Piszę o sztuce i okolicach. Tu – wyłącznie z wewnętrznej potrzeby i dla przyjemności. Komentuję, szybko recenzuję i zamieszczam linki do moich tekstów. Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowych postach mailem, kliknij w "Obserwuj" w prawym dolnym rogu ekranu i podaj swój adres. Pozdrawiam. Karol – ktsienkiewicz@gmail.com, instagram.com/sienkiewicz.karol.ok, twitter.com/krlsienkiewicz
Dwutygodnik podsumowuje ostatnią dekadę specjalnym numerem tematycznym. To świetny moment na takie podsumowanie, bo ewidentnie kończy się jakaś epoka. Piszą m.in. Dorota Masłowska, Jan Sowa, Witold Mrozek, i ja jako krytyk od sztuk wizualnych.
Mój tekst dotyczy definiowania artystycznego sukcesu, głównie na przykładzie Sasnala, Bałki, Althamera i Instytutu Adama Mickiewicza. Stąd serialowy tytuł – „Moda na sukces”.
„Zaczęło się od rankingu. Wiadomość, że na pierwszym miejscu znalazł się jeden z nas, Polak, przyprawiła nas o dreszcze. W 2006 roku Wilhelm Sasnal szczytował w zestawieniach „Flash Artu” stu najważniejszych młodych artystów, zarówno w tym, w którym typowali marszandzi, jak i tym, w którym typowali kuratorzy. Wszyscy byli zgodni, że Sasnal to gwiazda przyszłości. Zresztą moda na rankingi przyjęła się też nad Wisłą – chcieliśmy wiedzieć, kto jest wyżej, kto jest niżej, a jak nie było cię na liście, wiedziałeś, że nie liczysz się wcale…”
Na stronie Dwutygodnika pojawił się kilka dni temu mój nowy tekst – „Czcij dziecko w sobie”, efekt mojej niedawnej wycieczki do Krakowa. Tym razem recenzuję wystawę „Kiedy znów będę mały” w Cricotece, przygotowaną przez Joannę Zielińską. Zielińska powraca do Krakowa, ale tylko na chwilę. Od jakiegoś czasu pracuje przecież w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Pisałem kilka miesięcy temu o jej wystawie „Rzeczy robią rzeczy”. Jej projekt, zapoczątkowany w Cricotece, rozpadł się więc na dwa miasta, chociaż w Cricotece wydaje się bardziej na miejscu.
Tytuł najnowszej wystawy Zielińska pożyczyła od Janusza Korczaka. Chodzi o pewną nostalgię za dzieciństwem, której przejawem była też wystawa „W muzeum wszystko wolno” w warszawskim Muzeum Narodowym. W Cricotece znajdziemy prace Tony’ego Ourslera, duetu Bracia, Guya Ben Nera, Władysława Hasiora, Pawła Althamera, są tu dziecięce inicjacje Wiktora Gutta, no i oczywiście Tadeusza Kantora.
Niestety, wystawa jest koncepcyjnie niedopracowana. Piszę: „Z wystawy w Cricotece mogło wyniknąć coś o wiele głębszego. I częściowo wynika, bo Zielińska podąża tu za niezwykle ciekawą intuicją. Niestety wystawa jest wyraźnie niedopracowana. Jakby kuratorka poświęciła jej mniej uwagi niż swym poprzednim projektom. Brak tu chociażby opisów prac. Zebrane obiekty i filmy pozostawione są samym sobie. A tym bardziej samotnie mogą się tu poczuć widzowie. Czy oni też zatęsknią tu za dzieciństwem, czy wręcz przeciwnie?”
Grupa Nowolipie z rzeźbą „Ufo” Remigiusza Bąka, Sopot 2016
W tekście o wystawie „Uskrzydleni” Grupy Nowolipie i Pawła Althamera zaledwie wspominam Joannę Grodzicką, która wymyśliła zajęcia z lepienia w glinie dla chorych na stwardnienie rozsiane. A to ciekawa postać, więc poniżej wrzucam moją relację z wizyty u Grodzickiej, dziś przeoryszy klasztoru karmelitanek bosych w Łasinie, którą napisałem na prośby Urszuli Dobrzyniec z Grupy Nowolipie. W Łasinie byłem z nowolipianami w zeszłe wakacje. Tekst „Wizyta” ukazał się w 102 numerze „Nadziei”, kwartalniku Oddziału Warszawskiego Polskiego Stowarzyszenia Stwardnienia Rozsianego.
Wizyta
Interesując się Grupą Nowolipie i artystą Pawłem Althamerem, który prowadzi zajęcia na Nowolipiu od 1994 roku, słyszałem też o Joannie Grodzickiej. To ona kiedyś, kiedyś zadzwoniła do Althamera z pytaniem, czy nie poprowadziłby zajęć dla osób chorych na stwardnienie rozsiane. Paweł był wtedy świeżo po studiach. Ona współzakładała OW PTSR, redagowała „Nadzieję”, stała za szeregiem różnego rodzaju inicjatyw, m.in. za zorganizowaniem transportu osób niepełnosprawnych czy właśnie pomysłem zajęć ceramicznych, które mogłyby pomóc osobom chorym na SM rozruszać palce. Nawet nie przypuszczała wówczas, w co może się ten pomysł rozwinąć: że Althamer stanie się cenionym na świecie artystą i razem ze swoimi podopiecznymi z ogniska na Nowolipiu założy Grupę Nowolipie, że ich prace będą się pojawiać na wystawach, a indywidualne wysiłki jednoczyć się będą we wspólnej, kolektywnej twórczości. Sama na początku uczęszczała na zajęcia. Potem nie pozwalał jej na to stan zdrowia. Choroba przykuła ją do łóżka.
Dziś trudno się nawet domyślić, że kiedykolwiek chorowała. Nic nie wskazuje dziś na to, że spędziła kilka lat w pozycji horyzontalnej, sparaliżowana, nie mogąc ruszyć ni ręką, ni nogą. Grodzicka jest przeoryszą w klasztorze karmelitanek bosych w Łasinie. Od zajęć z ceramiki do klasztoru – to długa droga.
