Zaraz po

zarazpo3

To rzadka okazja i przyjemność obcować z wystawą tak dobrze zaplanowaną, zaprojektowaną i przygotowaną od strony merytorycznej. Mówię o wystawie „Zaraz po wojnie” w Zachęcie, przygotowanej przez Agnieszkę Szewczyk i Joannę Kordjak. Rzecz dotyczy II wojny światowej, a dokładniej – kilku pierwszych lat po wojnie. Chociaż nie dalej jak przedwczoraj, na wykładzie towarzyszącym wystawie profesor Marcin Zaremba, autor książki „Wielka trwoga”, udowadniał, że wojna się na dobrą sprawę nigdy nie skończyła. „W umysłach trwa do dzisiaj”, mówił. Odziedziczyliśmy po wojnie pewne nawyki kulturowe.

Zaremba opisywał specyficzny dualizm nastrojów po II wojnie światowej: z jednej strony pęd do życia (do zabawy, ale też do prokreacji), z drugiej zaś strony strachu. Sam specjalizuje się w badaniach tego drugiego. Mówił o ogromnej ilości siejących panikę plotek, o powojennej anomii, rozpadzie więzi, przestępczości, strachu przed Armią Czerwoną, ewentualną kolejną wojną światową, o niepewności granic.

Ten dualizm obecny jest w każdej sali wystawy, która zajmuje niemal całe piętro Zachęty. Rozpina się między fotografiami dokumentującymi rzeczywistość i dramatyczne wydarzenia tego okresu a propagandą wizualną, plakatami czy prasą, z których grafik Błażej Pindor wykleja ogromne ścienne kolaże. Gdzieś pomiędzy plasuje się sztuka.

Wchodzimy w dramat. W odkrywanie zbrodni hitlerowskich i całkiem świeże pogromy na Żydach, jak ten w Kielcach, na fotografiach Julii Pirotte. No i ruiny, morze ruin – na zdjęciach, obrazach, rysunkach. Narracja wystawy jest klasyczna. Zniszczenia – odbudowa, trauma – budowanie nowego, ruiny – rozczłonkowane ciała, zwalanie pomników starych – budowanie nowych. Gdy mowa o zniszczeniach i wysiłku budowlanym, „Zaraz po wojnie” pokrywa się ze „Sporem o odbudowę” otwartym w byłym liceum Hoffmanowej w ramach tegorocznej edycji festiwalu „Warszawa w budowie”, chociaż nie znajdziemy tu raczej odniesień do teraźniejszości, poza jedną fotografią Pindora dokumentującą „remont”, czy raczej rozbiórkę Smyka. Wystawa w Zachęcie rozgrywa się raczej na napięciu między ówczesną rzeczywistością a propagandą, rzeczywistością a metaforyką proponowaną przez artystów.

zarazpo2

Sporo tu ciekawych, wybitnych dzieł sztuki, przykładów nie zawsze książkowych. Jak odkryty na nowo Bronisław Linke ze wspaniałym obrazem „Balet” z cyklu „Kamienie krzyczą”. W interesującą dyskusję wchodzą ze sobą Andrzej Wróblewski i Władysław Strzemiński. „Ziemia” Wróblewskiego z 1948 roku, namalowana na białym tle kula składająca się z wielu kolorowych „kafelków”, zaskakująco koresponduje z mozaiką ułożoną z gruzów na podłodze w kolonii WSM na Żoliborzu przez Barbarę i Stanisława Brukalskich, i to dokładnie w tym samym roku. Takich smaczków jest więcej. Obrazy Mariana Bogusza, fotomontaże Stefana Rassalskiego, dokumentacja pierwszej ekspozycji w Muzeum Auschwitz-Birkenau czy odsłonięcia pomnika Żydów walczących w II wojnie światowej – niejedno można tu odkryć. W jednej sali rozbrzmiewa przemówienie Bieruta, w innej – „Nokturn na orkiestrę” Andrzeja Panufnika skomponowany w 1947 roku.

Skoro jesteśmy w latach 40., co jakiś czas słyszymy charakterystyczny tembr głosu lektora Polskiej Kroniki Filmowej. Tę naiwną propagandę dawno nauczyliśmy się brać w nawias, raczej nas śmieszy niż straszy. A jednocześnie wiemy, że wcale tak różowo nie było. Wystawie patronują zresztą dwie książki wydane w ostatnim czasie, właśnie „Wielka trwoga” Zaremby oraz „1945. Wojna i pokój” Magdaleny Grzebałkowskiej. Nie do końca jednak odnajdziemy tu dramatyczny klimat tych lektur. Złowroga, budząca trwogę rzeczywistość będzie raczej kontrapunktem dla propagandy. Naprzeciwko propagandy antyniemieckiej – zdjęcia z pogromu dokonanego przez Polaków. Obok prototypów powojennego wzornictwa, projektów tkanin i mebli Strzemińskiego – zdjęcia z warszawskich targów, ukazujące nędzę tego okresu. Mam jednak wrażenie, że propaganda dominuje, podkręcona w dodatku przez fotokolaże Pindora.

Gdy już opuszczamy sale bliższe doświadczenia wojny, to napięcie rozpływa się. Fajny dizajn, kino, pocieszne komentarze lektora PKF i robiąca wrażenie Wystawa Ziem Odzyskanych z wieżą z wiader i nowoczesnymi pawilonami projektowanymi m.in. przez Stanisława Zamecznika. „Zaraz po…” przyjmuje perspektywę ku lepszemu, nowemu, chociaż wiemy, że za chwilę nastanie socrealizm. No i wciąż dotyczy tylko Polski i Polaków. Stąd ciągle mamy tu Ziemie Odzyskane oglądane z perspektywy propagandy, ale nie Ziemie Utracone, czy „Dziki Zachód”, o którym czytamy chociażby u Grzebałkowskiej.

zarazpo4

Dzięki tym lekturom oglądamy tę wystawę z inną wiedzą i inną świadomością niż oglądalibyśmy jeszcze kilka lat temu. Odnoszę wręcz wrażenie, że sztuka to za mało. Przypomniało mi się, jak na 7. Biennale w Berlinie Artur Żmijewski zaprosił do współpracy Centrum Przeciwko Wypędzeniom, które zorganizowało w Deutschlandhaus mini-wystawę pamiątek Niemców uciekających przed nadciągają Armią Czerwoną i porzucających swoje domy, by nigdy do nich nie powrócić. Miało to swoją siłę. Przypomniała mi się niedawna wystawa „Majątek” w Królikarni, gdzie m.in. za pomocą ruin i destruktów rzeźb z byłego niemieckiego majątku na Mazurach mogliśmy poczuć atmosferę „zaraz po” po obu stronach frontu.

