Ofensywa natchnionych rzemieślników

okk.PNG

Sesję poświęconą sztukom wizualnym w ramach ministerialnej Ogólnopolskiej Konferencji Kultury, która odbyła się w czwartek i piątek w Krakowie, oglądałem trochę jak relacje z Korei Północnej. Widać bowiem wyraźnie, kto na trybunie stoi bliżej generalissimusa. Interpetując nagrania północnokoreańskiej telewizji eksperci wysnuwają hipotezy na podstawie tego, kto pojawia się na trybunie honorowej. Niewielu ma wgląd w ministerialne kulisy, a szczegóły organizacji konferencji nie były szerzej znane. Ale już to, kto w konferencji bierze udział, kto gra pierwsze skrzypce, kto jest uczestnikiem panelu, a kto moderatorem (i zapraszającym panelistów), wreszcie – kogo na konferencji zabrakło, mówi bardzo wiele.

Polski świat sztuki w ciągu ostatnich dwóch lat zrobił się mało przejrzysty. Przede wszystkim za sprawą nieprzewidywalności posunięć ministerstwa. Wobec niej, a także za sprawą ogólnej atmosfery politycznej także podlegli ministrowi dyrektorzy instytucji stali się ostrożniejsi w wyrażaniu swoich opinii i ujawnianiu swoich strategii. Ma się wrażenie, że wiele spraw odbywa się po prostu zakulisowo. Stąd też szerzą się plotki, chociażby w kwestii przyszłości Zachęty Narodowej Galerii Sztuki i tego, kto mógłby zastąpić Hannę Wróblewską na stanowisku dyrektorki.

Tymczasem na najważniejszą postać konferencji o sztukach wizualnych wyrósł prezes Związku Polskich Artystów Plastyków Janusz Janowski. Moderatorami paneli byli między innymi właśnie Janowski, Hanna Wróblewska (ale w parze z Janowskim), Paweł Sosnowski, Piotr Bernatowicz, Andrzej Szczerski. Pojawienie się Sosnowskiego potwierdzałoby plotki, że jest bliski kręgom ministra Glińskiego, a nawet że to właśnie on miałby objąć stery Zachęty (podkreślam, że to plotki, z nikim ich nie konfrontowałem, ale krążą od co najmniej pół roku i warto je zapisać czarno na białym). Szczerski, Bernatowicz, ZPAP – to wschodzące gwiazdy dobrej zmiany.

Właściwie większość konferencji była dosyć nudna i przewidywalna. Rozmowy przebiegały w kordialnej atmosferze. Powracały te same tematy i znane od dawna postulaty: o artystycznym prekariacie, o droit de suite, o tym, że artysta to nie przedsiębiorca, o problemach administracyjno-prawnych, z którymi mierzą się instytucje, o programach ministerialnych, o promocji polskiej sztuki za granicą, o upowszechnianiu, o braku edukacji.

Z tym, że postulaty pracownicze, posiłkując się „Czarną księgą polskich artystów” wydaną przez Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej i Krytykę Polityczną, wygłaszali ZPAP-owcy. Dzięki „Czarnej księdze”, którą niektórzy mieli ze sobą, nauczyli się już, co to jest prekariat. Niektórzy zdawali się wręcz referować poszczególne teksty z „Czarnej księgi”. Można by powiedzieć, że praca OFSW nie poszła na marne, o to przecież z „Czarną księgą” chodziło – by edukować. ZPAP tę lekcję odrobił.

Szkoda tylko, że zapomniał się na OFSW powołać, ani do tej konferencji OFSW nie zaprosił. Jedna pani z ZPAP powiedziała, że nie ma czasu na pisanie książek.

Przez większą część konferencji mieszały się ze sobą postulaty społeczno-pracownicze oraz wiara w to, że rozwiązaniem problemów będzie zwiększenie obrotów rynku sztuki. Stąd postulaty licznych ukłonów w stronę prywatnych kolekcjonerów – odpisów podatkowych, płacenia podatków w formie zakupów dzieł sztuki itd. Paweł Sosnowski nie tylko pochwalił ministra za wykupienie kolekcji Czartoryskich (miało to uratować „Damę z łasiczką” od rzekomego zaaresztowania obrazu za granicą), ale wysunął też propozycję, by ustawowo nakazać wszystkim podległym ministerstwu muzeom, by jeden procent swego budżetu przeznaczały na zakupy. Miałoby to „powiększyć tort” na rynku. Niestety pomylił się w prostym rachunku (zamiast jednego procenta policzył dziesięć) i kwota 2,5 miliona złotych nie była już tak imponująca jak 25 milionów. Poza tym, jak by to „zwiększało tort” też niezbyt wiadomo, bo o zwiększeniu budżetów nie było mowy. Nie mówiąc o tym, jak trzeźwo zauważyła Hanna Wróblewska, że nie wszystkie instytucje mają zbiory czy nawet chciałyby je mieć. Opowieść Joanny Mytkowskiej o tym, jak skomplikowanym procesem jest dziś tworzenie kolekcji, wpadała w próżnię.

