Gwiazdy mówią

gwiazdy mówią.jpg

Kongres Kultury, który wczoraj rozpoczął obrady, to impreza rozproszona. Jednocześnie odbywa się kilka dyskusji w salach oznaczonych różnymi kolorami – od niebieskiej, po czarną. Kongresowe wrażenia zależą więc od indywidualnych wyborów każdego uczestnika. Ja trafiłem na dyskusję o przemocy w instytucjach (inicjatorem tego stolika był Artur Żmijewski, ale moderował go Stach Szabłowski) oraz na dyskusję o wolności artysty i polityce państwa, którą prowadziła Anda Rottenberg. Przez większość spędzonego na Kongresie czasu odniosłem wrażenie, że poruszam się w świecie biało-czarnym, ale wiem, że sam mam skłonność do takiego stawiania sprawy. Na panelu otwierającym Kongres Mirosław Bałka przypomniał zresztą swoją realizacje „How It Is” z Tate Modern sprzed dobrych kilku lat, sugerując, że antycypował nią obecne czarne dziury w Europie – Węgry i Polskę.

Przy stoliku „przemocowym” najbardziej wyraziście wypowiedzieli się Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich, oraz psycholog biznesu Jacek Santorski. Wobec litanii narzekań na przemocowe praktyki instytucji ze strony pracowników i artystów, Bodnar przedstawił, jak wiele z naszych praw wobec instytucji zapisanych jest w samej konstytucji. Santorski opisywał, jak w polskiej kulturze organizacji (nie tylko w muzeach, ale też w biznesie) dominuje model folwarczny, zanurzając się w barwnych opowieściach z podwórka polskich korporacji. Przy okazji – nie pamiętam już w jakim kontekście – opowiedział o swojej transformacji: przerażająca wizyta w rzeźni skłoniła go do przejścia na wegetarianizm; wegetarianizm spowodował, że miał podkrążone oczy i wyraźnie osłabł, przez co grał w tenisa nie pięć, lecz jedynie dwa razy w tygodniu; a że lubi tenis, zmusiło go to do zmiany diety. Dziś ma 65 lat, a czuje się czterdziestolatkiem. Rzeczywiście Santorski trzyma się nieźle. A mimo to Mikołaj Iwański jako głos z sali zarzucił mu, że jest dinozaurem („Pan jest dinozaurem”), wytknął mu kult menadżeryzmu i zasugerował, że instytucje świetnie radzą sobie bez dyrektorów. Santorski przeprosił, jeśli kogoś uraził.

Rzeczywistość rysowała się w równie czarnych barwach na panelu prowadzonym przez Rottenberg. Rottenberg zapowiedziała, że nie będzie opowiadała o Korei Północnej, było za to sporo opowieści rodem z Trzeciej Rzeszy i Rosji sowieckiej i uwikłaniu artystów w reżim ten czy inny. Tu ukłon w stronę reżysera Krauzego i sposobu, w jaki używa ostatnio swoich talentów. Gdy dyskusja przeniosła się czasowo i geograficznie do dzisiejszej Polski, mogło się wydawać, głównie za sprawą Marii Potockiej, dyrektorki krakowskiego Mocaku, że w pisowskiej rzeczywistości nie jest się wcale tak trudno poruszać. „Odważnym się więcej wybacza”, stwierdziła Potocka. A co jak przyjdzie jej stracić pracę? Nic się nie stanie – „każda zmiana jest twórcza” (Potocka nie używała tego sloganu, gdy krakowskie środowisko domagało się konkursu na obiecany jej wcześniej stołek, bez skutku). „Nie wszyscy mają taką naturę fajtera jak Masza Potocka”, stwierdziła trzeźwo Monika Szewczyk, dyrektorka białostockiego Arsenału, mając jednocześnie problem z ustawieniem się tak, by nie być do kogoś tyłem („Mam tylko jeden przód”). Szewczyk w kontrze do rejtanowania mówiła o wstydzie jako regulatorze dyrektorskich zachowań, co wydało mi się bardziej szczere od deklaracji odwagi.

potocka

Najwięcej wyniosłem jednak z Kongresu Wróżek Polskich, zorganizowanego w ramach Festiwalu Zdarzenia w Teatrze Dramatycznym, imprezy towarzyszącej Kongresowi Kultury (chociaż organizatorzy festiwalu pisali w pewnym momencie, że to kongres towarzyszy festiwalowi), we współpracy z pismem „Gwiazdy mówią”. Dyskusję z siódemką wróżek i wróżbitów poprowadził sam Sławomir Sierakowski. Niestety nie przygotował się do niej najlepiej – nie wiedział nawet, kim są jego rozmówcy, a spora część dyskusji toczyła się wokół określenia specyfiki ich zawodu. Deklaracjom Sierakowskiego, że ezoteryka jest ważną częścią kultury, przeczył sam fakt, że w informacji o wydarzeniu nie podano nazwisk dyskutantów (wyobrażacie sobie panel, w opisie którego zapomina się wspomnieć, że uczestniczy w nim Rottenberg, Potocka czy Bałka?), co próbowano naprawić, rozdając przy wyjściu kartki z listą jasnowidzów.

