Gurlitt

kolekcjag.jpg

Na „Dwutygodniku” piszę o berlińskiej wystawie niesławnej kolekcji Hildebrandta Gurlitta.

„Wystawę w Martin Gropius Bau w Berlinie otwiera ściana wytapetowana okładkami magazynów i tekstami z gazet oraz niepozorna walizka. Od tej walizki się zaczęło. W 2011 roku staruszek Cornelius Gurlitt został zatrzymany w pociągu z Zurichu do Monachium z dużą sumą pieniędzy. Wszczęto postępowanie z podejrzeniem przestępstw podatkowych. Okazało się, że osiemdziesięciolatek wracał ze Szwajcarii, sprzedawszy dzieło sztuki. Był synem marszanda Hildebranda Gurlitta.

Cornelius żył niemal jak mnich, z nikim się nie przyjaźnił, rzadko wychodził z domu. W lutym 2012 roku policja weszła do jego mieszkania i skonfiskowała 1300 dzieł sztuki, głównie na papierze. Jednak o sprawie zrobiło się głośno dopiero w listopadzie 2013 roku, gdy historię opisał „Focus”. Na okładce pisma pojawił się Hitler na tle obrazu Franza Marca. Tytuł mówił wszystko: „Der Nazi-Schatz”, nazistowski skarb. Mnożyły się spekulacje: że to dzieła zagrabione przez nazistów, że mogłyby osiągnąć astronomiczne ceny na aukcjach, że historia sztuki będzie musiała zostać napisana na nowo. „Focus” oceniał wartość skonfiskowanych dzieł na miliard euro”.

kolekcjag2.jpg

Na berlińskiej wystawie historia działalności Gurlitta to zaledwie jeden z wielu wątków. Bo ściśle z nią związana jest złożona relacja sztuki i władzy w czasach Trzeciej Rzeszy, która zostaje tu poddana głębszej analizie. Gdy w artykułach prasowych – jak na okładce „Focusa” – uwaga skupiała się na oprawcach, tu często w poszczególnych przypadkach głos zostaje oddany ofiarom. Wreszcie wiele uwagi poświęca się właśnie problemowi badań nad proweniencją dzieł oraz restytucji, nie tylko z punktu widzenia prawnego, ale też, a może przede wszystkim, moralnego. Mowa tu przecież o wyrafinowanej formie szabrownictwa. Gurlitt kupował – bezpośrednio lub pośrednio – od osób, na przykład Żydów, które sytuacja zmuszała do pozbycia się dzieł.

Są też takie historie jak z rysunkami Menzla z kolekcji rodziny Wolffsonów, protestanckiej rodziny stygmatyzowanej jako żydowska. Gurlitt po wojnie twierdził, że nie wie, co stało się z ich kolekcją, choć sam kupił rysunki po wyjątkowo niskiej cenie, a niektóre odsprzedał. Jeden odnalazł się w domu Corneliusa i właśnie powrócił do rąk spadkobierców Elsy Helen Cohen, która wcześniej – jak się okazało – sprzedała rysunek Gurlittowi, by sfinansować ucieczkę do Ameryki.

Wystawa opowiada też o szerszych zagadnieniach, zwłaszcza o – wcale nie zawsze oczywistym – stosunku III Rzeszy do sztuki. Pytanie brzmiało bowiem: jak ma wyglądać niemiecka sztuka narodowa? Początkowo nawet niektórzy naziści sądzili, że to ekspresjonizm, jako zjawisko niemieckie, stanie się fundamentem rozwoju oficjalnej sztuki nazistowskich Niemiec. Przecież modernizm – jak podkreślają współcześni badacze – nie był w swej istocie antynacjonalistyczny. Zwolennikiem „niemiecko-nordyckiego” ekspresjonizmu jako stylu narodowego był Joseph Goebbels. Tu decydujące okazały się jednak osobiste gusta Hitlera.

kolekcjag3.jpg

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Berlin i Palermo

manifesta1
Manifesta 12: Matilde Cassani

Tegoroczne letnie imprezy, 10. Berlin Biennale oraz Manifesta 12 w Palermo, recenzowałem dla „Dwutygodnika”. Gdybym musiał wybierać między oboma biannalami, postawiłbym bez mrugnięcia okiem na Palermo, które odbudowało reputację Manifesta.

bb10aaa
10. Berlin Biennale: Dineo Seshee Bopape

10 Berlin Biennale raczej się szybko zapomni:

„We don’t need another hero”, śpiewała kiedyś Tina Turner. Gabi Ngcobo, główna kuratorka 10. Berlin Biennale, powtarza za nią te słowa w tytule imprezy. Nawet dziś Tina Turner śpiewająca te słowa brzmi buńczucznie. Ngcobo dopowiada: nie potrzebujemy bohaterów, proroków, nie potrzebujemy wielkich idei, nie potrzebujemy utopii. I rzeczywiście takowych na wystawie nie znajdziemy. Ale Ngcobo, wraz z międzynarodowym teamem kuratorów, idzie dalej. Unika jakichkolwiek stwierdzeń. Wiadomo, czego nie potrzebujemy, nie zawsze wiadomo, do czego dążymy.

