Chwasty

DSC08001 (2)

W Miejscu Projektów Zachęty wyrosła łąka. Wewnątrz budynku wygląda spektakularnie i absurdalnie. Rośliny niskie i wysokie zajmują kilka metrów kwadratowych. Artystka Karolina Grzywnowicz przeniosła je z Bieszczad, z miejsc, w których kiedyś istniały miejscowości. Ich ludność została przesiedlona tuż po wojnie, m.in. w wyniku akcji Wisła. Wioski opustoszały.

Grzywnowicz interesują rośliny jako ślady po byłych mieszkańcach. W przeciwieństwie do budynków, po których gdzieniegdzie zostały zaledwie resztki fundamentów, rośliny przetrwały. Wciąż odradzają się na nowo. Stąd nagła obecność roślin ozdobnych w miejscach, gdzie dawno nie mieszkają już ludzie, czy drzew owocowych w środku lasu. To ślady po sadach i przydomowych ogródkach. W tekście towarzyszącym wystawie czytam, że „zmiany w strukturze i składzie chemicznym gleby wprowadzone kiedyś przez człowieka są na tyle znaczące, że dają możliwość przetrwania tym gatunkom nawet przez następne 600 lat”.

Przypomniał mi się przykład z innego zakątka Polski, lektura „Miedzianki” Filipa Springera. Położoną w okolicach Jeleniej Góry Miedziankę, dawny Kupferberg, w wyniku zmian granic po II wojnie światowej opuścili Niemcy, a przybyli tu Polacy też długo nie zagrzali miejsca (jak odkrywa Springer, w związku z rabunkowym wydobyciem uranu przez Rosjan). Z Miedzianki niewiele pozostało. Rynek zamienił się w łąkę. Ale jeden z wizytujących tu dawnych mieszkańców powiesił tabliczkę na starym drzewie „Erriner die Leute von Kupferberg”. Tym drzewem była śliwa, chyba nieprzypadkowo. Posadzić ją musiał jakiś człowiek.

Wystawa „Chwasty” Karoliny Grzywnowicz to też rodzaj epitafium.

DSC07983 (2)

Łące w galerii towarzyszy mapa z naniesionymi miejscowościami, których już nie ma, oraz zielnik, a w nim dosyć dobrze znane rośliny: porzeczka, lipa, narcyz, jabłoń. Opisom stricte botanicznym towarzyszą informacje, jak dane gatunki były wykorzystywane przez człowieka i o czym dziś może świadczyć ich obecność. Niektóre drzewa sadzono więc wokół cerkwi. Szczaw może dziś rosnąć tam, gdzie kiedyś wypasano owce, a pokrzywy – tam, gdzie nawożono obornikiem. Tarnina służyła za żywopłot, a kalinę koralową sadzono na grobach młodych dziewcząt, utożsamiano ją bowiem z młodością i dziewictwem.

Ciekawe, że w Warszawie w krótkim odstępie czasu pojawiły się dwa projekty artystyczne, w których rośliny grają pierwszoplanową rolę i wskazują na historię człowieka. W Cysternie obok CSW Gregor Różański zajmował się niedawno się roślinami, które przewędrowały długie odległości za sprawą ludzi (celowo lub przypadkiem). Przydługim informacjom towarzyszyły mikro-ogródki, rośliny posadzone w szklanych pojemnikach. To historia roślinnych migracji, ciekawy temat. Wystawa rozczarowywała jednak na poziomie czysto wizualnym, a nieufność budził fakt, że zbyt łopatologicznie rośliny porównywano tu do ludzi, „nielegalnych imigrantów”. Dostały swoją „zieloną kartę”.

Zainteresowanie artystów roślinami wpisuje się w szersze trendy współczesnej (post)humanistyki. Stąd zielniki na wielu wystawach (ale też zwierzęta, kamienie itd.). Nawet Róża Luxemburg prowadziła zielnik. Czasami można jednak odnieść wrażenie, że zebrany przez artystów materiał lepiej nadawałby się na książkę niż wystawę. Takie wrażenie towarzyszy mi zresztą często, gdy mam do czynienia ze sztuką opartą na badaniach. Jakby artyści zatrzymywali się w pewnym miejscu, nie wyciągali wniosków, a zbyt wcześnie szukali metafor. Grzywnowicz wychodzi obronną ręką. Jej gest jest silny, emocjonalny. Ale też chętnie przeczytałbym o tym książkę.