Rodzaj dysonansu poznawczego w Zachęcie wynika też po części z faktu, że kuratorki zdecydowały się zrobić wystawę nieprzeładowaną informacjami, czytelną, na swój sposób lekką, a bardziej pogłębioną dyskusję przenieść do towarzyszącej ekspozycji publikacji; po części zaś z tego, że to jednak wystawa sztuki czy – nieco szerzej – dotycząca kultury wizualnej i życia intelektualnego, dla którego realia materialne i społeczne to tylko pewien kontekst. Z wystawy nie dowiemy się, jakie panowały nastroje społeczne. Ale poznamy, jaki przekaz otrzymywali Polacy przed seansem w kinie, a nawet, co mogli sobie w kinie obejrzeć (jedną ze ścian pokrywają plakaty filmowe). Taki obraz jest zawsze ułomny, a miejscami niemal nostalgiczny.

Knaf

knaf
Leszek Knaflewski, „Rain-carnation”, 2000

Na „Dwutygodniku” ukazał się właśnie mój tekst o wystawie „Przestrajanie” w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej. To pośmiertna wystawa Leszka Knaflewskiego, w której bierze też udział kilku absolwentów jego Pracowni Audiosfery. „Przestrajanie” Knaflewskiego przez Zamojskiego, Orłowskiego Olszową, Smoleńskiego czy Bąkowskiego nie zawsze się udaje. Piszę też trochę o rozporkach, otwartych i zamkniętych. Więcej tu: Słuczone żarówki.

O Knaflewskim pisałem też wcześniej przy okazji wystawy jego prac z lat 80. w Piktogramie i Leto: Knaflewski w Leto i Piktogramie.

Odbudowa

brzeska

Symbolem tegorocznej edycji festiwalu „Warszawa w budowie” jest Jolanta Brzeska. Jej wizerunek wita wchodzących do byłego liceum Hoffmanowej przy ulicy Emilii Plater, gdzie mieści się wystawa „Spór o odbudowę”, kuratorowana przez Tomka Fudalę. Na fasadzie budynku Rafał Jakubowicz zainstalował schematycznie zarysowaną twarz Brzeskiej, wieczorem podświetlaną. Przypomina szablony, które pojawiły się na murach w całym mieście po jej zamordowaniu (chociaż policja przez jakiś czas uznawała jej śmierć za samobójstwo). Ciało Brzeskiej znaleziono spalone w Lesie Kabackim. Na szablonach widniało hasło „Wszystkich nas nie spalicie”. Jakubowicz przytacza zaś słowa samej Brzeskiej „Trzeba coś zrobić”, ponoć powtarzane przez nią na spotkaniach ruchu lokatorskiego, który współtworzyła jako aktywistka i jedna z ofiar czyścicieli kamienic. Artysta chciałby, by jego praca zawisła na stałe gdzieś w Warszawie.

Do Brzeskiej nawiązała w swoim krótkim przemówieniu podczas otwarcia ministerka kultury Małgorzata Omilanowska (chociaż przekręciła jej nazwisko, zdarza się). Omilanowska nie miała wątpliwości, że Brzeską zamordowano. Mówiła o skandalu i wstydzie. O tym, że mamy w kranie ciepłą wodę, ale widok za oknem woła po pomstę do nieba. Chodzi tu bowiem o jakoś przestrzeni miejskiej, o nieumiejętność współpracy między różnymi organami państwowymi, o niekompetentnie tworzone plany zagospodarowania przestrzennego, wreszcie o skandaliczną niemoc aparatu państwa wobec problemu roszczeń i działalności stricte przestępczej. Omilanowska umieściła wystawę o odbudowie Warszawy w odpowiednim kontekście – teraźniejszości. Nieprzypadkowo wspomniała też książkę „13 pięter” Filipa Springera. Jeśli planujemy nasze miasta, podejmujemy decyzje urbanistyczne i polityczne, ich konsekwencje rozciągają się na kolejne dziesięciolecia.

Podobnie skonstruowana jest sama wystawa. Składa się z dwóch części – archiwalnej i aktywistycznej, przy czym to ta druga ma pierwsze i ostatnie słowo.

Część archiwalna, złożona z wyblakłych rysunków zniszczonych budynków i nowych projektów, pokazuje odbudowę jako zawarty w tytule spór. Po pierwsze: odbudowywać czy nie? Odbudowywać czy budować od nowa? Stare budynki zyskują nową szatę. Pojawiają się nowe ulice, stare zostają przedłużone. Do stolicy wracają mieszkańcy. Wreszcie, by to wszystko mogło mieć miejsce, Bierut, doglądający gospodarskim okiem pracę architektów i urbanistów, na wystawie zmultiplikowany na kolażu obrazów wypożyczonych z Kozłówki, ogłasza słynny dekret, na mocy którego znacjonalizowany zostaje grunt.

Decyzja Bieruta ma wiele reperkusji. I tu powstaje link z teraźniejszością. Serce wystawy bije w miejscu oddanym do dyspozycji aktywistom ze skłotu Syrena. Do głosu zostają dopuszczeni mieszkańcy z czyszczonych kamienic w rodzaju rekonstrukcji mieszkania, w którym ze ściany wyrwane zostają kontakty, a krany wycięte. Nie ma prądu ani wody. Meble są arbitralnie ucięte.