Na przestrzeni lat skład Grupy Nowolipie znacznie się zmienił, ale wśród jej członków są i weterani, którzy uczęszczają na zajęcia od ponad dwudziestu lat i pamiętają Grodzicką z tamtych czasów. Na przykład jej bliska przyjaciółka Ula Dobrzyniec. Gdy Grupa Nowolipie wyjechała tego lata na kilka dni odpocząć w Borach Tucholskich, Ula zaproponowała, by odwiedzić Łasin. Paweł Althamer właśnie rozpoczął pracę nad kolejnym projektem, niedaleko, w Świeciu nad Wisłą. Wszyscy spotkali się więc pod świeckim zamkiem, a ja miałem możliwość dołączyć do grupy i udać się z nimi w tę niecodzienną podróż.
Niecodzienną chociażby przez sam fakt, że Nowolipie – gdy istnieje taka możliwość – podróżuje Marzycielem, złotym autobusem, wyremontowanym kiedyś z inicjatywy Althamera, przyozdobionym płaskorzeźbionymi zjawami. Z tyłu pojazdu, na klapie silnika – namalowano Chrystusa unoszącego się nad blokowiskiem (można się domyśleć, że to rodzinne osiedle Althamera – Bródno). W trasie Chrystus błogosławi kierowcom jadącym za autobusem. Na drodze złoty autobus budzi sensację. Za kierownicą siada zaś Marcin Althamer, brat Pawła.
Tym razem Marzyciel jechał w nietypowe miejsce. Nie co dzień odwiedza się zakon klauzurowy. Ja, i przypuszczam, że wielu innych podobnie, nie wiedziałem nawet, czego się spodziewać. Ula, która jechała odwiedzić dawno niewidzianą przyjaciółkę, nie ukrywała wzruszenia.
Marzyciel zaparkował na klasztornym dziedzińcu. A my wszyscy, w sumie prawie 20 osób, zmieściliśmy się w niewielkim pomieszczeniu, wyznaczonym na miejsce spotkań, przedzielonym kratą. Ta krata onieśmiela. Po jednej stronie jest zakon, pod drugiej – nasz zwykły świat. Ale po której stronie kraty jest wolność, trudno orzec. Po chwili za kratą pojawiła się siostra Joanna. Przywiezione dla niej kwiaty trzeba było podać przez specjalną szufladę.
O dzielącej nas kracie szybko jednak zapomnieliśmy. Trzeba było nadrobić zaległości. Opowiedzieć, jak wygląda życie i tu, i tam, co słychać w klasztorze i co słychać u Grupy Nowolipie. Okazało się też, że mieszkając w klasztorze, można zachować niebywałe poczucie humoru.
Po posiłku, przekazanym nam przez szufladę, Paweł poprosił siostrę Joanną, by opowiedziała swoją historię – wszak nie wszyscy ją znali, nie wszyscy pamiętali. Grodzicka nie dała się długo prosić. Wygłosiła niemal godzinny monolog, czasami przerywany śmiechem, czasami komentarzami osób, które znała z dawnych czasów, zazwyczaj jednak słuchany w skupieniu. Jej opowieść jest bowiem zajmująca, nieziemska wręcz. Rozpoczyna się na studiach, gdy Grodzicka należała do studenckiej drużyny koszykówki, kończy się zaś w Łasinie, gdzie za kratą oglądamy niezwykle pogodną osobę, przeoryszę klasztoru, która żartuje, że w jej adresie mailowym jest i „przeorysza” i „małpa”. Historia choroby miesza się tu z historią niczym niezmąconej wiary, przekonaniem, że trzeba przyjmować los takim, jakim jest. W cudowne uzdrowienia można wierzyć lub nie. Ale fakty są faktami – Grodzicka była sparaliżowana, dzisiaj nie ma śladu choroby. Zaczęła się ruszać w trakcie nowenny, odmawianej m.in. w jej intencji przez kleryków z toruńskiego seminarium. I tyle. Tylko i aż.
Spotkanie się przeciąga, nikomu się nie spieszy, by wracać. Opowieść siostry Joanny o pokonaniu choroby, pogłębiającej się wierze i wstąpieniu do kontemplacyjnego zakonu, wnosi do spotkania aurę cudowności. „Czy siostra zadaje sobie pytanie „dlaczego ja”? Jest wielu chorych”, ktoś pyta. Grodzicka odpowiada: „Trzeba do tego pytania wprowadzić małą korektę. Słowo «dlaczego» trzeba podzielić na dwa wyrazy: «dla czego». Ku czemu. Iść dalej i nie zastanawiać się nad przeszłością”. „Może kawy albo herbaty byście się napili?”, kończy.
Jeden pan z naszej grupy ośmielony przyjazną atmosferą odczytuje swój wiersz o Szymonie z Cyreny. Kartkę z wierszem ofiarowuje siostrze Joannie, a potem wszyscy podpisują się na pamiątkę obok wiersza. Paweł szybko, kilkoma wprawnymi ruchami pisaka rysuje portret gospodyni – spokojną twarz kobiety w habicie. Grodzicka dziękuje – w końcu będzie mogła zobaczyć, jak wygląda. W klauzurowym klasztorze nie ma luster.
Ponad tydzień temu w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie otworzyła się wystawa Grupy Nowolipie i Pawła Althamera w Sopocie. Althamer od ponad 20 lat prowadzi z nimi zajęcia w ognisku plastycznym na Nowolipiu. Na pewno dawno wszyscy o nich słyszeli – kręcił o nich filmy Artur Żmijewski, pokazują swe wspólne prace na wystawach, zazwyczaj przemieszczają się złotym autobusem, „Marzycielem”, za którego kierownicą siada brat Pawła, Marcin Althamer. Słyszeliście też na pewno o członku Grupy Nowolipie, Remigiuszu Bąku – spod jego rąk wychodzą kolejne ufoludki, które buduje z elektrośmieci. Największy stanął w zeszłym roku na Bródnie (nielegalnie), a na czas wystawy „Uskrzydleni” przeniósł się na Sopocki Monciak.
