Piszę o sztuce i okolicach. Tu – wyłącznie z wewnętrznej potrzeby i dla przyjemności. Komentuję, szybko recenzuję i zamieszczam linki do moich tekstów. Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowych postach mailem, kliknij w "Obserwuj" w prawym dolnym rogu ekranu i podaj swój adres. Pozdrawiam. Karol – ktsienkiewicz@gmail.com, instagram.com/sienkiewicz.karol.ok, twitter.com/krlsienkiewicz
„Dwutygodnik” opublikował właśnie moją nową recenzję – tym razem z wystawy „Z mojego okna widać wszystkie kopce”, która jest rodzajem nowego otwarcia dla krakowskiego Bunkra Sztuki. Tekst nosi tytuł „Odsłonięte okna”, zgodnie z tym, co nastąpiła na górnym piętrze Bunkra. Dyrektorką galerii od niedawna jest Magdalena Ziółkowska, moja rówieśniczka i koleżanka z Instytutu Historii Sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, do niedawna kuratorka Muzeum Sztuki w Łodzi.
Piszę: „Na górnym poziomie – inny gest. Zaprojektowany przez Różyską-Tołłoczko rząd okien w salach na piętrze od lat 90. pozostawał zasłonięty. Dzięki temu galeria bardziej przypominała white cube. Dzisiaj okna odsłonięto. Ale trudno to nazwać remontem. Po prostu zerwano cienką ścianę z dykty i gipsu. Z jej resztek na parterze zbudowano prowizoryczne audytorium, a paru artystów stworzyło z nich własne prace. Inni, jak Andris Eglitis, odnoszą się po prostu do kruchej materialności. Ten rozpad jest więc mocno na pokaz. Aczkolwiek naturalne światło, nawet w tym nieładzie, oraz widok na drzewa na Plantach i fryz w Pałacu Sztuki po sąsiedzku tworzą niezwykle kuszącą perspektywę.”
Niestety fotografie ilustrujące tekst na „Dwutygodniku” nie oddają dysproporcji między tekstem a dziełami sztuki na wystawie, o którym piszę, wklejam więc kilka własnych zdjęć tutaj.
Część wystawy w piwnicy Bunkra poświęcona architekturze
Audytorium na parterze
Widok na część wystawy poświęconą edukacji – dokumenty połączone w sieć różnokolorowymi nitkami
Nowy Pawilon Wystawowy – specjalny kącik do studiowania wystawiennictwa i kuratorstwa
„Co najmniej połowa wystawy Z mojego okna widać wszystkie kopce to teksty – dokumenty, cytaty, przyklejone do ścian i rzadko komentowane. Kopie dokumentów pokryły szczelną tapetą ścianę w części ekspozycji poświęconej edukacji. Na piętrze – dokumenty opisują historię pierwszych lat BWA. Na parterze powstała specjalna przestrzeń, nazywana dla zmyłki Pawilonem Wystawienniczym, służąca jako czytelnia publikacji poświęconych wystawiennictwu i kuratorowaniu wystaw, w której dodatkowo przypomniana została konferencja Polifonia głosów zorganizowana przez Adama Budaka w 2002 roku. Ma być tu realizowany program skierowany do profesjonalistów zainteresowanych strategiami kuratorsko-wystawienniczymi.”
Dyskutanci: Igor Stokfiszewski, Andrzej Draguła, Ewa Gorządek, Iwo Zmyślony, Katarzyna Kasia
Obudziłem się dzisiaj z dosyć dziwną myślą, że wolę, jak się mnie obraża, niż jak mi się prawi morały. Bo jak ktoś cię obraża, to możesz się odwinąć, obrazić ostentacyjnie, obrazić po cichu, demonstracyjnie zignorować, wsadzić kwiat w lufę itd. Gdy ktoś ci prawi morały, możesz to albo zlekceważyć, albo się ukorzyć. Nie wiadomo co gorsze. Moralizatorstwo jest jedną z najmniej efektywnych strategii.
Wczoraj spora widownia zebrała się na dyskusji „Psucie językiem sztuki”, którą w CSW zorganizowała „Kultura Liberalna”. Tytułowe psucie to teza z kilku tekstów Iwona Zmyślonego, członka redakcji „Kultury Liberalnej”, któremu bardzo zależy, by z jego tezami dyskutowano. Mam nadzieję, że doznał wczoraj pewnej satysfakcji. I ja też miałem małą satysfakcję, bo okazało się, że jednak ktoś mnie czyta. Co jakiś czas powracałem w dyskusji – nawet jeśli jako ten czarny, psujący charakter, czasami w parze z Kubą Banasiakiem.
Mówiąc skrótowo, teza Zmyślonego jest taka, że świat sztuki jest mało życzliwy – wobec siebie nawzajem oraz wobec Innego (w roli Innego występuje zaś skrajna prawica i Kościół Katolicki), a ponieważ słowa mają moc sprawczą (chociażby mogą zrażać i obrażać), będziemy się tylko antagonizowali (lewica versus prawica). Za przykład posłużył m.in. mój niedawny wpis o nieprzyznaniu środków na kolekcje muzeów sztuki współczesnej, w którym pisałem o „środkowym palcu ministra” oraz jego „obrażonych” ekspertach. Zmyślony jakby nie zauważał, że jesteśmy w defensywie.