To skrajne przypadki, ale mają miejsce częściej niż by się wydawało osobom, które sami się z tym nie stykają. Problem odbudowy, chociaż podjęty szeroko i dogłębnie, to zaledwie pretekst, by rozmawiać także o tych procesach, które z samą odbudową aż tak bezpośrednio się nie wiążą. Bo jak pokazuje m.in. ostatnia książka Springera, to często te same problemy, z którymi mierzyli się warszawiacy także przed wojną: braku spójnej polityki mieszkaniowej państwa i nazywania rzeczy po imieniu.

Zresztą z tym nazywaniem rzeczy po imieniu bywa różnie. Kontrowersje części aktywistów wzbudziła infografika pokazująca potrzebę uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej z prawdziwego zdarzenia, w której nie tłumaczy się, kim są „właściciele” odzyskiwanych budynków i wskazuje, że są niejako równie pokrzywdzeni (przez historię) jak wyrzucani na bruk mieszkańcy czyszczonych kamienic. Nawet pani minister wypowiadała się w innym duchu i cała wystawa ma inną wymowę. I bynajmniej nie wynika z niej, że problem ma „słaby potencjał polityczny”. Wręcz przeciwnie. Sprawa nie dotyczy zresztą wyłącznie przejmowanych kamienic, ale też roszczeń o budynki użyteczności publicznej (np. Królikarni), a w szerszej perspektywie – braku mieszkań komunalnych i mieszkań pod wynajem.

wwb7

Zresztą na wystawie nie ma indywidualnych historii skrzywdzonych przez historię właścicieli. Są za to historie lokatorów, opowiedziane ze szczegółami, jak historia Jolanty Brzeskiej z Nabielaka 9. W dokumencie z 1945 roku Biuro Odbudowy Stolic odnotowuje: „stan – wypalony, wniosek – do rozbiórki”. Ojciec Jolanty Brzeskiej był wśród robotników remontujących dom, mimo tej rekomendacji. Po latach decyzja o zwrocie budynków nie uwzględniała kosztów powojennej dobudowy.

W innym miejscu skłot Syrena cytuje sms od mieszkanki czyszczonego domu na Włochach: „Spadkobierca wtargnął do mieszkania, wyrywał kable ze ścian, zabrał umywalkę, zamknął nam toaletę. Robiąc dalej «remont» demontował żyrandol wraz z kablami, zasypał korytarz tynkiem z sufitu. Złapał mnie za szyję, zbił okulary. Wezwałam patrol policji, funkcjonariusz zobaczył jego akt własności mieszkania i powiedział że on jest u siebie i może robić co chce”. Aktywiści, którzy swą część ekspozycji nazwali „W. oskarża”, w odniesieniu do głośnej wystawy „Warszawa oskarża”, pokazują też dysproporcje między wydatkami na mieszkalnictwo i odszkodowaniami finansowymi, jednocześnie rosnącymi czynszami za lokale komunalne i malejącymi nakładami na ich remonty. Na godle w zaaranżowanych biurze miejskiego decydenta z orła zostało jedynie piórko.

„Spór o odbudowę” to zdecydowanie najważniejsza z dotychczasowych edycji „Warszawy w budowie”, wystawa, która – miejmy nadzieję – będzie też miała swoje konsekwencje. Dawno nie było wystawy tak aktualnej i tak politycznej, a zarazem dziejącej się w tak adekwatnym miejscu i tak znakomicie zaprojektowanej czy raczej – wkomponowanej w zastaną przestrzeń. Muzeum Sztuki Nowoczesnej, realizując różne cele, staje się tubą dla ruchów lokatorskich czy aktywistów ze skłotu Syrena. W liceum Hoffmanowej, nieczynnym, bez uczniów, muzeum staje się prawdziwie krytyczne.

PS

Kolektyw Syrena wydał też opinię na temat byłego liceum Hoffmanowej, w którym zorganizowano wystawę (to aktywiści z Syreny wskazali Muzeum tę lokalizację), cytuję: „Wysiedlony zespół szkół nr 125 (Hoffmanowa) nie jest przedmiotem reprywatyzacji – ratusz podjął decyzję likwidacji szkoły ze względu na plan zabudowy gruntu wieżowcami. Sprzedaż działki pod drapacze chmur ma wg planu przynieść warszawskiemu samorządowi potrzebny zastrzyk gotówki. Sztucznie wytworzona wartość gruntu spadła jednak właśnie o połowę, z 400 mln do 210 mln zł. Tymczasem w ramach reprywatyzacji Warszawa w ciągu zaledwie trzech lat 2011-2013 musiała wypłacić garstce osób odszkodowania w wysokości ponad 1 mld złotych, tj. dwa razy tyle niż cały stołeczny budżet na kulturę w 2015 roku czy 40 lat działania publicznych stołówek szkolnych, których prywatyzację kolektyw Syrena nieskutecznie blokował wraz z rodzicami i uczniami warszawskich szkół”.

 

VAG

vag1
Projekt nowej siedziby VAG

Ponieważ od trzech lat jestem związany z dwoma miastami, Warszawą i Vancouverem, jedną nogą stojąc w Polsce, drugą na zachodnim wybrzeżu Kanady, mogę równolegle obserwować proces powstawania nowych budynków poświęconych sztuce współczesnej: Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MSN) oraz Vancouver Art Gallery (VAG). Jest tu wiele podobieństw.

VAG to mało ruchliwa, ale jedyna duża instytucja poświęcona sztuce w Vancouverze i już przez to niezwykle istotna. Od lat 80. mieści się w budynku, który pierwotnie mieścił sąd, a po jego wyprowadzce został dostosowany na potrzeby wystawiennicze przez Arthura Ericksona, najbardziej znanego lokalnego architekta. VAG cierpi na brak miejsca. Nie ma gdzie prezentować swej kolekcji, a tym samym pochwalić się pracami twórców tzw. Vancouver School (Jeff Wall, Stan Douglas, Ken Lum, Rodney Graham). Nie ma nawet audytorium. Kwestię nowej siedziby podjęła dyrektorka VAG Kathleen Bartels.

