Piszę o sztuce i okolicach. Tu – wyłącznie z wewnętrznej potrzeby i dla przyjemności. Komentuję, szybko recenzuję i zamieszczam linki do moich tekstów. Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowych postach mailem, kliknij w "Obserwuj" w prawym dolnym rogu ekranu i podaj swój adres. Pozdrawiam. Karol – ktsienkiewicz@gmail.com, instagram.com/sienkiewicz.karol.ok, twitter.com/krlsienkiewicz
„Już z założenia nie da się tej wystawy obejrzeć w całości jak spektaklu, który rozpoczyna się o określonej godzinie i o określonej godzinie kończy. Tu akcja toczy się w kilku miejscach jednocześnie. W perspektywie długiego korytarza ubrana na czarno kobieta dynamicznie wymachuje czarną flagą. Flaga jest większa niż kobieta. Materiał wykonuje w powietrzu efektowne ósemki. Gdzie indziej tancerz leży na tapczanie w pozie odaliski. W innej sali wpatrzona w sufit tancerka opowiada o zrujnowanym mieście – nagle odwraca się i patrzy ci prosto w oczy.
Nie ma w tym jednak przypadkowości. Tancerze utrzymują z tobą kontakt wzrokowy, robi się intymnie, jakby zwierzali ci się ze swoich tajemnic i głębokich przemyśleń. Gdy kończy się jedna opowieść, obok zaczyna się druga. Podążasz za ich głosem. Tancerze pociągają cię za sobą z jednego pomieszczenia do drugiego – wzrokiem, ruchem, gestem. Niepostrzeżenie dyrygują ruchem widzów. Ale wszystko wydaje się dziać naturalnie. Nie wiedzieć kiedy, twój własny ruch po wystawie wydaje się zaplanowanym elementem choreografii. Jak już się w to wejdzie, trudno wyjść.
Przenosimy się w czasie i przestrzeni, z Chin do Indii, z Indii do Polski. Osobiste opowieści, wypełnione detalami, mieszają się z refleksją ogólniejszej natury. Tancerze przechodząc z sali do sali, zmieniają role. Wypowiadane teksty wyrażają nie tylko różne zaplecze kulturowe autorów. Zaproszeni przez Sickle pisarze wybrali też różne formuły opowieści. Każda ma inne natężenie emocjonalne. Przechodząc od sali do sali, wysłuchując kolejnych tancerzy, łatwo się w tym pogubić. Lepiej skupić się na fragmencie.
Tematem są gesty – na ile są naturalne, na ile zapamiętane z przeszłości, na ile wyuczone czy narzucone przez technologię? Co to znaczy podnieść rękę, zastanawia się Jacob Wren. W zależności od kontekstu, taki gest będzie miał inne znaczenie. A nogę? Mi You za pomocą gestów przedstawia życie mieszkańca chińskiej metropolii. W ruch idą chińskie aplikacje na smartfonach. Z chińskiego metra trudno wyjść. Drzwi rozsuwają się – tu tancerz wykonuje odpowiedni gest – ale pasażerowie nie chcą cię przepuścić. Amandeep Sandhu opowiada o dzieciństwie w Pundżabie. Trzeba uruchomić wyobraźnię”.
Modeks – świetna nazwa dla firmy odzieżowej. Tyle że Modeks nie był marką, lecz szwalnią – spółdzielnią działającą w Ostrowcu Świętokrzyskim. Mój przyjaciel z Ostrowca, Wojtek Mazan, kilka lat temu miał okazję wejść z aparatem tuż przed zamknięciem zakładu. Sfotografował wszystkie pomieszczenia i maszyny. Niedawno odszukał byłych pracowników Modeksu, którzy opowiedzieli mu o swym miejscu pracy, wytłumaczyli, do czego służyły poszczególne maszyny, opisali proces produkcyjny szwalni. Efektem jest książka „Modeks”, w której zdjęciom Wojtka towarzyszą krótkie wypowiedzi spółdzielców. Wojtek opatrzył książkę wstępem, ja – zakończeniem.
Przy okazji wydania książki cały materiał uzyskał też formę wystawy w ostrowieckim BWA.
Wojtka Mazana możecie znać z książki o Szmulu Muszkiesie, prowadzącym przed wojną zakład fotograficzny w Ostrowcu Świętokrzyskim. Wojtek odnalazł jego zdjęcia w prywatnych archiwach ostrowczan i później wydał. Tym razem pokazuje własne fotografie.
Modeks był spółdzielnią pracy. Zakład był własnością wszystkich pracowników. Na czele spółdzielni stał prezes, którego powoływała rada spółdzielni. Nie można było kogoś ot tak wyrzucić z pracy lub wsadzić na jakieś stanowisko. Wszystko musiało być ustalone z radą. Zatrudniając się w Modeksie, stawałeś się członkiem spółdzielni. Pewien procent poborów odprowadzany był na fundusz członkowski. Modeks szył dla firm krajowych i zagranicznych, z Zachodu. W dobrych czasach szyliśmy do trzydziestu tysięcy koszul miesięcznie.
Nikogo nie dziwi, że Wojtek uchodzi za ostrowieckiego patriotę, interesuje go nie tylko historia ostrowieckich Żydów (prowadzi bloga Żydowski Ostrowiec), ale też historia przemysłu, architektura, losy mieszkańców. Jeśli ktoś jednak uważa, że „Modeks” to po prostu wyraz lokalnego patriotyzmu, to się myli. Wojtek zajął się tym zakładem, bo go znał, pamiętał jeszcze z dzieciństwa. Ale budynek Modeksu okazał się nie tylko ciekawym tematem dla fotografa, stał się punktem wyjścia do opowieści o spółdzielczości, pracy, jej warunkach.
Wojtek pisze we wstępie: „Miałem nieodparte wrażenie dostępu do świata, który już przeminął, jakbym zwiedzał skansen. Poznając przeszłość Modeksu, uświadomiłem sobie, że nie jest to tylko historia lokalna. Losy spółdzielni odzwierciedlają szersze procesy, jakie zachodziły w światowej gospodarce w ostatnich kilkudziesięciu latach. Korzeniami sięgają głęboko w XX wiek”.
Pokój majstrowej. Majstrowa kontrolowała stopień zaangażowania zespołu przy danym wyrobie i musiała podliczyć, czy zdąży zrobić dany model koszuli. Terminowość była najważniejszą zaletą firmy. Terminowość i jakość. Majstrowa miała do swojej dyspozycji brygadzistki. Chodziły i sprawdzały, jak szwaczki szyją, czy im czegoś potrzeba. W tym pokoju miały swoje biurko. Był tam telefon wewnętrzny, z którego dzwoniły po mechanika czy elektryka, gdy była awaria. Majstrowa utrzymywała także kontakt z kierowniczką, która odpowiadała za cały budynek – od krojowni po magazyn.
