Rafał Zajko – Jajko

W „Dwutygodniku” recenzuję wystawę Rafała Zajki w Galerii Arsenał w Białymstoku, zatytułowaną… „Jajko”.

Tytuł wystawy „Jajko” nieprzypadkowo rymuje się z nazwiskiem artysty Zajko, które osoby z Podlasia bezbłędnie rozpoznają jako miejscowe. Nie bez przyczyny wystawa, największa w dotychczasowym dorobku artysty, odbywa się w Białymstoku, w Galerii Arsenał. Rafał Zajko z Białegostoku pochodzi, tu dorastał i zdobywał obowiązkową edukację, by zaraz po maturze wyjechać do Wielkiej Brytanii. To na Wyspach został artystą. Wraca na Podlasie, trochę swojsko śledzikując, trochę okraszając podlaską polszczyznę angielskim akcentem. Jest chłopakiem z Białegostoku, ale artystą już bardziej brytyjskim niż polskim.

Na wystawę składa się bogaty wybór prac Zajki z ostatnich ośmiu lat i właściwie można ją uznać za rodzaj wczesnej retrospektywy, podsumowania jego dotychczasowych poszukiwań. W nowych układach wracają tu obiekty z wcześniejszych projektów w Wielkiej Brytanii, targów Frieze w Londynie czy pierwszej indywidualnej wystawy instytucjonalnej „The Spin Off” w Focal Point Gallery w Southend-on-Sea wiosną poprzedniego roku, która w Białymstoku znajduje swoje rozwinięcie.

Rzeźby, asamblaże czy reliefy Zajki to twory biologiczno-mechaniczne, wydają się jednocześnie żywymi organizmami i maszynami podłączonymi do prądu. Gdyby tylko chciały, mogłyby ożyć jak świeżo nakręcony zegar. Niektóre mają wnętrzności, oddychają, potrafią wydzielać dym.

Całość tworzy pełny, zamknięty system estetyczny, kreowany z nieskrępowanym rozmachem. Rządzi się swoją własną wewnętrzną logiką, nawet jeśli jej nie rozumiemy. Pod tym względem przywodzi na myśl światy tworzone przez Matthew Barneya w cyklu „Cremaster”, prace wideo Miki Rottenberg czy Shany Moulton.

Retrofuturystyczne formy Zajki w Białymstoku przesiąkają jeszcze innym rodzajem nostalgii – o byciu stąd, byciu „tutejszym”, jak mówili bohaterowie książek Edwarda Redlińskiego. Zboże wydaje się pochodzić z podlaskich pól, jaja od podlaskich kur; to pewnie podlaskie ogórki artysta zakisił w słoikach w jednej z prac.

Zajko spędził tu pierwszą połowę swego życia, wychowywany przez dziadków. Ci pracowali w dobrze znanej Białostoczanom fabryce włókienniczej Fasty, w przeszłości jednym z największych zakładów pracy w regionie. W latach PRL-u Fasty były ważnym krokiem awansu społecznego dla wielu kobiet z podlaskich wsi. Włókiennicze krosna, połączenie pracy fizycznej i maszynowej, znajdują swoje odbicie w wielu rzeźbach i reliefach Zajki. W jego pamięci utkwił pochodzący z czasów PRL-u napis z fasady fabryki: „Jaka praca dziś, taka Polska jutro” (ten popularny niegdyś slogan parafrazował kilkanaście lat temu inny artysta, Cezary Bodzianowski, twierdząc w swojej ironicznej „Prognozie”: „Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”).

Dziewięć scenograficznie spójnych części eskpozycji tworzy narrację, niemal jak akty w sztuce teatralnej. Każdej części nadano jakiś motyw przewodni, zazwyczaj wynikający z twórczości Zajki: „Jajko”, „Wzlot”, „Jutrzenka”, „Żniwa”, „Noc elektryczna” czy „Matka”. 