W dyskusjach dotyczących instytucji pojawiało się nie zawsze wypowiedziane wprost napięcie co do podziału ministerialnych środków. Widać wyraźnie, że niektórym bardzo uwiera dysproporcja między programem Narodowych Zbiorów Sztuki Współczesnej (z którego korzystają tylko cztery muzea sztuki współczesnej) a innymi programami na zakupy do kolekcji. Uwiera zaś zwłaszcza Markowi Świcy, dyrektorowi Muzeum Historii Fotografii w Krakowie.

Jeszcze dziwniejszy wydał mi się postulat Kuby Banasiaka, by dokonać „recentralizacji” dawnej sieci BWA, którym zakończył swą skądinąd bardzo ciekawą wypowiedź, wpisującą problemy instytucji sztuki w przemiany ustrojowe w Polsce po 1989 roku. Tu skontrował go Jarosław Suchan (który kilkukrotnie podczas konferencji okazywał się głosem rozsądku), zauważając, że za administracyjną decentralizacją reformy samorządowej nie nastąpiła faktyczna decentralizacja świata sztuki, trend jest wręcz odwrotny. Dodałbym jeszcze, że przecież minister Gliński prowadzi właśnie politykę recentralizacji, biorąc wybrane instytucje na swój garnuszek. Decyzje o tym, komu się da, a komu nie, są codzienną praktyką ręcznego sterowania kulturą przez Glińskiego.

Nie padło bowiem słowo o tym, co się ostatnio działo. Na wszelki wypadek przemilczano wszystkie ministerialne wpadki. Zresztą na krytykę ministerstwa nie było tu miejsca. Jak też nie było tu miejsca na rzeczowe konsultacje – nie było bowiem czego konsultować, propozycje ustaw dopiero powstają. Za to kilku urzędników wysłuchało starannie dobranych rozmówców.

Podskórnym, ale kluczowym napięciem tej konferencji okazał się jednak rozłam między wracającymi do łask „artystami pozainstytucjonalnymi” z ZPAP, jak sami się określili, oraz „artystami sukcesu medialnego”, jak nazwano artystów uczestniczących w głównym obiegu. Tych drugich mogłyby na całej konferencji reprezentować zaledwie dwie artystki, Aneta Grzeszykowska i Bogna Burska. Ci pierwsi byli w przewadze i narzucali ton.

W panelach brali udział raczej mało znani twórcy, profesorowie akademii i działacze ZPAP. Tymczasem Paweł Sosnowski, rozpoczynając swój panel o finansowaniu sztuki, narzekał, że w polskich kolekcjach niedostatecznie reprezentowani są Magdalena Abakanowicz, Roman Opałka, Mirosław Bałka, Monika Sosnowska i Paweł Althamer, artyści o niewątpliwym „sukcesie medialnym”. Opowiadając o kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Joanna Mytkowska też nie miała na myśli „artystów pozainstytucjonalnych”.

Jeśli żałuję, że nie było mnie w Krakowie, to głównie dlatego, że chętnie się bym czegoś o „artystach pozainstytucjonalnych” dowiedział. Bo o ile o głównym obiegu sztuki wiemy dużo, o tyle ZPAP pozostaje organizacją dosyć tajemniczą. Janowski mówi, że związek jest „potężny”, pada liczba 10 tysięcy członków. Ale czy ktoś tę liczbę potrafiłby zweryfikować? Czy tylu członków rzeczywiście płaci składki? Co ci artyści robią? Jak wygląda budżet ZPAP i na co jest przeznaczany? Jeśli ZPAP jest niemal gospodarzem konferencji o sztukach wizualnych, warto byłoby dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Wiadomo, że „artystów sukcesu medialnego” w ZPAP nie ma. Ministerstwu zawsze jest zaś łatwiej pracować z organizacjami o pewnej strukturze.

Mam wiele sympatii do wszystkich artystów spoza pierwszego obiegu i cenię ich codzienną pracę, co nie znaczy, że widziałbym ich w czołowych muzeach i galeriach (poza tym, jak duża musiałaby być siatka instytucji, by regularnie pokazywać 10 tys. artystów rzekomo zrzeszonych w ZPAP). Jeśli „artyści pozainstytucjonalni” tak się sami określają, to już w tym określeniu pobrzmiewa ambicja, by do instytucji wejść. Takie jaskółki ze strony ZPAP już były.