Proces inwestycyjny jest w zasadzie podobny do tego w Warszawie. W pierwszym kroku VAG pozyskał działkę od miasta, niezbyt duży kwartał w Downtown, gdzie obecnie parkują samochody. Koszty inwestycji szacowane są na 350 milionów dolarów, z czego VAG jak dotąd ma zapewnione jedynie 73 milionów (50 milionów z budżetu prowincji). Pozostałą kwotę planuje pozyskać w najbliższym czasie, przy czym aż 150 milionów – od prywatnych sponsorów. Tak bowiem to zazwyczaj wygląda w Ameryce. Budowa ma ruszyć w 2017 roku, a ostateczne otwarcie nowej siedziby jest planowane na rok 2021 (daty pokrywają się z warszawskimi). Budynek będzie liczył około 29 tys. metrów kwadratowych (niemal dwukrotnie więcej niż MSN), przy czym sama przestrzeń wystawiennicza to niecałe 8 tys. metrów kwadratowych. Połowę z tego zajmie kolekcja. Biuro architektoniczne wybrano w zamkniętym konkursie. Postawiono na jedno z najbardziej znanych biur architektonicznych na świecie – szwajcarskie Herzog & de Meuron. To sprawdzony, zachowawczy wręcz wybór, wskazujący na ambicje i swoistą vancouverską prowincjonalność – ma być tak, jak już się sprawdziło na świecie (biuro projektowało m.in. Tate Modern).

Chociaż od bardzo dawna nie powstał w Vancouverze żaden ważny budynek użyteczności publicznej (nie licząc kilku inwestycji w infrastrukturę związanych z olimpiadą zimową), sam konkurs nie wzbudza tylu emocji co warszawskie MSN.

Kilka dni temu, dosłownie tydzień po upublicznieniu wstępnej koncepcji nowego Muzeum Sztuki Nowoczesnej na placu Defilad, podobna uroczystość odbyła się w Vancouverze.

vag2

Wstępny projekt nowej siedziby VAG zakłada budowanie wzwyż. Budynek ma mieć wysokość 70 metrów. Podobnie jak w Warszawie, jego formę ogranicza bowiem kształt działki, a dyrekcji VAG i architektom zależało też na stworzeniu łatwo dostępnej, przyjaznej przestrzeni publicznej, której w mieście brakuje. Projekt zakłada powstanie otwartego, ale zadaszonego placyku (Vancouver słynie z deszczy). Zaskakuje z jednej strony forma, z drugiej – nietypowy jak na budynek muzealny materiał fasady. Architekci zaprojektowali szereg nałożonych jedna na drugą pokrytych drewnem prostopadłościanów różnej wielkości.

Drewno to surowiec, którego w Kolumbii Brytyjskiej nie brakuje, ale raczej nie pojawia się w większych realizacjach architektonicznych. Jak głosi tytuł książki Douglasa Couplanda, vancouverczyka i autora „Pokolenia X”, Vancouver to „glass city”, miasto szkła. Niemal całe centrum zabudowane jest szklanymi wieżowcami (architektonicznie Vancouver naprawdę przynudza). Gdyby zaprojektowano niski budynek, argumentuje Bartels, prawdopodobnie zginąłby wśród okolicznej zabudowy. Nowa siedziba VAG będzie się więc wyraźnie odcinać od otoczenia, i formą, i użytymi materiałami. Na renderingach widać też sporo zieleni, wkomponowanej w sam projekt, co przypomina inne realizacje muzealne Herzog & de Meuron, na przykład muzeum De Young w San Francisco (tam budynek dodatkowo mieści się w parku).

Projekt vancouverski, chociaż absolutnie nie pasowałby do Warszawy, spełnia stawiane przez wielu warszawskich komentatorów warunek, by nowy budynek był „ikoną” (Kuba Banasiak pisał ostatnio o „mądrej ikonie”), to znaczy by się odznaczał, był inny, zaskakujący, by stał się nowym symbolem miasta. Wydaje mi się jednak, że Warszawa bardziej potrzebuje porządku przestrzennego. W Vancouver wszystkie ulice przecinają się pod kątem prostym. Jeśli zaś chodzi o spektakularną architekturę, Vancouver ma pewne kompleksy wobec do swego sąsiada po drugiej stronie granicy, Seattle, gdzie muzeum sztuki (SAM) projektował m.in. Robert Venturi, muzeum kultury popularnej (EMP) – Frank Gehry, a miejską bibliotekę – Rem Koolhas (ta ostatnia nie ma sobie równych). W Vancouverze nie ma żadnego budynku projektowanego przez tzw. starchitekta. Stąd też może wybór Herzog & de Meuron.

biblseattle
Biblioteka Publiczna w Seattle

Tuż po upublicznieniu projektu VAG, w Internecie posypały się kąśliwe uwagi: że przypomina grę w Jengę, klocki Lego albo ustawione jeden na drugim kontenery; że utrzymanie drewnianej fasady będzie kosztowało krocie; że szkolnictwo jest w niedofinansowane, a tu taka ekstrawagancja. Podobnie więc jak w Warszawie, tylko o wiele spokojniej. Inna jest tam bowiem kultura internetowa świata sztuki, po obu stronach – internautów i instytucji. Pierwsi dzielą się opiniami, ale trudno by je nazwać „hejtem”, a galeria nie podsyca tej mało konstruktywnej dyskusji. Czego nie można powiedzieć o MSN; muzeum po ogłoszeniu nowego projektu rozpropagowywało wszelkie pojawiające się w necie przeróbki nowego budynku (MSN jako Biedronka itd.), jednocześnie na wyrost nazywając je „hejtem”. VAG w ogóle nie odpowiada na facebookowe komentarze i lepiej na tym wychodzi. Dyrektorka VAG mówi tylko w wywiadzie, że ma nadzieję w najbliższej przyszłości przekonać wątpiących.