Wróżbici nie zawiedli. Opowiadali o „dużym przeskoku energetycznym Polski w ostatnich latach”. Numerolog Sylwester Chordecki stwierdził, że Polsce przypisana jest czwórka, przez co ma pecha do społeczeństwa – w Polsce odradzają się ludzie, którym nie powiodło się gdzie indziej. Jesteśmy więc narodem składającym się z nieudaczników pochodzących z Francji, Stanów czy Niemiec. Ale też dlatego – zdaniem Chordeckiego – niewiele jest w Polsce prawdziwych patriotów. Astrolożka Izabela Konkiel-Podlaska, chociaż zarzekała się, że nie zajmuje się „astrologią polityczną”, wieszczyła zwycięstwo Hillary Clinton w nadchodzących wyborach w Stanach Zjednoczonych (im bliżej wyborów, tym Trump ma bardziej niekorzystny układ planet). Inna jasnowidzka stwierdziła, że za rok rozpocznie się trudny czas w kwestii przywództwa Polski. Pod koniec 2017 roku możemy bowiem kogoś ważnego stracić i nie będzie komu decydować. Prawdziwie rewolucyjne zmiany na świecie nastąpią zaś w roku 2038. Wcześniej jednak, w ciągu najbliższych trzech lat, Sławomir Sierakowski ożeni się, chociaż według planet, znaleźć mu dobrą żonę łatwo nie jest. Wyszedłem pełen nadziei na przyszłość.

Bałka w Muzeum Sztuki

DSC01477

Polecam wystawę Mirosława Bałki w Muzeum Sztuki w Łodzi, której kuratorką jest moja dobra przyjaciółka Kasia Redzisz (wspólnie kilka lat temu przygotowaliśmy książkę o grupie Świadomość Neue Bieriemiennost, którą Bałka współtworzył). Wystawę recenzuję na „Dwutygodniku”: Bałka według Bałki.

„Ta wystawa to spojrzenie w przeszłość, na własny dorobek. Mirosław Bałka stroni jednak od retrospektyw i podsumowań. Jeśli spogląda wstecz na swą twórczość, to czyni to na własnych zasadach. Jakby nie interesowały go dzieła, o których mówił kiedyś, że wysyła je w świat. Nie śledzi ich i nie zaprasza na spotkanie po latach. 30 lat po maturze – trudno o większe rozczarowanie. W Muzeum Sztuki w Łodzi Bałka sięga po sprawdzone przez siebie strategie i stosuje je tym razem wobec własnej twórczości. Redukuje. Zadowala się śladem, pozostałością, które w jego rękach urastają do rangi relikwii.

Bałka wielokrotnie stosował artystyczny recycling, zwłaszcza gdy w odnajdowanych przedmiotach odciskały się ślady człowieka. Fetyszyzował je – swój rodzinny dom w Otwocku, który przez lata służył za jego pracownię, Galerię Foksal. I w Łodzi znajdziemy takie prace, na przykład fragment linoleum z Foksalu, którego kształt oddaje skomplikowany układ pomieszczenia i w którym przez lata użytkowania odbiła się klepka z podłogi; wisi na ścianie niczym filcowe prace Roberta Morrisa. Albo nadpalone rysunki, ofiary pożaru w pracowni. Głównym obszarem wiwisekcji Bałki jest tym razem jego własna twórczość”.

Silwohortiaromaterapia

taus
Taus Makhacheva, „Wymiar pionowy”, 2015

Projekt Otwock to specyficzne wydarzenie. W odróżnieniu od większości wystaw, nie mówiąc o licznych biennale, samej sztuki jest tu niewiele, ale poświęca się jej sporo czasu. Liczy się kontekst, atmosfera, dyskusja. W tym roku na dobrą sprawę zrealizowano dwie prace sensu stricte artystyczne i dwa projekty, które za sztukę spokojnie mogłyby uchodzić, chociaż ich autorzy niekoniecznie tak je traktują. Na pewno jest to wydarzenie elitarne (uczestniczą w nim głównie znajomi i znajomi znajomych ), chociaż otwarte dla wszystkich. Organizuje je od pięciu lat Fundacja Open Art Projects, czyli Kasia Redzisz i Magda Materna, a patronuje słynny otwocczanin Mirosław Bałka.