I właściwie długo nie trzeba było czekać na to, by tego typu żale wybrzmiały. Temu służył przedostatni panel, moderowany przez Piotra Bernatowicza, który miał dotyczyć upowszechniania i edukacji. Bernatowicza bardziej interesuje, co upowszechniać. I od razu zaznaczył, że panel będzie rodzajem oskarżenia. Zaprosił do udziału, m.in. Krzysztofa Karonia – jak mówi jego biogram, „amatora bez wykształcenia w zakresie sztuki, jej teorii i historii” – który wygłaszał tezy nie różniące się wiele od nazistowskich ataków na tzw. sztukę zdegenerowaną. Zdaniem Karonia sztuka wysoka stała się „siedliskiem prostactwa”, reprezentuje „idiom kultury wypróżniania i psychopatologii”. Krytykując zwłaszcza Josepha Beuysa przeciwstawił mu „natchnionego rzemieślnika”. Bo społeczeństwo oczywiście woli „natchnionego rzemieślnika” od „krytycznego szajsu”. A „współczesne dzieła sztuki wysokiej patologizują ludzką psychikę”.

Równie populistycznie, chociaż w bardziej wyważonych słowach wypowiadali się Zbigniew Mańkowskiego z ASP w Gdańsku oraz Karolina Staszak, redaktorka „Arteonu” i miłośniczka słowa paradygmat. Wojciech Sęczawa, również z gdańskiej ASP, postulował zaś, by w wystawach „jury” nie wybierało konkretnych prac, lecz oceniało je już po wernisażu, co każe zadać pytanie, jakie pojęcie profesor Sęczawa ma o tym, jak działają współczesne instytucje, bo zdawał się kierować swe słowa do ZPAP-owskich decydentów, i to jakieś trzydzieści lat temu. Niestety do Krakowa nie dotarł zaproszony do dyskusji Mateusz Matyszkowicz z TVP Kultura.

Dyskutantom przyklasnął oczywiście prezes ZPAP, dodając swoje trzy grosze o tym, że sztuka wysoka stała się nośnikiem „antykultury”, no i oni, czyli „artyści pozainstytucjonalni”, są w większości, a instytucje ich wykluczają. I tu jest pies pogrzebany.

Krótko mówiąc, cały panel Bernatowicza (teoretycznie mający dotyczyć upowszechniania i edukacji) sprowadził się do konserwatywnego ataku na sztukę współczesną (od „gangreny bełkotu” dadaizmu i „ataku psychoanalizy” – jak to ujął Karoń – począwszy), niebezpiecznie skręcając w stronę – nie boję się użyć tego słowa – oszołomstwa. I to Bernatowicz, który jako moderator ograniczył się do określenia wypowiedzi jako „mocnych”, to oszołomstwo do ministerialnej konferencji wprowadził. Jednocześnie strzelając konserwatystom samobója. Bo nie wszyscy konserwatyści to niedouczone świry.

Można postulować demokratyzację pola sztuki – sam jestem za! – bez atakowania sztuki, z którą się nie identyfikuje, można postulować powrót do wystaw „otwartych drzwi” bez wyśmiewania twórców z innych artystycznych opcji. Konserwatystom zabrakło pozytywnego programu, poza tym, że chcą zastąpić „model awangardowy” – „modelem ariergardowym”. Czy rzeczywiście minister Gliński chciałby, by w polskich muzeach i galeriach zakrólował znowu XIX wiek? Czy na konferencji o muzyce psioczą na Johna Cage’a i wyśmiewają Fluxus? Czy w sesji teatralnej atakują Grotowskiego i Kantora?

To podczas panelu Bernatowicza padło najważniejsze pytanie, które nas dziś interesuje – o to jaką kulturę będzie wspierało państwo. Bernatowicz zdefiniował cele swego panelu jako „postawienie w stan oskarżenia” sztuki współczesnej. Oskarżenie padło. Inne postawy nie wybrzmiały.

Przy niezaproszeniu do dyskusji najważniejszych polskich twórców, ta atakująca, a często po prostu chamska postawa nabrała charakteru postulatu. Na konferencji o sztuce współczesnej doszło do próby jej wykreślenia. To blamaż przede wszystkim ministerstwa jako organizatora tej konferencji.

Wprawdzie na końcu konferencji reprezentant organizatora, dyrektor Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina Artur Szklener, stwierdził, że doszło do niego, że OFSW ich ogląda (rzeczywiście licznik na youtubie wskazywał, że konferencję oglądało w bezpośredniej transmisji kilkanaście osób) i że ministerstwo w trybie pilnym czeka na postulaty. Stwierdził też, że ta dyskusja powinna się rozpocząć dawno temu. A co się działo przez ostatnie parę lat, panie dyrektorze? Czym był Kongres Kultury jesienią zeszłego roku? Może ZPAP pożyczy ministrowi „Czarną księgę”.

Dekadencja

dekadencja3

Jakiś czas temu zawrzało na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Władze uczelni zapowiedziały remont lokalu w piwnicach Pałacu Czapskich, gdzie działa popularna wśród studentów (i nie tylko) Eufemia, klubokawiarnia z bogatym programem kulturalnym. Przy okazji remontu Akademia wypowiedziała Eufemii umowę. W jej obronie natychmiast zmobilizowali się studenci i nawet ja, obok wielu artystów i kuratorów, podpisałem petycję. Ważniejsze były jednak głosy prawie dwóch tysięcy studentów. Sprawą zajęła się prasa, ale, jak pisała „Gazeta Stołeczna”, już wtedy było widać, że prawdopodobnie „nawet podpis Bałki nie pomoże”.