Dyskusja poszybowała w wielu kierunkach. Było o różnicach aksjologicznych (krucyfiks w muzeum i krucyfiks w kościele), edukacji i klasowości, o tym, czy muzeum jest obszarem eksterytorialnym, a nawet o tym, jak wykorzystać puste sale katechetyczne przy kościołach (skoro religii od 25 lat uczy się w szkołach). Rozmowa nie oddawała jednak gorącej atmosfery, która poprzedziła ją na Facebooku, i wielu się zawiodło. Liczyliśmy jednak na jakieś fajerwerki.
Zmyślony powtórzył swe postulaty, by „różnić się pięknie”, zrezygnować z hejtu, wspominał swoje teksty ostatnie i dawniejsze („trzy lata temu!”). Apelował, by kontrolować język, niezależnie od medium – od recenzji, po Facebook.
Naprawdę wspomniał Facebook, co bardzo mnie zdziwiło, bo to akurat Zmyślony ostatnio swym facebookowym językiem i zachowaniem przeczył własnym postulatom i bynajmniej swego języka nie kontrolował. Właśnie z powodu facebookowych potyczek postanowiłem w CSW głosu nie zabierać, by przypadkiem nie sprowokować niepotrzebnych kłótni. Zresztą pod koniec dyskusji Zmyślony niebezpiecznie zbliżał się do rachunku krzywd własnych. Aż przypomniał mi się film „I kto to mówi 2”.
Na szczęście Igor Stokwiszewski zwrócił uwagę na zerwanie „społecznego paktu dialogicznego” właśnie po prawej stronie światopoglądowej i panoszący się obecnie triumfalizm i rewanżyzm, a z drugiej strony na fakt, że to właśnie w sztuce ostatnich lat coraz częściej pojawia się element empatyczny i dialogiczny (przysłowiowe już kredki Pawła Althamera). Ale tylko Ewa Gorządek pod koniec podjęła wątek samego „psucia językiem”, nad którym wszyscy jakby przeszli do porządku dziennego. Jako jedyna stanęła w obronie krytyków.
Ja też nie zgadzam się z diagnozą Zmyślonego o tym, że krytyka sieje hejt. To grubo przerysowane stwierdzenie. Nie szukałbym też rozwiązań w „różnieniu się pięknie”. Bo może to i brzmi fajnie, jakby żywcem wyjęte z księdza Twardowskiego, ale co miałoby to niby oznaczać w praktyce?
Przede wszystkim stanąłbym w obronie swobody języka, tego niesfornego języka, który na plakacie zapraszającym na wczorajsze wydarzenie wywalała na brodę Mona Lisa. Krytyka sztuki to – nawet jeśli często mało udana i niewprawna – forma literacka. A język oferuje nam cały wachlarz środków. Można się gryźć ironią, szczypać humorem, a czasem powiedzieć coś dosadniej. Insynuować coś między wierszami. Puszczać oko do czytelnika. Słać przytyki i docinki. Czy w tym pięknym różnieniu się zostanie miejsce na metafory, niedopowiedzenia, dwuznaczności? Boję się, że różnić się pięknie to różnić się nudnie.
Działamy w dosyć niewielkim środowisku, mnóstwo tu urazów. Ale gdy trzeba, potrafimy mówić jednym głosem. Dla krytyka sztuki urazy to chleb powszedni, wręcz nieodłączna część jego zawodu i musi się nauczyć z tym żyć. Większość z tych urazów dosyć szybko wyparowuje. A jak nie – stają się środowiskowymi legendami. Poza tym – jak przyjemnie jest się pogodzić! A czasem przyznać się do błędu, zmienić zdanie.
W tekście o wymownym tytule „Szansa na uzdrowienie polskiego świata sztuki” Zmyślony straszył, że „jeszcze trochę i będziemy się po ulicach z maczetami ganiać”, zdradzał, jak przypadkiem (sic!) trafił na demonstrację KOD-u, pisał o tym, jak zmartwili go Wilhelm Sasnal i Mike Urbaniak, a ucieszył Roman Pawłowski, o nieprowadzeniu dialogu ze środowiskami konserwatywnymi, ale przede wszystkim o „przyzwoleniu na hejt, śmichy-chichy, sarkazm, niewrażliwość, gołosłowność, cynizm”, o „strachu przed powagą”. Zmyślony postuluje „rewolucję w nas samych” oraz powstanie „awangardy empatii”.
Można z tego odnieść wrażenie, że krytycy i kuratorzy zajmują się głównie kopaniem się po łydkach. Naprawdę jesteśmy aż tak niemili? Bez przesady. Od wiersza Młynarskiego o „kasjerze dupie” do mowy nienawiści jest jednak bardzo długa droga, nawet jeśli wiele osób pokonuje ją na skróty.
Szczerze mówiąc, aż mnie zemdliło od tego nawracania. Rozumiem, że Zmyślony przeszedł jakąś moralną ewolucję (chociaż sądząc po Facebooku, to nie za bardzo), ale czy musimy też my wszyscy naokoło? Swym pouczającym, kazalniczym tonem zniechęcił wielu do swoich tez. Na szczęście wczoraj miał współrozmówców, którzy tonowali jego zapędy. Katarzyna Kasia, dosyć umiejętnie prowadząca spotkanie, przywołała kłótnie literatów. Przecież Tuwim bywał niemiły. Ale to nie przemówiło do Zmyślonego.