Jest też inna strona medalu. Dyskusja wokół VAG jest raczej płaska. Nie towarzyszy jej refleksja nad społeczną rolą muzeum. VAG realizuje model muzeum-rozrywki, punktu na mapie turystyki kulturalnej. Ma ambicje światowości. Chce je spełnić za pomocą spektakularnego budynku zaprojektowanego przez słynne biuro architektoniczne. Nie zauważa jednak własnego kryzysu tożsamościowego i słabości programowej, której nie pomoże nawet najlepsza kolekcja. MSN to muzeum młode, ze świetnym programem, ogromną ilością wydarzeń, z jeszcze niewielką, ale rosnącą kolekcją. Wkrótce utraci swą tymczasową siedzibę, co VAG, nawet jeśli budowa nowej siedziby nie dojdzie do skutku (zakładane koszty są ogromne nawet jak na kanadyjskie warunki), nie grozi.

W przeciwieństwie do MSN-u, VAG nie ujawnił też planów wnętrza budynku. Wiemy o nim niewiele, poza faktem, że na wystawy będzie się wjeżdżało windą. MSN i architekt nowego muzeum Thomas Phifer podkreślają, że to funkcjonalność była punktem wyjścia dla stworzeniu projektu. Komentatorom łatwiej skupiać się na fasadach.

Rydet

rydet

Muzeum Sztuki Nowoczesnej po krótkiej przerwie otworzyło nowe wystawy, trzy na raz. Serwuję je sobie stopniowo. Wczoraj zacząłem od piętra Emilki, gdzie Muzeum pokazuje zdjęcia Zofii Rydet z jej słynnego „Zapisu socjologicznego”. Kuratorzy Sebastian Cichocki i Karol Hordziej wyszli od idei wystawy, o której myślała sama fotografka. Świadczą o tym jej notatki i listy zebrane w jednej z gablot. Układ cykli na wystawie jest zgodny z jednym ze scenariuszy nigdy nie zrealizowanej ekspozycji z początku lat 80. Co do wyboru zdjęć i sposobu prezentacji, kuratorzy musieli podjąć wiele decyzji sami.

Zwiedzanie najlepiej zacząć od krótkiego fragmentu filmu z wywiadem, który przeprowadził z Rydet w 1990 roku Józef Robakowski (sam występuje wraz z ówczesną żoną Małgorzatą Potocką w cyklu „Artyści”). Rydet mówi, że aspekt dokumentalny całego przedsięwzięcia, któremu poświęciła ponad 20 lat życia, chociaż ważny, nie jest dla niej pierwszoplanowy. Bardziej liczyło się spotkanie z ludźmi, „odkrywanie człowieka”. Ale wchodząc do czyjegoś domu, najpierw wykonywała fotografie, by – jak mówi – „nie utracić świeżości”, dopiero potem rozpoczynała rozmowę. Odżegnywała się od sugestii naukowości „Zapisu socjologicznego” (tytuł wymyśliła teoretyczka Urszula Czartoryska), chociaż niczym etnografka jeździła od wsi do wsi, fotografując ludzi w ich domach. Nie zależało jej też na etykietce artysty, raczej na „sile działania tego, co robi”. Jej zdjęcia rzeczywiście „działają”, fascynują. To fascynacja z jednej strony konsekwencją fotografki, z drugiej – tym, że otwierając swe domy dla jej aparatu, ci ludzie otwierają je też dla nas. Zaglądanie jest kwintesencją „Zapisu”.

Sam fakt, że największą jak do tej pory wystawę Rydet organizuje Muzeum Sztuki Nowoczesnej, nie jest bez znaczenia. To instytucje namaszczają artystów i budują hierarchie. Kontekstem dla twórczości Rydet staje się nie tylko historia fotografii czy dokumentu, ale szeroko pojęta sztuka. Pamiętajmy, że w krótkiej historii Muzeum indywidualne wystawy mieli Andrzej Wróblewski, Włodzimierz Borowski, Alina Szapocznikow. Dorobkiem Zofii Rydet w ostatnich latach interesowało się wiele osób i instytucji, ale głównie z pola fotografii. Wystawa w MSN-ie to pierwsza możliwość przyjrzenia się temu niezwykłemu dorobkowi bardziej dogłębnie. Stworzono ku temu świetne warunki.

Przy pierwszym kontakcie myślimy o tych zdjęciach jako dokumencie. Tego świata po prostu już nie ma. Nie ma tych ludzi, domów, wnętrz. A że w polskich domach, odwiedzanych przez Rydet, roiło się od przedmiotów, jest się czemu przyglądać. Istne horror vacui. Ściany malowane w kolorowe wzorki, makatki, plakaty. TSA, Queen, Kombi – zgodnie z tym, czego słuchano w tamtych czasach. Dalej trofea myśliwskie, pamiątki, no i rodzinne zdjęcia. Zgromadzone rzeczy zdradzają zainteresowania mieszkańców. Na przykład obok wykresu „stratygrafia ziemi” wiszą czterej Beatlesi w osobnych ramkach. Rydet mówiła, że wykonując zdjęcie, które stanęło u początku cyklu, przekonała się, że „przedmioty często mówią więcej o człowieku, aniżeli on sam o sobie”. Są tu wnętrza, którym można by poświęcić długie godziny.

Rdzeń „Zapisu socjologicznego” stanowią fotografie ludzi we wnętrzach. W Muzeum ułożono je na jednej długiej ścianie. Zgodnie z rytmem życia otwierają go dzieci, zamykają staruszki. Między zdjęcia z różnych regionów Polski gdzieniegdzie wetknięto te wykonywane w domach amerykańskiej Polonii, a także do tej pory niepokazywane fotografie barwne. Temu rdzeniowi towarzyszą różne pod-cykle: zawodów, artystów, kobiet na progach ich domów, telewizorów we wnętrzach. Są tu też prace poświęcone miejscu, jakie w odwiedzanych przez Rydet domach zajmują prywatne zdjęcia. W latach 80. osobny album poświęciła też wizerunkom Jana Pawła II w mieszkaniach Polaków.

rydet 2

Zdjęcia nie mówią jednak wszystkiego. I chciałoby się im zadać wiele pytań. Kim są ci ludzie? Dlaczego niektóre kobiety mają na sobie ludowe stroje – tylko do zdjęcia czy naprawdę tak się nosiły? Czy żyje mąż kobiety, która pozuje sama, trzymając na kolanach zdjęcie ślubne? I dlaczego starszy pan postanowił zapozować na zewnątrz domu z oprawionym w ramkę zdjęciem blond piękności, w której rozpoznaję Catherine Deneuve?