Ja na końcu dodaję: „Z Ostrowca Świętokrzyskiego daleko do Seattle, gdzie w 1999 roku odbyły się głośne protesty, dające początek ruchowi alterglobalistycznemu; azjatyckie szwalnie, o pożarach których co jakiś czas donoszą media, wydają się równie odległe. Ale losy Modeksu są z nimi nierozerwalnie związane. Powracając do ostrowieckiego zakładu i słuchając jej pracowników, możemy poczuć dumę z wykonywanej pracy i ze spółdzielni, której pracownicy byli zarazem jej współwłaścicielami. W epoce postępującej prekaryzacji i dehumanizacji środowiska pracy, Modeks przypomina nam o tym, że praca jest ważną wartością, że to właśnie praca potrafi nadawać sens życiu”.
To książka artystyczna, wyszła w niewielkim nakładzie, więc już w chwili wydania stała się białym krukiem. Dla tych, którzy nie mają, pozostaje wystawa.
Wszystko ma tu sens. Już po krótkim czasie wiadomo, że nic nie jest na tej wystawie przypadkowe. Składa się na nią kilkanaście prac, ale wszystkie razem tworzą całość. Jest prosta, wręcz łatwa, momentami zabawna, ale dotyczy rzeczy podstawowych. To przedsięwzięcie kopernikańskie. Traktuje o obrotach ciał, nie tylko niebieskich.
Wystawa Alicji Kwade w szanghajskim Yuz Museum to najlepsza wystawa artystki, jaką do tej pory widziałem. To prace z ostatnich kilku lat. Można się tu przekonać, jak konsekwentna jest to twórczość.
Przyznaję – długo nie mogłem się przekonać do prac Alicji Kwade. Ani jej wystawa w Trafostacji w Szczecinie (2015), ani w Whitechapel w Londynie (2016) mnie nie uwiodły. Wtedy wydawały mi się błahe, zbyt gładkie, wręcz efekciarskie. Na zeszłorocznym Biennale w Wenecji Kwade wyróżniała się jednak na tle ogólnie słabej głównej wystawy, kuratorowanej przez Christine Macel. Dopiero jednak w Yuz zrozumiałem, o co Kwade chodzi i w pełni doceniłem. To wystawa, która otworzyła mi oczy na jej sztukę (i tu jako krytyk biję się w piersi).
Punktem wyjścia jest czas. Wskazówki zegara układają się w prosty, „dwudziestoczterogodzinny” wzór wokół długiej, wąskiej sali, w której mieści się cała wystawa. Ale można też przecież chodzić wokoło bez końca. To pierwsza pułapka.
Zresztą wystawę już na trawniku przed muzeum zapowiada zegar, trochę staroświecki, jeden z tych, jakie kiedyś stawiano na ulicach Nowego Jorku. Zegar wskazuje właściwą godzinę, ale już na pierwszy rzut oka widać, że coś tu jest nie tak. Czerwona wskazówka sekundnika stoi w miejscu, a tarcza zegara pozostaje w ciągłym obrotowym ruchu, pociągając za sobą dwie pozostałe wskazówki. Delikatna zmiana reguł.
Rzeźby i instalacje na wystawie w pierwszym momencie też mogą nieco mylić widza, rozrzucone w pozornym nieładzie. Instrumenty dęte zamieniają się w pokręcone labirynty. Toczy się tu jakaś niewidoczna praca, kamień z jednej strony tuby po przejściu przez skomplikowane rury, zamienia się w pył. Na liczydłach zostały tylko pojedyncze paciorki. Inne rozsypały się na podłodze, tworząc mini układ planetarny. Takich układów jest tu więcej.
Pośrodku wystawy inne zawirowanie – instalacja „Saga (Spira Mirabilis)”. Zwykłe materiały budowlane i przedmioty tworzą kolejne okręgi, każde na swojej orbicie. Ta instalacja mogłaby się rozrastać i rozrastać. I właściwie inne obiekty też wydają się stanowić jej część – dalsze planety. Jak arbuz – sztuczny, ale dałem się nabrać – z poziomymi paskami, przypominające planetę Mars. Owoc – planeta, która być może jeszcze czeka na swoje odkrycie.
Obok można wpaść w inną pułapkę – na obrotowym mobilu artystka zawiesiła smartfona, na ekranie którego obserwować można aktualne (!) położenie gwiazd i mgławic. Gdy się w to wpadnie, trudno wyjść z tego okręgu. Świat niby stoi w miejscu, ale smartfon, niczym twój satelita, pociąga za sobą twój wzrok. Twoje ciało jest w centrum wszechświata.
Wizyta w niewielkim muzeum Taro Okamoto w Tokio była jednym z najjaśniejszych punktów naszej wycieczki do Japonii (chociaż Marcin nie podziela mojej fascynacji rzeźbiarzem). W Tokio w muzeum zamieniono dom-pracownię artysty. Za barierką, na półkach wciąż stoją w rządku blejtramy. W innych pomieszczeniach urządzono niewielką wystawę stałą i sklepik. Przed budynkiem jest jeszcze lilipuci ogród z rzeźbami, które wręcz zarasta roślinność.
Albo na odwrót – to wśród krzaków, bananowców i innych palm zamieszkała cała armia przedziwnych stworów. Mają spiczaste uszy, obłe kształty, kulfoniaste nosy (jeden dosłownie przypominał mi Kulfona, tego od Kulfona i Moniki). Szczerzą zęby, wypuszczają czółki. Niektórym z grzbietów wyrastają paprocie, bo to stwory-doniczki.
Jest tu kolorowo i energetycznie.
Można temu miejscu wiele zarzucić: pewien chaos, ciasnotę, a przede wszystkim uzupełnienie ekspozycji naturalnej wielkości werystycznymi figurami rzeźbiarza przy pracy. Ma to trochę posmak osobliwej izby pamięci. Ale przy niewątpliwym szaleństwie sztuki Okamoto wszystko to dało się przełknąć. Pozostało mi raczej wrażenie niedosytu, jeszcze się Okamoto nie najadłem, chociaż widzieliśmy jego rzeźby i na ulicach Tokio, i w Hakone.
