Komisja

komisjaNa stronie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pojawiła się informacja o składzie zespołu sterującego (czyli komisji eksperckiej) w programie Kolekcje, priorytecie „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej” (komunikat). Chodzi o priorytet adresowany do muzeów sztuki współczesnej na rozwój ich kolekcji, czyli w praktyce do czterech muzeów: Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, krakowskiego MOCAK-u, Muzeum Sztuki w Łodzi oraz Muzeum Współczesnego Wrocław. O tym, że w pierwszym rozdaniu żadnemu muzeum nie przyznano dotacji, pisałem już jakiś czas temu („Środkowy palec ministra”). Potem ministerstwo wydało komunikat o potrzebie zmiany regulaminu i ponownego ogłoszenia konkursu („Komunikat”). Szerzej o sprawie kolekcji pisałem ostatnio w tekście „Jaka sztuka jutro” na łamach „Dwutygodnika”.

Ministerstwo poinformowało też, że żadne z odwołań w priorytecie „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej” nie zostało rozpatrzone pozytywnie (odwoływać mogły się tylko MOCAK i Muzeum Współczesne Wrocław). Czyżby, tak jak zapowiadano, ruszyły prace nad zmianą regulaminu i uruchomieniem programu od nowa?

Zapomniało dodać w tej lakonicznej informacji, że w ostatnim momencie zmieniono skład zespołu sterującego. Tradycyjnie zasiadali w nim historycy sztuki specjalizujący się w sztuce współczesnej, wykładowcy uniwersyteccy. W tym roku najpierw zostali powołani, a potem odwołani mailem – m.in. Izabela Kowalczyk, Luiza Nader, Waldemar Baraniewski.

Kto ich zastąpił? Są to: Monika Małkowska, krytyczka-populistka, niespełniona malarka, która twierdzi, że w świecie sztuki rządzi „mafia bardzo kulturalna”, wspierana przez „słoiki” (pisałem o niej ostatnio w poście „Don Kichotka”, w którym komentowałem jej ostatni wywiad w „Do Rzeczy”); Zbigniew Dowgiałło, malarz, autor m.in. monumentalnego obrazu przedstawiającego katastrofę smoleńską (pokazywanego na wystawie „Nowa sztuka narodowa” w MSN-ie), w ostatnich wyborach samorządowych startował bez powodzenia z ramienia Prawa i Sprawiedliwości do Rady Dzielnicy Ochota w Warszawie (jego strona internetowa); Jacek Kucaba, były prezes ZPAP, trzeciorzędny rzeźbiarz, autor m.in. pomników Jana Pawła II i innych zleceń kościelnych (również polecam jego stronę internetową); Katarzyna Nowakowska-Sito, historyczka sztuki, ale specjalizująca się w sztuce międzywojnia, była pracowniczka Muzeum Narodowego w Warszawie; Maria Korzeniowska-Marciniak, specjalistka od rynku sztuki (pojawiała się w zespole sterującym w poprzednich latach); Elżbieta Zawistowska, była pracowniczka Muzeum Narodowego w Warszawie.

To oczywiście tylko nazwiska, niektóre z wiedzą i doświadczeniem – nie wiemy w końcu, jak kto głosował. Ale skład komisji nie jest zaskoczeniem – nazwiska Małkowskiej, Kucaby czy Dowgiałły krążyły po mieście. Ministerstwo może nawet zdaje sobie sprawę z tej autokompromitacji. Ale czy na tym nie polega właśnie dobra zmiana i „korekta w kulturze” ministra Glińskiego? Cóż, jaka partia, tacy eksperci.

Dla porównania w zeszłym roku w komisji zasiadały: dr hab. Maria Hussakowska-Szyszko, dr Maria Korzeniowska-Marciniak, prof. nadzw. dr hab. Izabela Kowalczyk, dr hab., prof. UWr. Anna Markowska, dr Gabriela Świtek (komunikat).

W priorytecie „Regionalne kolekcje sztuki współczesnej” ministerstwo zapowiedziało przeprowadzenie drugiego naboru.

Sechelt

sechelt1

Tydzień temu wróciłem do Kanady i właśnie spędziliśmy z Marcinem weekend na Sunshine Coast, fragmencie wybrzeża na północny-zachód od Vancouveru. To stały ląd, ale można się tu dostać jedynie promem. W Sechelt, niewielkim miasteczku, niedaleko którego się zatrzymaliśmy, postanowiliśmy odwiedzić wszystkie totemy (chcąc używać ściślejszej terminologii, powiedziałbym: słupy totemowe). Ostatecznie nie zrealizowaliśmy tego postanowienia, ale widzieliśmy sporo.

Po polsku trudno pisać o Indianach – po prostu brakuje odpowiednich słów. W Stanach mówi się o nich Native Americans, co podkreśla, że przede wszystkim są Amerykanami, w Kanadzie już od wielu, wielu lat – First Nations, bo oni byli tu pierwsi, mają swoje kultury, języki, terytoria. Będę się trzymał kanadyjskiej terminologii i używał kategorii „narodu”, wszak Polacy przywiązują do niej tyle wagi.

Totemy żyją krótko, jakieś kilkadziesiąt lat. W Sechelt jest ich około trzydziestu i upamiętniają najważniejsze wydarzenia narodu shíshálh (od którego Sechelt wzięło swoją nazwę) w ostatnich dekadach.

sechelt4

sechelt3

W 1986 roku naród shíshálh jako pierwszy w Kanadzie uzyskał status samorządnej społeczności, co umożliwiły ówczesne zmiany w prawie. To wydarzenie upamiętniają totemy niedaleko budynków administracyjnych – do dziś zachowały się zaledwie trzy z oryginalnych siedmiu totemów wyrzeźbionych przez Jamiego Jeffriesa. Niektórym figurom Jeffries nie wyrzeźbił twarzy; w ten sposób chciał zaznaczyć utratę tożsamości przez Indian, zwłaszcza w czasie obowiązywania dyskryminacyjnego prawa (Federal Indian Act). Dwa większe totemy reprezentują nowe prawo, przyjęte na poziomie federalnym i na poziomie prowincji, umożliwiające samorządność pierwszych narodów. To świetny przykład, jak sztuka i tradycja łączą się z polityką.

sechelt6

Nad samym oceanem stoi pięć totemów ustawionych z okazji dziesiątej rocznicy samorządności shíshálh. Cztery reprezentują poszczególne klany narodu shíshálh (odpowiadają im cztery totemy – zwierzęta: Wilk, Niedźwiedź, Orka i Żaba). Środkowy totem upamiętania połączenie się tych czterech klanów w 1925 roku.

sechelt2

W 2007 roku grupa pięciu totemów stanęła też przed Tsain-Ko Village, należącego do indiańskiego samorządu centrum handlowego. Środkowy przedstawia od dołu: orkę, figurę witającego człowieka (zawsze z rozpostartymi ramionami) oraz Orła z rozpostartymi skrzydłami, czyli tzw. Ptaka Duchowego (Spiritual Bird). Drugi totem od prawej zwieńczony jest Krukiem wyzwalającym słońce. Indianie tych terenów wierzyli, że to właśnie Kruk umieścił Słońce i Księżyc na niebie – stąd często przedstawiany jest z czymś na kształt okrągłej tarczy w dziobie.

sechelt7

Jeden z ciekawszych słupów totemowych stoi przed byłą szkołą podstawową. Powstał w 1985 roku. Wyrzeźbił go nauczyciel Bradley Hunt przy pomocy uczniów. Orzeł, godło szkoły, stoi tu na figurze człowieka, reprezentującego właśnie nauczyciela. W postać nauczyciela wpisana jest mniejsza figura – dziecka (ucznia). Dziecko trzyma zaś miedzianą tarczę, która wśród Indian Północno-Zachodniego Wybrzeża uchodziła za symbol bogactwa (tu – bogactwa wiedzy).