Ciekawsze jednak, co władze ASP widzą na miejscu Eufemii. Kanclerz uczelni Michał Leszczyński mówił: „Chcielibyśmy, żeby w tym miejscu powstał show room, w którym można by prezentować prace studentów, pracowni, wydziałów”. Show room miałby działać obok nowej restauracji. Na nią pewnie nie byłoby już stać studentów. A sam, studiując kiedyś po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia, w Eufemii właśnie się stołowałem. Już wtedy, chociaż było to jeszcze inne miejsce niż dzisiejszy klub, jako studenci UW zazdrościliśmy studentom malarstwa i grafiki Eufemii.

Rektor Adam Myjak nie docenia wartości kulturotwórczych takich miejsc jak Eufemia, ale przede wszystkim nie docenia swoich studentów. Oto bowiem na zaliczenie zajęć z podstaw wystawiennictwa u Dawida Radziszewskiego (Wydział Zarządzania Kulturą Wizualną) otworzyło się w piątek kilka niewielkich wystaw. Jedna z nich, w Eufemii, staje w jej obronie, ale nie tylko. Skoro zamiast Eufemii ma być „show room” czy „sklepik z pamiątkami”, młode kuratorki, Agata Grabowska i Olga Rusinek, uprzedziły władze uczelni i same taki sklepik urządziły.

Na wystawie w sklepiku znalazły się pastiszowe kopie rzeźby, którą rektor Myjak zaprojektował dla sieci centrów handlowych Dekada, nazywanych, nomen omen, zgodnie z narzucaną do kilku lat nowej terminologii handlowców, galeriami. Stąd właśnie jej tytuł: „Dekadencja / sklep z pamiątkami”. Stawiane przed centrami handlowymi kopie tej samej rzeźby to typowe Myjakowe gluty z cyklu „Figury”. Pozostawiając interpretację odbiorcy, Myjak sugerował, że mogą one przedstawiać „Anioła biznesu”. Nie precyzował jednak, czy to anioł czuwający nad biznesem, czy inwestor start-upu.

dekadencja1.jpg

Zaproszonym dziesięciu studentom i absolwentom warszawskiej ASP nie sprawiło więc większej trudności odtworzenie i wyśmianie „Figur” Myjaka. Tytuły ich prac to nazwy miejscowości, w których stanęło pierwszych dziesięć rzeźb dla Dekady, od Skierniewic po Brodnicę (dziś jest już ich więcej). Jedna z rzeźbek powstała z pomalowanego na różowo styropianu (Kaisu Almonkari), inna, którą oglądałem już w stanie rozpadu, z chrupków kukurydzianych (Natan Kryszk). Karykaturą rzeźbiarskiego gluta są po prostu inne gluty, co jest też kpiną z mistrzowskiego charakteru pracowni na ASP (powielania stylu profesorów).

Aleksandra Piotrowska jako swój wkład w wystawę przyniosła zaś na wernisaż tort ze zdjęciem biznesmenów i artysty pod sklepem z rzeźbą. Na torcie zadała pytanie: „Czy był pan na otwarciu?”. Przy okazji odsłaniania rzeźb Myjaka przed centrami handlowymi Dekada też się zawsze jakieś torty kroi, a panowie w garniturach pozują przed rzeźbami.

Wokół wystawy już na otwarciu zrobił się ferment, a do kuratorek dochodziły głosy o bezprawnym wykorzystaniu znaku towarowego, jakim jest nieszczęsna rzeźba Myjaka, i grożących im konsekwencjach. Najwyraźniej trafiły w czuły punkt. Rozumiem ich emocje, ale szkoda, że poddały się presji i schowały prace w torebki po chipsach, tym samym eksponując inne znaki towarowe (by zobaczyć same prace, musiałem poprosić, by je z torebek wyciągnięto). Ale profesor Myjak nie skompromitowałby się bardziej, niż występując przeciwko własnym studentom. Powinien się też wykazać jakimś rudymentarnym poczuciem humoru.

Przy okazji zamówienia „Figur” Myjaka przez Dekadę, nie mogło też zabraknąć innego piewcy powiązań kultury i biznesu, kultury celebryckiej, byłego ministra kultury (w notabene lewicowym rządzie) Waldemara Dąbrowskiego. Okraszał on wytwory swego ulubionego (obok Igora Mitoraja) rzeźbiarza górnolotnymi frazesami. „Kultura – mówił na przykład Dąbrowski – nie jest żadnym decorum, jest jedną z podstawowych energii, z których rodzi się lepszy świat, lepsza gospodarka, lepszy sens życia społecznego, godniejsze życie. Popieram zbliżenie ludzi biznesu i świata sztuki. Bo ludzie polskiej gospodarki też są wielkimi kreatorami. To nie są kreacje mniejsze niż kreacje artystyczne. One również wymagają wyobraźni, niezwykłej pracy, nie rodzą się z niczego”. To Dąbrowski wymyślił Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach (późnej w Sopocie) i kwadrygę na Teatrze Wielkim Operze Narodowej, której dyrektoruje. Stworzyli ją oczywiście Myjak i Janusz Pastwa.