Okamoto był jednym z najsłynniejszych japońskich artystów o fascynującej, unikalnej karierze. Był japońskim łącznikiem z europejską awangardą. W 1929 roku, gdy miał zaledwie osiemnaście lat, wyjechał do Paryża. Kształcił się i szybko wszedł w krąg artystów i intelektualistów. Został najmłodszym członkiem grupy Abstraction-Création. Doceniony przez Bretona, zbliżył się z surrealistami, m.in. z Ernstem, Giacomettim, Man Rayem. Studiował u samego Marcela Maussa. Zaprzyjaźnił się z Georgesem Bataille’em i wszedł do sekretnego stowarzyszenia Acéphale.
W Paryżu poznał się też z Japończykiem Junzo Sakakurą, architektem, uczniem Le Corbusiera, który po wojnie zaprojektował studio Okamoto, czyli muzeum, o którym tu mowa. Szkoda, że sama architektura ginie gdzieś, od zewnątrz przysłonięta roślinnością, a w środku zagracona, tak że trudno ją w pełni docenić.
Po wybuchu wojny w Europie Okamoto powrócił do Japonii i dostał powołanie do japońskiej armii. Gdy sam przebywał na froncie w Chinach, w Tokio spłonął niemal cały jego dotychczasowy dorobek. Musiał zaczynać od zera. Po wojnie propagował sztukę awangardową w Japonii. Chciał, by sztuka łączyła element racjonalny i irracjonalny. Jednocześnie prowadził poszukiwania mistycznych, duchowych „źródeł Japonii”, które odnajdywał na przykład w fantazyjnej ceramice z okresu Jomon (długo przed Chrystusem).
Gdy się pozna zaplecze sztuki Okamoto i jego fascynacje, zaczyna się lepiej rozumieć, co takiego magnetycznego jest w formach jego rzeźb i obrazów.
Spora część wystawy poświęcona jest Taiyo-no-to, „Wieży Słońca”, którą Okamoto zaprojektował na Expo ‘70 w Osace. Expo w Osace miało, po latach szybkiego rozwoju gospodarczego, zaświadczać o miejscu Japonii w elitarnym klubie krajów wysoko rozwiniętych. Okamoto, chociaż oskarżany o zaprzęgnięcie awangardy w służbie japońskiego rządu, przeciwstawił się typowemu dla wystaw światowych progresywizmowi.
W najniższym pomieszczeniu umieścił swoje maski, ale też maski z różnych regionów świata, połączył własną sztukę z materiałem etnograficznym. W środku wieży znajdowało się też czterdziestopięciometrowe „Drzewo życia”, łączącego zwierzęta, od dinozaurów po obecnie stąpające po ziemi, oraz człowieka jednym drzewem genealogicznym. Na zdjęciach wnętrze wieży przypomina scenografię spektaklu dla dzieci.
Sława, którą przyniosła Okamoto „Wieża Słońca”, sprawiła, że posypały się zlecenia na rzeźby i murale. Do tej pory w opozycji wobec artystycznego establishmentu, sam stał się mainstreamowy. Ale przez to, że był artystą płodnym, do tego stosunkowo długowiecznym i operującym własnym, rozpoznawalny stylem, wykreowany przez niego świat się rozrastał, zawłaszczał coraz więcej miejsca. Niewielu artystów to potrafi. Tak jest dzisiaj z Kusamą, pewnie podobnie było z Picassem.
Jakiś czas temu zobaczyłem Naoshimę usypaną z trocin na wystawie poświęconej słynnemu japońskiemu architektowi Tadao Ando. Z wiórów wystawały delikatne, drewniane modele budynków, głównie muzeów. Zapragnąłem tam pojechać.
Każda wyspa, zwłaszcza tak niewielka jak Naoshima, ma w sobie coś romantycznego. Naoshima wymaga osobnej wyprawy – samolotem, pociągiem, a już zupełnie obowiązkowo – promem. Znajduje się nieco na uboczu turystycznych szlaków, ale już dawno została wpisana w przewodniki po Japonii jako jedna z głównych atrakcji kraju. Bo Naoshima to wyspa sztuki współczesnej (sztuka w służbie turystyki). Głośne nazwiska działają jak zaklęcia – od Claude’a Moneta, przez Yayoi Kusamę, po – to najsilniejszy magnes – Tadao Ando. Nie tylko o nazwiska i nie tylko o sztukę tu jednak chodzi.
Jeszcze z promu dostrzega się czerwoną kropkowaną dynię Kusamy. Stąd art-turyści wyruszają na eksplorację Naoshimy – rowerami i niewielkimi busami. Na wyspie, którą da się objechać rowerem w godzinę, znajduje się kilka muzeów, a całe założenie rozlało się także na dwie mniejsze wyspy.
Jak większość osób, zaczęliśmy zwiedzanie od końca artystycznego szlaku, od Chichu Art Museum. To muzeum podziemne. Na zdjęciach lotniczych prezentuje się efektownie – spomiędzy zieleni wyłaniają się betonowe, kwadratowe i trójkątne otwory. Zwiedzając muzeum takich widoków się nie doświadczy. Muzeum przypomina raczej betonowy grobowiec. Surowość tej architektury wręcz przytłacza. Szaro i chłodno.
Samo doświadczenie tego budynku wprawia widzów w specyficzny, uroczysty nastrój. Muzeum powstało z myślą o wyeksponowaniu obrazów Claude’a Moneta, ale zaproszono też dwóch amerykańskich artystów, Jamesa Turrella i Waltera De Marię, którzy stworzyli nowe prace, w ścisłej współpracy z architektem, Tadao Ando. Efektem jest muzeum-świątynia.
Muzea często porównuje się do kościołów, ale Chichu Art Museum to świątynia do kwadratu. Dokładnie zaprojektowano, jak sztukę powinniśmy odbierać, jak się wobec niej zachowywać, a nawet – co powinniśmy przeżywać. Jeśli wobec kwadratowego fragmentu nieba wykrojonego przez Turrella nie doznamy katharsis, to chyba coś jest z nami nie tak. Jeśli w kaplicy nieistniejącej religii (De Maria) nie doświadczymy transcendencji, to najwyraźniej nie znamy się na sztuce. Później czeka nas jeszcze biała sala z nenufarami Moneta.
Chichu Art MuseumJames Turrell
Starannie dobrano tu kolory ścian i niewielkich kostek włoskiego marmuru, z których wyłożono podłogę. W innych muzeach pewnie byśmy się do Moneta nie dopchali. Tu panuje cisza, liczba zwiedzających jest pod stałą kontrolą, a płótna należy kontemplować, gdyż – jak całe muzeum – „zapraszają nas do przemyślenia naszej relacji z naturą”.