Ja w każdym razie nie jestem skłonny ani się nawracać, ani bić się w piersi. Czytając tekst Zmyślonego, czułem się, jakby mnie ksiądz nawiedził z duszpasterską wizytą, chociaż go wcale nie zapraszałem. To zapraszanie księdza powracało zresztą w wypowiedziach Zmyślonego na wczorajszej dyskusji. Księdza miała nie zaprosić Zachęta przy okazji wystawy „In God We Trust”, twierdził. Na co wstała Hanna Wróblewska, dyrektorka Zachęty, i powiedziała, że jednak zaprosiła. Kto jak kto, ale Kościół Katolicki jest u władzy w Polsce, niezależnie od ekipy rządzącej, i trudno go uznawać za marginalizowanego Innego. Do tego ostatnio zajmowałem się Adą Karczmarczyk, która próbuje nawracać te nienawrócone kilka procent polskiego społeczeństwa, reprezentowane znowu przez zlaicyzowany świat sztuki.
Trochę mi smutno. Przecież między innymi dlatego zacząłem zajmować się sztuką, bo było to jedno z niewielu pól, gdzie tego księdza nie było! Może ostatecznie schronimy się w Muzeum Żydów Polskich.
W ostatni weekend miałem chwilowy dostęp do publicznej telewizji i na własne oczy zobaczyłem, jak „Wiadomości” relacjonują marsz zorganizowany przez Nowoczesną.pl i Komitet Obrony Demokracji: rzekomo niska frekwencja, puste Krakowskie Przedmieście, chamskie transparenty. Mój ojciec porównał TVP do telewizji za komuny. Z tą różnicą, zaznaczył, że dzisiaj może w każdej chwili zmienić kanał, na przykład na taki, gdzie KOD-owe demonstracje transmitowane są na żywo.
Problem upartyjnienia telewizji publicznej to oczywiście problem nienowy i nie dotyczy tylko PiS i dzisiejszej TVP. Podkreślają to inicjatorzy Obywatelskiego Paktu na rzecz Mediów Publicznych. To Obywatele Kultury, którym kilka lat temu udało się podpisać z premierem Tuskiem Pakt dla Kultury (inna sprawa to wdrażanie jego postanowień w życie; zresztą Pakt dla Kultury również odnosił się też do kwestii mediów publicznych), pod rękę z Obywatelami Nauki oraz Ogólnopolską Federacją Organizacji Pozarządowych. Ale grono organizacji wspierających inicjatywę jest szerokie – od Fundacji Helsińskiej po Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej. Od dzisiaj zbierane są też podpisy indywidualnych osób. Można wesprzeć inicjatywę, składając podpis, a w praktyce – wysyłając maila na adres: pakt.mediapubliczne@gmail.com.
Pakt to krótki tekst zawierający zarys ustawy medialnej (obecnie nad nową ustawą medialną pracuje sejm), która odpartyjniłaby media publiczne, zapewniła stabilne finansowanie, ograniczyła reklamy. Pakt zakłada społeczną kontrolę nad mediami, poddanie otwartej publicznej dyskusji sposobu powoływania władz radia i telewizji.
Poszczególne zapisy poprzedzone są krótką preambułą: „Media publiczne są naszym dobrem wspólnym i mają obowiązek służyć wszystkim obywatelom bez względu na ich poziom wykształcenia, status społeczny i miejsce zamieszkania. Programy mediów publicznych powinny być bezstronne i uwzględniać wielość poglądów na kwestie społeczne, polityczne, estetyczne i religijne. Zadaniem mediów publicznych jest dbałość o wysoką jakość oraz rzetelność informacji i treści”.
Pakt jest rodzajem oferty dla rządzących i innych sił politycznych. Obawiam się, że obecna sytuacja polityczna nie sprzyja tego typu inicjatywom, jakkolwiek bardzo kibicuję Paktowi. Briefing prasowy dziś w południe odbywał się trochę we własnym gronie, w obecności jednej kamery. „Jesteśmy pesymistycznymi optymistami”, oksymoronicznie zakończyła spotkanie Beata Chmiel. Posłowie ponoć debatują dziś o „zamachu na media publiczne”.
Konrad Smoleński, Noa Shadur, „Field Survey”, kadr z filmu, ze strony internetowej POLIN
Artysta Konrad Smoleński i choreografka Noa Shadur współpracowali ze sobą już wcześniej. Tym razem nakręcili jednak prawie pięćdziesięciominutowy film „Field Survey” (tłumaczę ten tytuł na polski jako „Badania terenowe”). Wczoraj w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN miała miejsce jego premiera. To film bez fabuły, operujący muzyką, tańcem i obrazem.
Muzyka jest typowa dla filmów Smoleńskiego, wibrująca, szorstka, percypowana całym ciałem. Cielesny jest też sam film – występują w nim tancerze w choreografii, dla której punktem wyjścia były zdjęcia z miejsc zbrodni, momenty pojmania sprawców. Pełno tu agresji, ale przetrawionej przez taniec, na swój sposób wysublimowanej, dwuznacznej, a przede wszystkim – niesłychanie erotycznej.
Czasami czysta agresja bierze jednak górę, zwłaszcza w momentach, gdy w gestach tancerzy rozpoznajemy pewne kulturowe klisze. Jak w geście trzymania głowy kobiety za włosy i podbródek, mi jednoznacznie przypominającym sceny publicznego szydzenia z kobiet, które popełniły Rassenschande (w Niemczech) czy wchodziły w relacje z nazistami (w krajach wyzwolonych). Film bierze też co chwilę oddech, kamera przygląda się zakurzonemu wnętrzu i czytamy dialogi, chociaż ich nie słyszymy – krótkie, efemeryczne rozmowy.