Kurz

DSC07564 (2)

„Dwutygodnik” opublikował właśnie moją recenzję wystawy „Kurz”, otwartej niedawno w Zamku Ujazdowski. Dla CSW to nowe otwarcie, nowy sezon, (trochę) nowa dyrekcja. A ja się zastanawiam, co można przez „kurz” powiedzieć, szukam na wystawie śladów otaczających nas problemów i próbuję odpowiedzieć na pytanie, co CSW rozumie przez „globalne”. Miłej lektury! Tekst nosi tytuł „Dzieła rozpadu”.

Dzikie pola

A
Zbigniew Makarewicz, Ernest Niemczyk, „Muzeum Archeologiczne Festung Breslau”, 1970 (detal)

Rzutem na taśmę, kilka słów o wystawie „Dzikie pola” w warszawskiej Zachęcie. Zanim się zamknie.

Wydaje mi się niesprawiedliwe sprowadzanie tej ogromnej, gęstej ekspozycji do roli promocji Wrocławia jako Europejskiej Stolicy Kultury czy Muzeum Współczesnego Wrocław, które wystawę przygotowało. To przede wszystkim wystawa historyczna. Wchodzimy w lata 60., wychodzimy – dzisiaj. Sporo tu ważnych, ciekawych prac. Jest się nad czym pochylić. Wrocławskie środowisko odegrało w przeszłości niebagatelną rolę w historii polskiej sztuki (podkreślę: w przeszłości). I to widać.

Zresztą należy wkład MWW docenić. Muzeum działa w okrągłym poniemieckim bunkrze nieco poza centrum Wrocławia. To siedziba tymczasowa, ale nic na razie nie wskazuje na to, by nowy budynek miał wkrótce powstać. Dyrektorka Dorota Monkiewicz i zespół kuratorów systematycznie badają jednak środowisko artystów, które zrodziło się w mieście po wojnie, organizują tematyczne wystawy i opracowują archiwa. Jest to więc nie tylko instytucja wystawiennicza, ale też badawcza. „Dzikie pola” podsumowują kilka lat tej aktywności. W Zachęcie wystarczyło ułożyć pokazywany wcześniej we Wrocławiu materiał w dłuższą narrację.

Od momentu otwarcia swej tymczasowej siedziby Muzeum wpisywało też swe działania i sztukę Wrocławia w szeroką perspektywę historyczną – Wrocław to największe miasto na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Pierwszym gestem nowej wrocławskiej instytucji było wydanie jednodniówki o Festung Breslau (otwarcie MWW komentowałem w „Dwutygodniku”). Przypomniano w niej moment, w którym Breslau stał się Wrocławiem. Potem przyjechali tu Polacy. Ten sam moment, z obu stron frontu, świetnie opisała w swojej najnowszej książce Magdalena Grzebałkowska.

Historyczny kontekst został też zaznaczony na wystawie w Zachęcie, chociaż uległ tu pewnemu rozproszeniu. Jedna z najciekawszych prac „Dzikich pól” dotyczy płytkiej archeologii – Zbigniew Makarewicz i Ernest Niemczyk podczas sympozjum Wrocław ’70 zaproponowali wykopki, sprawdzenie, co we Wrocławiu kryje się pod ziemią. Można się łatwo domyślić co. Widzimy zresztą próbkę takich poszukiwań. Artyści ujawniali więc to, co w tamtym latach było skrzętnie ukrywane – niemiecką przeszłość miasta. Gdyby udało się wtedy zrealizować ich pomysł, być może pewne rzeczy już dawno mielibyśmy przerobione.

B

Ale „Dzikie pola” to wystawa nierówna, pełna urywających się wątków. Jakby tych kilku lat prężnej działalności Muzeum nie potrafiono przełożyć na formułę dużej, przekrojowej wystawy o historycznym korzeniu. Rzeczy mniej ważne mieszają się z ważnymi, słabe z wybitnymi. Ambicja pokazania wszystkiego i okraszenia całości współczesnymi pracami spowodowała, że gdzieś po drodze gubi się myśl wiodąca, a czołowe postacie wrocławskiej sceny, jak Ludwiński, Grotowski, Jurkiewicz pozostają w cieniu. Najciekawsze momenty wystawy to poezja konkretna, Sympozjum Plastyczne Wrocław ’70 oraz sala, w której przypomniano zorganizowaną staraniem Natalii LL międzynarodową wystawę „Sztuka kobiet”.