Paradoksalnie, miałem raczej wrażenie, że projektanci muzeum, chcąc stworzyć idealne miejsce do kontemplacji sztuki, posunęli się za daleko. Od wejścia wpada się tu w rozbudowany system nakazów i zakazów. W odbiorze sztuki nic może nam przeszkadzać, sztuka ma zaś nam dostarczać przeżyć duchowych, niemal religijnych. Efekt bywa jednak odwrotny od zamierzonego. Zamiast duchowości miałem wrażenie opresji: nie mów zbyt głośno, zdejmij buty, nałóż kapcie, stań w kolejce, no i przede wszystkim: nie rób zdjęć. Dyscyplina muzealna wydaje się tu mieszać z kulturowym zdyscyplinowaniem Japończyków.
Lee Ufan Museum
Podobnie jest w kolejnym muzeum na Naoshimie – dedykowanym sztuce Lee Ufana, założyciela ruchu Mono-ha. Sztuka tych artystów polegała na „nie-robieniu”. Ufan odrzucał sztukę przedstawieniową, skupiając się na samych właściwościach materiału. Szczególnie upodobał sobie kamienie. Tu zaproszono nas do medytacji, ale asertywnie odmówiliśmy.
Na chwilę mieliśmy dosyć sztuki, muzeów. Pociągnęło nas w kierunku plaży, gdzie złociła się w słońca piękna żółtka łódka. Obok stała czarna łódka z masztem, chociaż bez żagla. Złamaliśmy prawo zapalając papierosa (w Japonii to surowo zabronione w przestrzeni publicznej). Ale daliśmy się nabrać. Bo jakiś czas później okazało się, że te łódki to artystyczne rekwizyty – echo obrazu Jennifer Bartlett, który wisi w Benesse House Museum, położonym na skarpie.
Jennifer Bartlett
Benesse House to najbardziej tradycyjne z muzeów na Naoshimie, ale Ando zaprojektował je tak, by nieustannie toczyła się gra między tym, co na zewnątrz i tym, co w środku. Podobnie potraktowano tu zgromadzoną kolekcję. To nie tylko obraz Bartlett, który znajduje swe odbicie w rzeczywistości. Z okien i tarasów rozciągają się piękne widoki. Niektóre prace (np. Richarda Longa) znajdują się częściowo wewnątrz, częściowo na zewnątrz budynku. Ciekawa kolekcja prezentuje czołówkę światowych artystów.
Dopiero po zaliczeniu głównych muzeów przeszedł mi ten artystyczny dupościsk, który znam ze zwiedzania biennale i innych dużych imprez (czy oby na pewno zdążę wszystko zobaczyć?). Tymczasem na Naoshimie trzeba się wyluzować. Nie biec za sztuką, lecz pójść na plażę, sztuka i tak ciebie dogoni, nie da się od nie uciec. W muzeum się nie odpoczywa.
Dan GrahamKarel AppelBenesse House
Przy jednej z plaż Cai Guo Qiang zbudował hot tub otoczony fantazyjnymi głazami. Dalej, niedaleko hotelu Benesse House, rozsypały się kolejne dzieła sztuki – tu podniosła atmosfera gdzieś pryska. Króluje tu kolejna, pomarańczowa dynia Kusamy, zabawne rzeźby Niki de Saint Phalle. A Karel Appel postawił kota na żabie.
Drugiego dnia program nie był już tak napięty. Honmurę, jedną z dwóch niewielkich miejscowości na Naoshimie, zwiedzaliśmy na spokojnie. Ando zaprojektował tu muzeum poświęcone własnej twórczości, ale ciekawsze jest kilka domów zamienionych w sztukę (Art House Project, 1998-2009). Niektóre dosłownie, jak była klinika dentystyczna przerobiona przez Shinro Ohtake w architektoniczny asamblaż.
Wszystko z zachowaniem szacunku dla tradycyjnej miejscowej zabudowy, wyciszone, delikatne. Tu też jest medytacyjnie (wodospady malowane przez Hiroshi Senju w tradycyjnej technice nihonga w domu rodziny Ishibashi, producentów soli). Nawet swe własne muzeum Ando zaprojektował tak, że przypomina jeden z drewnianych domów, jakich tu wiele, beton pojawia się dopiero w środku, a przestrzeń muzeum powiększył kopiąc w dół. Architekt stworzył też prosty czarny drewniany pawilon specjalnie dla pracy Jamesa Turrella „Backside of the Moon” (1999).
Shinro OhtakeHiroshi Senju
„Druga strona księżyca” to najlepsza praca Turrella, jaką widziałem, nie tylko na Naoshimie. Wchodzi się do niej jak ślepiec, macając ściany. Obiecano nam, że po kilku minutach, gdy wzrok przyzwyczai się do ciemności, coś nam się ukaże. Czekałem, czekałem, i nic. Zwątpiłem. To olśnienie nie będzie mi dane, pomyślałem. Gdy jednak myśli rozbiegły się własnymi torami, pomieszczenie zaczęło nabierać kształtów dzięki niezwykle delikatnemu światłu, które okazało się być tam cały czas, nawet wtedy, gdy go nie dostrzegaliśmy.
Nie dane nam było odwiedzić Teshimy, kolejnej wysepki (znajduje się na niej „Archives du Coeur” Christiana Boltanskiego). Na Teshimę płynie się z Honmury niewielkim stateczkiem, który cumuje obok futurystycznej bąbelkowej poczekalni, zaprojektowanej przez biuro SANAA (Kazuyo Sejima). Lokalsi zostawiają tu swoje rowery.
Pawilon ukrywający dzieło Jamesa Turrella
Stworzenie wyspy dedykowanej sztuce współczesnej to nie lada przedsięwzięcie, projekt rozpisany na wiele lat. Dziś wszedł już w fazę dojrzałą. Za całym pomysłem stoi przedsiębiorca Soichiro Fukutake, który powrócił w te rejony po śmierci swego ojca, by przejąć stery rodzinnego biznesu. To on też zaprosił do współpracy Ando, wiedząc, że nazwisko architekta też przyciągnie tu miłośników sztuki. Żywił przekonanie, że sztuka może nieść zmianę. Chodziło mu jednak przede wszystkim o zachowanie ducha i sposobu życia tych kilku japońskich wysp. W latach 80., gdy rodził się pomysł na przyniesienie sztuki na Naoshimę, wyspy się w szybkim tempie wyludniały.
