Kopiuję, więc jestem

aip1.jpg
Xu Zhen

Właśnie ukazał się mój ostatni tekst na „Dwutygodniku” (przynajmniej w starej formule) – „Kopiuję, więc jestem”. Dotyczy wystawy kuratorowanej przez Maurizio Cattelana w szanghajskim muzeum Yuz oraz, jak sugeruje tytuł, naśladownictwa:

To właśnie Chiny mają przecież niechlubną opinię kraju, który kopiuje cały świat. Problem kopiowania technologii oraz nieprzestrzegania praw autorskich jest jednym z newralgicznych punktów spornych toczącej się właśnie wojny celnej między Chinami i Stanami Zjednoczonymi. To stąd pochodzi Dolce&Banana, Prapa, Sunbuck, Pizzahuh czy Mike. Wystawę Yuz Museum sponsoruje jednak, co bardzo się tu podkreśla, ten prawdziwy Gucci.

Na przedmieściach Szanghaju znajdują się dzielnice naśladujące europejskie miasteczka – angielskie, włoskie, holenderskie. Podobne kopie europejskich miast odnaleźć można w całych Chinach. Shenzhen ma nie tylko Dafen, ale słynie też z parków rozrywki: w Wiosce Kultury Chińskiej odnajdziemy słynne zabytki z całych Chin, a w Oknie na Świat (Window of the World) – słynne budowle z całego świata, od rzymskiego Koloseum po wieżę Eiffla.

Ale inny stosunek do naśladownictwa charakteryzuje też tradycyjną sztukę chińską. Kaligrafia czy chińskie malarstwo opierają się właśnie na kopiowaniu. Kopiowanie jest tu nie tylko metodą edukacji, ale też sposobem okazania admiracji i szacunku.

aip6
Kaplica Sykstyńska skopiowana przez samego Cattelana

Niektórzy odpowiedź na to, dlaczego Chińczykom tak dobrze idzie kopiowanie, widzą w chińskim piśmie – by opanować tysiące znaków, musisz je najpierw powtarzać bez końca. Chińczycy mają zresztą dwie koncepcje kopii: gdy fangzhipin daje się odróżnić od oryginału, fuzhipin idealnie go naśladuje, przez co jej wartość jest taka sama jak oryginału. Kopiowanie nie ma tu żadnych negatywnych konotacji. Dlatego często dochodziło do nieporozumień na tym tle między chińskimi i zachodnimi muzeami. Chińczycy wielokrotnie wysyłali za granicę kopie posiadanych dzieł, chociażby Terakotowej Armii.

Tymczasem Cattelanowi, chociaż nie wydaje się, by interesowały go arkana chińskiej estetyki i filozofii, udaje się podejść do sprawy chińskiego kopiowania bez protekcjonalizmu. Na jego wystawie rozbieżności między chińskim i zachodnim podejściem przestają mieć znaczenie. Włoski artysta kurator podobnie podchodzi do sztuki niskiej i wysokiej, sztuk i niesztuki. Świetnie się przy tym bawi.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”

aip14.jpg
Wim Delvoye, Cloaca

PS

Z „Dwutygodnikiem” byłem związany niemal od samego początku istnienia pisma, o ile dobrze pamiętam – napisałem coś już do drugiego numeru. Mam wrażenie, że tam właśnie ukazały sie moje najlepsze teksty. Redakcja nigdy nie powiedziała mi „nie”, a przynajmniej nie przypominam sobie takiej sytuacji. Zaś Paulina Wrocławska, redaktorka działu sztuki w ostatnich latach, podsuwała mi pomysły na teksty, z których zazwyczaj wynikało coś sensownego, jakby wyczuwała, o czym mam coś ciekawego do powiedzenia. Nawet jeśli „Dwutygodnik” wkrótce powróci, jakiś rozdział na pewno się właśnie. W końcu i nas dosięgła „dobra zmiana”.

Alicja Kwade w Yuz Museum

kwade1

Wszystko ma tu sens. Już po krótkim czasie wiadomo, że nic nie jest na tej wystawie przypadkowe. Składa się na nią kilkanaście prac, ale wszystkie razem tworzą całość. Jest prosta, wręcz łatwa, momentami zabawna, ale dotyczy rzeczy podstawowych. To przedsięwzięcie kopernikańskie. Traktuje o obrotach ciał, nie tylko niebieskich.

Wystawa Alicji Kwade w szanghajskim Yuz Museum to najlepsza wystawa artystki, jaką do tej pory widziałem. To prace z ostatnich kilku lat. Można się tu przekonać, jak konsekwentna jest to twórczość.

kwade 6

kwade2

Przyznaję – długo nie mogłem się przekonać do prac Alicji Kwade. Ani jej wystawa w Trafostacji w Szczecinie (2015), ani w Whitechapel w Londynie (2016) mnie nie uwiodły. Wtedy wydawały mi się błahe, zbyt gładkie, wręcz efekciarskie. Na zeszłorocznym Biennale w Wenecji Kwade wyróżniała się jednak na tle ogólnie słabej głównej wystawy, kuratorowanej przez Christine Macel. Dopiero jednak w Yuz zrozumiałem, o co Kwade chodzi i w pełni doceniłem. To wystawa, która otworzyła mi oczy na jej sztukę (i tu jako krytyk biję się w piersi).