Dla jasności należałoby chyba przesunąć granice – tym razem czasowe. Jeśli mowa o tym, że Wrocław po wojnie odradzał się jako nowe miasto, najlepiej uzmysłowiłoby to pokazanie, jak wyglądało tam niemieckie życie kulturalne przed wojną, a przynajmniej niemieckiej kultury materialnej, która przecież we Wrocławiu jest obecna (na czele ze wspomnianym bunkrem-muzeum). To byłby gest otwierający jakąś dyskusję. Znowu bowiem dowiadujemy się, że Wrocław leży na Ziemiach Odzyskanych, ale towarzyszy temu głównie narzekanie, że miasto było traktowane po macoszemu przez władze PRL (tradycyjne wywożenie cegły, opóźnienia w odbudowie), a nowi mieszkańcy długo nie czuli się gospodarzami z prawdziwego zdarzenia. Niemcy to wciąż nieobecne duchy.

Do tego trudny, nieprzepracowany jeszcze temat Ziem Odzyskanych pokazuje się tu w sposób zupełnie nieczytelny, pracami Allana Sekuli, który fotografował amerykańską bazę wojskową w Kiejkutach (Mazury), czy fotografią Rineke Dijkstry, która w 1992 roku sfotografowała polskie dzieci na plaży w Kołobrzegu (Pomorze Zachodnie). To świetne prace, ale do dyskusji o historycznym balaście Wrocławia nic nie wnoszą. Ich obecności widz nie potrafi sobie niczym wytłumaczyć, poza faktem, że pochodzą z kolekcji Muzeum Współczesnego.

Takie operacje stały się jednak kuratorską manierą, mało dziś historycznych wystaw bez „interwencji”. Kuratorzy nie zauważają, jak trudny do przeprowadzenia to zabieg, jak łatwo o banał. Na „Dzikich polach” chyba należałoby jednak zrezygnować z komentowania dzieł historycznych pracami współczesnych twórców. Te pierwsze same się świetnie obronią i nie potrzebują wątpliwych podpórek. A rezygnacja z tych drugich zwolniłaby nieco miejsca, by pełniej opisać niektóre zjawiska. Gdyby usunąć z wystawy prace Sekuli, Daniela Malone’a, Laury Paweli na niczym by „Dzikie pola” nie straciły, a zyskały na klarowności.

C
Przykład tego, jak nie pokazywać sztuki lat 80.

Być może należałoby też zamknąć narrację nieco wcześniej (naturalną cezurą jest rok 1989), zamiast ciągnąć ją do dnia dzisiejszego. Końcówka wystawy z pracami artystów współcześnie tworzących we Wrocławiu to najsłabszy punkt programu. Blado wypadają też lata 80. i nie pomogło wymalowanie poświęconych im sal czarną farbą. To, co było „dzikie”, zamknięto tu w ramkach. Nieproporcjonalnie dużo miejsca zajmuje zaś dokumentacja performatywnych koncertów zespołu Kormorany, który reprezentowany jest na wystawie obszerniej niż jakikolwiek artysta. W innym miejscu Jerzy Grotowski został ledwie liźnięty. Ale całkiem sporo miejsca poświęcono „wrocławskiej szkole plakatu”. To co ważne i wyjątkowe, gubi się w natłoku różnych zjawisk.

Wystawa zdradza ambicje ogarnięcia wszystkiego. Pierwsze skrzypce wiodą sztuki wizualne, ale jest i kącik architektury, i kącik teatru, korytarzyk poświęcony wytwórni filmowej. Każdy segment ma osobnego kuratora. Stąd wrażenie rozbicia wystawy na wiele części oraz opinia krytyków, że miasto napina się jak może, by się pochwalić – „Mamy!”.

Jest pewne stare polskie przysłowie o sześciu kucharkach. Jako wieloskładnikowa zupa „Dzikie pola” również trącą nadmiarem przypraw. Jakby na wystawie ścierały się różnego rodzaju ambicje. Jakby zbyt dużo chciano tu wygrać. I zaznaczyć różnorodność, i ciągłość, i historyczne konteksty, i (rzekomą) dynamikę współczesnej sceny. Prace historyczne pogodzić ze współczesnymi. Krótko mówiąc, wystawie zabrakło szerokiego, spajającego spojrzenia.