secheltimage2
Wycinek z „Globe and Mail” z 2010 roku

 

Prawdziwy skarb ukryty jest w prowadzonym przez shíshálh niewielkim muzeum – tems swiya Museum. Muzeum to właściwie jedna sala prezentująca odkrycia archeologiczne z okolicy. W jej centrum stoi jednak wysoka na 50 centymetrów kamienna rzeźba, którą w latach 20. odnalazły bawiące się nad rzeką dzieci. Wtedy sprzedano ją za 25 dolarów do Museum of Vancouver. Rzeźba, nazywana dziś „Sechelt Image”, szacowana jest na jakieś 3 tys. lat. Przedstawia kobietę trzymającą w ramionach dziecko. Shíshálh łączą tę rzeźbę ze znaną z ustnych przekazów opowieścią o kobiecie, która rozpaczając po śmierci syna, rzuciła się w nurt rzeki. Naród shíshálh starał się kamień odzyskać od lat 70. Udało się dopiero w 2010 roku – shíshálh znowu wytyczali szlaki, którymi poszły inne narody. Ale ta restytucja to wciąż rzadki przykład muzealnej przyzwoitości.

Oczywiście na tym wszystkim kładą się długim cieniem lata dyskryminacji i prób wyzbycia pierwszych narodów ich kultury i tożsamości, a nawet fizycznego unicestwienia. Kultura wizualna Indian została włączona do zestawu kanadyjskich motywów (stąd ich obecność w symbolach drużyn sportowych, na samochodach policyjnych, w sklepach z pamiątkami), jednocześnie nie traktowano jej jako kultury wciąż żywej.

Inna sprawa, że w Sechelt można odnieść wrażenie, że totemy należą do tradycyjnego repertuaru sztuki Indian tego regionu. Nic bardziej mylnego. Wcześniej ich tu po prostu nie było. Słupy totemowe stanowiły element kultury pierwszych narodów zamieszkujących bardziej na północ. Te, które stoją w Sechelt, zdradzają podobieństwo ze sztuką narodu Kwakwaka‚wakw. To spotyka się z krytyką. Oto bowiem jedne grupy powielają wzorce z kultur innych narodów indiańskich (słupy totemowe można dziś spotkać nawet na amerykańskiej prerii) na tej samej zasadzie, jak w ogólnym wyobrażeniu o „indiańskości” mieszają się elementy z kultur często sobie obcych i odległych terytorialnie, czy w podobny sposób, jak słupy totemowe zostały zawłaszczone jako symbole Kolumbii Brytyjskiej czy Kanady. Antropolożka Aldona Jonaitis pisze o wyzwaniu stojącym przed tymi narodami, by „odkryć na nowo własny unikalny styl, a nie kooptować bardziej ekspresyjny styl grup z Północy” (A. Jonaitis, A. Glass, The Totem Pole. An Intercultural History, University of Washington, Douglas & Mcintyre 2010).

Ostatnio pismo „Canadian Art” przyjrzało się nawet tatuażowi premiera Justina Trudeau. Trudeau na lewym ramieniu wytatuował sobie motyw z obrazu Roberta Davidsona, artysty z narodu Haida, „Kruk przynosi światło światu”. Tatuaż widać na zdjęciach premiera z siłowni. Davidson wprawdzie nie ma za złe Trudeau, mówi o tradycyjnej hojności Indian, podkreśla, że gdy ktoś sobie tatuuje jakiś motyw z jego sztuki, odbiera to jako komplement, ale jednocześnie – że woli być pytany o zdanie. Dodałbym, że zwłaszcza gdy czyni to jedna z najważniejszych osób w państwie. Coś jest na rzeczy. Podobnie jak robi ogromną różnicę, czy sztukę danego indiańskiego narodu ogląda się w muzeum w wielkim mieście, czy na jego własnym terytorium.

Trudeau to jednak nadzieja pierwszych narodów na zmiany. Jeszcze jako przewodniczący Partii Liberalnej obecny premier Kanady był gościem programu „Voices of Shishalh”, który prowadzi wódz Calvin Craigan.

Kolekcje

uprezydenta
„Pan Guma” Pawła Althamera oraz obrazy Rafała Bujnowskiego na wystawie „Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”

 

W „Dwutygodniku” wracam do tematu kolekcji i ministerialnego programu dedykowanego kolekcjom sztuki współczesnej. Sprawę zamieszania w ministerstwie komentowałem już wcześniej – najpierw, gdy okazało się, że priorytet „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej” został praktycznie zablokowany („Środkowy palec ministra”), a potem gdy MKiDN wydało komunikat o tym, dlaczego tak się stało – wynikało z niego, że komisja oceniała wnioski nie trzymając się regulaminu („Komunikat”).

W tekście „Jaka sztuka jutro” opisuję krótką historię dedykowanych kolekcjom sztuki współczesnej programów (zaczynając od Znaków Czasu), przyglądam się bliżej, jak działa ministerialny program „Kolekcje”, jakie są jego cele; zdradzam, co muzea zamierzały kupić; cytuję dyrektorów muzeów i galerii, artystów. No i powtarzam parę truizmów, których w normalnej sytuacji nie trzeba nawet wspominać. Bo przecież gdyby nie zapowiadana przez ministra Glińskiego „korekta w kulturze”, ten tekst by nie powstał.

Piszę: „Ale problem muzealnych kolekcji sztuki współczesnej trzeba widzieć w szerszej perspektywie. Przecież te pieniądze nie kończą swej drogi na muzeach. Ostatecznie trafiają do artystów oraz galerii, jeśli dany twórca jest przez galerię reprezentowany. Muzea, które nie otrzymają dotacji i nie zdobędą środków z innych źródeł, będą musiały zrezygnować z kupna wcześniej zarezerwowanych dzieł. Uderza to w całe środowisko.”

Don Kichotka

malkowska 1
Krytyczka 30 centymetrów ponad chodnikami

„Do Rzeczy” z 21 marca opublikowało wywiad z Moniką Małkowską, krytyczką, która „obnażyła patologię w polskiej kulturze”. Wywiad ten nosi tajemniczy tytuł „Imperium kontratakuje”. O ile jej tekst „Mafia bardzo kulturalna” z „Rzeczpospolitej” ze stycznia 2015 roku, którego ten wywiad jest echem, był szytym grubymi nićmi absurdem, to wiadomo było przynajmniej, o co chodzi w tytule. Kontratakujące imperium jest bardziej dwuznaczne. Czy znowu chodzi o „mafię”, która nabrała drugich skrzydeł, czy może o to imperium, z którym mierzymy się od kilku miesięcy? Szkoda, że Małkowska w wywiadzie w ogóle nie odnosi się do obecnej sytuacji politycznej ani do polityki Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Gdy ukazał się tekst Małkowskiej o „mafii kulturalnej”, wydawało mi się, że trzeba go olać. Próbował z Małkowską dyskutować Iwo Zmyślony. Zareagowali też dyrektorzy instytucji, oskarżani przez Małkowską o tworzenie struktur mafijnych. Zignorowanie Małkowskiej było błędem, krótkowzrocznością. Ale z drugiej strony – czy dyskutowanie z nią cokolwiek zmieniło? Jednak gdy dziś ją czytam, mam wrażenie, że mówi już nie tylko w swoim imieniu.