W dzisiejszym wydaniu „Gazety Wyborczej” ukazał się mój tekst „Sztuka wysoka nie istnieje” o wystawie i innych działaniach Nowolipian w Sopocie (ich happeningi wtapiały się w sopocką, wakacyjną codzienność):
„Na ostatnim piętrze galerii pod sufitem podwiesili swoje rysunki. Tworzą efektowne sklepienie. Powstały dobrze znaną Althamerową kongresową metodą. Od 2012 r. Althamer organizuje Kongresy Rysowników, zamienia sale wystawowe w przestrzenie swobodnej rysunkowej ekspresji widzów. Członkowie Grupy Nowolipie rysują po prostu na papierze rozpostartym niczym obrus na stole, wokół którego siedzą. Niektóre rysunki są ich portretami, w innych rozpoznamy motyw przewodni, np. katastrofę smoleńską, Boże Narodzenie, kosmos”.
„Gdy opuścimy wzrok, natkniemy się na rzeźbiarskie kompozycje, które Althamer tworzy, łącząc w jedną całość prace członków grupy. Pojedyncze figurki mogą się wydawać niewprawne, ale w Althamerowej ramie ich wartość tkwi w różnorodności. Nieco z boku stoi zaś większa, poważniejsza kompozycja, w której odczytuję metaforę dzisiejszej Polski. To regał w kształcie kobiety z ręką uniesioną w geście nowojorskiej Statuy Wolności. Na doczepionych do niej półkach znajduje się kilkanaście mniejszych postaci, niektóre autorstwa nowolipian, niektóre Althamera, niektóre po prostu znalezione. Na krawędzi przysiadł Wałęsa i łowi ryby, niżej pręży się pomnikowy Piłsudski, a zewsząd uśmiechają się nieortodoksyjne wariacje na temat Statuy Wolności. Całość wspiera się zaś na smoleńskiej brzozowej gałęzi. Wolność nie jest już betonową figurą, wszystko musi się w niej zmieścić i ze sobą współistnieć”.
Dlaczego muzea historyczne potrzebują artystów? Na to pytanie próbuję odpowiedzieć na łamach „Gazety Wyborczej”, po wizycie w Muzeum Emigracji w Gdyni, które właśnie zainaugurowało nową odsłonę projektu „Migracje / kreacje”. Tytuł brzmi dosyć rozrywkowo, ale bynajmniej nie jest aż tak do śmiechu. Nowe realizacje w gdyńskim porcie zrobili Wilhelm Sasnal, Łukasz Surowiec i Honorata Martin. Poza tym muzeum serwuje odgrzewane kotlety – stary film Yael Bartany, wyświetlany w kontenerze ustawionym na portowym nabrzeżu, miniaturowe autoportrety Pawła Althamera, w niewielkiej gablotce przy ubikacji (z migracjami mają tyle wspólnego, że mieszczą się w niewielkiej walizce, ale w przypadku Althamera chodzi raczej o migrację wewnętrzną). Główną atrakcją jest zaś wideoinstalacja „Goście” Krzysztofa Wodiczki, która powstała na Biennale w Wenecji w 2009 roku (!).
W drukowanej „Wyborczej” tekst nosi tytuł „Kto potrzebuje sztuki”, ale znajdziecie go też w wersji internetowej.
Honorata Martin
Piszę: „Artystów niełatwo wpisać w obowiązujące podręczniki. Ich spojrzenie zaskakuje – jak u Sasnala. Pochylają się nad Innym – jak Wodiczko. Zadają pytania nie tylko o Polaków, którzy przyjechali na Ziemie Odzyskane, ale też o tych, którzy zwolnili im miejsce. I jeśli Polacy znaleźli swoje drugie ojczyzny za tym czy innym oceanem, dlaczego uciekający przed wojną Syryjczycy czy Czeczeni nie mogą się poczuć jak w domu tu, w Polsce, chociażby pod adresem Polska 1?
Mam wrażenie, że ten namysł przychodzi zbyt późno. Zamiast stać się fundamentem muzeum, służy zaledwie za chwilową dekorację. A przecież, w przeciwieństwie do zmagających się z trudnościami muzeów sztuki, muzea historyczne mają się świetnie. W ostatnich latach wyrastały jak grzyby po deszczu na fali politycznej koniunktury i unijnych dotacji – od Muzeum Powstania Warszawskiego, przez Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, po Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Na muzea historyczne stawia też obecna władza, wiążąca duże nadzieje z przepisywaniem historii po swojemu. Muzea te w większości powielają podobne błędy – nadmiar multimedialnych atrakcji przy niedoborze krytycznej refleksji.”
Jak więc na to reagować? Jak sztuka może odpowiedzieć na stojące przed społeczeństwem zagrożenia? Co dalej z instytucjami? Czy nastąpi próba podporządkowania ich programu jedynie słusznej linii partii? Czy jeszcze wypada występować w telewizji publicznej? A może potrzebujemy nowych modeli instytucjonalnych, niezależnych od środków z budżetu? Jeśli tak, jak miałyby takie modele wyglądać? Na żadne z tych pytań jeszcze nie znamy odpowiedzi. Ale takie spotkania jak to lubelskie są niezwykle ważne. Konsolidują środowisko. Pewnie będziemy się w najbliższym roku jeszcze nie raz spotykać, chociażby na jesiennym Kongresie Kultury. Od ostatnich doniesień z ministerstwa minęło już trochę czasu i nastroje się nieco uspokoiły. Cisza przed burzą?
Po „De-mo-kra-cji” w Galerii Labirynt została wystawa, którą miałem właśnie okazję zobaczyć. To wystawa interwencyjna, powstała szybko, metodą domina. Artyści zazwyczaj proponowali coś ze swego dorobku, a czasem sugerowali, kogo jeszcze zaprosić.
Miałem wrażenie déjà vu. „De-mo-kra-cja” operuje językiem podobnych, często interwencyjnych wystaw sprzed ośmioletniej małej-PO-stabilizacji. By przypomnieć wystawy organizowane przez Artura Żmijewskiego – „Polska” (2002), Krzysztofa Żwirblisa – „Demos kratos – władza ludu” (2007), Sarmena Beglariana – „Jakoś to będzie. Wybory A.D. 2005” i wiele, wiele innych.
Tamte były często reakcją na atmosferę wokół samej sztuki, „zimną wojnę sztuki ze społeczeństwem”, jak nazwał to Zbyszek Libera – przypadki cenzury, skandale (Uklański, Cattelan), antysemickie ataki na Andę Rottenberg, proces Doroty Nieznalskiej. Bo ważny element demokracji, wolność słowa, szwankował. Artyści reagowali na narodową gorączkę, ksenofobię, wąsko rozumianą polskość.
