jego śmierci w zeszłym roku (na Biennale w Wenecji znalazła się instalacja, na której na raz wyświetlane są wszystkie jego filmy). Ale sam wybór Farockiego jest niezwykle cenny – jego instalacja zestawia w szeregu monitorów fragmenty filmów z motywem robotników wychodzących z fabryki, pochodzącymi z różnych dekad – od słynnego filmu braci Lumière po Björk w roli Selmy w filmie Larsa von Triera „Tańcząc w ciemnościach”. Tu też miałem déjà vu, bo wchodząc do stoczni przez historyczną bramę obok Pomnika Poległych Stoczniowców, mijałem wychodzących robotników. Nie wiedziałem tylko, czy to oby na pewno robotnicy i gdzie właściwie pracują.

Na wystawie stoczniowe są rośliny zamknięte w gablotach przez Macieja Salomona, i pismo szablonowe, które kiedyś było tworem anonimowych robotników stoczni, nie było skodyfikowane, a dzisiaj zamienia się w „stoczniowy” font. Lokalne są śmieci, z których na ścianach układa ornamenty Sylvie Réno. Inni artyści idą dalej – na przykład analizują społeczne życie kamieni. Jest pękająca glina zamknięta w geometrycznej siatce, zacieki i ślady korozji na materiale. „Wernakularność” została potraktowana szeroko i często – metaforycznie. Wrażenie, że to już się widziało, potęgują dobrze już przerobione prace polskich artystów. Zupełnie nie wiem po co przywołano powielające wzory z tandetnych tipsów obrazy Rafała Bujnowskiego czy „roztapiającą się” metalową klatkę Olafa Brzeskiego.

DSC07345 (3)
Konrad Pustoła, „Stawinoga” (2015), fragment

Najbardziej wernakularny jest temat instalacji Konrada Pustoły, który na podstawie artefaktów z domowych archiwów odtwarza życie rodzinnego letniska w Stawinodze. Robi się przytulnie. Wiejski dom rodzina Pustoły remontowała własnymi rękami, odbywały się tu rodzinne uroczystości. Spędzano raczej spokojny czas – Stawinoga to miejsce odpoczynku. Profesjonalne fotografie Pustoły sąsiadują ze zdjęciami rodzinnymi oraz powstałym na wsi gobelinom jednej z kobiet z rodziny. Dacze to jednak rozrywka inteligencji.

Projekt Pustoły wyróżnia się na tle całej wystawy – pokazuje coś autentycznego. Gdzie indziej lokalność czy oddolna wiedza przepracowane bowiem zostają przez pryzmat sztuki, metafory. Artyści albo pochylają się nad kamieniami, albo sami wystrzelają w wyżyny abstrakcji. Może przydałyby się tu jakieś przykłady czegoś nieskażonego sztuką. Bo czy pismo stoczniowe potrzebuje profesjonalnych grafików? Czy ogródek przy Wyspie, w który tyle energii włożyli artyści (także by zaangażować okolicznych mieszkańców), wytrzymuje konkurencję z tysiącami ogródków działkowych? Czy nie potrafilibyśmy docenić pań robiących tipsy, gdyby Bujnowski nie przemalowałby ich tworów?

(Krótka wizyta nie pozwoliła mi na uczestnictwo w bogatym programie towarzyszącym wystawie.)

Lato

DSC06421 (2)

Miałem dosyć pracowite, ale w pełni wakacyjne lato. Prawie dwa tygodnie spędziłem na kempingu w Świeciu, gdzie grupa artystów pracowała nad autobusem-arką. Liderem grupy był Paweł Althamer, chociaż sam się do tego nie poczuwał. Althamer stroni od hierarchii, te często narzucają się jednak same.

Świecie w XIX wieku przeniosło się, cegła po cegle, z równiny między Wisłą i Wdą na skarpę, gdzie przestały grozić miastu powodzie. Ostatniego dnia warsztatów arka pokonała podobną trasę i stanęła na świeckim rynku (następnego poranka przesunięto ją do parku obok Ośrodka Sportu i Rekreacji). Wróciliśmy złotym autobusem, którym kieruje brat Pawła, Marcin.

DSC06321 (2)

Przez cały pobyt żar lał się z nieba. I tylko na czas procesji spadł deszcz. Padało jakieś pół godziny. Przyznaję, do ostatniego dnia nie wiedziałem, co z tego wszystkiego wyniknie.

Mój tekst o arce na Dwutygodniku

DSC07242 (2)

Kilka dni po powrocie ze Świecia wybrałem się z moją przyjaciółką Anką do Elbląga, gdzie spacerowaliśmy szlakiem form przestrzennych, z których większość właśnie skończyła 50 lat. Byliśmy zmęczeni i nieco zawiedzeni. Ale zahaczyliśmy też o Grunwald, Gdańsk, Frombork i Białystok. W białostockim Arsenale zdążyliśmy na wernisaż wystawy „Nasze ciało narodowe”. Na otwarciu dominowały języki wschodnie: rosyjski, ukraiński, białoruski.

Mój tekst o elbląskim „metalowym spadku” na Dwutygodniku