Fukutake pisze: „Nie jestem ani filantropem, ani krytykiem; jestem lokalnym biznesmenem […]. Cele naszej spółki (Benesse Holdings) stoją w sprzeczności z nastawionym na zysk kapitalizmem, który niedawno przeżywał globalny kryzys. […] Wierzę, że istnieją gospodarcze przesłanki dla kultywowania kultury i tworzenia społeczności, w których ludzie, także starsi, czują się użyteczni i doceniani”.
Swoją koncepcję zarządzania nazywa „publicznym kapitalizmem”. Za Naoshimą stoi cały finansowy mechanizm. Fundacja opiekująca się wyspą jest głównym udziałowcem Benesse Holdings i czerpie zyski z dywidend. Prowadzi różnorodną działalność. Z jednej strony przyznaje nagrody na Biennale w Wenecji (w 2017 roku otrzymał ją Pannaphan Yodomanee), z drugiej – wspiera odtworzenie lokalnej produkcji ryżu na Naoshimie i sąsiednich wyspach.
Brzmi to utopijnie, ale zwiedzając Naoshimę czuje się, że to miejsce szczególne. Wieczorami ludzie gdzieś znikają. Ulice są puste, jak to na wsi. Biorę poprawkę na to, że przyjechaliśmy tu poza turystycznym sezonem (a i to turystów nie brakowało). Być może, gdy zwiedzających jest więcej, czar Naoshimy pryska.
Przed wejściem na prom powrotny, w niewielkim barze zjedliśmy smażoną flądrę, oglądając z właścicielami łyżwiarstwo figurowe.
Na wystawie Kumagaia Morikazu (1880-1977) w tokijskim Narodowym Muzeum Sztuki Nowoczesnej od progu uwagę przyciąga czarne, błyszczące płótno. Wokół wiszą pierwsze jego malarskie próby, dosyć typowe przykłady realistycznego malarstwa z początku XX wieku. I nagle monochrom? Wyprzedzający nie tylko Reinherdta, ale też Malewicza? Nic z tych rzeczy. Płótno Kumigaia po prostu sczerniało. A dziś intryguje, bo choćbyś się mu długo przyglądał, nie zgadniesz, co właściwie przedstawia.
To czarne płótno skrywa dramat. 9 maja 1903 roku Kumagai był świadkiem wypadku – młoda kobieta rzuciła się pod pociąg. Pięć lat później namalował „Przejechaną” (nie mogę znaleźć właściwego tytułu, został przetłumaczony na angielski jako „Roadkill”). Przedstawił ciało samobójczyni oświetlone kilkoma latarkami osób, które przyszły na miejsce tragedii. Temat obrazu uznany został za zbyt drastyczny i nie udało mu się go pokazać przez następne dwa lata. Obraz szybko jednak ciemniał, jak się dziś uważa – z powodu niefortunnego doboru pigmentów. Dlatego dziś wygląda jak monochrom.
Pozostały jednak szkice do obrazu, często opatrzone komentarzami artysty. Na jednym z nich Kumagai napisał: „Czerwone światło przejścia kolejowego – lampy policyjne – latarnie pracownika kolei i strażnika – piękne światła, piękna głowa po śmierci”. W tym wczesnym okresie swej twórczości Kumagai mierzył się z problemem obrazowania obiektów wydobytych z ciemności konkretnym źródłem światła. Pracując nad tym obrazem miał zasłonić żaluzje w swojej pracowni i malować w ciemności.
To, że obrazy potrafią sczernieć, wiadomo nie od dziś. Pod koniec XX wieku sensację wzbudziła restauracja Kaplicy Sykstyńskiej, której konserwatorzy przywrócili jaskrawe kolory i turyści nie mogli się przyzwyczaić do tego nowego widoku. Słynna „Straż nocna” Rembrandta wcale oryginalnie nie była nocna, lecz całkiem dzienna. Badacze twierdzą też, że „Mona Lisa” nie była tak opalona, jak dzisiaj, lecz dziecięco zaróżowiona. I nawet polscy katolicy mają swoją poczerniałą „Czarną Madonnę”. Zgodnym chórem twierdzą, że dobrze się skryć w jej ramionach.
Wystawa, na której zgromadzono ponad dwieście obrazów Kumagaia, nosi tytuł „Radość życia”. Malarz znany jest głównie z późniejszej twórczości – gdy operował bardzo żywymi barwami, prostymi, niemal dizajnerskimi formami. Dojrzałość stylu osiągnął późno, w latach 50. Sławę zdobył po osiemdziesiątce. W wieku 95 lat miał powiedzieć: „Mam nadzieję żyć wiecznie”. W starszym wieku malował to, co było mu bliskie, co miał pod ręką w swoim ogrodzie – rośliny, owady, ptaki, no i koty. Mnóstwo tu zabawy, humoru, tytułowej „radości życia”.
Ale także w dalszych salach co jakiś czas owa „radość” dostaje czkawki, pojawia się obraz jak drzazga, niekoniecznie monochromatycznie czarny. Kumagai jako długowieczny mężczyzna doświadczył w swym życiu wielu przeszkód, biedy, widział, jak odchodzą jego bliscy.
W 1928 roku umarł jego czteroletni syn Yo. W pół godziny Kumagai namalował ciało syna syna. To kolejny obraz, który wyróżnia się na wystawie. Wydaje się niedokończony, malowany szybko, impastowo. Malarz wspominał: „Zdając sobie sprawę, że Yo nie pozostawił po sobie nic na świecie, zacząłem malować jego twarz, ale szybko zrozumiałem, że maluję kolejny obraz; czując odrzucenie, przestałem”.
Miejsce warte jednodniowej wycieczki – Hakone. Jadąc tu z Tokio, wpadasz jak śliwka w kompot w wir przysłowiowej japońskiej wycieczki. Całkiem niedrogi bilet pozwala na dojechanie tu z Tokio i korzystanie z wszystkich środków lokomocji w regionie. By doświadczyć tutejszej przyrody oraz zobaczyć jedne z najbardziej malowniczych widoków Góry Fidżi i jeziora Ashi, przesiadasz się z ekspresowego pociągu w kolejkę wąskotorową, z kolejki wąskotorowej w kolej linową (jak na Gubałówkę), potem kilka odcinków górską gondolą, statek wycieczkowy udający okręt piratów, autobus i pociąg powrotny.
Właściwie na nic innego nie starcza czasu, więc widoki podziwia się głównie zza okien środków transportu. Ale wybraliśmy się tu z Marcinem w trochę innym celu – na tym szlaku znajduje się bowiem Hakone Open-Air Museum, pierwsze japońskie muzeum sztuki na świeżym powietrzu, czyli po prostu – park rzeźby.