Film kręcono podczas budowy drugiej linii warszawskiego metra. Puste, niewykończone, betonowe wnętrza tworzą dystopijną, katastrofalną scenografię, potęgowaną przez dźwięki. Ostatnia scena ze zmaganiem pary tancerzy – znowu niezwykle erotycznym – przypomina słynne sceny z „Kanału” Andrzeja Wajdy. I nawet w ścieżce dźwiękowej dają się rozpoznać dalekie echa syren alarmowych (chyba że to moja autosugestia). Tu film, do tej pory osadzony w bliżej nieokreślonej scenerii i geografii, zbliża się do konkretnego miasta – Warszawy oraz określonego czasu – powstania warszawskiego.
Szkoda tylko, że „Field Survey” nie ma polskiego tytułu, a dialogi zapisane zostały w języku angielskim. Doprawdy nie wiem dlaczego.
Film Smoleńskiego i Shadur powstał przy okazji programu artystycznych rezydencji organizowanego przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Było ich w sumie kilkanaście i podsumowuje je wystawa „Obecność / Brak / Ślady”, otwarta w poprzednim tygodniu. Sam tytuł składa się z kilku holokaustowo-artystycznych klisz.
Widok wystawy „Obecność / Brak / Ślady”
To bardzo dziwna wystawa, wciśnięta do jednej sali, za muzealnym sklepikiem i centrum informacyjnym, częściowo krytej boazerią. Większość prac zostało zaś wsadzonych do specjalnie zaprojektowanego mebla, który należałoby chyba nazwać ogromną multimedialną komodą. Gdy tam wszedłem, nie wiedziałem właściwie, z czym mam do czynienia. Potem zaś rozmawiałem z moją przyjaciółką, która przekonywała mnie, że „TO NIE JEST WY-STA-WA”. Ja założyłem jednak, że jest, więc otwierałem szuflady komody i oglądałem filmy na ekranach. Shadur i Smoleński wygrywają między innymi tym, że się nie dali do tej komody wstawić.
Ze zdziwieniem odkryłem, że za aranżację wystawy odpowiedzialny był m.in. skądinąd świetny projektant Marcin Kwietowicz. Bo może to i funkcjonalny mebel, ale nie do prezentacji sztuki. POLIN inwestuje w rezydencje, produkcje, całkiem spory katalog (z tekstami takich autorów jak Iwona Kurz, Ewa Klekot czy Łukasz Zaremba), a na premierze filmu Smoleńskiego i Shadur – w całkiem niezłe wino i humus dla wszystkich, ale nie potrafi zorganizować wystawy z prawdziwego zdarzenia? Osobliwe.
Prace powstałe w efekcie rezydencji są bardzo nierówne. Najlepiej wypadli ci twórcy, którzy potrafili odbić się od tematu Zagłady, właśnie jak Smoleński i Shadur albo kompozytor Lukas Ligeti. Kuratorki, Ewa Chomicka i Agnieszka Pindera, piszą o sztuce o Holokauście po Yael Bartanie. OK. Jednak w większości pokazywanych prac artyści gryzą własny ogon i poddają się logice zgranych scenariuszy w rodzaju „Żyd przyjeżdża do Polski” (jak w płytkim komiksie o chwytliwym tytule „Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz” J. Dresa), któremu Bartana potrafiła nadać bardziej uniwersalną perspektywę i wymiar polityczny. Może to zabrzmi brutalnie, ale osobista trauma, niezależnie czy będzie to drugie, trzecie czy czwarte pokolenie, to za mało, by zrobić dobre dzieło sztuki.
No ale gdyby nie film Smoleńskiego i Shadur, właściwie bym o tych rezydencjach nie pisał.
Dwie wystawy i dwoje artystów. W Galerii Arsenał w Białymstoku – niby pożenieni ze sobą, ale nie za bardzo. Po lewej – Rafał Dominik, po prawej – Gizela Mickiewicz. Łączy ich kuratorka Maria Rubersz, moja stara znajoma, jeszcze z czasów „Sekcji” (ktoś pamięta taki twór?).
Sztuka Rafała Dominika opiera się na pewnym przerysowaniu, jakby budował scenografię z kreskówek w skali 1:1. Było to widać m.in. na niedawnej wystawie „Sztuka w naszym wieku” w Zachęcie (recenzowałem ją na „Dwutygodniku”). Bez zbędnych detali, w dużym uproszczeniu form. Bardziej na zasadzie sugestii. Jak w owalnym obrazie-reliefie zbudowanym z metalowych rurek, wśród których najłatwiej rozpoznać dinozaura. Dinozaury gonią człowieka? Te same rurki w innym pomieszczeniu – wąskim arsenałowym korytarzu – odpowiednio pomalowane tworzą sugestię górskiego szczytu czy wykresu spadającego głową w dół. Nieprzypadkowo też Dominik pomalował ściany na różne kolory.
Silnik stacjonarny KD 15 E oraz „EVO” Rafała Dominika, 2016
Wśród tego wielokolorowego przerysowania, nieruchomych i ruchomych generowanych komputerowo obrazów wyświetlanych na płaskich ekranach, a więc jednak jakiegoś techno-fetyszyzmu rodem z „Jetsonów” (Hanna-Barbera), Dominik umieszcza zabytkowy silnik stacjonarny, wypożyczony z Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu, pomalowany na czarno-czerwono. I ten silnik też tu świetnie pasuje. A same prace Dominika zyskują na tym zderzeniu z cytatem z rzeczywistości. Podczas wernisażu inny silnik, ustawiony na zewnątrz budynku, służył jako instrument koncertu na warkoty. Na wystawie zastępuje je rzeźba dźwiękowa, wciśnięta w wąski korytarz i przypominająca wielką zamrażarkę.