Wchodząc do autobusu, odjeżdżającego spod Muzeum Narodowego, wiesz, że wrócisz za jakieś siedem godzin. Niby Otwock jest niedaleko od stolicy, ale impreza zajmuje cały dzień. W ostatnią sobotę chodziliśmy po lesie, wysłuchaliśmy kilku prezentacji w Muzeum Ziemi Otwockiej i odwiedziliśmy byłe sanatorium, dawno popadłe w ruinę. Jedliśmy pyszną zupę z soczewicy, piliśmy wywar z sosny i grzane wino. Uruchamialiśmy nosy.

Do projektu zaproszono artystki, które znały to miejsce krótko i ledwie liznęły lokalny kontekst, oraz otwockich entuzjastów, którzy Otwock znają jak własną kieszeń, ten obecny i ten niegdysiejszy. Kontekstem i tematem tegorocznej edycji była sanatoryjna, kurortowa przeszłość Otwocka, a szerzej – natura i jej uzdrawiająca moc. Las i ogród. Las całkiem prawdziwy wokół Muzeum, ogród – bardziej wyobrażony.

Zabrano nas do byłego sanatorium Abrahama Gurewicza, gdzie architektka krajobrazu Sylwia Woś odtworzyła niewielki fragment dawnego ogrodowego splendoru. Jej interwencja była ledwo widoczna, jakby starała się też nie zatracić tego, co stanowi o dzisiejszej atrakcyjności miejsca, czegoś na kształt romantycznej ruiny, tylko bardziej rodem z horroru niż egzotycznych wakacji. Mogliśmy raczej wyobrazić sobie niż doświadczyć tego, jak kiedyś wyglądało to miejsce, otoczone wspaniałym ogrodem, który dziś znamy tylko z niewyraźnych zdjęć. W czterech punktach wokół budynku sanatorium rozmieszczono też specjalne zapachy skomponowane przez silwoterapeutę Jarosława Książka.

Gdyby mnie ktoś w galerii raczył czterema zapachami, nazwanymi imionami czterech żywiołów i hasłami w rodzaju „Lawina uczuć” czy „Iskra pojednania”, pewnie bym kręcił nosem. Jednak w Otwocku, ze specyfiką tego przedsięwzięcia, wszystko gładko łączyło się w całość. Olfaktoryczne kompozycje, nieistniejące ogrody i wciągające lasy. Spacer jest tu równie istotny co obcowanie ze sztuką. Sztuki nie ma nawet w tytule tegorocznej edycji – „Silwohortiaromaterapia” łączy terapię przez kontakt z przyrodą, kontakt z ogrodami i zapachy. Nie mam mowy o arteterapii.

Zaproszone artystki, Taus Makhacheva i Habima Fuchs, też zadziałały bezpośrednio z naturą. Pochodząca z Dagestanu Makhacheva zabrała nas na spacer po lesie, gdzie wybrała kilka ciekawych drzew i dokonała na nich interwencji, których miejscowi grzybiarze może nawet nie zauważą. A jeśli zauważą, to zastanowią się, czy to celowe działanie człowieka, czy samej natury. Artystkę interesują drzewa powykręcane, nie pasujące do wertykalnego ideału, i sama je jeszcze bardziej komplikuje, czasami subtelnie, czasami mniej subtelnie.

fuchs
Habima Fuchs, „Agawa”, 2015

Ciekawie wypadła praca Habimy Fuchs, w bezpośrednim sąsiedztwie Muzeum Ziemi Otwockiej. Fuchs wykopała studnię, wokół której ułożyła z mchu okręgi, nasuwające na myśl ogrodowe labirynty z bukszpanu, a jeszcze bardziej rozchodzące się ślady po kropli, która padła na gładką taflę wody. Okręgi są na tyle duże, że stojąc wokół, nie można zajrzeć w głąb studni. Ale można do niej wrzucić kamyk i usłyszeć, jak wpada do wody. Studnia jest więc jak najbardziej prawdziwa. Fuchs jest nomadką, trochę opowiadała o swoich wielomiesięcznych wędrówkach i żałowała, że nie miała okazji dłużej pochodzić po okolicy.

Wszystko pachniało jednak próbą zaczarowania rzeczywistości podupadłego miasteczka, w którym trudno dziś dostrzec uzdrowiskowy charakter. Witając przybyłych gości, Mirosław Bałka nawiązał do prahistorycznych ludzi, którzy przybyli tu za zwierzyną. W Otwocku, nawet mówiąc o przyrodzie, trudno nie mówić o przeszłości.