Punktem odniesienia dla Rydet mogą być znani fotografowie o socjologicznym zacięciu, zwłaszcza August Sander. Ale oglądając „Zapis socjologiczny” myślałem też o czymś zgoła odmiennym. Na przykład, jak by się do tego miały fotografie bohemy z tamtego czasu? Spektrum zainteresowań Rydet jest bowiem dosyć wąskie, konserwatywne. Jej bohaterowie niemal nie wychodzą z domu. Pracują, śpią i się modlą. Czasem posłuchają muzyki, czasem skleją model samolotu. Jest swojsko, rodzinnie, tradycyjnie. W MSN-ie można się wręcz nabrać na mit „wsi spokojnej”, mit Polski jako krainy zamieszkiwanej przez ludzi biednych, acz poczciwych. Nawet artystów w ich pracowniach fotografowała podobnie jak wnętrza chłopskich chat. Jakby ich życie nie różniło się od codziennych perypetii pani pracującej w skupie jaj („Jajo świeże, bez wad to jajo pełnowartościowe”). Może więc jednak przedmioty nie mówią o człowieku aż tak wiele?

WGW 2015

wgw
Fotografie Józefa Robakowskiego w lokalu_30

Trudno opisać dwadzieścia dwie wystawy w jednym tekście. A dokładnie tyle galerii uczestniczyło w tym roku w Warsaw Gallery Weekend. W najnowszym tekście na łamach „Dwutygodnika” nieco szerzej piszę o wystawach moim zdaniem najciekawszych oraz komentuję całe wydarzenie. Do niektórych galerii na pewno jeszcze wrócę. W pierwszej kolejności polecam wizytę w Galerii Le Guern, lokalu_30, Fundacji Galerii Foksal, Polach Magnetycznych, Stereo i Monopolu. Wystawy trwają dłużej niż trzy weekendowe dni!

O tegorocznej edycji Warsaw Gallery Weekend: „Bez zbędnego prężenia muskułów”.

A tak było 3 lata temu: mój tekst „Zielona wyspa”, również na łamach „Dwutygodnika”.

Muzyka barw

a

Tegoroczny Warsaw Gallery Weekend rozpocząłem od barwnego koncertu Emila Cieślara w Polach Magnetycznych. W odróżnieniu od pompy całej imprezy, w Polach jest kameralnie, spokojnie i jakby nie na czasie – w pozytywnym sensie. Emil od kilkudziesięciu lat rozwija swoją teorię barw i jej też poświęcona jest wystawa „Solfeż muzyki barw”. Tworzy gamy barwne, szuka progowych interwałów – najmniejszych różnic między barwami, dostrzegalnych przez oko człowieka. Gdy zaczyna opowiadać, pokazując tablice i gamy kolorów, takiemu laikowi jak ja niełatwo za nim nadążyć.

Ale to nie tyle wystawa prac, galeria zamienia się bowiem w instrument, na którym gra sam artysta. Pierwszego wieczoru towarzyszyli mu muzycy, m.in. Jerzy Słoma Słomiński, znajomy Emila i Elżbiety Cieślarów jeszcze z czasów galerii Repassage w latach 70. Było klimatycznie, nie mogłem się pozbyć wrażenia, jakbyśmy trochę przenieśli się w czasie. Instrument, na którym gra Cieślar, składa się z prostych lamp o podstawowych kolorach (RGB) umieszczonych za ekranem i tzw. „przeszkód” pomiędzy, dzięki którym na ekranie powstaje geometryczne układy. Emil gra, zmieniając natężenie światła poszczególnych lamp. Efekty przypominają stare abstrakcyjne filmy awangardowe, chociaż analogie między muzyką i obrazem nie są tu tak oczywiste, obraz nie jest muzyce podległy.

W galerii znalazł się też praca „Muzyka gwiazd”, na której Cieślar wyrysował niebo z konstelacjami, Drogą Mleczną i Zodiakiem, kolorami oddając temperaturę gwiazd. Tu widz może zagrać sam – zmieniając nasycenie barw skierowanego na pracę światła.

b
Teoria barw opiera się na nauce i wywody Emila są bardzo naukowe. Sam koncert jest jednak intuicyjny, synestezja – jak mówi artysta – zachodzi na poziomie odbioru przez umysł człowieka. Podczas koncertu dochodzi do tego specyficzna, intymna atmosfera, nie bez znaczenia jest fakt, że wszystko jest analogowe – lampy, ekran, panel sterujący, przy którym siada Emil, bardzo w duchu do-it-yourself. Koncert jest więc trochę niedzisiejszy, trochę nostalgiczny, ale absolutnie nie naiwny. Jakby w takich prostych, zdawałoby się dawno przebadanych obszarach, coś się jeszcze kryło.

Wszystko sprowadza się bowiem do człowieka. W wywiadzie, którzy przeprowadzili Gunia Nowik i Patrick Komorowski (bon anniversaire, Patrick!), Emil mówi naukowo-poetycko: „W rzeczywistości nie żyjemy w trójwymiarowym świecie – są jeszcze sny, wszystko jest w ruchu. Wymiary skracają się lub wydłużają w zależności od nastrojów – minuta staje się wiecznością, a wieczność minutą. Odległość światła gwiazd jest niesamowita, ale tylko pozorna. Neuron chwyta elektron, a ten, pobudzany przez foton, jest w naszych nerwach i żyłach. W chaosie zjawisk każde indywiduum tworzy swój schemat, jest swoim uniwersum. Sięgam po naukę, bo ona łączy nas z tym wszechświatem”.