Do tego Zajko włącza w obręb swojej narracji wybrane dzieła z kolekcji Arsenału. Nie są to prace, którymi Arsenał zazwyczaj chwali się na licznych wystawach poza Białymstokiem. Historia kolekcjonowania białostockiej galerii jest wyraźnie podzielona na dwa etapy, cechuje ją rodzaj „grubej kreski”, a momentem cezury jest zmiana ustrojowa w Polsce. Prace kupowane po 1989 roku stanowią zbiór nazywany „Kolekcją 2”. Te z czasów PRL-u eksponuje się rzadziej; wiele z nich powstało jako pokłosie artystycznych plenerów organizowanych w Białowieży, inne to po prostu obrazy lokalnych białostockich plastyków. To do tych zbiorów sięgnęli Zajko i kurator Tomek Pawłowski-Jarmołajew. […]

Obok dzieł bardzo uznanych dziś artystów, jak Henryk Stażewski czy Erna Rosenstein, spotkamy prace lokalnych twórców z Białegostoku, jak współpracujący z tamtejszym Teatrem Lalek Andrzej Dworakowski czy Izabela Marcjan, podlaska przedstawicielka polskiej szkoły tkaniny. 

Izabela Marcjan

Artysta chętnie ujawnia liczne inspiracje, którymi żywią się jego prace. Ich bogactwo potrafi przyprawić o zawrót głowy. Opowiadając o instalacji „Funny Games”, umiejscowionej w centrum „Jajka”, przywołuje: sztukę w przestrzeni publicznej w krajach bloku wschodniego, dramat „Quad” Samuela Becketta, pływanie synchroniczne, wioski potiomkinowskie, kalendarz Majów, niezachowaną rzeźbę „Rock Drill” Jacoba Epsteina, utopijne awangardowe koncepcje „Endless Theatre” Fredericka Kislera, wreszcie swoje własne wcześniejsze prace (od siebie dorzuciłbym choreografię z filmu „Cremaster 1” Barneya). A tytuł instalacji został pożyczony z filmu Michaela Hanekego, który austriacki reżyser nakręcił dwukrotnie w odstępie dekady. A chodzi o pracę będącą układem szafek, półek i rzeźb o specyficznych jajeczno-mechanicznych dekoracjach i zawartościach. Wyposażone w kółka elementy są raz w tygodniu przestawiane w nowe, zaprojektowane przez artystę kompozycje.

[…]

Na szczęście sztuka to nie rebus do rozwiązania. Można pozwolić się wchłonąć tej wystawie, kierując się własną intuicją. Ale jeśli wykonamy pewien wysiłek, podążając za wskazówkami artysty w głąb jego króliczej nory, odsłonią się przed nami kolejne niespodziewane warstwy znaczeń. Jeśli coś nas w danej pracy intryguje, artysta podpowiada, gdzie szukać dalej. Albo może nawet – jak rozwijać jego uporządkowaną wizję na własną rękę, poza galerią.

CAŁA RECENZJA DO PRZECZYTANIA NA STRONIE INTERNETOWEJ „DWUTYGODNIKA”

Orski i Bownik

orski
Witek Orski, „Dziury w ziemi”

Polecam moją recenzję z dwóch fotograficznych wystaw w Galerii Arsenał w Białymstoku – Witka Orskiego i Michała Bownika. Tekst nosi tytuł „Rygor fotografa” i ukazał się właśnie na Dwutygodniku.

„Sporo ich łączy. Starannie aranżują to, co fotografują. Nie podpatrują rzeczywistości, lecz sami kreują obraz fotograficzny, poddając go narzuconym sobie rygorom. Ale prezentacje w Arsenale wyraźnie pokazują, że jako medium swojej wypowiedzi traktują też samą wystawę. Fotografie stają się obiektami w starannie przemyślanej przestrzeni.

W Białymstoku każdy z nich dostał do dyspozycji podobny układ pomieszczeń. Z trzech sal Orski wykorzystał zaledwie jedną, inne pozostawiając zaciemnione. By dojść do jego wystawy – pięciu wielkoformatowych fotografii zawieszonych w jasno oświetlonej sali – trzeba najpierw przejść przez półmrok. Widzowie naturalnie kierują się do światła. To nie tylko kwestia tego, że Orski nie potrzebował całej przestrzeni, że wolał pokazać jeden cykl, zamiast tworzyć miniretrospektywy swojej twórczości, że fotografie z tego cyklu wolał pokazać obok siebie zamiast rozsiać je po kilku salach. To przede wszystkim bardzo świadome operowanie przestrzenią i doświadczeniem widza.

Bownik działa podobnie, ale z rozmachem. Swoją wystawę, zatytułowaną „Wyobraź sobie czasy, w których wszystkie rekordy już padły”, rozwiesił po bożemu – mniejsze i większe fotografie, czarno-białe i kolorowe w dialogu ze sobą, mają widza uwieść różnorodnością stylistyk i form. Ale dwie fotografie, które wykonał specjalnie na tę wystawę, powiesił w niezgrabnym wąskim korytarzu – przestrzeni galerii, z którą zazwyczaj kuratorzy nie do końca wiedzą, co zrobić. Zastosował tu swoisty trik ze światłem. Jego „Żałobnik” i „Pielgrzym” powieszone są na dwóch krańcach długiego, wąskiego i ciemnego pomieszczenia. Oświetlone zostały wpadającym z sąsiedniej sali światłem, niby przypadkiem”.