Małkowska stała się krytyczką-populistką. „Mafia bardzo kulturalna” rozpoczyna się od zestawu stereotypowych nieporozumień związanych ze sztuką współczesną, pod którymi krytyczka – zamiast je rozwiewać – podpisuje się. Pisze, że wystarczy kurator lub krytyk, by sztukę zrobić z byle kupy błota. Pisze, że o randze sztuki coraz częściej decyduje skandal czy szum medialny. Narzeka na rosnącą rolę kuratorów i zanik krytyki (nie zauważa jednak, że ten ostatni może się wiązać z kryzysem prasy; nie tylko ona straciła etat, etaty potraciło wielu dziennikarzy – krytycy mojego pokolenia o tym, że istnieje coś takiego jak etat, dawno zapomnieli). No a to wszystko jest nakręcane przez grupę cynicznych cwaniaków, którzy wciskając ściemę, kręcą na tym lody.

Jak wynika z najnowszego wywiadu, Małkowska to niezwykle płodna krytyczka. Już w pierwszym zdaniu chwali się, że w ciągu ćwierćwiecza opublikowała ponad 10 tys. tekstów. To jakieś czterysta tekstów rocznie, czyli więcej niż jeden dziennie – chapeau bas!

Problem w tym, że dla osoby nieznającej realiów i nieśledzących świata sztuki, legitymizowana tasiemcową bibliografią Małkowska na pierwszy rzut oka może mieć nawet rację. Miesza bowiem ze sobą dwie sprawy – katastrofalną sytuację socjalną twórców oraz odpowiedzialność za tę sytuację rzekomej „mafii”.

Trudnym położeniem artystów w Polsce zajmowało się przede wszystkim Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej; ubezpieczeń społecznych dla twórców dotyczył Strajk Artystyczny w maju 2012 roku. OFSW próbowało minimalizować zależności artystów od rynku sztuki podnosząc kwestię płacenia artystom za udział w wystawach.

Nierówności czy funkcjonowanie tzw. czarnej materii świata sztuki to problem nie tylko Polski, to problem globalny, wszak świat sztuki jak w soczewce skupia w sobie patologie neoliberalnego kapitalizmu. Nie jest jednak tak, jak chce Małkowska, że winę za to ponosi parę powiązanych interesami osób, które wystarczy zdemaskować (i ukarać?). Jako środowisko jesteśmy przecież jednym z najlepiej przebadanych środowisk – w ostatnich latach namnożyło się raportów i badań, wiemy o sobie bardzo dużo. Jesteśmy świadomi dysproporcji i nierówności. Ale musimy sobie zdawać też sprawę z tego, że niektórych z nich nie zlikwidujemy nigdy – chociażby tych między liczbą aspirantów (opuszczających Akademie Sztuk Pięknych) a ograniczeniami tzw. pola widoczności (czyli po prostu przepustowości galerii i muzeów).

malkowska 3.jpg

Tyle że problem biedy twórców to problem systemowy (i jego rozwiązanie nigdy nie zaspokoi wszystkich). Bezpodstawne wskazywanie palcem winnych (galerii, kuratorów, dyrektorów muzeów) to jak szukanie kozła ofiarnego. W przypadku Małkowskiej tezy i argumenty Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej czy kręgu aktywistów i badaczy zajmujących się prekariatem i tzw. środowiskami kreatywnymi służą do przeprowadzenia próby czystki w kanonie współczesnej sztuki czy donkiszockiej walki z establishmentem. Przy czym, podobnie jak ministerstwo w przypadku dotacji na kolekcje, Małkowska wie już, z kim walczy, ale jeszcze chyba nie jest pewna, co popiera (list „najbardziej niedocenionych” dołączona do „Mafii bardzo kulturalnej” jest mało przekonująca, bo to jednak artyści funkcjonujący w obiegu).

W wywiadzie Małkowska zdradza, jak powstał tekst „Mafii bardzo kulturalnej” i dlaczego tak późno: „Wtedy jeszcze nie miałam wglądu w materiały i nie wiedziałam, jak na twarde liczby przekłada się to, że od kilku lat beneficjentami wszystkich grantów i dotacji są wciąż ci sami ludzie”. Co to za materiały i co to za „twarde liczby” – nie wiadomo. Ani w artykule, ani w wywiadzie nie padają. Tekstem Małkowskiej nie zainteresował się tygodnik „Polityka”, i dopiero Dominik Zdort, szef „Plusa Minusa” (dodatku do „Rzeczpospolitej”), „przeraził się skalą wynaturzeń”.

Ciekawe, że Małkowska zaprzecza sukcesom polskich artystów za granicą: „Wciskana nam ułuda pryska w zderzeniu z realiami – w zachodnich muzeach, w ważnych galeriach nie jesteśmy obecni, a nasza »wyjątkowość« na kulturalnej niwie to propaganda, którą nam wmawiano”. Znowu, krytyczka ma rację, wyśmiewając (auto)promocyjne zapędy Instytutu Adama Mickiewicza, który wysyłał polskich dziennikarzy na otwarcia swych zagranicznych imprez, by w Polsce odtrąbili kolejne sukcesy, chociażby Polskiej Prezydencji, gdy kultura służyła za kwiatek do kożucha polityki. Ale Małkowska wydaje się nie zauważać, że od co najmniej kilkunastu lat polscy artyści po prostu uczestniczą w międzynarodowym obiegu – i tego sukcesu, po dekadach artystycznej izolacji, nie da się zaprzeczyć. Stało się tak również – chociaż nie wyłącznie – dzięki pracy Instytutu Adama Mickiewicza, ale przede wszystkim dzięki międzynarodowym kontaktom instytucji publicznych, kuratorów, galerii prywatnych, sukcesywnego budowania relacji.

To się po prostu dzieje. Artyści polscy na równych prawach uczestniczą w międzynarodowym obiegu, a zagraniczne pisma piszą o wystawach w polskich muzeach i galeriach. Powoli budowana jest również świadomość o istnieniu takich twórców jak Szapocznikow czy Wróblewski. OK, polska sztuka nigdy nie stworzyła zjawiska w rodzaju niemieckiego Neue Wilde, polscy twórcy to też nadal nie pierwsza liga rynku sztuki w rodzaju Richtera czy Hirsta (chociaż może to i lepiej), ale twierdząc, że polscy artyści nie są obecni w ważnych galeriach i muzeach, Małkowska grubo się myli.

Tym bardziej, że za „mafią” mają się kryć ci, którzy właśnie poza Polską sporo osiągnęli – Małkowska określa ich jako „stajnię Rastra, Fundacji Galerii Foksal, reprezentantów Muzeum Sztuki Nowoczesnej”, chociaż kim są ci ostatni, trudno jasno stwierdzić, na pewno jest to dosyć szeroka grupa artystów. Rzekoma mafia ma jednak mieć szerokie powiązania – w mediach, uczelniach artystycznych, instytucjach. Wręcz włada umysłami.

Przeprowadzający wywiad dziennikarz, Jakub Kowalski, sugeruje, że tekst „Mafii bardzo kulturalnej” „nabrał drugiego życia poza Polską” – tego niestety Małkowska nie rozwija; chętnie bym się dowiedział o zagranicznej recepcji krytyczki znad Wisły.

Dalej Kowalski podsuwa Małkowskiej: „Mafia nie wybacza i ukarała panią dotkliwie”. Krytyczka potwierdza: „Zostałam wyeliminowana ze środowiska, któremu wcześniej zależało na moich opiniach. Zaczęto za moimi plecami uprawiać czarny PR. (…) Chcieli mnie też odkopać ekonomicznie. Straciłam rozmaite zajęcia, co mocno uderzyło mnie po kieszeni. Jednak – mój Boże – raz się żyje i skoro chce się zachować twarz, to trzeba odpowiadać za swoje słowa. I mieć kręgosłup moralny, którego moje środowisko najwyraźniej nie ma”.