Jadwiga Sawicka, b.t., 2016
Sporo prac na „De-mo-kra-cji” pochodzi z tego okresu, artyści je po prostu odkurzyli. A nawet więcej – kilka prac pojawiło się wiele lat temu na wystawie „Demos kratos” (prace Grzegorza Kowalskiego, Moniki Mamzety, Janusza Bałdygi). Są więc i fotokolaże Zofii Kulik, i gesty Roberta Rumasa („Demosutra”), nowe-stare obrazy Jadwigi Sawickiej. Artyści nie zdążyli jeszcze zareagować na „dobrą zmianę”.
Zresztą wybrane prace najnowsze wiele się nie różnią od tych sprzed 10 czy 15 lat. Powstaje nawet zestaw powtarzających się ikonograficznych motywów i atrybutów – druty kolczaste, polska flaga, polski hymn, manifestacje narodowców, Solidarność, Lech Wałęsa, wolność, równość, braterstwo. Reakcji na nową rzeczywistość jest niewiele. Artyści, jak spora część społeczeństwa, ruszyli po prostu na demonstracje. Karolina Breguła tworzy zestaw instrumentów do-it-yourself do hałasowania na demonstracjach. A Artur Żmijewski z Julią Mateą Petelską (prywatnie żoną Pawła Althamera) i jej córką Gają Wasilewską malują kilkanaście niewielkich, poręcznych tablic do noszenia podczas protestów. Najczęściej pojawiają się na nich odniesienie do najbardziej kontrowersyjnego tematu ostatnich miesięcy – konstytucji i Trybunału Konstytucyjnego. Ale są też tablice bardziej abstrakcyjne – jakieś kwiatki, niebo, „deszcz słońca”. Hasła francuskiej rewolucji, „mądrość – radość”, „wolna sztuka”, no i przede wszystkim „LOVE”. Nie samą polityką człowiek żyje.
Artur Żmijewski, Julia Matea Petelska, Gaja Wasilewska, b.t., 2016
Pośrodku wystawy Joanna Borkowska stworzyła rodzaj mandali – uczestników dyskusji poprosiła o napisanie na kartkach swoich postulatów. Każdą kartkę przytrzymuje kamień. Niby nic prostszego, ale napisy zdradzają nadzieje i obawy: „żeby nie trzeba było wyjeżdżać”, „Beata podpisz!”, „koniec sztuki”, „więcej wiosny”, „zalegalizować marihuanę”, „świat bez religii”. Pod większością z nich bym się podpisał.
Na „De-mo-kra-cji” artyści wciąż zmagają się ze skostniałym wyobrażeniem o polskości, wizją państwa totalitarnego (Kowalski). Zaskakująco mało tu refleksji na temat demokracji. Panuje tu ton niemal kombatancki. Może dlatego, że brakuje całego pokolenia artystów, które pojawiło się na horyzoncie polskiej sztuki w ostatniej dekadzie. Czy nie interesuje ich temat? Czy ich pominięto? Czy wystawa oddaje po prostu przekrój wiekowy demonstracji KOD-u? Wciąż na kłopoty – Żmijewski.
Makieta Szalonej Galerii
Najbliższy demokracji (chociaż niekoniecznie wykrzykiwanej na demonstracjach „de-mo-kra-cji”) wydał mi się projekt Szalonej Galerii. Samochodowa galeria, pomysł Janka Simona, Jakuba de Barbaro i Agnieszki Polskiej, ma w połowie lipca ruszyć w Polsce i odwiedzać miasteczka niczym cyrk. Jej atrakcją nie będą akrobaci, lecz sztuka. Na razie, w galerii na stole rozstawili makietę pomalowaną przez Kasię Przezwańską.
W opublikowanym niedawno w „Dwutygodniku” wywiadzie z twórcami Szalonej Galerii, Janek Simon opowiada o źródłach idei: „Trochę się przestraszyliśmy agresji w dyskusji publicznej, łamania konstytucji, ataków na obcokrajowców czy straszenia w parlamencie europejskim możliwością wyjścia z Unii. Pomyśleliśmy, że to jest taka sytuacja, w której naprawdę każdy powinien się zastanowić, jaką dziurę może załatać w swoim otoczeniu, bo za chwilę będzie za późno”. Agnieszka Polska dodaje: „Lęk środowiska artystycznego o przyszłość kultury w Polsce jest całkowicie uzasadniony. Zastanówmy się jednak, czy kultura współczesna dostępna przez ostatnie piętnaście lat dla przeciętnego mieszkańca małej miejscowości tak bardzo różni się od tego, co Ministerstwo Kultury proponuje teraz”.
Wystawa Pawła Althamera w galerii neugerriemschneider w Berlinie, otwarta tego samego wieczora co IX Berlin Biennale, to antyteza imprezy kuratorowanej przez kolektyw DIS. Chociaż w obu znajdziemy silny pierwiastek dystopijny, gdy BB IX utrzymane jest w postinternetowej, błyszczącej estetyce płaskich ekranów, Althamer po prostu rzeźbi i buduje przestrzeń z materiałów bliskich ziemi – gliny, błota, gałęzi. Zamienia galerię w wizję świata po katastrofie.
Już kiedyś to zrobił, podczas swojej pierwszej wystawy w neugerriemschneider w 2003 roku. Wtedy budujący się w zawrotnym tempie Berlin i rozwijający się świat prywatnych galerii skontrastował ze zwykłym zniszczeniem. Galerię pozbawił drzwi i okien, sugerując, że to zwykła ruina. Jeśli ktoś tam trafił przypadkowo, mógł nie zorientować się, że znajduje się we wnętrzu dzieła sztuki. Bo w każdym mieście takich miejsc jest wiele.