E-K

c

Skromna, kameralna wystawa Tadeusza Rolke w Studiu Awangardy. Pod tytułowe „E-K” można podstawić dwa nazwiska: Edwarda Krasińskiego i Eustachego Kossakowskiego. Wybór prac jest specyficzny, ma pokazywać prywatne i zawodowe relacje łączące Rolkego z oboma panami. Za zdjęciami kryją się anegdoty. Jedną z nich Rolke przywitał gości na wernisażu. Nie przywołuję jej, bo spalę, ale występowały w niej dziewczyny z Zielonej Góry, kierowca Witek, Rolke, Kossakowski i sporo alkoholu. Panów E.K. łączy też charyzmatyczna postać Anki Ptaszkowskiej, najpierw żony Krasińskiego, a potem – już w Paryżu – Kossakowskiego.

Zdjęcia wyeksponowane w pawilonie zbudowanym na tarasie studia Krasińskiego nie układają się w żaden cykl, nie tworzą spójnej całości. Mówią o przyjaźni fotografów (Rolke, Kossakowski) i artysty (Krasiński). Kossakowskiego spotkamy tu razem z pieskiem o imieniu Peggy, a Krasińskiego w pozycji leżącej – na przykład na stole podczas przyjęcia w Łucku, jego rodzinnym mieście, gdzie grupa przyjaciół pojechała świętować wraz z nim otwarcie wystawy. To wyjazd już dziś legendarny. Na fotografii rozpoznamy m.in. Dorotę Monkiewicz, Adama Szymczyka i córkę artysty, Paulinę Krasińską. Na innym zdjęciu Krasiński leży obok pracy Kojiego Kamojiego „Dno nieba” (ułożone na tarasie blachy odbijały to, co nad nim, czyli właśnie niebo). Są tu też miejsca dla nich ważne – bar Gruba Kaśka, w którym Krasiński często bywał i którą też oznaczył niebieskim paskiem, Galeria Foksal, Paryż, Zalesie.

b
Ola Ściegienna otwiera wystawę, Tadeusz Rolke opowiada anegdotę.

Zgrabny układ fotografii uzupełnia gablota z oryginalnymi fotoreportażami drukowanymi w piśmie „Stolica”. W tamtych czasach fotograf „Stolicy” czy „Polski” to był ktoś. W reportażu „Skuterem po Warszawie” autorstwa Kossakowskiego i Rolke pozują z kobietami sami fotografowie. Zdjęcia wyglądają jak sceny z Felliniego. Dziś ogląda się to z sentymentem. Wiele w tym elegancji. Na współczesne przejawy lansu nie reagowalibyśmy równie przychylnie.

Muzeum

TPP_MSN_TR_widok_z_lotu_ptaka
Wizualizacja projektu Muzeum Sztuki Nowoczesnej i teatru TR Warszawa, pracownia Thomas Phifer and Partners. Widok z lotu ptaka

Warszawskiej epopei muzealnej ciąg dalszy. To, że nowa siedziba Muzeum Sztuki Nowoczesnej nie będzie tak zwaną ikoną, wiadomo było od dawna (albo inaczej: zmieniła się definicja „ikony”). Ta dyskusja przetoczyła się już wiele lat temu, gdy poprzedni konkurs na budynek muzeum wygrał Christian Kerez. W międzyczasie przestaliśmy oczekiwać „efektu Bilbao”. Gdyby muzeum budowano 15-20 lat temu, być może byłby to Liebeskind (dzisiaj krajobraz Warszawy szpeci jego „żagiel”). Potem liczono na kogoś pokroju Zahy Hadid (nie udało jej się „sprzedać” stolicy wieżowca-kaktusa). Na konferencji prasowej zorganizowanej na placu Defilad Thomas Phifer kwieciście i pełen zapału opowiadał o swoim nowym projekcie i fascynacji energią Warszawy.

Dziś nie ma już tych emocji, które towarzyszyły konkursom przed laty (przypomnę, że pierwszy odwołano, drugi wygrał Kerez). Nie ma śledzenia szwajcarskich spisków, głośnych rezygnacji z urzędu, protestów. Jest prosty projekt, do tego o wiele mniejszego budynku niż zakładano za czasów dyrektora Zielniewicza. Są realia. I jakaś nadzieja, że Muzeum jednak powstanie. Wszyscy są jednak ostrożniejsi w entuzjazmie.

Po fiasku projektu Kereza MSN i Teatr Rozmaitości wzięły sprawę w swoje ręce i same prowadzą inwestycję. W zamkniętym konkursie wybrano nie projekt, lecz biuro architektoniczne. Potem dopiero zaczęto projektować. O niektórych detalach wiadomo było z wywiadów od jakiegoś czasu: że będą to osobne budynki muzeum i teatru; że muzeum będzie białe, a teatr szary; że charakterystyczną cechą przyszłej siedziby MSN-u będzie półprzezroczysta fasada z „tkaniny” z białego teflonu.

Thomas Phifer przedstawił dziś projekt dziennikarzom, a Muzeum opublikowało renderingi. Tym razem nie było makiety (osobiście żałuję, bo lubię). Na wizualizacjach muzeum i teatr wyglądają minimalistycznie, oszczędnie, radykalnie. Jakby to były dopiero zamarkowane bryły, a nie ostateczny wygląd budynków. Podwójna biała fasada muzeum (biała tkanina ma być odsunięta od właściwego budynku o kilka metrów) oraz aluminiowe, ażurowe pokrycie teatru mają silnie kontrastować z otoczeniem. Podobnie zakładał Kerez, jednak Phifer posunął się kilka kroków dalej.