Gizela Mickiewicz, „Następne teraz”, 2016
Gizela Mickiewicz operuje zgoła odmienną poetyką. Tu liczy się prawda materiału – jak w modernistycznej architekturze. Nic niczego nie udaje. Na odwrót – Mickiewicz tak operuje różnymi materiałami, by wydobyć czy podkreślić ich właściwości, często na zasadzie kontrastu: miękkie – twarde, ciężkie na lekkim, trwałe – kruche, ni to elastyczne, dające się zwinąć jak tkanina, ni to zastygłe jak cement. Interesują ją nowe tworzywa o niecodziennych właściwościach. Na przykład buduje niewielki murek z cegieł skrajnie od siebie odmiennych: od gliny wymieszanej ze słomą, przez produkowane przemysłowo cegły, po luksfery i supernowoczesny beton przepuszczający światło.
O ile wcześniejsze prace Mickiewicz wykorzystywały przedmioty (ulegające w rękach artystki dekonstrukcji) czy budziły konkretne skojarzenia, o tyle jej najnowsze rzeźby stają się bardziej abstrakcyjne, dotyczą czystej materialności. Tu przedmiotowość kończy się na cegle, a rzeźby Mickiewicz zyskują pewną subtelną aurę. Na przykład wciśnięta w kąt rzeźba „Następne teraz” to wariacja na temat betonu. Z wtopionym żwirkiem i bez żwirku. Jej poszczególne elementy przypominają seryjnie produkowane półprodukty budowlane, a nawet betonowe ogrodzenia odlewane w różne wzory. W jeden z elementów Mickiewicz wtłoczyła materiał, który nabierał objętości i w trakcie wernisażu rozsadził bryłę od środka. Subtelność ma swoje granice.
Zastanawiam się nad słowem „przenicować”. Roman Stańczak niemal je ocalił. W tekstach o nim pojawia się w prawie każdym akapicie. Domyślamy się jego znaczenia – odwrócenia na lewą stronę. Ale czy pamiętamy, że czasownik ten dotyczy garderoby, a nie czajnika czy wanny? Przenicować to spruć jakieś ubranie, odwrócić na lewą stronę i zszyć na nowo. W tym czasowniku kryje się jakieś niesłychane materialne ubóstwo, Wielki Kryzys. Ale przenicować oznacza również – złośliwie przekręcić czyjeś słowa.
Czajnik i wanna przeszły już do historii sztuki. Stańczak stosował i stosuje też inne metody rozprawiania się z przedmiotami. A nawet to jego przenicowywanie niczego nie naprawiało. Przenicowany czajnik Stańczaka nie nadawał się do gotowania wody. Meble odarte ze skóry-forniru też nie zachęcały do tego, by ich używać.
Tydzień temu otworzyła się druga wystawa Stańczaka w Galerii Stereo (pierwszą, latem 2014 roku, recenzowałem na łamach „Dwutygodnika” w tekście „Ten dziwny Roman”). Króluje tu wielkie stalowe H. Owijają je kable, na końcu których znajdują się trzy stare żelazka, potraktowane podobnie jak inne Stańczakowe obiekty – wyzute z ich przyzwoitej rzeczowości za pomocą setek, o ile nie tysięcy zadanych im ciosów. Ale Stańczak jest szczególnie okrutny. Pozostawia je bowiem przy życiu. Żelazka, przylepione do stalowej konstrukcji jak macki, są podłączone do prądu, nadal parzą. Jedno ujawnia nawet swe rozgrzane do czerwoności wnętrze. Robi się niebezpiecznie – widzów na wernisażu kusiło, by dotknąć, sprawdzić jak niewierni Tomasze, ale czynili to z wielką ostrożnością. Bo pytanie, jakie stawiamy rzeźbom Stańczaka, brzmi także: czy można im/mu zaufać?
W cytowanym w ulotce tekście Jana Verwoerta (z monografii Stańczaka, która ma się niebawem ukazać), pisze on: „Uderzanie młotkiem w powierzchnię rzeczy może jeszcze nie być atakiem wymierzonym w nią. Wręcz przeciwnie. Może być równoznaczne z aktem solidarności, sposobem na powiedzenie: O rzeczo, jesteś tak naga jak ja! Nasza nagość jest tym, co wspólne. I tak jak jesteśmy nadzy, stajemy twarzą w twarz ze światem i ze wszystkim , co może nam zrobić. Na tym polega niebezpieczeństwo rzeczywistości: przypomina jak nagie jest życie”.
Inne prace na wystawie „Nigdy nie widziałem, nigdy nie zobaczę”, również opierają się na pewnej chwiejnej, jakby ludzkiej równowadze. Ceramiczna głowa stoi na łuku ze specjalnie uciętych cegieł, który nie został niczym sklejony. Architektoniczny balans opiera się tylko na sile ciążenia. Ci, co wiedzą, zaczynają chodzić ostrożniej, by jej przypadkiem nie zdmuchnąć. Stańczak podpisał tylko poszczególne elementy łuku kolejnymi literami alfabetu: A, B, C, D, E, F, G. Alfabet jako mantra. Jest tu też zwisający na cienkiej nitce notes, z którego stron Stańczak wyciął równiutkie kółka. Jakby pisał w jakimś znanym tylko sobie kodzie. A może nawet sobie nieznanym.