dekadencja2

„Dekadencja” to wystawa ze sporymi jajami i bardzo w duchu nauczyciela studentek-kuratorek, galerzysty Dawida Radziszewskiego, który, gdy jeszcze mieszkał w Poznaniu, zaproszony do udziału w wystawie poznańskiej sztuki w bojkotowanym przez siebie Arsenale, wysłał tam kupę śmieci ze strychu własnej galerii.

Dobrze świadczy o studentkach, gdy zajmują się sprawami sobie bliskimi (zamknięcie Eufemii), a jeszcze lepiej, gdy potrafią z otwartą przyłbicą skrytykować swoich profesorów. Pytanie bowiem, jak mylne pojęcie o mecenacie sztuki, służalcze postrzeganie roli artysty wobec biznesu, celebrytyzm i artystyczne gusta kończące się na Myjaku (ewentualnie Mitoraju) przekładają się na samą uczelnię. Myjakowi się to po prostu od dawna należało. No i może rzeczywiście, jak ponoć mawiał Tadeusz Kantor, rewolucje rodzą się w kawiarniach.

Hyundai Parreno

parreno2

Jeszcze o Londynie. Od kiedy w Hali Turbin Tate Modern firmę Unilever zastąpił producent samochodów Hyundai, megalityczne w skali projekty nie budzą już takich emocji. Może trochę zmieniły się czasy i do gwiazdorsko-spektakularnych instalacji podchodzi się z większą rezerwą, niż gdy swoje pomysły realizowali tu Olafur Eliasson, Doris Salcedo, Mirosław Bałka czy Ai Weiwei. Ale naprawdę szkoda byłoby pominąć instalację Philippe’a Parreno.

Czasami mówi się o „efekcie Hali Turbin”. Artyści nie mają zwyczaju pracować w takiej skali i mierząc się z ogromną przestrzenią po prostu powiększają swoje wcześniejsze pomysły, by je dostosować do rozmiarów hali. Bo sama skala Hali Turbin zawsze robi wrażenie. Parreno podszedł do tego nieco inaczej.

Tym razem nie ma bowiem natychmiastowego efektu „wow” i nie od razu wiadomo, co się tu tak naprawdę dzieje. Najlepiej na chwilę przysiąść na szarym dywanie pośrodku Hali Turbin i zacząć się rozglądać. Instalacja okazuje się kompozycją rozpisaną na obrazy wideo, ruch, dźwięk i światło. Tak jakby cały budynek stał się instrumentem. Są tu ruchome białe ekrany i cała armia podwieszonych na linkach głośników. Parreno wykorzystuje nawet już istniejące elementy świetlne.

parreno1

„Anywhen” to Gesamtkunstwerk, spektakl łączący różne media i ogarniający całą przestrzeń, ale na swój sposób subtelny, wymagający od widzów, by czasami uzbroili się w cierpliwość. Bo nie od razu wszystko tańczy, gra i miga. Nie od razu w powietrzu unoszą się napompowane ryby (zresztą wykorzystywane przez Parreno już w poprzednich pracach). Wszystko zależy od momentu, na jaki się trafi. A żaden moment nie jest powtarzalny. Czasami panele układają się w rodzaj zadaszonego kina, w którym wyświetlany jest film z brzuchomówczynią i głowonogiem. Są też ryby, psy, relacja z meczu piłkarskiego i pewnie jeszcze mnóstwo innych elementów, których nie zdążyłem zobaczyć czy usłyszeć. To instalacja, która codziennie jest inna, zmienna, kumuluje informacje, dojrzewa.

Ciekawie obserwować, jak wystawa i budynek stają się rodzajem żywego organizmu. Niemal dosłownie, bo całym tym organizmem-mechanizmem zawiadują drożdże i bakterie z niewielkiego pomieszczenia na parterze Tate. Żywe organizmy mają reagować na informacje, np. poziom światła czy wilgotności w Hali Turbin. Jak to dokładnie przebiega, trudno powiedzieć. Na pewno jednak mamy do czynienia z czymś częściowo zaprojektowanym przez człowieka, częściowo będącym dziełem przypadku, a nawet więcej – natury.

Moda na sukces

modanasukces

Dwutygodnik podsumowuje ostatnią dekadę specjalnym numerem tematycznym. To świetny moment na takie podsumowanie, bo ewidentnie kończy się jakaś epoka. Piszą m.in. Dorota Masłowska, Jan Sowa, Witold Mrozek, i ja jako krytyk od sztuk wizualnych.