Spojrzenia

piksa
Agnieszka Piksa

Właśnie otworzyła się wystawa nowej edycji konkursu Spojrzenia, nagrody fundowanej przez Deutsche Bank. Chociaż to wciąż najważniejsza nagroda artystyczna przyznawana w Polsce, budzi coraz mniej emocji. A budzi coraz mniej emocji, gdyż w niewielkim stopniu odzwierciedla dynamikę naszej sceny. Wcześniej niezauważeni w Spojrzeniach pozostawali robiący gdzie indziej kariery malarze. Nigdy nominowany nie był Jakub Julian Ziółkowski, a neosurrealiści nie mogli stanąć w szranki ze sztuką bardziej zakorzenioną w rzeczywistości. Konkursowi brakuje nerwu.

Chodząc po nowej wystawie, też myślałem o nieobecnych. Efekty obrad jury, które nominowało piątkę kandydatów (głównie kandydatek) do nagrody, niezbyt pokrywają się z tym, co wzbudzało największe emocje w świecie sztuki w ostatnich dwóch latach. Konkurują ze sobą Alicja Bielawska, Ada Karczmarczyk, Piotr Łakomy, Agnieszka Piksa i Iza Tarasewicz. Brakuje mi tu najbardziej dwóch nazwisk: Honoraty Martin i Łukasza Surowca. To przecież o nich mówi się i dyskutuje (zwłaszcza o działaniach Martin, ale przypomnę też świetny śląski mural Surowca). Chyba nie jestem w tej opinii odosobniony.

Wiem, jak wyglądają nominacje, sam trzykrotnie uczestniczyłem w jury nominującym w poprzednich latach. Dziesięciu krytyków i kuratorów proponuje po dwa nazwiska, potem się głosuje, a potem wszyscy są nieco zdziwieni wynikami głosowania. Nie wiem, czy nikt nie wysunął kandydatury ani Martin, ani Surowca. Ale ich brak odbija się to na randze konkursu, któremu szczerze kibicuję. Spojrzenia mają już swoją tradycję i stałe miejsce w kalendarzu. Przydałoby się jeszcze trochę ożywczego napięcia.

M-Z

DSC07761 (2) — kopia

Muzeum Narodowe w Warszawie otworzyło nowy sezon kolejną ciekawą i niezwykle starannie przygotowaną wystawą. Rzecz dotyczy pomysłu sprzed 40 lat, gdy grupa artystów i architektów wspólnymi siłami projektowała trasę biegnącą od Muzeum do Zalewu Zegrzyńskiego. Tam wymyślono filię poświęconą sztuce współczesnej. Trasę nazwano M-Z. M od Muzeum i Z od Zalewu. Za projektem stali Marian Bogusz i Jerzy Olkiewicz. Zaprojektowano futurystyczne budynki – nowego muzealnego skrzydła na Skarpie Wiślanej oraz „muzeum na wodzie” na końcu 28-kilometrowej trasy, rzeźby i interwencje wzdłuż ciągnącej się drogi. Nie zrealizowano nawet jednej przydrożnej formy przestrzennej. Zresztą projekt miał raczej charakter koncepcji, luźnej propozycji. Samo Muzeum, które gościło wystawę projektu w swym holu, traktowało pomysły artystów bardziej jako punkt wyjścia do dyskusji niż coś rozpatrywane na serio. Proponowane budynki nie przypominają niczego, co kiedykolwiek wzniesiono w Polsce. Jedna z propozycji filii Muzeum Narodowego nad zalewem zakłada zbudowanie trzech spodków wiszących nad taflą wody.

DSC07745 (2) — kopia
Na wystawę składa się głównie kilkadziesiąt plansz, na których artyści przedstawili swoje pomysły. To kolaże ukazujące usytuowanie rzeźb w przestrzeni czy mapki z naniesionymi interwencjami kolorystycznymi. Są niezwykle atrakcyjne i większość z nich przypomina prace współczesnych artystów. Tych, którzy sięgają po archiwalne zdjęcia, by je nieco przekształcić. Wydaje się, że kolorystyka plansz sama podpowiedziała kuratorom zaproszenie do udziału w wystawie Katarzyny Przezwańskiej, której prace to często jaskrawe, barwne interwencje (jak w Parku Rzeźby na Bródnie). Na dziedzińcu muzealnym Przezwańska przekształciła nieckę fontanny w jednobarwną, błękitną płaszczyznę. To z jednej strony odniesienie do plansz, które oglądamy w środku muzeum, z drugiej – do wody, do zalewu. M-Z. Tyle że już po paru dniach instalacja Przezwańskiej uległa zabrudzeniom i przestała robić wrażenie.