Muzeum istnieje od niemal półwiecza – otwarto je w 1969 roku – i dlatego momentami trąci myszką. Na siedmiu hektarach rozsianych jest ponad sto rzeźb i kilka pawilonów. To starannie zaplanowane artystyczne doświadczenie. Po przejściu betonowym tunelem przed naszymi oczami rozpościera się górski pejzaż. Ale po chwili wzrok kieruje się ku rzeźbom – w pierwszej kolejności Rodina i Moore’a, które jak gdyby nigdy nic stoją sobie na równo przystrzyżonym trawniku.
Jeszcze tydzień temu wszystko było przykryte śniegiem, teraz panują tu wyblakłe żółcie, niby jesienne, ale zwiastujące zbliżającą się nieuchronnie wiosnę. Wszak odwiedziliśmy Japonię przy okazji chińskich świąt, które obcokrajowcy nazywają Chińskim Nowym Rokiem, a Chińczycy po prostu – Świętem Wiosny. I w Hakone czuć już wiosnę.
Kolekcja Hakone to klasyka XX wieku, zarówno międzynarodowej, jak i japońskiej rzeźby, w tym czołowych przedstawicieli awangardy, ale znalazły tu też swe miejsce rzeźby bardziej klasyczne, tradycyjne, figuratywne. Kilku artystów zostało w Hakone wyróżnionych szczególnie – w kolekcji dosyć dobrze reprezentowani są Moore, Medardo Rosso, Giuliano Vangi czy Japończyk Bukichi Inoue, który zresztą zaprojektował też całe założenie, pełne krętych ścieżek, zwrotów akcji i wizualnych niespodzianek. W latach 80. powstał tu też pawilon poświęcony najważniejszemu artyście minionego stulecia. Ogromne litery na długiej białej fasadzie budynku krzyczą typową ejtisową czcionką: PICASSO!
Większość z wystawianych – i w budynkach, i na świeżym powietrzu – rzeźb pochodzi z lat 60. i 70. Wtedy też bowiem, przed kilkoma dekadami, podejmowano większość zakupowych decyzji. Dziś widać wyraźnie, które z prac lepiej przetrwały próbę czasu, a które mniej. Może nie wypada tak pisać o artystach zajmujących czołowe pozycje w podręcznikach sztuki, ale kanon nie jest dany raz na zawsze.
Giacomo Balla, Ballerina, 1920-1922
Hakone to kanon współczesności, ale sprzed półwiecza, widziany oczami Japończyków, zazwyczaj będzie to kanon wspólny z europejskim, ale nie zawsze. Nie mogło tu zabraknąć Rodina, Moore’a czy Picassa (szkoda, że w pawilonie reprezentowany jest głównie ceramiką, kupioną zresztą bezpośrednio od jego córki Mai, a nie ma tu żadnej jego rzeźby). Ale też Légera, Caldera, Césara, Gabo… No i a-a-a-Abakanowicz, chociaż jej rzeźba w tym momencie spoczywa w magazynie. W Hakone znajdziemy cały alfabet najważniejszych dwudziestowiecznych rzeźbiarzy.
Wśród tych łatwych w atrybucji prac, dzieła japońskich artystów. Więc nie tylko Jean Arp, którego złocąca się amorficzna rzeźba świetnie prezentuje się we wczesnowiosennej aurze, ale też nieco wciśnięty w kąt, świetny Taro Okamoto. Nie tylko Max Bill, ale też Minami Tada.
Mniejsze i delikatniejsze prace zgromadzono w specjalnym pawilonie rzeźby. Tu – obok znanych rzeźb Boccioniego, Brancusiego, Yvesa Kleina – najciekawsze wydają się być roztańczone postacie wygięte z drutu przez Giacoma Ballę. No i koty, z których słynął japoński rzeźbiarz Fumio Asakura (w Tokio odwiedziliśmy muzeum w jego byłym domu-pracowni). Zresztą po wizycie w kilku japońskich muzeach mogę pokusić się o – powierzchowną mimo wszystko – uwagę, że koty to jeden z ulubionych tematów japońskich artystów.
Taro Okamoto, Człowiek-drzewo, 1971
Muzeum w Hakone cierpi na typową chorobę parków rzeźby – nadmierne zagęszczenie. Aż chciałoby się tu trochę uprzątnąć, wprowadzić więcej przestrzeni. Przecież jesteśmy na świeżym powietrzu! Sztuka miała się tu łączyć z naturą, a jakby na samą naturę brakowało tu miejsca. Ogląda się tu wszystko bez specjalnego wysiłku, niczego nie trzeba szukać, narzuca się samo. Jeszcze wzrok nie nacieszył się widokiem figury Niki de Saint Phalle, a pod nogi wpada rozczapierzony golas Antony’ego Gormleya. Krótko mówiąc, nieco brakuje oddechu.
Ale w parku są też takie miejsca, które trącą po prostu Orońskiem. Religijne rzeźby i płaskorzeźby Giacomo Manzù (z których część powstała na zamówienie Watykanu) powinny znaleźć miejsce w jakimś innym zacisznym miejscu. A „My Sky Hole” Inoue Bukichiego, wąski, klaustrofobiczny podziemny tunel, wyłożony pofalowaną skórą, wcale nie działa jako doświadczenie „ponownych narodzin”. Z dzisiejszej perspektywy być może najatrakcyjniejszy okaże się napis „PICASSO”, nostaligcznie postmodernistyczny i – co w nim zresztą najzabawniejsze – niemający z Picassem absolutnie nic wspólnego.
Toshiko Horiuchi, Knitted Wonder Space 2
Porównanie z Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, polskim parkiem wypełnionym rzeźbami, jest jak najbardziej na miejscu. Obie instytucje powstawały mniej więcej w tym samym czasie. Tyle że mazowiecka instytucja stała się synonimem artystycznej przeciętności. Słyszy się: „A, to takie Orońsko”, i od razu wiadomo, o co chodzi.
Hakone to jednak nie Orońsko. Inna skala i inna jakość. Przede wszystkim jednak – czego nigdy nie udało się osiągnąć Orońsku – Hakone to atrakcja turystyczna, położona na turystycznym szlaku i dobrze skomunikowana. Nawet w lutym sporo tu zwiedzających. Do tego muzeum stara się przyciągnąć rodziny atrakcjami adresowanymi do dzieci. W tym najnowszą dzierganą rzeźbą Toshiko Horiuchiego, schowaną w drewnianej konstrukcji, która jest placem zabaw (wstęp tylko dla dzieci, dorośli mogą obserwować tylko z boku).