Mam wrażenie, że Stańczak nie wypowiada się już tylko za pomocą wybuchów wulkanu.
Stanisław Garbarczuk na wystawie „Po co wojny są na świecie”
Na „Dwutygodniku” pojawił się właśnie mój tekst o trzech ostatnich wystawach Muzeum Sztuki Nowoczesnej w pawilonie Emilii: „Współczynnik sztuki”. Te wystawy to „Chleb i róże”, „Po co wojny są na świecie” oraz „Robiąc użytek”. Piszę o MSN w nowej sytuacji politycznej, o Jacku Adamasie i rozkroku świata sztuki.
„Wystawy świetnie ilustrują rozkrok Muzeum, które miało realizować koncepcję muzeum krytycznego Piotra Piotrowskiego i wydawało się, że to robi. Instytucja chce być blisko rzeczywistości, reagować na wydarzenia społeczno-polityczne, a czasem nawet je antycypować. By to robić rzetelnie – podkreślał Piotrowski – muzeum najpierw samo musi się określić, opisać, zdefiniować; krytyczność instytucji miała polegać na nieustannej autoanalizie. Tymczasem od paru miesięcy żyjemy w zmienionej rzeczywistości i taka autoanaliza musi ją uwzględniać. Przygotowując te trzy wystawy, MSN najwyraźniej antycypowało rozwój wypadków. Bo czy faktycznie oczekujemy od publicznych instytucji, że otwarcie wystąpią przeciwko obecnemu rządowi?”
W weekend zwiedzając Stołeczne Królewskie Miasto Kraków, trafiłem do Mocaku. Dobiega tam końca wystawa węgierskiego artysty Csaby Nemesa. Otwarto ją wprawdzie w połowie października, ale dawno nie byłem w Grodzie Kraka i nie miałem okazji jej wcześniej zobaczyć. Cieszę się, że mi się udało.
Nie żeby malarstwo Nemesa w szczególny sposób do mnie przemawiało. Wystawa Węgra nabiera jednak szczególnego znaczenia w momencie przemian politycznych w Polsce, których jesteśmy świadkami. I ze strony Mocaku nie jest to gest przypadkowy.
Warto zaznaczyć, że wystawa Nemesa otworzyła się nieco ponad tydzień przed wyborami parlamentarnymi jesienią 2015 roku. Wyniki tych wyborów nie tak trudno było antycypować, a kierownictwo PiS nie kryło nigdy swoich fascynacji reformami, jakie na Węgrzech wprowadził Viktor Orbán.
Bo Nemes w swoich pracach wyraźnie odnosi się do sytuacji społeczno-politycznej na Węgrzech, od początku transformacji 1989 roku po dzień dzisiejszy. Tytuł wystawy też jest wymowny: „Gdy polityka wchodzi w codzienność”. Nemes pokazuje swoje cykle malarskie i rysunkowe, a także kilka prac wideo. Wszystkie – niezwykle aktualne. Artysta dokumentuje działalność prawicowych ekstremistów, analizuje sytuację będących przedmiotem ataków Romów, broni autonomii instytucji sztuki w obliczu odgórnego narzucania określonej polityki kulturalnej. Nad tym wszystkim unosi się zaś widmo powojennej historii, jakby tam właśnie należało szukać przyczyn dzisiejszych problemów.
Całość opatrzona jest wyraźnymi wskazówkami interpretacyjnymi w postaci napisów, tworzących rodzaj fryzu ponad pracami. Napisy te skrótowo opisują najnowszą historię Węgier.
Na przykład w kontekście cyklu malarskiego Nemesa „Imię ojca: Csaba Nemes”, stworzonego na podstawie fotografii z rodzinnego albumu, czytamy: „Współczesne wydarzenia odczytane w kontekście komunistycznej przeszłości Węgier zachęcają nie tyle do nostalgicznych wspomnień, ile do refleksji na temat dziedzictwa poprzednich pokoleń oraz społecznej odpowiedzialności jednostki. (…) Rodzinnym opowieściom przekazywanym z pokolenia na pokolenie towarzyszy historia oficjalna, będąca przedmiotem politycznej manipulacji”.
Czy czegoś nam to nie przypomina?
Albo o czasach nam bliższych: „Jednym z negatywnych efektów transformacji ustrojowej po 1989 roku było pogłębienie się społecznych nierówności”. „Po kompromitacji rządu liberalno-socjalistycznego w 2010 roku władzę na Węgrzech przejęła partia centroprawicowa (Fidesz) z Viktorem Orbánem na czele. Jednocześnie coraz większym powodzeniem zaczęły się cieszyć ruchy nacjonalistyczne, skrajnie prawicowe – wśród nich partia Jobbik. Rząd przejmował kontrolę nad kolejnymi instytucjami sztuki, a celem prowadzonej polityki kulturalnej stało się wspieranie sztuki o tematyce narodowej, odwołującej się do konserwatywnych wartości”.
Czy nie to właśnie obserwujemy dziś w Polsce?
A to wszystko czarno na białym na mocakowych ścianach, przy użyciu wciąż dosyć stonowanych stwierdzeń.