Oczywiście Małkowska ze swoim kręgosłupem może czuć się lepsza – czemu nie. Na zdjęciu towarzyszącym wywiadowi, siedząc na wysokim postumencie, prezentuje się dumnie wyprostowana. Ale może wzięłaby pod uwagę fakt, że po wysuwaniu wątpliwych oskarżeń jako ekspertka straciła w oczach redaktorów, a jako nauczycielka w oczach decydentów Akademii Sztuk Pięknych?

Małkowska jednak idzie o krok dalej – twierdzi, że ostracyzm dotknął też jej nieżyjącą babcię. Jeśli ktokolwiek do tego momentu przyjmował jej słowa bezkrytycznie, w tym miejscu musi zobaczyć błysk czerwonej lampki. „Trudno pojąć, ale medialna eliminacja dotknęła również pani babcię!”, twierdzi dziennikarz. A jakże, potwierdza Małkowska. Jej babci, dawnej pracowniczki Polskiego Radia, nie uczczono przy okazji 90-lecia tej szacownej instytucji: „Jeszcze by ktoś ze słuchaczy przypomniał sobie nazwisko Małkowska… Uważam to za hańbę Polskiego Radia”. Czy to hańba, czy nie, trudno mi rozstrzygać. Dostrzeżenie w tej historii macek „mafii bardzo kulturalnej” to jednak objaw jakiejś manii.

malkowska 2.jpg
Sztab mafijny i „słoiki”

Kto kieruję mafią? W mało zawoalowany sposób Małkowska sugeruje, że capo di tutti capi to Anda Rottenberg. Ale „sztab liczy ok. 10 osób. Z artystami, kuratorami, dziennikarzami – ok. 50. Reszta to pomniejsi funkcjonariusze i aspiranci do wejścia w układ. Najczęściej tzw. słoiki, po przeprowadzce do Warszawy. Wiedzą, że ich kariera związana jest z zakotwiczeniem, powrót do domu byłby klęską. Wczepiają się więc pazurami w układ, zdolni do przegryzienia gardła temu, kto zdemaskuje ich słabości. To właśnie ci nadgorliwcy przestali mi się kłaniać”. Mafiosami mają być po prostu najbardziej wpływowi kuratorzy. Z nazwiska Małkowska wymienia Sebastiana Cichockiego, Łukasza Rondudę, Stacha Szabłowskiego.

Najtrudniej mi przejść do porządku dziennego nad rzekomymi krwiożerczymi „słoikami”. Sam kilkanaście lat temu przyjechałem do Warszawy na studia i nie wiem, dlaczego regularnie ktoś mi to wprost lub nie wprost wytyka. Słoiki to jakiś parszywy termin utrwalony w debacie publicznej przez „Gazetę Stołeczną”. Sama potrzeba istnienia takiej kategorii świadczy o przedziwnej odmianie lokalnej ksenofobii. Jedni narzekają, że przyjezdni zajmują parkingi, Małkowskiej kategoria „słoika” służy do snucia pseudosocjologicznych rozważań, jakoby przeprowadzka do stolicy wiązała się z jakimiś szczególnie wrednymi cechami charakteru.

Bo podobnie jak wielu z nas prześmiewczo i przekornie nazywa się „gorszym sortem” (za prezesem), „obywatelami drugiej kategorii” (za prezydentem), tak pewnie większa część naszego środowiska może się określać „mafią bardzo kulturalną” (za Małkowską). Jakoś nie przeszłoby mi jednak przez gardło, by nazwać się „słoikiem”.

Niestety Małkowska nie zauważa w wywiadzie, że jej poglądy świetnie mogą posłużyć do „korekty w kulturze”, zapowiadanej przez ministra Glińskiego. A może już służą?

„Czy to można zmienić?”, z nadzieją pyta dziennikarz przestraszony wizją mafijnych macek. „Tak – odpowiada Małkowska – rozwalając patologiczny układ, ale to będzie rewolucja w warstwie zwanej, niesłusznie, inteligencją. Potrzeba do tego pułku Don Kichotów, niezależnych tak jak ja. I nieskorumpowanych urzędników. Raczej nie widzę szans”.

Ciekawe, że mamy dziś dwóch krytyków, którzy węsząc patologie, oczekują rewolucji i wydają mi się coraz sobie bliżsi: Małkowska wieści rewolucję w warstwie instytucjonalnej, Zmyślony – w warstwie moralnej.

Chłoporobotnik i boa grzechotnik

DSC04270

„Chłoporobotnik i boa grzechotnik” to bohaterowie piosenki Agnieszki Osieckiej „Niech żyje bal”, którą śpiewała Maryla Rodowicz. Kim jest chłoporobotnik, nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć. Gorzej z „boa grzechotnikiem”, który w piosence „z niebytu wynurza się fal”. Osiecka go bliżej nie przedstawia. To jakiś dziwny twór. Pewnie jak robotnik nie będzie chłopem, tak wąż boa nie zagrzechocze. W Muzeum Sztuki Nowoczesnej tytuł „Chłoporobotnik i boa grzechotnik” nadano wystawie, która z różnych punktów próbuje ugryźć problem peerelowskiej wsi – tej nowej, zmodernizowanej, bliższej chłoporobotnika, a z drugiej strony wiejskiej kultury, która była tymi zmianami wypierana, ale którą z jakichś powodów starano się zachować jako pewien wyidealizowany obraz.

W poprzednim tygodniu oprowadziła mnie po tej wystawie jej kuratorka Ewa Tatar. Wcześniej obejrzałem ją jednak sam. Punktem wyjścia jest tu „Nowa Wieś”, peerelowskie pismo adresowane do postępowych mieszkańców wsi, skonfrontowane ze sztuką ludową, wypożyczoną z muzeów etnograficznych.

Wychowałem się na wsi i pismo „Nowa Wieś” pojawiało się regularnie w naszym domu. Zresztą jako jeden z wielu prenumerowanych tytułów. Prasa była stosunkowo tania. Poranny pekaes przywoził paczkę z gazetami do kiosku Ruchu. Z korespondencyjnej księgarni „Nowej Wsi” moi rodzice zbudowali naszą domową biblioteczkę. Zamawiało się książki hurtowo, nigdy nie wiedząc, co jeszcze będzie w magazynie, a co już nie, a w rezultacie – jaka część zamówienia zostanie zrealizowana. Stąd każda paczka była zaskoczeniem i niespodzianką. Efekt tych hurtowych zamówień był też taki, że do niektórych książek nikt nigdy nie zajrzał i po kilkunastu latach można było jeszcze znaleźć tomy z nierozciętymi kartkami.

Moi rodzice przyjechali do Dolistowa nad Biebrzą pod koniec lat 70. jako młodzi nauczyciele. Gmina gwarantowała im mieszkanie, a na ich decyzję wpłynęła też bliskość natury (dziś to Biebrzański Park Narodowy) oraz ośrodka zdrowia. Moja matka pracowała jako przedszkolanka, a mój ojciec uczył matematyki oraz pracował jako opiekun szkolnej biblioteki, liczącej zaledwie kilka tysięcy tomów. Problemowi wiejskich szkół poświęcił swój tekst, który wysłał do redakcji „Nowej Wsi”.

