Skraj

By napisać tekst o ogrodzie i sztuce Pawła Matyszewskiego odwiedzalem go na Podlasiu kilkukrotnie, uczestniczyłem w jego warsztatach w Białymstoku i pojechałem do Bielska-Białej na otwarcie jego wystawy w Galerii Bielskiej. Sama przyjemność. Ogród Pawła to klucz do jego sztuki. Tekst powstał w ramach specjalnego cyklu „Dwutygodnika” zatytułowanego „Mapa sztuki”. Poniżej kilka fragmentów:

Paweł Matyszewski, oprowadzając mnie po swoim ogrodzie na Podlasiu, mówi w czasie przyszłym: tu wyrośnie, tu posadzę, tu zakwitnie, w tym kierunku rozwinie się sad. Ma więcej pomysłów niż czasu i energii, by je realizować. Wymagający ciągłej atencji hektarowy ogród pochłania Pawła, determinuje jego ruchy, ale jest też motorem twórczości i tłem życia. Chociaż znajduje się na polskiej prowincji, w Łękobudach, około trzydziestu kilometrów od Białegostoku, gdy się w nim jest, można odnieść wrażenie, że stanowi centrum świata. A na pewno świata Pawła.

Wrócił na Podlasie dla Adama, z miłości. Spotkali się, gdy Paweł był na ostatnim roku studiów. „Pewnie gdybym go nie poznał, sprawy potoczyłyby się inaczej”, mówi. W tym czasie malarstwo Matyszewskiego zaczęło znajdować odbiorców, jego obrazy zostały kilkukrotnie docenione na konkursie malarskim Bielska Jesień organizowanym w Bielsku-Białej. W 2011 roku zajął drugie miejsce.

Ale zawsze marzył o własnej działce, ogrodzie, który pozwoliłby mu na połączenie obu pasji – sztuki i roślin. W 2013 roku w życiu Pawła i Adama pojawiły się Łękobudy. Kupno kilku hektarów ziemi pozwoliło Matyszewskiemu ubezpieczyć się w KRUS-ie. Było to wówczas rozwiązanie wybierane z konieczności przez niejednego twórcę, a Matyszewski akurat zachorował i był w podbramkowej sytuacji. Przede wszystkim jednak mógł zacząć realizować marzenie życia – ogród o rozmachu odpowiadającym jego ambicjom. „W Poznaniu mógłbym co najwyżej uprawiać kwiaty na balkonie”, gdyba.

„Mam zdrowego bzika na punkcie przemijalności”, mówi Paweł, mając na myśli i swoją sztukę, i ogród. Podobnie o ogrodniczej filozofii mówi Oudolf, podkreślający roślinną krótkotrwałość, ogrodowe procesy życia i śmierci. Zdaniem Oudolfa unaocznienie rozkładu w ogrodzie odpowiada na szczególną ludzką potrzebę, pomaga zaakceptować śmierć, upływ czasu. Stąd sugestia, by nie usuwać więdnących roślin. „Brązowy to też kolor”, podkreśla Oudolf.

Matyszewski preferuje cieliste róże, fiolety, kolory mięsa i skóry. Powiększone płatki, pręciki i słupki z wnętrza kwiatów układają się w malarskie kompozycje, mutują w nowe gatunki i odmiany. Obrazy bywają niemal przytłaczające, gęste od motywów. Obcując z nimi, można odnieść wrażenie przebywania we wnętrzu chaotycznego organizmu.

Artystę interesują formy dwuznaczne. Nieustannie gra podobieństwami i skojarzeniami, zmienia skalę obserwowanych roślin. Czasem nie wiadomo, czy to wnętrze ciała, czy płatek kwiatu; czy to korzenie, czy włosy łonowe; czy to usta, czy kwiat. Fasolka może przypominać nerkę, słupek kwiatu – ampułkę czy nabój. Jak w fotografiach kwiatów Roberta Mapplethorpe’a, wiele tu falliczności. Matyszewski wśród roślinności umieszcza motywy podpatrzone na dawnych obrazach, chociażby fragment ciała Chrystusa zdjętego z krzyża, ale zdradza mi też, że kształtne pośladki na jednym z płócien należą do Adama. Ciała raz wyglądają erotycznie, raz trupio.

Relacja Matyszewskiego z malarstwem przypomina tę z ogrodem, to nieustanny zmieniający się proces. Tak jak z uprawą roślin, nie da się go w pełni przewidzieć. Paweł nie pozwala sobie na dłuższe przerwy w malowaniu. „To jest płynne, moje myśli dojrzewają, obrazy zmieniają się, jeden pomysł wynika z drugiego”, opowiada.

Gdy w połowie czerwca, dwa miesiące po pierwszej wizycie w Łękobudach, wracam do ogrodu Pawła, dostrzegam ogromną różnicę. Ale wystarczy wrócić tu po tygodniu, by ogród objawił się w nowej krasie. Każdego roku wygląda inaczej. Paweł ubolewa, że nie zobaczę jego lilii, pokazuje mi ich nabrzmiałe pąki. Pierwsze zakwitną dzień po moim wyjeździe z Podlasia.

Chociaż ogród w czerwcu jest już prawie w swej najbardziej bujnej szacie, Paweł nadal opowiada o nim jak o potencjale, który dopiero się rozwinie. Snute od lat koncepcje czekają na realizację. Teraz myśli Matyszewskiego krążą wokół czarnego zakątka, już rosną tu czarne brzozy, ale ciemnych roślin ma przybyć. Artysta porzucił ideę tęczowej rabaty, bo wymagałaby od niego zbyt wiele zachodu. „Nie jestem w stanie tego wszystkiego zrealizować, ale widzę to w swojej wyobraźni”, mówi.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA” (TAKŻE W WERSJI AUDIO!)