Obecna wystawa Althamera daleka jest od rzeczywistości, a przez to bardziej niepokojąca, oniryczna, wręcz hipnotyzująca. Przestrzeń obrastają nieco wprawdzie wysuszone, ale wciąż drzewa. Po pomieszczeniu latają chmary ptaków – zawsze trzymające się w grupie zeberki australijskie. Gdy się schylić, dostrzec też można owady, szarańczę. No i jest tu sam Althamer – siedzi nago po turecku przy palenisku, rzeźbiąc figurkę swojej matki. Nie jakiejś pierwotnej Wenus z Willendorfu, ale kobiety w spodniach, bluzce i w zakrywających twarz okularach. Jakby próbował ją wydobyć z pamięci. Obok, w glinianym naczyniu czekają fifki do palenia marihuany.
Jak często bywa w przypadku Althamera, wystawa „Mama” to praca poniekąd zbiorowa. Poza pomocnikami (m.in. Rafał Żwirek i Krzysztof Visconti) swoje ślady zostawiła tu jego rodzina. Samą figurkę matki wyrzeźbił syn Bruno Althamer, zresztą z rogu renifera, przywiezionego ze Spitzbergenu przez innego krewnego. Niewielką postać kobiety w ciąży przy ognisku ulepiła z gliny jego żona, Julia Matea Petelska. Kilka mniejszych elementów to dzieło rąk jego najmłodszych dzieci. Własną pomogli zaś Althamerowi wykonać specjaliści z berlińskiego Muzeum Pergamońskiego, którzy zdjęli formę z jego ciała.
Trzeba tu spędzić trochę czasu, by odkryć kolejne szczegóły. W kącie leży czaszka słonia. Posadzone w kilku miejscach halucynogenne kaktusy to pejotl (w projekcie „Tak zwane fale oraz inne fenomeny umysłu” w ich poszukiwaniu Althamer i Żmijewski udali się do Meksyku). Wśród drzew ukrywa się miniaturowa bitwa na modele czołgów. Częściowo zakopane w glinie znajdziemy też wyraźnie porzucone kamerę i komórkę. W tej rzeczywistości są zbędne, świadczą jedynie o tym, że wkroczyliśmy na zgliszcza unicestwionej cywilizacji.
Zresztą Althamer porzucił kamerę już dawno – gdy zorientował się, że film można kręcić bez niej, mentalnie, reżyserując rzeczywistość. A komórki regularnie gubi lub niechcący niszczy – sznur zużytych aparatów ozdabiał jego roztańczony autoportret z 2009 roku, w którym przedstawił się w roli szamana. Tutaj jednak idzie o krok dalej. W tej nieco bajkowej, nieco przygnębiającej scenerii telefon czy kamera do niczego by mu się nie przydały. Musi sobie radzić w inny sposób. Rozpalając ogień czy rzeźbiąc kozikiem w kości renifera. Pocieszenie przynosi dalekie wspomnienie mamy, pierwszego wypowiadanego słowa, pocieszenie przynosi sztuka.
PS Zdjęcia z wystawy są wyraźnie lepsze od tych, które zazwyczaj zamieszczam, bo wykonał je Rafał Żwirek. Żwirku, bardzo dziękuję!
Nasz prezydent Andrzej Duda spędził 4 czerwca po swojemu. Zamiast świętować z Polakami w Polsce, zrobił sobie z małżonką krótki wypad do Włoch – Pompeje, Neapol, Watykan. Jak donosi PAP, wizyta przebiega pod znakiem trzech wielkich Polaków: Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, o. Stanisława Papczyńskiego, osiemnastowiecznego kaznodziei, który zostanie dziś kanonizowany, oraz… Igora Mitoraja. Co tu znowu robi Mitoraj?
Zapamiętałem 4 czerwca 1989 roku, bo urządzono mi imieninowe przyjęcie. Mama upiekła tort w kształcie jeża (z ryżem preparowanym zamiast kolców), a w prezencie dostałem żółto-zielony materacyk – zbliżały się wakacje. Wczoraj niemal prosto z pociągu z Berlina poszliśmy z Anką na KOD-owski marsz, który kończył się na placu Konstytucji. To na tym placu mieściła się kawiarnia Niespodzianka, w której przed wyborami kontraktowymi znalazł swoją siedzibę Warszawski Komitet Obywatelski. W Niespodziance zaśpiewał nawet przed koncertem w Kongresowej Stevie Wonder.
Prezydenci wolnej Polski nigdy nie mieli szczególnego uznania dla sztuki. Nieco lepiej było za Bronisława Komorowskiego, który miał chyba lepszych doradców. Do Pałacu Prezydenckiego wpuścił Muzeum Sztuki Nowoczesnej z wystawą wybranych prac z kolekcji, zatytułowaną, za banerem Cezarego Bodzianowskiego, „Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”. Był tam m.in. „Pan Guma” Pawła Althamera, „Nasz śpiewnik” Artura Żmijewskiego i szereg innych prac o nikłym potencjale propagandowym. Sanja Iveković pracą „Niewidzialne kobiety Solidarności” przypominała o macho-pisaniu historii. Na słynnym plakacie z wyborów 1989 roku nawiązującym do filmu „W samo południe” zastąpiła postać Gary’ego Coopera – kowbojką. Ostatnio Lech Wałęsa przyjął też swój portret, który z inicjatywy Joanny Świerczyńskiej namalowała podczas wspólnej nasiadówy grupa artystów, m.in. Alhamer i Żmijewski (obraz reprodukował w ostatnim numerze „Szum”).
4 czerwca dawno powinien być w Polsce świętem (moim zdaniem w miejsce któregoś ze świąt kościelnych). Prezydent Duda w pierwszym zdaniu podkreśla jednak, że „wybory 4 czerwca 1989 r. nie były w pełni wolne” – taki nagłówek widnieje nad tekstem o rocznicy na oficjalnej stronie prezydenta. Wizytę w domu Herlinga-Grudzińskiego też odpowiednio obudowano ideologicznie. Z wielu opinii i poglądów pisarza wybrano tę, że Polska nie dekomunizowała się odpowiednio szybko. I dlatego Duda uważa, że tablica upamiętniająca Herlinga-Grudzińskiego w Neapolu jest bardziej odpowiednim miejscem do obchodzenia rocznicy niż Warszawa.