Gdy rodzice wyprowadzili się na wieś, trwała jeszcze przebudowa – jak za Kazimierza Wielkiego – ze wsi drewnianej w murowaną, często za dolary przysyłane zza oceanu. Młodzi budowali murowane klocki obok starych drewnianych domów, a gdy starsze pokolenie umierało – drewniane chałupy rozbierano. Wraz z tymi chałupami odchodziła kultura materialna dawnej wsi. Mój ojciec zarządził wśród uczniów zbiórkę, by ocalić przynajmniej jakiś jej fragment – powstała kolekcja starych kołowrotków, rzeźbionych uprzęży, tar do prania, lamp naftowych, kuchennych utensyliów i przedmiotów, których przeznaczenia nigdy nie potrafiłem odgadnąć. Cały ten zbiór stał się ozdobą szkolnej biblioteki, zamieszkując najwyższe półki regałów, gdzie nikt z nas nie sięgał.

DSC04240.JPG

Przez te kilkanaście lat spędzonych na wsi oraz podczas wielokrotnych odwiedzin, nigdy nie zetknąłem się z jakimkolwiek przejawem tego, co zwykliśmy nazywać sztuką ludową. Nigdy nie zetknąłem się z tym, co w krótkim tekście do wystawy Ewa Tatar określa jako „romantyczne” czy „sentymentalne” (przeciwstawione postępowi i modernizacji). OK., były jarmarki i odpusty, lizaki z makiem, drogi obsypane tatarakiem na Boże Ciało, gwiazdy zdobione słomą i bibułką na Boże Narodzenie, a nawet wieńce ze zboża na Matki Boskiej Zielnej. Ale żadnych rzeźbionych Chrystusów Frasobliwych, diabłów ani wycinanek. Nic. Gdy myślę o wiejskiej tradycji, bliższe jest mi wspomnienie bibliotecznej kolekcji mojego ojca. I jednak Redliński, w którego książkach („Awans” czy „Konopielka”) odbijało się jakieś doświadczenie moich rodziców. Może dlatego „Konopielka” w reżyserii Leszczyńskiego (na podstawie Redlińskiego) przez jakiś czas była w naszym domu ulubionym, oglądanym wielokrotnie filmem.

Z Ewą doszliśmy do wniosku, że – z racji wieku – nasza pamięć o PRL-u oraz o wsi jako takiej, nawet jeśli mieszkało się poza miastem, jest uboga. Sama wystawa dotyczy bardzo długiego okresu. No i „Chłoporobotnik i boa grzechotnik” to jakaś mieszanina fantazmatów. A Tatar nie wyjaśnia właściwie, dlaczego ta wystawa powstała. Czy to echo wypromowanego przez kuratorów wiejskiego nurtu w najnowszej sztuce polskiej, „odkrytego” na wystawie „Co widać” w MSN-ie? Czy chodzi o zainteresowanie Cepelią?

Na razie mamy tu kilka wyobrażeń na temat wsi: to cepeliowskie, odbijające się w sztuce ludowej; wyobrażenie o wsi modernizującej się i coraz bliższej wielkiego świata, tej z kart „Nowej Wsi”; wreszcie fantazję o jakiejś wiejskiej autentyczności, szczerości – z fotograficznych notatników Władysława Hasiora, które zresztą „Nowa Wieś” publikowała na swoich łamach. Tatar pokazywała te notatniki na niedawnej wystawie w Zakopanem (recenzowałem ją w „Dwutygodniku”).

Hasior jest tu chyba zresztą wsi najbliższy. Fotografuje wernakularną architekturę, to, jak chłopi dekorowali swoje domy i zagrody (kute bramy), odnajduje w naturze formy, które uznaje za tak dramatyczne, że nie da się ich w sztuce powtórzyć. Ale z równie etnograficzno-encyklopedycznym podejściem potrafi podejść do samej sztuki, chociażby Picassa. Sztuka ludowa czy – jak woli Tatar – samorodna (każdy z terminów obarczony jest wadami) w czasach PRL-u była sztucznie podtrzymywana przy życiu – konkursami, zakupami, Cepelią. Z kolei „nowa wieś” z „Nowej Wsi” była rodzajem projekcji.

DSC04253.JPG

Tatar przeprowadza analizę pisma, tworząc tablice tematyczne, złożone z ilustracji i wycinków: kobieta, mężczyzna, technologia, budownictwo, sport… Trudno jednak wyciągać z tych tablic jakieś wnioski, poza tym, że tygodnik miał misję modernizacyjną, a obraz wsi z „Nowej Wsi” daleki był od rzeczywistości. Ciekawe, że dziś pismo ukazuje się jako „Nowa Wieś Europejska” i reklamuje jako „magazyn skierowany do aktywnych, otwartych na zmiany czytelników” („Naszymi odbiorcami są mieszkańcy «kraju poza miastem», aktywni przedstawiciele branży rolno-spożywczej, małej i średniej przedsiębiorczości, szkoły i uczelnie rolnicze”). Ale jak przyjrzeć się bliżej „sztuce samorodnej”, okaże się, że tu również stare łączyło się z nowym. Chrystus Frasobliwy i diabły pojawiają się obok utrzymanych w ludowym stylu pamiątek elektryfikacji wsi. Na tym napięciu opiera się wystawa.

Szkoda, że Tatar do swej dosyć skomplikowanej koncepcji nie przygotowała żadnego przewodnika. Widzom ma wystarczyć krótki tekst na ścianie. A kuratorka ma sporo do powiedzenia na temat niemal każdego obiektu (podobnie było parę miesięcy temu w Zakopanem, gdy Tatar pozostawiła widzów samych z dosyć skomplikowaną i nieczytelną narracją wystawy). Dlatego „Chłoporobotnik i boa grzechotnik” może sprawiać wrażenie – że posłużę się tytułem zbioru aforyzmów Leca – myśli nieuczesanych.

Komunikat

komunikat2

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wydało dzisiaj komunikat w sprawie priorytetu „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej”. W ramach tego priorytetu w pierwszym naborze nie przyznano dotacji na rozbudowę międzynarodowych kolekcji  żadnemu z czterech uprawionych muzeów sztuki współczesnej (pisałem o tym w komentarzu „Środkowy palec ministra”). W komunikacie ministerstwo zapowiada przeprowadzenie drugiego naboru przy regulaminie zmienionym „na drodze konsultacji pomiędzy resortem, ekspertami oraz wnioskodawcami”.

Pisze się tu jakieś bzdury o tym, że po raz pierwszy „eksperci oceniali dzieła sztuki na podstawie ich zdjęć”, z czym mieli wyraźny problem. Ale przede wszystkim, że „Krytyczna ocena złożonych w konkursie wniosków związana była, zdaniem ekspertów, z wadliwie skonstruowanym dotychczasowym regulaminem priorytetu, w którym eksperci mogli zaakceptować lub odrzucić jedynie całe zaproponowane kolekcje, a nie pojedyncze dzieła sztuki”.

To doprawdy ciekawe. Od 2011 roku, gdy uruchomiono jeszcze pilotażowy priorytet „narodowych kolekcji” żadna komisja ekspercka (zwana w regulaminie zespołem sterującym) nie miała takich problemów. Nic wadliwego nie było w regulaminie. Przecież ministerstwo nie może decydować za muzea, co powinny, a czego nie powinny kupować (w ramach muzeów istnieją złożone z ekspertów komisje zakupowe). Zespół sterujący oceniając wnioski bierze pod uwagę chociażby niepowtarzalność kolekcji na tle innych zbiorów w Polsce i Europie, jej spójność, udział wybitnych artystów reprezentowanych przez najbardziej wartościowe prace, udział w budowie współczesnego kanonu sztuki czy wykorzystanie budowanej kolekcji w programach edukacyjnych. Komunikat MKiDN wyraźnie wskazuje zapędy, by ręcznie sterować zakupami do kolekcji. Na dobrą sprawę ministerstwo sugeruje też, że zespół sterujący oceniając wnioski najwyraźniej nie kierował się regulaminem i wytycznymi priorytetu, uznając je za wadliwe, a jednocześnie przyznał się do własnej niekompetencji.