Csaba Nemes należy do grupy artystów zaangażowanych w protesty przeciwko instrumentalizacji życia kulturalnego na Węgrzech. Był jednym z założycieli Free Artists, grupy artystycznych aktywistów, organizującej protesty i akcje bezpośrednie w obronie autonomii instytucji kultury. A sytuacja na Węgrzech jest tak dramatyczna, że dwa lata temu doszło nawet do okupacji Muzeum Ludwiga. Jednak jak pisze Edit András, „w sytuacji powszechnego znużenia, zmęczenia stopniowo traci też impet ruch protestacyjny i jedynie kilku najbardziej żarliwych jego uczestników nie odstępuje od swoich radykalnych i bezkompromisowo krytycznych poglądów”.
Czy w Polsce czeka nas podobny scenariusz? Czy możemy spodziewać się przejęcia instytucji w imię prawicowo-narodowych postulatów, a następnie protestów, znużenia i stopniowego pogodzenia się z sytuacją? Wydaje mi się, że właśnie to pytanie zadawał sobie Mocak, organizując wystawę Nemesa.
Plany ministra kultury Piotra Glińskiego nie są jeszcze sprecyzowane. Czy zamierza skorzystać z doświadczeń Węgrów? Dopiero co przekonaliśmy się, że instytucje sztuki w Polsce nie bardzo mogą liczyć na wsparcie ministerstwa dla ich programów czy rozwoju ich kolekcji. To pierwszy zamach na autonomię tych instytucji – sterowanie finansami. Kolejne mogą być zmiany personalne. Edit András jednoznacznie opisuje zamierzenia węgierskiego rządu: „W przypadku sztuki cel stanowi tradycyjna, konserwatywna kultura chrześcijańska, wyrażająca zakorzeniony w dziejach wizerunek silnych i dumnych Węgier”. Na wystawie Nemesa (i na podstawie świetnego tekstu András w katalogu) możemy się przekonać, co nam grozi.
Zero – tyle środków na rozwój swoich kolekcji otrzymały muzea poświęcone sztuce współczesnej w ostatnim rozdaniu ministerialnego programu grantowego. Chodzi dokładnie o cztery zera, cztery puste rubryki: zero dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej, zero dla Mocaku, zero dla Muzeum Współczesnego Wrocław, zero dla Muzeum Sztuki w Łodzi. O tym, że będzie to zero, mówiło się od dawna. Wczoraj plotki się potwierdziły. Tylko dlaczego ministerstwo zwlekało tyle czasu z ogłoszeniem tych zer?
Mniej więcej wiadomo, kto zasiadał w komisji, która tak nisko oceniła wnioski muzeów. Tej informacji ministerstwo nigdzie nie podaje (albo ja nie potrafię jej znaleźć), więc nie będę tu powtarzał niepotwierdzonych informacji. Ale zamieszczę linka do bloga Dawida Radziszewskiego, który pisze o tym szerzej: Zmiany.
Zero mówi samo za siebie. Ministerstwo, nawet jeśli rękami swoich rzekomych ekspertów, pokazało sztuce współczesnej środkowy palec.
Do tej pory mogliśmy się jeszcze trochę łudzić, że zachowane zostaną pewne pozory normalności. Największe dotacje otrzymywały instytucje kościelne i jednoznacznie prawicowe (ale czy rząd PO nie wsparł Świątyni Opatrzności Bożej jako placówki kulturalnej?). Jedną z największych dotacji wśród czasopism otrzymały „Pressje”, ale ministerstwo wsparło także czasopisma niszowe, np. „Szum” i „Glissando”. Zero na rozwój kolekcji to jasny sygnał, policzek dla całego środowiska.
Osobny program adresowany do muzeów sztuki współczesnej na rozwój ich kolekcji został wywalczony w ministerstwie jako echo ostatniego Kongresu Kultury Polskiej. To było spore osiągnięcie. W żadnej z tych instytucji nie zmienił się w ostatnim roku dyrektor, wszystkie konsekwentnie rozwijają swoje programy. Co się takiego zmieniło, że w poprzednich latach muzea otrzymywały dotacje, a nagle ich propozycje zostały tak nisko ocenione? Zmienił się rząd, minister, komisja, zmienił się klimat polityczny, zmieniły się priorytety.
Może chodzi o to, że muzea nie zamierzają obchodzić 1050 rocznicy chrztu Polski? Może nie kupują „sztuki narodowej”? Mam raczej wrażenie, że sztuka współczesna została ukarana. Że karze się całe środowisko. Do głosu i władzy doszli frustraci, którzy tyle bili piany w ostatnich latach o spiskach, przekrętach, układach, machlojkach, nie podpierając swych grubo ciosanych tez faktami. Do władzy doszli obrażeni.
Na razie wiemy, jakiej sztuki ministerstwo nie będzie wspierać – jakiejkolwiek, którą kojarzylibyśmy z tym, co rozumiemy jako „sztukę współczesną”. Aż się boję myśleć o wizji sztuki ministra Glińskiego. Bo w filmie to pseudohollywoodzkie produkcje o chwale polskiego oręża, w muzyce – pewnie Moniuszko, w teatrze – aktorzy wyłącznie w pełnym rynsztunku. A sztuka? Pewnie łatwiej jest ministrowi powiedzieć, czego nie lubi, niż czego od sztuki oczekuje. Zresztą, jak w przypadku stadnin i spółek skarbu państwa, nie chodzi o kompetencje.
W przyszłym tygodniu w CSW w Warszawie odbywa się walne zebranie Sekcji Polskiej AICA. Czy AICA zajmie głos w tej sprawie?