Na konferencji prasowej Joanna Mytkowska zdradziła też kilka szczegółów układu funkcjonalnego budynku. Na parterze: niebiletowane galerie „szybkiego reagowania”, audytorium, hol zlewający się z forum między budynkami. Na pierwszym piętrze: galerie „eksperymentalne” i „badawcze” (jako badawczą Mytkowska określiła ostatnią wystawę Wróblewskiego w MSN-ie) oraz biblioteka, archiwa (specjalne miejsce ma zająć Archiwum KwieKulik) i rekonstrukcja Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Drugie piętro to ciągi sal „klasycznych” i „monumentalnych”, przerywane mniejszymi pomieszczeniami, w których będzie można chwilę odpocząć od sztuki i cieszyć się widokiem miasta. Największa monumentalna sala ma liczyć aż 500 metrów kwadratowych (dla porównania Matejkowska w Zachęcie ma 300). Biała wieża dostawiona do bryły muzeum (sama bez specjalnej funkcji) kryje osobne wejście do kina ukrytego pod powierzchnią.

Podkreślano otwartość, kształtowanie przestrzeni miejskiej oraz fakt, że wiele miejsca podczas procesu projektowania poświęcono funkcjom i potrzebom instytucji.

winda
Przyszła wieża i winda do kina

Na placu Defilad, w miejscu, w którym mają zostać wzniesione muzeum i teatr, wymalowano białą farbą plany przyszłych budynków, po których oprowadzać będą jutro pracownicy muzeum i teatru. Na razie wszystko jest wirtualne. Na razie budynki na renderingach przykrywa rodzaj mgiełki. Wszyscy widzą, jak daleko potrafią odejść od wizualizacji właściwe realizacje. Na razie wygląda bardzo dobrze. Chciałoby się powiedzieć, że to krok milowy, ale przecież wracamy do niemal tego samego punktu, w którym sprawa muzeum była wiele lat temu.

 

Chwasty

DSC08001 (2)

W Miejscu Projektów Zachęty wyrosła łąka. Wewnątrz budynku wygląda spektakularnie i absurdalnie. Rośliny niskie i wysokie zajmują kilka metrów kwadratowych. Artystka Karolina Grzywnowicz przeniosła je z Bieszczad, z miejsc, w których kiedyś istniały miejscowości. Ich ludność została przesiedlona tuż po wojnie, m.in. w wyniku akcji Wisła. Wioski opustoszały.

Grzywnowicz interesują rośliny jako ślady po byłych mieszkańcach. W przeciwieństwie do budynków, po których gdzieniegdzie zostały zaledwie resztki fundamentów, rośliny przetrwały. Wciąż odradzają się na nowo. Stąd nagła obecność roślin ozdobnych w miejscach, gdzie dawno nie mieszkają już ludzie, czy drzew owocowych w środku lasu. To ślady po sadach i przydomowych ogródkach. W tekście towarzyszącym wystawie czytam, że „zmiany w strukturze i składzie chemicznym gleby wprowadzone kiedyś przez człowieka są na tyle znaczące, że dają możliwość przetrwania tym gatunkom nawet przez następne 600 lat”.

Przypomniał mi się przykład z innego zakątka Polski, lektura „Miedzianki” Filipa Springera. Położoną w okolicach Jeleniej Góry Miedziankę, dawny Kupferberg, w wyniku zmian granic po II wojnie światowej opuścili Niemcy, a przybyli tu Polacy też długo nie zagrzali miejsca (jak odkrywa Springer, w związku z rabunkowym wydobyciem uranu przez Rosjan). Z Miedzianki niewiele pozostało. Rynek zamienił się w łąkę. Ale jeden z wizytujących tu dawnych mieszkańców powiesił tabliczkę na starym drzewie „Erriner die Leute von Kupferberg”. Tym drzewem była śliwa, chyba nieprzypadkowo. Posadzić ją musiał jakiś człowiek.

Wystawa „Chwasty” Karoliny Grzywnowicz to też rodzaj epitafium.

DSC07983 (2)

Łące w galerii towarzyszy mapa z naniesionymi miejscowościami, których już nie ma, oraz zielnik, a w nim dosyć dobrze znane rośliny: porzeczka, lipa, narcyz, jabłoń. Opisom stricte botanicznym towarzyszą informacje, jak dane gatunki były wykorzystywane przez człowieka i o czym dziś może świadczyć ich obecność. Niektóre drzewa sadzono więc wokół cerkwi. Szczaw może dziś rosnąć tam, gdzie kiedyś wypasano owce, a pokrzywy – tam, gdzie nawożono obornikiem. Tarnina służyła za żywopłot, a kalinę koralową sadzono na grobach młodych dziewcząt, utożsamiano ją bowiem z młodością i dziewictwem.

Ciekawe, że w Warszawie w krótkim odstępie czasu pojawiły się dwa projekty artystyczne, w których rośliny grają pierwszoplanową rolę i wskazują na historię człowieka. W Cysternie obok CSW Gregor Różański zajmował się niedawno się roślinami, które przewędrowały długie odległości za sprawą ludzi (celowo lub przypadkiem). Przydługim informacjom towarzyszyły mikro-ogródki, rośliny posadzone w szklanych pojemnikach. To historia roślinnych migracji, ciekawy temat. Wystawa rozczarowywała jednak na poziomie czysto wizualnym, a nieufność budził fakt, że zbyt łopatologicznie rośliny porównywano tu do ludzi, „nielegalnych imigrantów”. Dostały swoją „zieloną kartę”.

Zainteresowanie artystów roślinami wpisuje się w szersze trendy współczesnej (post)humanistyki. Stąd zielniki na wielu wystawach (ale też zwierzęta, kamienie itd.). Nawet Róża Luxemburg prowadziła zielnik. Czasami można jednak odnieść wrażenie, że zebrany przez artystów materiał lepiej nadawałby się na książkę niż wystawę. Takie wrażenie towarzyszy mi zresztą często, gdy mam do czynienia ze sztuką opartą na badaniach. Jakby artyści zatrzymywali się w pewnym miejscu, nie wyciągali wniosków, a zbyt wcześnie szukali metafor. Grzywnowicz wychodzi obronną ręką. Jej gest jest silny, emocjonalny. Ale też chętnie przeczytałbym o tym książkę.