Mój tekst dotyczy definiowania artystycznego sukcesu, głównie na przykładzie Sasnala, Bałki, Althamera i Instytutu Adama Mickiewicza. Stąd serialowy tytuł – „Moda na sukces”.

„Zaczęło się od rankingu. Wiadomość, że na pierwszym miejscu znalazł się jeden z nas, Polak, przyprawiła nas o dreszcze. W 2006 roku Wilhelm Sasnal szczytował w zestawieniach „Flash Artu” stu najważniejszych młodych artystów, zarówno w tym, w którym typowali marszandzi, jak i tym, w którym typowali kuratorzy. Wszyscy byli zgodni, że Sasnal to gwiazda przyszłości. Zresztą moda na rankingi przyjęła się też nad Wisłą – chcieliśmy wiedzieć, kto jest wyżej, kto jest niżej, a jak nie było cię na liście, wiedziałeś, że nie liczysz się wcale…”

Ciąg dalszy na stronie Dwutygodnika.

 

Gwiazdy mówią

gwiazdy mówią.jpg

Kongres Kultury, który wczoraj rozpoczął obrady, to impreza rozproszona. Jednocześnie odbywa się kilka dyskusji w salach oznaczonych różnymi kolorami – od niebieskiej, po czarną. Kongresowe wrażenia zależą więc od indywidualnych wyborów każdego uczestnika. Ja trafiłem na dyskusję o przemocy w instytucjach (inicjatorem tego stolika był Artur Żmijewski, ale moderował go Stach Szabłowski) oraz na dyskusję o wolności artysty i polityce państwa, którą prowadziła Anda Rottenberg. Przez większość spędzonego na Kongresie czasu odniosłem wrażenie, że poruszam się w świecie biało-czarnym, ale wiem, że sam mam skłonność do takiego stawiania sprawy. Na panelu otwierającym Kongres Mirosław Bałka przypomniał zresztą swoją realizacje „How It Is” z Tate Modern sprzed dobrych kilku lat, sugerując, że antycypował nią obecne czarne dziury w Europie – Węgry i Polskę.

Przy stoliku „przemocowym” najbardziej wyraziście wypowiedzieli się Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich, oraz psycholog biznesu Jacek Santorski. Wobec litanii narzekań na przemocowe praktyki instytucji ze strony pracowników i artystów, Bodnar przedstawił, jak wiele z naszych praw wobec instytucji zapisanych jest w samej konstytucji. Santorski opisywał, jak w polskiej kulturze organizacji (nie tylko w muzeach, ale też w biznesie) dominuje model folwarczny, zanurzając się w barwnych opowieściach z podwórka polskich korporacji. Przy okazji – nie pamiętam już w jakim kontekście – opowiedział o swojej transformacji: przerażająca wizyta w rzeźni skłoniła go do przejścia na wegetarianizm; wegetarianizm spowodował, że miał podkrążone oczy i wyraźnie osłabł, przez co grał w tenisa nie pięć, lecz jedynie dwa razy w tygodniu; a że lubi tenis, zmusiło go to do zmiany diety. Dziś ma 65 lat, a czuje się czterdziestolatkiem. Rzeczywiście Santorski trzyma się nieźle. A mimo to Mikołaj Iwański jako głos z sali zarzucił mu, że jest dinozaurem („Pan jest dinozaurem”), wytknął mu kult menadżeryzmu i zasugerował, że instytucje świetnie radzą sobie bez dyrektorów. Santorski przeprosił, jeśli kogoś uraził.

Rzeczywistość rysowała się w równie czarnych barwach na panelu prowadzonym przez Rottenberg. Rottenberg zapowiedziała, że nie będzie opowiadała o Korei Północnej, było za to sporo opowieści rodem z Trzeciej Rzeszy i Rosji sowieckiej i uwikłaniu artystów w reżim ten czy inny. Tu ukłon w stronę reżysera Krauzego i sposobu, w jaki używa ostatnio swoich talentów. Gdy dyskusja przeniosła się czasowo i geograficznie do dzisiejszej Polski, mogło się wydawać, głównie za sprawą Marii Potockiej, dyrektorki krakowskiego Mocaku, że w pisowskiej rzeczywistości nie jest się wcale tak trudno poruszać. „Odważnym się więcej wybacza”, stwierdziła Potocka. A co jak przyjdzie jej stracić pracę? Nic się nie stanie – „każda zmiana jest twórcza” (Potocka nie używała tego sloganu, gdy krakowskie środowisko domagało się konkursu na obiecany jej wcześniej stołek, bez skutku). „Nie wszyscy mają taką naturę fajtera jak Masza Potocka”, stwierdziła trzeźwo Monika Szewczyk, dyrektorka białostockiego Arsenału, mając jednocześnie problem z ustawieniem się tak, by nie być do kogoś tyłem („Mam tylko jeden przód”). Szewczyk w kontrze do rejtanowania mówiła o wstydzie jako regulatorze dyrektorskich zachowań, co wydało mi się bardziej szczere od deklaracji odwagi.