Trumna sufrażystki – fragment instalacji Marvin Gaye Chetwynd, „Deeds Not Words”, 2009/2016
Nie ma wątpliwości, że ta wystawa powinna się odbyć w krakowskiej Cricotece. To tam jeszcze niedawno pracowała Joanna Zielińska, kuratorka „Rzeczy robią rzeczy”. W Cricotece zorganizowała świetną wystawę „Nic 2 razy”, plasującą się na styku teatru, sztuk wizualnych i performensu, tworząc niepowtarzalną okazję dla współczesnego odczytania twórczości Tadeusza Kantora. Zielińska gwarantowała, że Cricoteka w swoim nowym efekciarskim budynku po prostu będzie żyła, a nie stanie się kolejną trumną dla artysty z Wielopola. Tyle że w Krakowie „Nic dwa razy” nie zrozumiano, a na pewno nie doceniono. Absurd. Zielińska przeniosła się do stolicy i została Głównym Specjalistą do spraw Programu Performatywnego w Centrum Sztuki Współczesnej. To tutaj kontynuuje swoje przedsięwzięcie. Tym razem skupia się na teatrze lalkowym, na kukłach i marionetkach.
„Rzeczy robią rzeczy” oraz „Nic 2 razy” mają podobną strukturę – część obiektów to autonomiczne dzieła sztuki (głównie filmy z udziałem marionetek), część to lalki i fragmenty scenografii, które ożywają dopiero w momencie performensu z ich udziałem; ich status na wystawie jest raczej niejasny. I „Nic 2 razy”, i „Rzeczy robią rzeczy” to bowiem coś więcej niż wystawa – to szerokie performatywne projekty, cykle wydarzeń, dla których wystawa stanowi wspólny mianownik. Pokrywa się nawet kilka nazwisk artystów (Marvin Gaye Chetwynd, Paulina Ołowska), a za oprawę graficzną – rozumianą niezwykle szeroko – i w Krakowie, i w Warszawie odpowiadało studio Noviki. Wizualnie wystawa krakowska w nowej przestrzeni Cricoteki wypadała jednak lepiej.
Antje Majewski, „Skarbek”, fragment instalacji, 2009/2016
Tytuł „Rzeczy robią rzeczy” brzmi zaś o wiele lepiej po angielsku: „Objects Do Things”, ale niezależnie od języka, nie jestem pewien, czy to tytuł trafiony. Chodzi chyba raczej o to dziwne uczucie, które nas ogarnia, gdy stykamy się z czymś, co człowieka przypomina, a nim nie jest. A na wystawie taka kukła może nawet niespodziewanie zrobić nam zdjęcie, jak szpieg. Albo przemówić – jak rzeźba Tony’ego Ourslera (dobrze nam jednak znana, po indywidualnej wystawie artysty spędziła sporo czasu na stałej kolekcji CSW). Inne dopiero ożyją – „przyjdź na performance”, co chwilę zachęca w kuratorskim tekście Zielińska.
Geoffrey Farmer, „You Know Nothing The Owl Knows Everything”, 2010
Mam jednak pewne wątpliwości, czy na „Rzeczy robią rzeczy” uda się zachować niezbędną dla tego typu projektów dynamikę. Wystawa już się otworzyła, ale o programie wydarzeń, choćby na najbliższe tygodnie, nie ma nawet mowy (poza „dniem seniora”). Samych obiektów do ożywienia nie ma wcale aż tak wiele (Antje Majewski, Tomasz Kowalski, Marvin Gaye Chetwynd, Christopher Kline), ale wystawa jest otwarta aż do lipca. To aż pięć miesięcy! Co się w tym czasie wydarzy? Kuratorka zapowiada spektakl w reżyserii Michała Zadary i warsztaty. Nie wiemy, co i kiedy będzie pokazywane w ramach programu filmowego (niewielki zaaranżowany kącik przy wejściu), a nawet film, który jest tam aktualnie wyświetlany, nie ma podpisu. Efekt jest trochę taki, że wystawa w dużej części odsyła nas do czegoś, co ma się dopiero wydarzyć w przyszłości, ale nie wiemy kiedy…
Na razie warto się wybrać na „Rzeczy robią rzeczy” dla świetnych filmów: Pierra Huyghe’a o Le Corbusierze, Pedro Reyesa o (niemal miłosnych) przygodach Karola Marksa i Adama Smitha, Paula McCarthy’ego o Pinokiu, czy Mary Reid Kelley i Patricka Kelley o Dionizosie, Priapie i Ariadnie. Mam jednak nadzieję jeszcze tu wielokrotnie powracać.
Widok wystawy „Nic 2 razy”, Cricoteka, 2014
CSW, mimo zmiany kierownictwa i napływowi nowej kadry, nadal nie potrafi się zdefiniować, wypędzić ducha dawnych czasów. A może to moje wrażenie wynika z dosyć niesprecyzowanego programu instytucji? Na razie na czoło wysuwa się cykl niezbyt udanych dużych wystaw artystów młodych, ale nie pierwszej młodości, promowanych głównie przez Stacha Szabłowskiego (jak przeinwestowana wystawa Michała Frydrycha; dla „Dwutygodnika” recenzowałem wystawy Piotra Bosackiego i Franciszka Orłowskiego). CSW nie zbuduje sobie jednak własnej tożsamości, przejmując niechcianą, chociaż ciekawą schedę po innych instytucjach. Oczywiście, nie jest to przytyk do samej wystawy „Rzeczy robią rzeczy”. Wolałbym raczej, by Cricoteka była świadoma, co straciła.