Dla mnie bardziej ciekawy jest fakt, że Dudowie odwiedzili Pompeje, gdzie trwa wystawa Igora Mitoraja, otwarta przez samego prezydenta Włoch. Nasz rodzimy kiczarz – z ziemi polskiej do włoskiej – od czasu do czasu staje ością w gardle krytykom, bo prezentuje się go jako największe osiągnięcie polskiej sztuki. Jego pseudoantyczne rzeźby, nagie figury powiązane bandażami, notabene o silnym ładunku homoerotycznym, podobają się politykom niezależnie od opcji politycznej. Duda miał powiedzieć, że w Pompejach „prezentują się w sposób niesamowity”. Chyba zapomniał zabrać do Włoch laptopa, bo nie podzielił się swoimi przeżyciami na Twitterze.
Podejrzewam, że prezydent Duda nawet nie zdaje sobie sprawy, że opiewa ukochanego artystę polskiej lewicy sprzed kilkunastu lat. Zmarły w 2014 roku Igor Mitoraj był ulubieńcem ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego oraz prezydenckiej pary Aleksandra i Jolanty Kwaśniewskich. To z winy Dąbrowskiego, który notabene był jednym z najlepszych ministrów kultury po 1989 roku, Mitorajowa obandażowana głowa do dziś straszy na krakowskim rynku. Otwierając wystawę Mitoraja w Warszawie Jolanta Kwaśniewska miała powiedzieć, że dzień jest tak słoneczny, gdyż rzeźbiarz przywiózł ze sobą słońce prosto z Italii. Zresztą podobnie ponad politycznymi podziałami plasuje się Edward Dwurnik – na tle jego obrazu przemawiał do narodu Kwaśniewski, dziś wychwala go minister kultury Piotr Gliński.
Wczoraj tuż przed warszawskim marszem, zanosiło się na niezłą burzę. Ale niebo rozjaśniło się i bez polsko-włoskiego kiczu.
Nie czytam „Gazety Polskiej”. Ale dobry duszek przysłał mi ciekawą prasówkę – wywiad z Piotrem Bernatowiczem, dyrektorem Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu, zatytułowany „Ja, Macierewicz polskiej sztuki”. Przeczytałem z wypiekami na twarzy.
Co dla jednych byłoby najgorszą zniewagą, dla Bernatowicza jest komplementem. Całkiem sobie chwali porównania do Antoniego Macierewicza. Tyle że Bernatowicz może chciałby być kimś pokroju ministra obrony, na razie plasuje się na poziomie kaprala. Pytanie, czy skorzysta z politycznej koniunktury, by piąć się wyżej, i czy powinniśmy się już bać.
Wywiad w „Gazecie Polskiej” dotyczy w zasadzie dwóch kwestii: poglądów politycznych artystów (prawica vs. lewica) oraz „mafii bardzo kulturalnej”. Oba tematy są ostatnio modne. Wprawdzie Bernatowicz stwierdza, że sformułowanie Moniki Małkowskiej o mafii nie jest zbyt szczęśliwe (a przecież posługuje się nim nawet minister Gliński), sam jednak przywołuje książkę prof. Krystyny Daszkiewicz „Klimaty bezprawia”, „mafię” zastępując „kliką”. Wychodzi na to samo. W porównaniu z Małkowską Bernatowicz brzmi jednak mniej szaleńczo i łatwiej pewnie nabrać się na jego sidła.
Zgadzam się z Bernatowiczem, że „sztuka w istocie nie jest ani lewicowa, ani prawicowa”. Ale już jego kolejne zdanie domaga się kontry. Bernatowicz mówi bowiem, że „Prawdziwa sztuka jest konserwatywna w tym sensie, że próbuje zatrzymać czas, przechować coś ważnego a ulotnego, nadać temu formę”. Nie chciałbym dyskutować o tym, jaka jest „prawdziwa” sztuka, a jaka jest sztuka udawana. Niestety, sztuka może nieść w sobie spory potencjał konformizmu, utrwalać status quo, a nawet z powodzeniem – chociaż często nieświadomie – uczestniczy w procesach zwiększania społecznych nierówności. Rozwiązaniem problemów współczesnego globalnego świata sztuki (i rynku sztuki) nie będzie jednak zdefiniowana przez Bernatowicza sztuka „prawdziwa”, która stawia sobie za cel coś „przechować”.
I pewnie rację ma Bernatowicz, że zaangażowanych w ruchy lewicowe artystów jest w zasadzie niewielu, chociaż nie ograniczyłbym ich do trzech wymienionych przez niego nazwisk (Jakubowicz, Wodiczko, Żmijewski). Inni artyści mają jego zdaniem jedynie stosować „polityczną poprawność”.
Poprawnością polityczną straszy się dziś podobnie jak genderem. Radziłbym Bernatowiczowi, by sięgnął do słownika i sprawdził, co właściwie oba terminy oznaczają. Na razie tworzy jednak własne definicje – wystarczy poczytać katalog wystawy „Strategie buntu” w poznańskim Arsenale (niestety, raczej nie da się na trzeźwo).
Bernatowicz twierdzi, że „poprawność polityczna” to coś, co wyraża się w popieraniu ruchów LGBT, „pogardliwym traktowaniu katolicyzmu, uniżeniu w stosunku do islamu”, „traktowaniu osób przywiązanych do pojęcia narodu jako faszystów”. Należałoby jego słowa nieco przeformułować. Jeśli jest jakiś wspólny zbiór przekonań wśród ludzi sztuki czy kultury (ale nie jest to jednak poprawność polityczna), to poza równouprawnieniem pod względem orientacji seksualnej byłyby to potrzeba oddzielenia państwa i kościoła oraz równe traktowanie osób różnych narodowości czy wyznań. Jeśli zaś chcieć poprawności politycznej, to wymagałaby ona raczej od przeciwników legalizacji związków jednopłciowych, by mimo swoich poglądów wyrażali się o homoseksualistach z szacunkiem, czego niestety – jak wiemy – nie czynią. I mogliśmy się o tym przekonać właśnie w poznańskim Arsenale, kierowanym przez Bernatowicza.
Te kilka poglądów, które przeinacza i których boi się Bernatowicz, są w większości wpisane w naszą konstytucję, tylko – zwłaszcza ostatnio – są nierespektowane i nieszanowane. To wartości, które leżą u podstaw zachodnich demokracji. A granica między lewicą a prawicą w tych demokracjach nie polega na ich respektowaniu lub nie. Z tej perspektywy świat sztuki w Polsce nie jest ani szczególnie lewicowy, ani szczególnie konserwatywny. Po prostu o wiele mu bliżej do Zachodu, wraz ze zmianami społecznymi, które zaszły w tych krajach w ostatnich latach, niż obecnej czy poprzedniej ekipie rządzącej.