potocka

Najwięcej wyniosłem jednak z Kongresu Wróżek Polskich, zorganizowanego w ramach Festiwalu Zdarzenia w Teatrze Dramatycznym, imprezy towarzyszącej Kongresowi Kultury (chociaż organizatorzy festiwalu pisali w pewnym momencie, że to kongres towarzyszy festiwalowi), we współpracy z pismem „Gwiazdy mówią”. Dyskusję z siódemką wróżek i wróżbitów poprowadził sam Sławomir Sierakowski. Niestety nie przygotował się do niej najlepiej – nie wiedział nawet, kim są jego rozmówcy, a spora część dyskusji toczyła się wokół określenia specyfiki ich zawodu. Deklaracjom Sierakowskiego, że ezoteryka jest ważną częścią kultury, przeczył sam fakt, że w informacji o wydarzeniu nie podano nazwisk dyskutantów (wyobrażacie sobie panel, w opisie którego zapomina się wspomnieć, że uczestniczy w nim Rottenberg, Potocka czy Bałka?), co próbowano naprawić, rozdając przy wyjściu kartki z listą jasnowidzów.

Wróżbici nie zawiedli. Opowiadali o „dużym przeskoku energetycznym Polski w ostatnich latach”. Numerolog Sylwester Chordecki stwierdził, że Polsce przypisana jest czwórka, przez co ma pecha do społeczeństwa – w Polsce odradzają się ludzie, którym nie powiodło się gdzie indziej. Jesteśmy więc narodem składającym się z nieudaczników pochodzących z Francji, Stanów czy Niemiec. Ale też dlatego – zdaniem Chordeckiego – niewiele jest w Polsce prawdziwych patriotów. Astrolożka Izabela Konkiel-Podlaska, chociaż zarzekała się, że nie zajmuje się „astrologią polityczną”, wieszczyła zwycięstwo Hillary Clinton w nadchodzących wyborach w Stanach Zjednoczonych (im bliżej wyborów, tym Trump ma bardziej niekorzystny układ planet). Inna jasnowidzka stwierdziła, że za rok rozpocznie się trudny czas w kwestii przywództwa Polski. Pod koniec 2017 roku możemy bowiem kogoś ważnego stracić i nie będzie komu decydować. Prawdziwie rewolucyjne zmiany na świecie nastąpią zaś w roku 2038. Wcześniej jednak, w ciągu najbliższych trzech lat, Sławomir Sierakowski ożeni się, chociaż według planet, znaleźć mu dobrą żonę łatwo nie jest. Wyszedłem pełen nadziei na przyszłość.

Bałka w Muzeum Sztuki

DSC01477

Polecam wystawę Mirosława Bałki w Muzeum Sztuki w Łodzi, której kuratorką jest moja dobra przyjaciółka Kasia Redzisz (wspólnie kilka lat temu przygotowaliśmy książkę o grupie Świadomość Neue Bieriemiennost, którą Bałka współtworzył). Wystawę recenzuję na „Dwutygodniku”: Bałka według Bałki.

„Ta wystawa to spojrzenie w przeszłość, na własny dorobek. Mirosław Bałka stroni jednak od retrospektyw i podsumowań. Jeśli spogląda wstecz na swą twórczość, to czyni to na własnych zasadach. Jakby nie interesowały go dzieła, o których mówił kiedyś, że wysyła je w świat. Nie śledzi ich i nie zaprasza na spotkanie po latach. 30 lat po maturze – trudno o większe rozczarowanie. W Muzeum Sztuki w Łodzi Bałka sięga po sprawdzone przez siebie strategie i stosuje je tym razem wobec własnej twórczości. Redukuje. Zadowala się śladem, pozostałością, które w jego rękach urastają do rangi relikwii.

Bałka wielokrotnie stosował artystyczny recycling, zwłaszcza gdy w odnajdowanych przedmiotach odciskały się ślady człowieka. Fetyszyzował je – swój rodzinny dom w Otwocku, który przez lata służył za jego pracownię, Galerię Foksal. I w Łodzi znajdziemy takie prace, na przykład fragment linoleum z Foksalu, którego kształt oddaje skomplikowany układ pomieszczenia i w którym przez lata użytkowania odbiła się klepka z podłogi; wisi na ścianie niczym filcowe prace Roberta Morrisa. Albo nadpalone rysunki, ofiary pożaru w pracowni. Głównym obszarem wiwisekcji Bałki jest tym razem jego własna twórczość”.

Silwohortiaromaterapia

taus
Taus Makhacheva, „Wymiar pionowy”, 2015

Projekt Otwock to specyficzne wydarzenie. W odróżnieniu od większości wystaw, nie mówiąc o licznych biennale, samej sztuki jest tu niewiele, ale poświęca się jej sporo czasu. Liczy się kontekst, atmosfera, dyskusja. W tym roku na dobrą sprawę zrealizowano dwie prace sensu stricte artystyczne i dwa projekty, które za sztukę spokojnie mogłyby uchodzić, chociaż ich autorzy niekoniecznie tak je traktują. Na pewno jest to wydarzenie elitarne (uczestniczą w nim głównie znajomi i znajomi znajomych ), chociaż otwarte dla wszystkich. Organizuje je od pięciu lat Fundacja Open Art Projects, czyli Kasia Redzisz i Magda Materna, a patronuje słynny otwocczanin Mirosław Bałka.