Punktem wyjścia jest czas. Wskazówki zegara układają się w prosty, „dwudziestoczterogodzinny” wzór wokół długiej, wąskiej sali, w której mieści się cała wystawa. Ale można też przecież chodzić wokoło bez końca. To pierwsza pułapka.

kwade3

Zresztą wystawę już na trawniku przed muzeum zapowiada zegar, trochę staroświecki, jeden z tych, jakie kiedyś stawiano na ulicach Nowego Jorku. Zegar wskazuje właściwą godzinę, ale już na pierwszy rzut oka widać, że coś tu jest nie tak. Czerwona wskazówka sekundnika stoi w miejscu, a tarcza zegara pozostaje w ciągłym obrotowym ruchu, pociągając za sobą dwie pozostałe wskazówki. Delikatna zmiana reguł.

Rzeźby i instalacje na wystawie w pierwszym momencie też mogą nieco mylić widza, rozrzucone w pozornym nieładzie. Instrumenty dęte zamieniają się w pokręcone labirynty. Toczy się tu jakaś niewidoczna praca, kamień z jednej strony tuby po przejściu przez skomplikowane rury, zamienia się w pył. Na liczydłach zostały tylko pojedyncze paciorki. Inne rozsypały się na podłodze, tworząc mini układ planetarny. Takich układów jest tu więcej.

kwade 7

Pośrodku wystawy inne zawirowanie – instalacja „Saga (Spira Mirabilis)”. Zwykłe materiały budowlane i przedmioty tworzą kolejne okręgi, każde na swojej orbicie. Ta instalacja mogłaby się rozrastać i rozrastać. I właściwie inne obiekty też wydają się stanowić jej część – dalsze planety. Jak arbuz – sztuczny, ale dałem się nabrać – z poziomymi paskami, przypominające planetę Mars. Owoc – planeta, która być może jeszcze czeka na swoje odkrycie.

Obok można wpaść w inną pułapkę – na obrotowym mobilu artystka zawiesiła smartfona, na ekranie którego obserwować można aktualne (!) położenie gwiazd i mgławic. Gdy się w to wpadnie, trudno wyjść z tego okręgu. Świat niby stoi w miejscu, ale smartfon, niczym twój satelita, pociąga za sobą twój wzrok. Twoje ciało jest w centrum wszechświata.

kwade 5

Math Bass

mathbass2

Główne sale Muzeum Yuz, jednej z licznych artystycznych atrakcji na West Bundzie, mają gigantyczne wręcz rozmiary – do muzealnych potrzeb dostosowano dawny hangar lotniczy. Jeszcze parę tygodni temu stały tu wielometrowe, megalomańskie rzeźby amerykańskiego (byłego) streetartowca o pseudonimie KAWS, teraz zieje tu pustką i – szanghajskim zwyczajem – nie wiadomo, kiedy i co je znowu wypełni. Ale Yuz dysponuje też innymi, mniejszymi przestrzeniami, w których regularnie prezentuje wybranych artystów ze swojej kolekcji. Jest też Project Room. I to właśnie tu odbywa się wystawa Math Bass, artystki z Los Angeles.

Bass swe największe obrazy powiesiła jednak w holu wejściowym, nad kawiarnią. Przez przeszklone ściany można je nawet oglądać z ulicy. Obraz skierowany do środka jest jak klucz do całej wystawy – w rzędach pojawiają się tu motywy, które powracają w innych pracach z cyklu „Newz!”. To zestaw ideogramów, uproszczonych rysunków, rodzaj języka obrazkowego, z którego Bass zestawia nowe całości. Mamy tu więc lornetkę, krokodyla, zapałki, papierosy, dymek, litery „b” i „z”, kwiatki, język, tubę, znaki interpunkcyjne i kilka motywów architektonicznych.

mathbass6

O ile ten ogromny obraz może przypominać słownik nowoczesnych hieroglifów, na samej wystawie Bass pokazuje, jak można ich użyć. Gdy zestawia ze sobą poszczególne piktogramy, tworząc nowe kompozycje, można je dwojako odczytywać; jawią się zarówno jako zestawy obiektów-symboli, jak też złożone z nich nowe całości. Na przykład dwie połączone krokodyle paszcze układają się w znak „X”. Papierosy dymią jak fabryczne kominy. Gdy zaś aligator otwiera paszcze, chcąc połknąć schematyczny budynek, jego geometryczne zęby zamieniają się w schody. Tworzy się napięcie między ciałem i architekturą, ciałem i językiem. Nawet ograniczona ilość znaków, oferuje niezliczone możliwości kombinacji.

Próbując jednak odczytać rebusy Bass, skazani jesteśmy na porażkę.

mathbass1

mathbass3

Wystawa opiera się też na grze między dwuwymiarowymi, płaskimi obrazami i trójwymiarowymi obiektami, sytuującymi się gdzieś między rzeźbą i scenografią. Powstają formalne rymy. Architektoniczne piktogramy rozrastają się, przypominają powiększone klocki. Na białym postumencie obraca się zaś czerwone jabłko.

Mimo oczywistej dekoracyjności jej twórczości (jej styl przypomina mi innego kalifornijskiego projektanta i malarza, Geoffa McFetridge’a), bardziej przywodzi na myśl systemy informacyjne, logotypy, może nawet już nieco nostalgiczne. W każdym razie mi wyciągnięta zgrabna nóżka od razu skojarzyła się z peerelowskimi szamponami czy płynami do kąpieli. (Na największym z obrazów Bass zdecydowała się jednak, by ta noga reklamowała Bloomingdalesa.) Znaki graficzne z czasów, gdy nie liczyła się marka, bo wystarczyło, że po spojrzeniu na opakowanie rozpoznawało się, czy to cukier, czy mąka. Może nie o nostalgię tu chodzi, lecz o tęsknotę za taką informacyjną prostotą.

mathbass4