Dominik i Mickiewicz

DSC04472 (2)
Gizela Mickiewicz, „Odległe nowości”, 2015, detal

 

Dwie wystawy i dwoje artystów. W Galerii Arsenał w Białymstoku – niby pożenieni ze sobą, ale nie za bardzo. Po lewej – Rafał Dominik, po prawej – Gizela Mickiewicz. Łączy ich kuratorka Maria Rubersz, moja stara znajoma, jeszcze z czasów „Sekcji” (ktoś pamięta taki twór?).

Sztuka Rafała Dominika opiera się na pewnym przerysowaniu, jakby budował scenografię z kreskówek w skali 1:1. Było to widać m.in. na niedawnej wystawie „Sztuka w naszym wieku” w Zachęcie (recenzowałem ją na „Dwutygodniku”). Bez zbędnych detali, w dużym uproszczeniu form. Bardziej na zasadzie sugestii. Jak w owalnym obrazie-reliefie zbudowanym z metalowych rurek, wśród których najłatwiej rozpoznać dinozaura. Dinozaury gonią człowieka? Te same rurki w innym pomieszczeniu – wąskim arsenałowym korytarzu – odpowiednio pomalowane tworzą sugestię górskiego szczytu czy wykresu spadającego głową w dół. Nieprzypadkowo też Dominik pomalował ściany na różne kolory.

DSC04442 (2)
Silnik stacjonarny KD 15 E oraz „EVO” Rafała Dominika, 2016

 

Wśród tego wielokolorowego przerysowania, nieruchomych i ruchomych generowanych komputerowo obrazów wyświetlanych na płaskich ekranach, a więc jednak jakiegoś techno-fetyszyzmu rodem z „Jetsonów” (Hanna-Barbera), Dominik umieszcza zabytkowy silnik stacjonarny, wypożyczony z Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu, pomalowany na czarno-czerwono. I ten silnik też tu świetnie pasuje. A same prace Dominika zyskują na tym zderzeniu z cytatem z rzeczywistości. Podczas wernisażu inny silnik, ustawiony na zewnątrz budynku, służył jako instrument koncertu na warkoty. Na wystawie zastępuje je rzeźba dźwiękowa, wciśnięta w wąski korytarz i przypominająca wielką zamrażarkę.

DSC04462 (2)
Gizela Mickiewicz, „Następne teraz”, 2016

 

Gizela Mickiewicz operuje zgoła odmienną poetyką. Tu liczy się prawda materiału – jak w modernistycznej architekturze. Nic niczego nie udaje. Na odwrót – Mickiewicz tak operuje różnymi materiałami, by wydobyć czy podkreślić ich właściwości, często na zasadzie kontrastu: miękkie – twarde, ciężkie na lekkim, trwałe – kruche, ni to elastyczne, dające się zwinąć jak tkanina, ni to zastygłe jak cement. Interesują ją nowe tworzywa o niecodziennych właściwościach. Na przykład buduje niewielki murek z cegieł skrajnie od siebie odmiennych: od gliny wymieszanej ze słomą, przez produkowane przemysłowo cegły, po luksfery i supernowoczesny beton przepuszczający światło.

O ile wcześniejsze prace Mickiewicz wykorzystywały przedmioty (ulegające w rękach artystki dekonstrukcji) czy budziły konkretne skojarzenia, o tyle jej najnowsze rzeźby stają się bardziej abstrakcyjne, dotyczą czystej materialności. Tu przedmiotowość kończy się na cegle, a rzeźby Mickiewicz zyskują pewną subtelną aurę. Na przykład wciśnięta w kąt rzeźba „Następne teraz” to wariacja na temat betonu. Z wtopionym żwirkiem i bez żwirku. Jej poszczególne elementy przypominają seryjnie produkowane półprodukty budowlane, a nawet betonowe ogrodzenia odlewane w różne wzory. W jeden z elementów Mickiewicz wtłoczyła materiał, który nabierał objętości i w trakcie wernisażu rozsadził bryłę od środka. Subtelność ma swoje granice.