Złote kule Jacka Adamasa na wystawie „Chleb i róże”
W kontrze do specyficznie definiowanej „poprawności politycznej” Bernatowicz wymienia takich artystów jak Jacek Adamas, Zbigniew Warpechowski, Wojciech Korkuć czy rzeźbiarz pokazywany obecnie w Galerii Browarna w Łowiczu Jerzy Fober. „To artyści, którzy po prostu nie mieszczą się w paradygmacie tzw. lewicowości dominującym w głównych instytucjach publicznych. I płacą za to brakiem obecności w mainstreamie”, mówi. Wprawdzie przyznaje, że Warpechowski miał ogromną retrospektywę w Zachęcie – trudno byłoby jej nie zauważyć (ja recenzowałem ją w „Dwutygodniku”). Ale mija się z prawdą, jeśli chodzi o Jacka Adamasa. Pisze, że Adamas „nie doczekał się większego przeglądu swojej twórczości, [bo] był niewygodny z powodu krytyki rządów Tuska”. Bernatowicz sugeruje jednocześnie, iż Adamas pojawił się na wystawie „Chleb i róże” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie jako „ukłon zapobiegliwych gospodarzy tej placówki w stronę obecnych władz”.
To nie pierwszy raz, gdy prawicowi specjaliści od kultury grają kartą Adamasa. Sam słyszałem, jak obecny dyrektor TVP Kultura Mateusz Matyszkowicz używał mojej książki „Zatańczą ci, co drżeli”, by pokazać, jak się prawicujących artystów wykreśla z historii (w audycji w Radiu Tok FM, w której dyskutował z Beatą Stasińską). On potrafił podać jednego takiego artystę, właśnie Adamasa. W mojej książce rzeczywiście wspominałem Adamasa wyłącznie w kontekście jego wczesnych prac studenckich. Tyle że po ukończeniu studiów wyjechał na warmińską wieś i zniknął z obiegu. W ramach czasowych mojej książki Adamas, jakim znamy go dzisiaj, się po prostu nie zmieścił.
Matyszkowicz i Bernatowicz zapominają jednak wspomnieć, że swój powrót na scenę artystyczną Adamas zawdzięcza w dużym stopniu Arturowi Żmijewskiemu i Pawłowi Althamerowi, a przekrojową wystawę Adamasa zorganizowała kilka lat temu galeria Kronika w Bytomiu, notabene galeria, która na swojej fasadzie miała zwyczaj wywieszać tęczową flagę (na co dzień!). Sam pisałem o tej właśnie wystawie Adamasa w „Dwutygodniku” raczej przychylnie, chociaż nie zgadzam się z wieloma poglądami Jacka. Dyrektor Kroniki, Stach Ruksza, zapraszał Adamasa również do innych wystaw (np. „Oblicze dnia” w Nowej Hucie – o niej też pisałem w „Dwutygodniku”). Adamas gościł też w poznańskiej Zemście, zanim trafił do tamtejszego Arsenału.
Czym innym jest jednak pluralizm postaw i nawet odrzucanie poprawności politycznej, a czym innym propagowanie homofobii, mizoginii, islamofobii. I rzeczywiście, w instytucjach zachodnich to nie do pomyślenia. Oznaczałoby nie tylko łamanie zasad społecznych, ale też łamanie prawa. A takie postawy można było spotkać m.in. na wystawie „Strategie buntu” w Arsenale, czym Bernatowicz się szczyci.
Z tej okazji wygrzebałem mój stary laptop – po prawej naklejka, którą dostałem od Adamasa (niestety zatarł się okalający kwiaty napis: „Co się z tym krajem kurwa dzieje, kwiaty więdną”); po lewej naklejka „Wspólnej sprawy” Athamera (Adamas był jednym z uczestników wyprawy do Brukseli)
Swoimi zakrzywiającymi rzeczywistość okularami Bernatowicz widzi więc w galeriach i muzeach „zwalczanie patriotyzmu” (nie tłumaczy, czym się to przejawia), „sztukę krytykującą katolicyzm i nacjonalizm” (zgadzam się z tym, że katolicyzm i nacjonalizm idą dziś w Polsce ręka w rękę), a także „odwracanie pojęć”: „nazywanie relacji męsko-męskiej rodziną, odbieranie praw do życia nienarodzonym oraz deklarowanie patriotyzmu przy pomocy tęczowej flagi”.
Jeśli dla równouprawnienia potrzebujemy „odwrócenia pojęć”, chyba najwyższy czas je odwrócić. Tak, moją homoseksualną relację uważam za rodzinę; uważam też, że kobiety powinny mieć prawo do aborcji, no i czemu nie deklarować patriotyzmu z tęczową flagą w dłoni. Ale jednocześnie jako tęczowemu patriocie nie wydaje mi się, by coś było nie tak z rodziną męsko-damską, nie mam nic przeciwko kobietom, które nie przerywają ciąży, ani nie widzę nic złego w wyrażaniu swego patriotyzmu przy pomocy flagi biało-czerwonej, z którą też się utożsamiam. Może kiedyś zrozumiemy, że te flagi się nawzajem nie znoszą. Jak czytam Bernatowicza, mam wrażenie, że atakują go jakieś tęczowe demony.
Muzeum Antropologii na UBC to nie tylko sztuka Pierwszych Narodów z Kolumbii Brytyjskiej. Wystawy czasowe dotyczą całkiem odległych regionów geograficznych i wydaje mi się, że wynikają głównie z zainteresowań pracujących na UBC antropologów. To nieco inny rodzaj kuratorowania wystaw niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w muzeach i galeriach sztuki. Chodzi o to, by pokazać najlepsze dzieła sztuki, ale jednocześnie oddać głos danej grupie etnicznej. Na podstawie wystaw stałych i czasowych w Muzeum Antropologii można by tu przeprowadzać zajęcia o polityczności sztuki – czy będzie to rzeźba Joe’go Davida, sztuka ludowa z Portugalii czy rzeźbiarze z Papui-Nowej Gwinei.