I dzieci, i dorośli zamoczą zaś zmęczone stopy w gorącym źródle.
Słynna pekińska artystyczna dzielnica 798 to jedno z bardziej przygnębiających miejsc związanych ze sztuką, jakie do tej pory odwiedziłem. Na sporym terenie byłych zakładów przemysłowych, dziś mieszczą się galerie, sklepy z dizajnem i restauracje. Z tym że większość z tych galerii to sklepiki z artystyczną galanterią i nie ma się nawet ochoty do nich zaglądać. Do tego cały zestaw kiczowatych rzeźb (bezgłowe popiersia Mao i dinozaury Sui Jianguo), wystające pośrodku parkingu skrzydło samolotu pasażerskiego, sprzedawcy kiełbasek i przeciskające się wśród tłumu lamborghini i maserati. Nie wiadomo, czy sztuka się właśnie tu zaczyna, czy kończy.
W 798 moje moce przerobowe sztuki zostały mocno nadwątlone. Ale gdzieś między tym wszystkim ukryte są najlepsze pekińskie galerie – UCCA, Galerie Urs Meile, Long March Space,. Dlatego trzeba tu raczej przyjść przygotowanym – z listą miejsc, które zamierza się odwiedzić. Zwiedzanie na ślepo zakończy się artystycznym koszmarem. I tylko Lu Yang (którego można by nazwać azjatyckim Rianem Trecartin) świetnie wpisywał się w ten bałagan z wystawą all-over, łączącą w sobie elementy gier komputerowych, chińskiej tradycji, azjatyckich subkultur, imprezy, domu rozrywki, kultu, technologii i niemal patologiczną fascynację chorobami nowotworowymi.
Galerie operujące typowym galeryjnym white-cube-owym sznytem są tu jak oddech świeżego powietrza (które w Pekinie jest na wagę złota). Takim miejscem jest słynna Pace Gallery, w której trwa właśnie wystawa Yin Xiuzhen „Back to the End”, zbierająca prace artystki z ostatnich lat.
Ci, którzy Yin choć trochę znają (a jest ona jedną z najaktywniejszych w ostatnich dekadach chińskich artystek), wystawa nie będzie zaskoczeniem. Yin znowu operuje typowymi dla siebie materiałami – betonem i starymi, używanymi ubraniami. Starych ubrań, początkowo własnych, potem cudzych, Yin używa od ponad dwudziestu lat. Na wystawie podejmuje również powtarzający się w twórczości motyw podróży, a fascynuje ją zwłaszcza komunikacja lotnicza i wielkie lotniska.
Brzmi z pozoru banalnie. Yin we wnętrzach walizek szyła z używanych ubrań portrety miast, które odwiedzała. Dziś coraz częściej buduje monumentalne wręcz metalowe konstrukcje, które obszywa różnokolorowymi ubraniami. Do rzeźb można zajrzeć do środka. Kilka lat temu były to ludzkie organy (widziałem jedną z nich w Szanghaju). Na wystawę w Pace Yin zdecydowała się zbudować bardziej skomplikowaną rzeźbę, choć wykorzystując tę samą metodę. „Trojan” to postać kobiety w fotelu lotniczym w pozie, jaką pasażerowie przyjmują w przypadku ryzyka katastrofy, znanej bardziej z instruktażowych ulotek i filmów katastroficznych niż z praktyki (chociaż na pierwszy rzut oka postać wydaje się siedzieć na sedesie).
Ubrania pojawiają się w twórczości Yin nieprzypadkowo. Jej matka pracowała w fabryce odzieży, jednak – jak opowiada artystka – ich rodziny nie było stać na nowe ubrania. Od matki nauczyła się szyć, cerować. W używanych ubraniach widzi drugą skórę, zapisane w nich ludzkie losy. Jednak wysokiej pod sufit Pace Gallery rzeźbie na obecnej wystawie te odniesienia gdzieś się gubią. Yin sięga po większe katastrofy.
Wystawę otwiera inna rzeźba – przewrócony betonowy anioł, z którego wystają rury wydechowe. To upadły anioł, anioł po katastrofie. Między tymi dwoma rzeźbami mieści się mieści się jeszcze kilka mniejszych i większych prac. W tym efektowne poletko suchych traw, „wyrastających” z betonowego postumentu (wykonanie tej pracy musiało kosztować sporo roboczogodzin kilku Kopciuszków).
Yin potrafi łączyć intymność z dużą skalą, co zazwyczaj stanowi o sile jej sztuki. Miałem jednak wrażenie, że tym razem chodziło głównie o wywołanie efektu „wow”. Zwiedzający mają się na tle czego sfotografować. Bo prace Yin w eleganckich, poprzemysłowych przestrzeniach Pace Gallery prezentują się wyśmienicie. Ale artystka doszła do ściany. Ta wystawa to wysokiej jakości produkcyjniak.
Jeszcze z Polski – w Muzeum Narodowym w Krakowie kończy się właśnie wystawa „#dziedzictwo”, przezywana też #dziewictwem. Przygotowana przez Andrzeja Szczerskiego mega-wystawa zapowiadała rocznicowy, 2018 rok, co każe z pewną obawą podchodzić do przyszłości. Moja recenzja, zatytułowana „Najlepsza Polska na świecie” na łamach „Dwutygodnika”, trochę opowiada o samej wystawie, trochę o strachu przed niepodległościowym jubileuszem:
„Krakowska wystawa, przedsięwzięcie monumentalne i wręcz niemożliwe, w wielu miejscach wygląda jak bank obrazów czy ekran komputera z ikonami jotpegów. Ponad sześćset obiektów – dzieł sztuki i innych artefaktów, ważnych ze względu na ich jakość artystyczną lub znaczenie historyczne – podzielono na działy i poddziały. Wszystkie okraszono oczywiście odpowiednimi hasztagami. Jednak inspiracją do aranżacji wystawy miała być „metoda polska”, przywołana tuż przy wejściu na ekspozycję – metoda mnemotechniczna opracowana w XIX wieku przez Antoniego Jaźwińskiego (#jaźwiński, #mnemotechnika).
To internetowo-dziewiętnastowieczne podejście do budowania wystawy w kilku miejscach wymagałoby kuratorskiej korekty. Do jednego worka wrzucono tu bowiem na przykład dawne wizerunki ludzkich „typów” (chłopów, mieszczan, różnych narodów zamieszkujących dawną Rzeczpospolitą) i cykl „Moim przyjaciołom Żydom” Władysława Strzemińskiego, powstały w odpowiedzi na Holokaust. Nie dość, że samo podejście „typologiczne” domaga się krytycznego współczesnego komentarza, to niestosowność takiego zestawienia włącza alarmową lampkę.