Komunikat nie wyjaśnia kilku innych ważnych kwestii:

  • Dlaczego ministerstwo zmieniło skład wcześniej powołanych zespołów sterujących? Wcześniej powołani członkowie zespołu, wykładowcy akademiccy, historycy sztuki specjalizujący się w sztuce współczesnej, zostali o tym poinformowali mailem. Nadal nie znamy oficjalnie składu nowych komisji, chociaż nieoficjalnie lista nazwisk krąży w środowisku.
  • Dlaczego ministerstwo złamało regulamin opóźniając o ponad miesiąc publikację wyników naboru? Zgodnie z regulaminem ma na to dwa miesiące od momentu zakończenia przyjmowania wniosków, czyli od 30 listopada.
  • Dlaczego tak drastycznie niska była nie tylko ocena merytoryczna, ale również ocena strategiczna wniosków? Wyjaśniam: Komisja ekspercka, czyli zespół sterujący, przyznaje tylko 60 ze 100 możliwych do uzyskania punktów. Kolejne 10 punktów to tzw. ocena organizacyjna, a 30 punktów to tzw. punkty strategiczne przyznawane przez ministerstwo. Stosowane są tu dosyć obiektywne kryteria. Ocena strategiczna uwzględnia strategię budowy i rozwoju kolekcji, stosowanie dobrych praktyk, dostępność gromadzonej kolekcji, strategię promocyjną. Wieloletnie strategie rozwoju kolekcji poszczególnych muzeów się nie zmieniły (zostały opracowane na perspektywę co najmniej pięciu lat), nie zmienił się regulamin ani wytyczne priorytetu. Jak to się więc stało, że ministerstwo tak surowo „strategicznie” oceniło wnioski muzeów, obcinając niektórym z nich liczbę punktów w porównaniu z poprzednim rokiem nawet o połowę? (Na przykład Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie z 29 punktów w 2015 na 14 punktów w 2016.) Tu już nie mogło chodzić ani o problem z obrazkami, ani o chęć decydowania o poszczególnych dziełach sztuki. Tu chodziło już o to, że sztuka współczesna nie mieści się w polityce kulturalnej nowego rządu.

Nie sądzę, by majstrowanie przy regulaminie priorytetu, który świetnie działał przez ostatnie kilka lat, dobrze wróżyło na przyszłość. Z komunikatu wynika, że resort próbuje stworzyć sobie furtkę do tego, by odgórnie wpływać na program muzeów i kształt ich kolekcji. Ciekawe, co będzie dalej.

Odsłonięte okna

DSC03971 (2)

„Dwutygodnik” opublikował właśnie moją nową recenzję – tym razem z wystawy „Z mojego okna widać wszystkie kopce”, która jest rodzajem nowego otwarcia dla krakowskiego Bunkra Sztuki. Tekst nosi tytuł „Odsłonięte okna”, zgodnie z tym, co nastąpiła na górnym piętrze Bunkra. Dyrektorką galerii od niedawna jest Magdalena Ziółkowska, moja rówieśniczka i koleżanka z Instytutu Historii Sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, do niedawna kuratorka Muzeum Sztuki w Łodzi.

Piszę: „Na górnym poziomie – inny gest. Zaprojektowany przez Różyską-Tołłoczko rząd okien w salach na piętrze od lat 90. pozostawał zasłonięty. Dzięki temu galeria bardziej przypominała white cube. Dzisiaj okna odsłonięto. Ale trudno to nazwać remontem. Po prostu zerwano cienką ścianę z dykty i gipsu. Z jej resztek na parterze zbudowano prowizoryczne audytorium, a paru artystów stworzyło z nich własne prace. Inni, jak Andris Eglitis, odnoszą się po prostu do kruchej materialności. Ten rozpad jest więc mocno na pokaz. Aczkolwiek naturalne światło, nawet w tym nieładzie, oraz widok na drzewa na Plantach i fryz w Pałacu Sztuki po sąsiedzku tworzą niezwykle kuszącą perspektywę.”

Niestety fotografie ilustrujące tekst na „Dwutygodniku” nie oddają dysproporcji między tekstem a dziełami sztuki na wystawie, o którym piszę, wklejam więc kilka własnych zdjęć tutaj.

DSC03874 (2)
Część wystawy w piwnicy Bunkra poświęcona architekturze

 

DSC03813 (2)
Audytorium na parterze

 

DSC03837 (2)
Widok na część wystawy poświęconą edukacji – dokumenty połączone w sieć różnokolorowymi nitkami

 

DSC03841 (2)
Nowy Pawilon Wystawowy – specjalny kącik do studiowania wystawiennictwa i kuratorstwa

 

„Co najmniej połowa wystawy Z mojego okna widać wszystkie kopce to teksty – dokumenty, cytaty, przyklejone do ścian i rzadko komentowane. Kopie dokumentów pokryły szczelną tapetą ścianę w części ekspozycji poświęconej edukacji. Na piętrze – dokumenty opisują historię pierwszych lat BWA. Na parterze powstała specjalna przestrzeń, nazywana dla zmyłki Pawilonem Wystawienniczym, służąca jako czytelnia publikacji poświęconych wystawiennictwu i kuratorowaniu wystaw, w której dodatkowo przypomniana została konferencja Polifonia głosów zorganizowana przez Adama Budaka w 2002 roku. Ma być tu realizowany program skierowany do profesjonalistów zainteresowanych strategiami kuratorsko-wystawienniczymi.”

W obronie śmichów-chichów

 

DSC04502
Dyskutanci: Igor Stokfiszewski, Andrzej Draguła, Ewa Gorządek, Iwo Zmyślony, Katarzyna Kasia

Obudziłem się dzisiaj z dosyć dziwną myślą, że wolę, jak się mnie obraża, niż jak mi się prawi morały. Bo jak ktoś cię obraża, to możesz się odwinąć, obrazić ostentacyjnie, obrazić po cichu, demonstracyjnie zignorować, wsadzić kwiat w lufę itd. Gdy ktoś ci prawi morały, możesz to albo zlekceważyć, albo się ukorzyć. Nie wiadomo co gorsze. Moralizatorstwo jest jedną z najmniej efektywnych strategii.

Wczoraj spora widownia zebrała się na dyskusji „Psucie językiem sztuki”, którą w CSW zorganizowała „Kultura Liberalna”. Tytułowe psucie to teza z kilku tekstów Iwona Zmyślonego, członka redakcji „Kultury Liberalnej”, któremu bardzo zależy, by z jego tezami dyskutowano. Mam nadzieję, że doznał wczoraj pewnej satysfakcji. I ja też miałem małą satysfakcję, bo okazało się, że jednak ktoś mnie czyta. Co jakiś czas powracałem w dyskusji – nawet jeśli jako ten czarny, psujący charakter, czasami w parze z Kubą Banasiakiem.