Trwająca właśnie wystawa „W ślad za Człowiekiem-Krokodylem” („In the Footprint of the Crocodile-Man”) pokazuje współczesną sztukę ludu Iatmul z wiosek położonych nad rzeką Sepik na Nowej Gwinei. To głównie rzeźbiarze, ich dzieła można dziś podziwiać w wielu muzeach etnograficznych na świecie. Rzeźby pokazane są tu jednak w kontekście gospodarczego, kulturowego i duchowego powiązania Iatmul z rzeką. Wyjątkowość tej sztuki wynika zdaniem antropologów z silnej izolacji wiosek znad rzeki Sepik, spowodowanej regularnym wylewami (ludność praktycznie żyje na wodzie) i oddaleniem od ośrodków miejskich.
Sylveser Tungi, „Flet Ducha Wody”, 2006
Zgromadzone na wystawie rzeźby, chociaż utrzymane w tradycyjnym, rozpoznawalnym stylu ludu Iatmul, zdradzają też indywidualne cechy autorów. Odbijają się w nich ceremonie inicjacji, postacie mityczne, codzienne życie nad rzeką Sepik. Szczególnie często w tych historiach przewija się zaś krokodyl, stąd tytuł wystawy.
Dzisiaj większość produkcji artystycznej nad rzeką Sepik powstaje z myślą o turystach, którym udaje się tu dotrzeć, ale też na potrzeby międzynarodowego rynku sztuki. Umiejętności i techniki rzeźbienia w drewnie przekazywane są z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna – rzeźbią głównie mężczyźni. Ale na wystawie pojawiają się też torby bilum, tkane przez kobiety z barwionych włókien roślinnych. Liczą na to, że na rozwój ich produkcji wpłynie wprowadzony właśnie zakaz używania plastikowych toreb przez sklepy w Papui-Nowej Gwinei.
Ale przede wszystkim jest tu też mowa o otwartej niedawno kopalni miedzi, Frieda River Project, która stwarza zagrożenie dla ekosystemu, a także gospodarczej i kulturowej przyszłości wiosek nad rzeką Sepik. Ich mieszkańcy zdają sobie sprawę z tego, jak kopalnie zmieniły życie w innych regionach Papui-Nowej Gwinei (zniszczone środowisko naturalne, opuszczone wioski). O swoich obawach i już obserwowanych zmianach w swym otoczeniu opowiadają na nagranych na Nowej Gwinei filmach. Dzięki sztuce ich głos jest bardziej słyszalny. (Ale o własne stanowisko poproszono też przedstawicieli kopalni, którzy oczywiście zapewniają, że ich działania nie zmienią warunków życia i nie zanieczyszczą naturalnego środowiska.)
Teddy Balangu, „Orka”, 2008
Jednym z najciekawszych artystów znad rzeki Sepik jest Teddy Balangu, który dziesięć lat temu przyjechał na zaproszenie Muzeum Antropologii do Vancouveru i wyrzeźbił tu między innymi dwa słupy klanowe (za zgodą swej klanowej starszyzny) oraz rzeźbę „Rybaczka” („Fisherwoman”). Na jednym ze słupów, dedykowanym Kanadzie, wyrzeźbił klonowy liść. Do muzealnej kolekcji trafiła też inna rzeźba Balangu – „Orka”, a właściwie hybryda orki i ryby z rzeki Sepik, powstała już po jego powrocie do rodzinnej wioski. O tym, że to orka świadczy płetwa grzbietowa i otwór wytryskowy, na rybę wskazywałby kształt i łuski. Balangu widział orkę podczas wyprawy promem na wyspę Vancouver. Orka w sztuce Pierwszych Narodów Północnozachodniego Wybrzeża pojawia się niemal tak często, jak u rzeźbiarzy znad rzeki Sepik krokodyl.
Na Nowej Gwinei odwiedził Balangu rzeźbiarz John Marston (z narodu Coast Salish), mieszkający na Wyspie Vancouver.
Rzeźby artystów znad rzeki Sepik na Uniwersytecie Stanforda
Gdy oglądałem wystawę w Muzeum Antropologii, przypomniało mi się, że gdzieś już to kiedyś widziałem! Półtora roku temu podczas bożonarodzeniowej wycieczki do Kalifornii odwiedziliśmy z Marcinem Uniwersytet Stanforda. Na tamtejszym kampusie znajduje się niewielki park papuaskiej rzeźby, stworzony właśnie przez artystów znad rzeki Sepik, zaproszonych tu w 1994 roku przez tutejszy Wydział Antropologii. Było to o wiele większe przedsięwzięcie niż wystawa na UBC. Na Uniwersytecie Stanforda grupa dziesięciu rzeźbiarzy w różnym wieku spędziła przez około pół roku.
Do Kalifornii przyjechał też wówczas Teddy Balangu, jako jeden z młodszych uczestników ekspedycji. Na uniwersytecie i w San Francisco natknął się na kolekcję brązowych odlewów rzeźb Augusta Rodina, m.in. „Myśliciela”. Miał powiedzieć: „Ja zrobię to lepiej”. Tak powstała ulepszona wersja rzeźby słynnego Francuza. Balangu figurę zatroskanego mężczyzny połączył z wierzeniem ludu Iatmul o przodku. Siedząc na skraju wielkiej dziury, z której się właśnie wyłonił, rzeczony przodek zastanawia się nad tym, jak ulepić z gliny innych ludzi. Pierwsze nieudane próby, fragmenty ludzkich ciał, leżą u jego stóp.
Teddy Balangu, „Myśliciel”, 1994, Uniwersytet Stanforda
Oczywiście od razu przychodzi mi też do głowy „Toguna”, postawiona w Parku Rzeźby na warszawskim Bródnie przez Youssoufa Darę, Dogona z Mali, który przyjechał kilka lat temu do Polski na zaproszenie Pawła Althamera i Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Dara na jednym z filarów toguny, dogońskiego miejsca spotkań, wyrzeźbił m.in. warszawską syrenkę, ale w katandze, tradycyjnej dogońskiej masce. To podobny styk oddalonych od siebie kultur jak w niektórych rzeźbach Balangu. W Warszawie obyło się jednak bez antropologicznego, uniwersyteckiego parasola.