DSC07705 (2)

DSC07781 (2) — kopia

Plusem wystawy jest umiejętnie wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości (zazwyczaj jeśli pojawia się na wystawach, służy raczej za gadżet). Wystawę ogląda się więc z urządzonkiem w dłoni. Dzięki niemu pośrodku przestrzeni wyrastają architektoniczne projekty, niby z przeszłości, ale wciąż z „przyszłości”.

Wszystko razem składa się na przemyślaną, zgrabnie zaprojektowaną ekspozycję. Niewiele z takiej wystawy może wyniknąć. Nikt raczej nie płacze po tym, że rzeźb i budynków nie zrealizowano. Wiemy, jak dzisiaj trudno jest cokolwiek zbudować. „M-Z” to raczej kolejny przypis do historii sztuki. Epizod nieco zapomniany zostaje ponownie wydobyty na światło dzienne jako jedna z wielu narracji o tym, jak sztuka próbowała wychodzić poza muzealne mury. Czasami tyle wystarczy.

Ząbkowska

DSC07910 (2)

Wczoraj uczestniczyłem w skromnej uroczystości na Pradze. Przy okazji festiwalu Otwarta Ząbkowska, organizowanego przez Teatr Powszechny, na Barze Ząbkowskim zaświecił neon. Gospodynią była pani Krystyna Walczak-Kawecka, związana z barem od 60 lat. Dziś zawiaduje biznesem jej córka, Elżbieta Zawistowska, ale pomagają też następne pokolenia. Pani Krystyna podkreśla, że w barze niemal wszystko powstaje na miejscu. Jest tu tanio i pożywnie. Sami lepią pierogi i sami pieką ciasta. Neon też właściwie zaprojektowała sama – po prostu odręcznie napisała nazwę baru. Neon świeci więc jej charakterem pisma. Za projektem stoi Paweł Althamer. Kilka lat temu zaproponował, by neon na bródnowskiej bibliotece „napisała” jej dyrektorka. Wtedy jego pomysłu nie zrealizowało. Na Ząbkowskiej się udało bez większym problemów. Przed wejściem do baru stanęły też donice z identycznym napisem, kształtem nawiązujące do tradycyjnych barowych kubków sprzed lat (ja kojarzę je z kompotem lub kisielem, ale niektórzy wspominali podawaną na koloniach rozwodnioną galaretkę). Althamer wspiął się na drabinę, by neon odsłonić, a pani Krystyna „poświęciła” donice wodą z białej polewaczki. Na sympatycznym mini-przyjęciu w Barze Ząbkowskim serwowała ciasto (to wypiekane na miejscu), owoce i cukierki. Uroczystość nie zakłóciła zwykłej pracy baru.

DSC07851 (2)

DSC07843 (2)

Przez dwa dni festiwalu Otwarta Ząbkowska trwał też kongres rysowników (pod hasłem „Świetlista rzeka”), adresowany głównie do praskich dzieci. Rysowały na długich pasach papieru, położonego bezpośrednio na ulicy. Dorośli chętniej wypisywali hasła – o Legii albo o tym, że lokatorzy to nie towar. Ale zauważyłem też brzmiące znajomo „3 razy da”, wszak w niedzielę odbywało się tłumnie bojkotowane referendum. Rysunki spektakularnie rozmył krótki, ale intensywny deszcz.

Alternativa

DSC07263 (2)

Nie bywam w Gdańsku i w Wyspie tak często, jak bym chciał. Ale jak już jestem, miewam déjà vu. Chodzi pewnie o kontekst miejsca, Stoczni Gdańskiej, w której mieści się IS Wyspa. Stocznia oddziałuje siłą swego historycznego bagażu – coś się tu zaczęło i coś skończyło. Stoczniowe budynki zarosły zielska, które teraz ustępują miejsca nowym ulicom. Historia Solidarności została zamrożona w instytucji-pomniku (Europejskie Centrum Solidarności). A Instytut Sztuki Wyspa, prężna i ważna instytucja, okupuje przestrzenie naznaczone zębem czasu i historii. Na potrzeby festiwalu Alternativa Wyspa wykorzystuje halę 90B (były główny magazyn stoczniowy), którą dziś oddziela od niej nowa ulica – do przejścia dla pieszych daleko, więc biega się na drugą stronę, pokonując barierki i niemal ryzykując życie. Niby się tu z roku na rok coś zmienia, ale nie do końca.