Wchodząc do autobusu, odjeżdżającego spod Muzeum Narodowego, wiesz, że wrócisz za jakieś siedem godzin. Niby Otwock jest niedaleko od stolicy, ale impreza zajmuje cały dzień. W ostatnią sobotę chodziliśmy po lesie, wysłuchaliśmy kilku prezentacji w Muzeum Ziemi Otwockiej i odwiedziliśmy byłe sanatorium, dawno popadłe w ruinę. Jedliśmy pyszną zupę z soczewicy, piliśmy wywar z sosny i grzane wino. Uruchamialiśmy nosy.

Do projektu zaproszono artystki, które znały to miejsce krótko i ledwie liznęły lokalny kontekst, oraz otwockich entuzjastów, którzy Otwock znają jak własną kieszeń, ten obecny i ten niegdysiejszy. Kontekstem i tematem tegorocznej edycji była sanatoryjna, kurortowa przeszłość Otwocka, a szerzej – natura i jej uzdrawiająca moc. Las i ogród. Las całkiem prawdziwy wokół Muzeum, ogród – bardziej wyobrażony.

Zabrano nas do byłego sanatorium Abrahama Gurewicza, gdzie architektka krajobrazu Sylwia Woś odtworzyła niewielki fragment dawnego ogrodowego splendoru. Jej interwencja była ledwo widoczna, jakby starała się też nie zatracić tego, co stanowi o dzisiejszej atrakcyjności miejsca, czegoś na kształt romantycznej ruiny, tylko bardziej rodem z horroru niż egzotycznych wakacji. Mogliśmy raczej wyobrazić sobie niż doświadczyć tego, jak kiedyś wyglądało to miejsce, otoczone wspaniałym ogrodem, który dziś znamy tylko z niewyraźnych zdjęć. W czterech punktach wokół budynku sanatorium rozmieszczono też specjalne zapachy skomponowane przez silwoterapeutę Jarosława Książka.

Gdyby mnie ktoś w galerii raczył czterema zapachami, nazwanymi imionami czterech żywiołów i hasłami w rodzaju „Lawina uczuć” czy „Iskra pojednania”, pewnie bym kręcił nosem. Jednak w Otwocku, ze specyfiką tego przedsięwzięcia, wszystko gładko łączyło się w całość. Olfaktoryczne kompozycje, nieistniejące ogrody i wciągające lasy. Spacer jest tu równie istotny co obcowanie ze sztuką. Sztuki nie ma nawet w tytule tegorocznej edycji – „Silwohortiaromaterapia” łączy terapię przez kontakt z przyrodą, kontakt z ogrodami i zapachy. Nie mam mowy o arteterapii.

Zaproszone artystki, Taus Makhacheva i Habima Fuchs, też zadziałały bezpośrednio z naturą. Pochodząca z Dagestanu Makhacheva zabrała nas na spacer po lesie, gdzie wybrała kilka ciekawych drzew i dokonała na nich interwencji, których miejscowi grzybiarze może nawet nie zauważą. A jeśli zauważą, to zastanowią się, czy to celowe działanie człowieka, czy samej natury. Artystkę interesują drzewa powykręcane, nie pasujące do wertykalnego ideału, i sama je jeszcze bardziej komplikuje, czasami subtelnie, czasami mniej subtelnie.

fuchs
Habima Fuchs, „Agawa”, 2015

Ciekawie wypadła praca Habimy Fuchs, w bezpośrednim sąsiedztwie Muzeum Ziemi Otwockiej. Fuchs wykopała studnię, wokół której ułożyła z mchu okręgi, nasuwające na myśl ogrodowe labirynty z bukszpanu, a jeszcze bardziej rozchodzące się ślady po kropli, która padła na gładką taflę wody. Okręgi są na tyle duże, że stojąc wokół, nie można zajrzeć w głąb studni. Ale można do niej wrzucić kamyk i usłyszeć, jak wpada do wody. Studnia jest więc jak najbardziej prawdziwa. Fuchs jest nomadką, trochę opowiadała o swoich wielomiesięcznych wędrówkach i żałowała, że nie miała okazji dłużej pochodzić po okolicy.

Wszystko pachniało jednak próbą zaczarowania rzeczywistości podupadłego miasteczka, w którym trudno dziś dostrzec uzdrowiskowy charakter. Witając przybyłych gości, Mirosław Bałka nawiązał do prahistorycznych ludzi, którzy przybyli tu za zwierzyną. W Otwocku, nawet mówiąc o przyrodzie, trudno nie mówić o przeszłości.