Mówiąc skrótowo, teza Zmyślonego jest taka, że świat sztuki jest mało życzliwy – wobec siebie nawzajem oraz wobec Innego (w roli Innego występuje zaś skrajna prawica i Kościół Katolicki), a ponieważ słowa mają moc sprawczą (chociażby mogą zrażać i obrażać), będziemy się tylko antagonizowali (lewica versus prawica). Za przykład posłużył m.in. mój niedawny wpis o nieprzyznaniu środków na kolekcje muzeów sztuki współczesnej, w którym pisałem o „środkowym palcu ministra” oraz jego „obrażonych” ekspertach. Zmyślony jakby nie zauważał, że jesteśmy w defensywie.

Dyskusja poszybowała w wielu kierunkach. Było o różnicach aksjologicznych (krucyfiks w muzeum i krucyfiks w kościele), edukacji i klasowości, o tym, czy muzeum jest obszarem eksterytorialnym, a nawet o tym, jak wykorzystać puste sale katechetyczne przy kościołach (skoro religii od 25 lat uczy się w szkołach). Rozmowa nie oddawała jednak gorącej atmosfery, która poprzedziła ją na Facebooku, i wielu się zawiodło. Liczyliśmy jednak na jakieś fajerwerki.

Zmyślony powtórzył swe postulaty, by „różnić się pięknie”, zrezygnować z hejtu, wspominał swoje teksty ostatnie i dawniejsze („trzy lata temu!”). Apelował, by kontrolować język, niezależnie od medium – od recenzji, po Facebook.

Naprawdę wspomniał Facebook, co bardzo mnie zdziwiło, bo to akurat Zmyślony ostatnio swym facebookowym językiem i zachowaniem przeczył własnym postulatom i bynajmniej swego języka nie kontrolował. Właśnie z powodu facebookowych potyczek postanowiłem w CSW głosu nie zabierać, by przypadkiem nie sprowokować niepotrzebnych kłótni. Zresztą pod koniec dyskusji Zmyślony niebezpiecznie zbliżał się do rachunku krzywd własnych. Aż przypomniał mi się film „I kto to mówi 2”.

Na szczęście Igor Stokwiszewski zwrócił uwagę na zerwanie „społecznego paktu dialogicznego” właśnie po prawej stronie światopoglądowej i panoszący się obecnie triumfalizm i rewanżyzm, a z drugiej strony na fakt, że to właśnie w sztuce ostatnich lat coraz częściej pojawia się element empatyczny i dialogiczny (przysłowiowe już kredki Pawła Althamera). Ale tylko Ewa Gorządek pod koniec podjęła wątek samego „psucia językiem”, nad którym wszyscy jakby przeszli do porządku dziennego. Jako jedyna stanęła w obronie krytyków.

Ja też nie zgadzam się z diagnozą Zmyślonego o tym, że krytyka sieje hejt. To grubo przerysowane stwierdzenie. Nie szukałbym też rozwiązań w „różnieniu się pięknie”. Bo może to i brzmi fajnie, jakby żywcem wyjęte z księdza Twardowskiego, ale co miałoby to niby oznaczać w praktyce?

Przede wszystkim stanąłbym w obronie swobody języka, tego niesfornego języka, który na plakacie zapraszającym na wczorajsze wydarzenie wywalała na brodę Mona Lisa. Krytyka sztuki to – nawet jeśli często mało udana i niewprawna – forma literacka. A język oferuje nam cały wachlarz środków. Można się gryźć ironią, szczypać humorem, a czasem powiedzieć coś dosadniej. Insynuować coś między wierszami. Puszczać oko do czytelnika. Słać przytyki i docinki. Czy w tym pięknym różnieniu się zostanie miejsce na metafory, niedopowiedzenia, dwuznaczności? Boję się, że różnić się pięknie to różnić się nudnie.

Działamy w dosyć niewielkim środowisku, mnóstwo tu urazów. Ale gdy trzeba, potrafimy mówić jednym głosem. Dla krytyka sztuki urazy to chleb powszedni, wręcz nieodłączna część jego zawodu i musi się nauczyć z tym żyć. Większość z tych urazów dosyć szybko wyparowuje. A jak nie – stają się środowiskowymi legendami. Poza tym – jak przyjemnie jest się pogodzić! A czasem przyznać się do błędu, zmienić zdanie.

W tekście o wymownym tytule „Szansa na uzdrowienie polskiego świata sztuki” Zmyślony straszył, że „jeszcze trochę i będziemy się po ulicach z maczetami ganiać”, zdradzał, jak przypadkiem (sic!) trafił na demonstrację KOD-u, pisał o tym, jak zmartwili go Wilhelm Sasnal i Mike Urbaniak, a ucieszył Roman Pawłowski, o nieprowadzeniu dialogu ze środowiskami konserwatywnymi, ale przede wszystkim o „przyzwoleniu na hejt, śmichy-chichy, sarkazm, niewrażliwość, gołosłowność, cynizm”, o „strachu przed powagą”. Zmyślony postuluje „rewolucję w nas samych” oraz powstanie „awangardy empatii”.

Można z tego odnieść wrażenie, że krytycy i kuratorzy zajmują się głównie kopaniem się po łydkach. Naprawdę jesteśmy aż tak niemili? Bez przesady. Od wiersza Młynarskiego o „kasjerze dupie” do mowy nienawiści jest jednak bardzo długa droga, nawet jeśli wiele osób pokonuje ją na skróty.

Szczerze mówiąc, aż mnie zemdliło od tego nawracania. Rozumiem, że Zmyślony przeszedł jakąś moralną ewolucję (chociaż sądząc po Facebooku, to nie za bardzo), ale czy musimy też my wszyscy naokoło? Swym pouczającym, kazalniczym tonem zniechęcił wielu do swoich tez. Na szczęście wczoraj miał współrozmówców, którzy tonowali jego zapędy. Katarzyna Kasia, dosyć umiejętnie prowadząca spotkanie, przywołała kłótnie literatów. Przecież Tuwim bywał niemiły. Ale to nie przemówiło do Zmyślonego.

Ja w każdym razie nie jestem skłonny ani się nawracać, ani bić się w piersi. Czytając tekst Zmyślonego, czułem się, jakby mnie ksiądz nawiedził z duszpasterską wizytą, chociaż go wcale nie zapraszałem. To zapraszanie księdza powracało zresztą w wypowiedziach Zmyślonego na wczorajszej dyskusji. Księdza miała nie zaprosić Zachęta przy okazji wystawy „In God We Trust”, twierdził. Na co wstała Hanna Wróblewska, dyrektorka Zachęty, i powiedziała, że jednak zaprosiła. Kto jak kto, ale Kościół Katolicki jest u władzy w Polsce, niezależnie od ekipy rządzącej, i trudno go uznawać za marginalizowanego Innego. Do tego ostatnio zajmowałem się Adą Karczmarczyk, która próbuje nawracać te nienawrócone kilka procent polskiego społeczeństwa, reprezentowane znowu przez zlaicyzowany świat sztuki.

Trochę mi smutno. Przecież między innymi dlatego zacząłem zajmować się sztuką, bo było to jedno z niewielu pól, gdzie tego księdza nie było! Może ostatecznie schronimy się w Muzeum Żydów Polskich.

Obywatelski Pakt na rzecz Mediów Publicznych

Pakt Media (3) (2)

W ostatni weekend miałem chwilowy dostęp do publicznej telewizji i na własne oczy zobaczyłem, jak „Wiadomości” relacjonują marsz zorganizowany przez Nowoczesną.pl i Komitet Obrony Demokracji: rzekomo niska frekwencja, puste Krakowskie Przedmieście, chamskie transparenty. Mój ojciec porównał TVP do telewizji za komuny. Z tą różnicą, zaznaczył, że dzisiaj może w każdej chwili zmienić kanał, na przykład na taki, gdzie KOD-owe demonstracje transmitowane są na żywo.