Tematy Alternativa czerpie z najbliższego otoczenia, stąd może to déjà vu. W tamtym roku była „Codzienność”, w tym – „Wernakularność”. Główna wystawa tegorocznej edycji festiwalu, odnosi się wszak do tego, co lokalne, swojskie, nieprofesjonalne, oparte na wiedzy „ludowej”.

DSC07358 (2)
„Ślady proste” Anny Królikiewicz (2015)

„Wernakularność” na pierwszy rzut oka przypomina typowe biennale. Przede wszystkim zadbano o różnorodność prac. Jest tu i zielnik, i archiwum, prace wideo i kolekcje przedmiotów znalezionych, tkaniny, zabawy z liternictwem, projekty angażujące innych. Do wyboru, do koloru. Prace nowe doprawione są klasyką, a konkretnie Harunem Farockim, który często pojawia się na światowych wystawach, a trend ten nasilił się po jego śmierci w zeszłym roku (na Biennale w Wenecji znalazła się instalacja, na której na raz wyświetlane są wszystkie jego filmy). Ale sam wybór Farockiego jest niezwykle cenny – jego instalacja zestawia w szeregu monitorów fragmenty filmów z motywem robotników wychodzących z fabryki, pochodzącymi z różnych dekad – od słynnego filmu braci Lumière po Björk w roli Selmy w filmie Larsa von Triera „Tańcząc w ciemnościach”. Tu też miałem déjà vu, bo wchodząc do stoczni przez historyczną bramę obok Pomnika Poległych Stoczniowców, mijałem wychodzących robotników. Nie wiedziałem tylko, czy to oby na pewno robotnicy i gdzie właściwie pracują.

Na wystawie stoczniowe są rośliny zamknięte w gablotach przez Macieja Salomona, i pismo szablonowe, które kiedyś było tworem anonimowych robotników stoczni, nie było skodyfikowane, a dzisiaj zamienia się w „stoczniowy” font. Lokalne są śmieci, z których na ścianach układa ornamenty Sylvie Réno. Inni artyści idą dalej – na przykład analizują społeczne życie kamieni. Jest pękająca glina zamknięta w geometrycznej siatce, zacieki i ślady korozji na materiale. „Wernakularność” została potraktowana szeroko i często – metaforycznie. Wrażenie, że to już się widziało, potęgują dobrze już przerobione prace polskich artystów. Zupełnie nie wiem po co przywołano powielające wzory z tandetnych tipsów obrazy Rafała Bujnowskiego czy „roztapiającą się” metalową klatkę Olafa Brzeskiego.

DSC07345 (3)
Konrad Pustoła, „Stawinoga” (2015), fragment

Najbardziej wernakularny jest temat instalacji Konrada Pustoły, który na podstawie artefaktów z domowych archiwów odtwarza życie rodzinnego letniska w Stawinodze. Robi się przytulnie. Wiejski dom rodzina Pustoły remontowała własnymi rękami, odbywały się tu rodzinne uroczystości. Spędzano raczej spokojny czas – Stawinoga to miejsce odpoczynku. Profesjonalne fotografie Pustoły sąsiadują ze zdjęciami rodzinnymi oraz powstałym na wsi gobelinom jednej z kobiet z rodziny. Dacze to jednak rozrywka inteligencji.

Projekt Pustoły wyróżnia się na tle całej wystawy – pokazuje coś autentycznego. Gdzie indziej lokalność czy oddolna wiedza przepracowane bowiem zostają przez pryzmat sztuki, metafory. Artyści albo pochylają się nad kamieniami, albo sami wystrzelają w wyżyny abstrakcji. Może przydałyby się tu jakieś przykłady czegoś nieskażonego sztuką. Bo czy pismo stoczniowe potrzebuje profesjonalnych grafików? Czy ogródek przy Wyspie, w który tyle energii włożyli artyści (także by zaangażować okolicznych mieszkańców), wytrzymuje konkurencję z tysiącami ogródków działkowych? Czy nie potrafilibyśmy docenić pań robiących tipsy, gdyby Bujnowski nie przemalowałby ich tworów?

(Krótka wizyta nie pozwoliła mi na uczestnictwo w bogatym programie towarzyszącym wystawie.)