W innych miejscach zbytnia drobiazgowość hasztagowania owocuje niezamierzonym humorem. Oto bowiem w dziale #potęgasmaku, podzbiorze #mieszkanie znajdziemy obraz z dłuuugim blokiem Ryszarda Woźniaka („Wielki mur dynastii Ts’in czyli nasz dom jednorodzinny”, 1982), chleb w koszyku z Samu z grafiki Leszka Sobockiego oraz połamany parasol z asambalażu Tadeusza Kantora. Pod hasztagiem #zawolnośćnasząiwaszą obok malarskiej wizji zmitologizowanej śmierci księdza Skorupki podczas „cudu nad Wisłą”, tuż nad portretem Kościuszki zawisło zaś „Zabijanie świni” Jarosława Modzelewskiego z 1983 roku, obraz symboliczny dla swoich czasów, ale przedstawiający właśnie zabijanie świni”.
W słynnym pekińskim Red Brick Art Museum, otwartym w 2014 roku, sztuka konkuruje ze współczesną, mocno ceglaną wariacją na temat klasycznego chińskiego ogrodu (projektant muzeum, Dong Yugan, zastosował ten sam manewr co I.M. Pei w Suzhou). Na fasadzie z czerwonych cegieł muzeum kusi jednak ogromnym zdjęciem krucyfiksu zatopionego w moczu.
Nikt tu nie protestuje. Poza nami przed wejściem czeka jeszcze chińska wycieczka szkolna. Poza retrospektywą Andres Serrano zobaczą też wystawę „The Greatest Hits” Dana Grahama, chociaż złożoną z najważniejszych prac artysty, to zrobioną – miałem wrażenie – bez większego zrozumienia tej twórczości, co boli. Uczniowie też ciągną raczej na Serrano.
Tu słynny „Piss Christ” nie wydaje się kontrowersyjny. Jest po prostu wabikiem, najbardziej rozpoznawalną pracą na wystawie. Nie trzeba jej niczym zakrywać, nie jest wstydliwa, wręcz przeciwnie – natykamy się na nią tu po wejściu na wystawę, „Piss Christ” dostał centralne miejsce jak „Mona Lisa” w Luwrze.
Przy kontrowersjach jakie „Piss Christ” budził w innych krajach, w tym nad Wisłą, gdy Miladzie Ślizińskiej udało się zaprosić Serrano do Zamku Ujazdowskiego, ten brak kontrowersji w Kraju Środka wydaje się odświeżający. Tu nie ma obrażonych katolików, tu są po prostu inne świętości.
Wystawę otwiera więc słynny krucyfiks w moczu (ponoć wyprodukowanym przez samego artystę), a zamyka portret Donalda Trumpa. To portret sprzed lat, z cyklu, w którym Serrano fotografował słynnych Amerykanów. W obiektywie Serrano Trump wypadł nieco karykaturalnie. Żegna gości wystawy nieprzypadkowo. Jako clown-prezydent zamyka wystawę zatytułowaną „American Perspective”. To wybór zdjęć z najważniejszych cykli Serrano, ale jednocześnie opowieść o Ameryce z bardzo krytycznej perspektywy. Trump jest finalnym produktem Ameryki.
Siostra Wendy mówiła o „Piss Christ”, że to praca pokazująca, co dziś robimy z Chrystusem. I, chociaż inne zdjęcia nie zyskały tak negatywnej sławy, dalej jest tylko gorzej, bardziej niebezpiecznie, perwersyjnie, sadystycznie. Serrano miesza krew z mlekiem, zagląda do kostnic i w lufy pistoletów. To jest właśnie „amerykańska perspektywa”.
Na fotografii z cyklu „9/11” amerykańska flaga spływa krwią. W „Znakach czasu” Serrano kolekcjonuje tekturowe szyldy żebrzących bezdomnych (kupował je od nich po 20 dolarów za sztukę, mówiąc, że kupuje ich opowieści). To Ameryka kolekcjonerów broni, bezdomnych, samobójców, którzy połknęli trutkę na szczury.
Ale przyjeżdżając po raz pierwszy do Chin, Serrano wykonał też nowy cykl, „Made in China”. To portrety Chińczyków w tradycyjnych strojach weselnych. Nie są to jednak ślubne portrety. Chińscy bohaterowie Serrano są w różnym wieku i nie wszyscy są w związkach. Serrano ubrał jak do ślubu także staruszków, rozwodników, biednych i bogatych, a nawet (jak pisze kurator Yan Shijie) „nie ograniczają się oni do samych Chińczyków i osób heteroseksualnych”. Strój zaciera różnice klasowe i genderowe. Gdy we wcześniejszych cyklach Serrano krytycznie przyglądał się Ameryce, „Made in China” ujawnia typową „amerykańską perspektywę” – w zachodnim stereotypie wszyscy Chińczycy są niemal tacy sami, „made in China”.
Dopiero za tym cyklem na wystawie natkniemy się na przekrzywioną w karykaturalnym grymasie twarz Trumpa, byśmy nie wyszli z wystawy w zbyt dobrych humorach. Ale to oczywiście to nie my się z niego śmiejemy, tylko on z nas, i na pewno potrafiłby skwitować ponad miliard Chińczyków jednym żałosnym twittem.
To otrzeźwiające, krytyczne spojrzenie na Amerykę. „Amerykańska perspektywa” nałożona na twórczość Serrano, niespodziewanie łączy go z amerykańskimi fotografami dokumentującymi Wielki Kryzys czy Alalnem Sekulą. Ale właśnie w porównaniu z nimi spojrzenie Serrano wydaje się płytkie, powierzchowne. Serrano stara się z każdym zdjęciem tworzyć nowy, nośny symbol, jego ambicją są fotografie-ikony, nie wchodzi w detale. Jest kiepskim obserwatorem. Widza ta ambicja szybko męczy.
Mi ważniejsza wydała się inna perspektywa – chińska. „Piss Christ” traci tu może swój pazur, ale pokazanie w Pekinie tak krytycznej wystawy o ChRL, którą zamykałby portret Xi Jinpinga, jest po prostu nie do pomyślenia. Przechadzając się po wystawie Serrano w Pekinie, przypomniałem sobie, jak Jerzy Urban w stanie wojennym chciał wysyłać śpiwory do amerykańskich bezdomnych, udowadniając, że w Polsce jest lepiej.