Problem upartyjnienia telewizji publicznej to oczywiście problem nienowy i nie dotyczy tylko PiS i dzisiejszej TVP. Podkreślają to inicjatorzy Obywatelskiego Paktu na rzecz Mediów Publicznych. To Obywatele Kultury, którym kilka lat temu udało się podpisać z premierem Tuskiem Pakt dla Kultury (inna sprawa to wdrażanie jego postanowień w życie; zresztą Pakt dla Kultury również odnosił się też do kwestii mediów publicznych), pod rękę z Obywatelami Nauki oraz Ogólnopolską Federacją Organizacji Pozarządowych. Ale grono organizacji wspierających inicjatywę jest szerokie – od Fundacji Helsińskiej po Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej. Od dzisiaj zbierane są też podpisy indywidualnych osób. Można wesprzeć inicjatywę, składając podpis, a w praktyce – wysyłając maila na adres: pakt.mediapubliczne@gmail.com.

Pakt to krótki tekst zawierający zarys ustawy medialnej (obecnie nad nową ustawą medialną pracuje sejm), która odpartyjniłaby media publiczne, zapewniła stabilne finansowanie, ograniczyła reklamy. Pakt zakłada społeczną kontrolę nad mediami, poddanie otwartej publicznej dyskusji sposobu powoływania władz radia i telewizji.

Poszczególne zapisy poprzedzone są krótką preambułą: „Media publiczne są naszym dobrem wspólnym i mają obowiązek służyć wszystkim obywatelom bez względu na ich poziom wykształcenia, status społeczny i miejsce zamieszkania. Programy mediów publicznych powinny być bezstronne i uwzględniać wielość poglądów na kwestie społeczne, polityczne, estetyczne i religijne. Zadaniem mediów publicznych jest dbałość o wysoką jakość oraz rzetelność informacji i treści”.

Pakt jest rodzajem oferty dla rządzących i innych sił politycznych. Obawiam się, że obecna sytuacja polityczna nie sprzyja tego typu inicjatywom, jakkolwiek bardzo kibicuję Paktowi. Briefing prasowy dziś w południe odbywał się trochę we własnym gronie, w obecności jednej kamery. „Jesteśmy pesymistycznymi optymistami”, oksymoronicznie zakończyła spotkanie Beata Chmiel. Posłowie ponoć debatują dziś o „zamachu na media publiczne”.

Badania terenowe

fieldsurveykadr
Konrad Smoleński, Noa Shadur, „Field Survey”, kadr z filmu, ze strony internetowej POLIN

Artysta Konrad Smoleński i choreografka Noa Shadur współpracowali ze sobą już wcześniej. Tym razem nakręcili jednak prawie pięćdziesięciominutowy film „Field Survey” (tłumaczę ten tytuł na polski jako „Badania terenowe”). Wczoraj w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN miała miejsce jego premiera. To film bez fabuły, operujący muzyką, tańcem i obrazem.

Muzyka jest typowa dla filmów Smoleńskiego, wibrująca, szorstka, percypowana całym ciałem. Cielesny jest też sam film – występują w nim tancerze w choreografii, dla której punktem wyjścia były zdjęcia z miejsc zbrodni, momenty pojmania sprawców. Pełno tu agresji, ale przetrawionej przez taniec, na swój sposób wysublimowanej, dwuznacznej, a przede wszystkim – niesłychanie erotycznej.

Czasami czysta agresja bierze jednak górę, zwłaszcza w momentach, gdy w gestach tancerzy rozpoznajemy pewne kulturowe klisze. Jak w geście trzymania głowy kobiety za włosy i podbródek, mi jednoznacznie przypominającym sceny publicznego szydzenia z kobiet, które popełniły Rassenschande (w Niemczech) czy wchodziły w relacje z nazistami (w krajach wyzwolonych). Film bierze też co chwilę oddech, kamera przygląda się zakurzonemu wnętrzu i czytamy dialogi, chociaż ich nie słyszymy – krótkie, efemeryczne rozmowy.

Film kręcono podczas budowy drugiej linii warszawskiego metra. Puste, niewykończone, betonowe wnętrza tworzą dystopijną, katastrofalną scenografię, potęgowaną przez dźwięki. Ostatnia scena ze zmaganiem pary tancerzy – znowu niezwykle erotycznym – przypomina słynne sceny z „Kanału” Andrzeja Wajdy. I nawet w ścieżce dźwiękowej dają się rozpoznać dalekie echa syren alarmowych (chyba że to moja autosugestia). Tu film, do tej pory osadzony w bliżej nieokreślonej scenerii i geografii, zbliża się do konkretnego miasta – Warszawy oraz określonego czasu – powstania warszawskiego.

Szkoda tylko, że „Field Survey” nie ma polskiego tytułu, a dialogi zapisane zostały w języku angielskim. Doprawdy nie wiem dlaczego.

Film Smoleńskiego i Shadur powstał przy okazji programu artystycznych rezydencji organizowanego przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Było ich w sumie kilkanaście i podsumowuje je wystawa „Obecność / Brak / Ślady”, otwarta w poprzednim tygodniu. Sam tytuł składa się z kilku holokaustowo-artystycznych klisz.

komoda.JPG
Widok wystawy „Obecność / Brak / Ślady”

To bardzo dziwna wystawa, wciśnięta do jednej sali, za muzealnym sklepikiem i centrum informacyjnym, częściowo krytej boazerią. Większość prac zostało zaś wsadzonych do specjalnie zaprojektowanego mebla, który należałoby chyba nazwać ogromną multimedialną komodą. Gdy tam wszedłem, nie wiedziałem właściwie, z czym mam do czynienia. Potem zaś rozmawiałem z moją przyjaciółką, która przekonywała mnie, że „TO NIE JEST WY-STA-WA”. Ja założyłem jednak, że jest, więc otwierałem szuflady komody i oglądałem filmy na ekranach. Shadur i Smoleński wygrywają między innymi tym, że się nie dali do tej komody wstawić.

Ze zdziwieniem odkryłem, że za aranżację wystawy odpowiedzialny był m.in. skądinąd świetny projektant Marcin Kwietowicz. Bo może to i funkcjonalny mebel, ale nie do prezentacji sztuki. POLIN inwestuje w rezydencje, produkcje, całkiem spory katalog (z tekstami takich autorów jak Iwona Kurz, Ewa Klekot czy Łukasz Zaremba), a na premierze filmu Smoleńskiego i Shadur – w całkiem niezłe wino i humus dla wszystkich, ale nie potrafi zorganizować wystawy z prawdziwego zdarzenia? Osobliwe.

Prace powstałe w efekcie rezydencji są bardzo nierówne. Najlepiej wypadli ci twórcy, którzy potrafili odbić się od tematu Zagłady, właśnie jak Smoleński i Shadur albo kompozytor Lukas Ligeti. Kuratorki, Ewa Chomicka i Agnieszka Pindera, piszą o sztuce o Holokauście po Yael Bartanie. OK. Jednak w większości pokazywanych prac artyści gryzą własny ogon i poddają się logice zgranych scenariuszy w rodzaju „Żyd przyjeżdża do Polski” (jak w płytkim komiksie o chwytliwym tytule „Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz” J. Dresa), któremu Bartana potrafiła nadać bardziej uniwersalną perspektywę i wymiar polityczny. Może to zabrzmi brutalnie, ale osobista trauma, niezależnie czy będzie to drugie, trzecie czy czwarte pokolenie, to za mało, by zrobić dobre dzieło sztuki.

No ale gdyby nie film Smoleńskiego i Shadur, właściwie bym o tych rezydencjach nie pisał.