Tegoroczne biennale w Berlinie jest celowo skromne, daleko mu do skali i rozmachu Documenta czy biennale w Wenecji. Ale także poprzednich edycji Berlin Biennale. Całość mieści się w trzech lokalizacjach:KunstWerke, organizatora biennale, Akademie der Künste oraz ZK/U (Zentrum für Kunst und Urbanistik). By zobaczyć całość, wystarczy jeden dzień. Do tego, jak na tak mało rozbudowaną wystawę, BB10 okazuje się też mało spójne. Powracają problemy spadku po kolonializmie czy współczesnego feminizmu, ale żaden z tematów nie jest potraktowany radykalnie. Nikt nie organizuje rewolucji, raczej obserwujemy stan rzeczy.

Tegoroczne biennale to przykład bardziej delikatnego kuratorstwa, ale jednocześnie gładkiego. Nic tu nie drapie, nie kąsa. Dyskusje wokół najbardziej kontrowersyjnych prac też już przebrzmiały – w odniesieniu do filmu Thompsona przywoływana jest kwestia wykorzystywania traumy Afroamerykanów przez białych artystów (rok temu prezentowany Whitney Biennial w Nowym Jorku obraz Dany Schutz „Open Casket” wywołał z tego powodu liczne protesty). BB10 obrazuje przewartościowania, które już od jakiegoś czasu zachodzą – otwarcie na sztukę z regionów wcześniej pomijanych, zwłaszcza Afryki, kobiece parytety, konieczność zniesienia relacji centrum – peryferie. Brakuje rewolucyjnej energii, jasnej tezy, zakorzenienia w teraźniejszości. Kuratorzy ukrywają się za słowami piosenki sprzed lat.

CAŁOŚĆ TEKSTU DOSTĘPNA NA STRONIE DWUTYGODNIKA.

manifesta2
Manifesta 12

Manifesta, biennale nomadyczne, w tym roku zorganizowano w Palermo i to energia i zaangażowanie miasta wydają się decydować o sukcesie imprezy:

Stolica Sycylii to nie tylko atrakcyjne turystycznie miejsce, ale też intrygujące miasto, jedno z najbardziej wielokulturowych w Europie, wychodzące z mafijnego kryzysu. Lokalni politycy i organizatorzy oczekiwali od Manifesta czegoś więcej niż kolejnego impulsu dla rozwoju turystyki kulturalnej. Zadali sobie pytanie: co Manifesta mogą przynieść miastu i jego mieszkańcom, czego sami mogą się od Manifesta i zaproszonych artystów nauczyć?

Może dlatego nie mówi się nawet o kuratorach tegorocznego Manifesta, lecz reprezentujących różne dziedziny „mediatoriach”. Ippolito Pestellini Laparelli oraz Andrés Jaque są architektami, Bregtje van der Haak – autorką filmów, jedynie Mirjam Varadinis – zawodową kuratorką. Jeśli tegoroczne Manifesta można do czegoś porównać, to do warszawskiego festiwalu Warszawa w Budowie organizowanego przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które za pomocą sztuki – i niekoniecznie sztuki – analizuje problemy miasta.

Najważniejsze jednak, że Manifesta 12 nie traktuje Palermo jako kolejnej tymczasowej lokalizacji imprezy, miasta, w którym pojawi się i zniknie. Oczywiście – Manifesta zostanie tu tylko na kilka miesięcy, ale jejzwiązek z miastem nie jest powierzchowny. Obecność dzieł sztuki nie opiera się jedynie na wyszukaniu w Palermo atrakcyjnych miejsc, w których sztuka będzie się efektownie prezentować. Nie korzysta wyłącznie z potencjału miasta, ale też oferuje mu coś w zamian. I jest to kierunek, w jakim mogą podążać inne wielkie imprezy. Mam nadzieję, że utrzyma go Manifesta – za dwa lata w Marsylii.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

 

Studio Tillmansa

studiot1

W berlińskiej Galerie Buchholz Wolfgang Tillmans ujawnia swój warsztat. Na pierwszy rzut oka „Studio” nie różni się bardzo od innych jego wystaw. Bo jeśli Tillmans w swojej pracowni nakleja zdjęcia bezpośrednio na ścianę, by się im po prostu przyjrzeć, to czyni tak też na swoich wystawach (mogliśmy się o tym przekonać na „Zachęta. Ermutigung” w Zachęcie kilka lat temu). Podobnie warsztatowo wyglądają jego gabloty, w których układa zdjęcia i wycinki, jakby próbował zebrać do kupy swoje myśli. I taka jest właśnie wystawa „Studio” – skomponowana z fotografii różnych formatów, różnie oprawionych (lub nie), oraz partu gablot. To rodzaj przestrzennego kolażu. Bo nie pojedyncze fotografie, ale ich starannie skomponowany zbiór stanowi ostateczne dzieło Tillmansa.

Ostatnio pisano więcej o Tillmansie, bo zaprojektował plakaty, adresowane główne do Brytyjczyków (sam mieszkał przez wiele lat w Londynie), zachęcające ich do głosowania za pozostaniem w Unii Europejskiej. „No man is an island. No country by itself” („Żaden człowiek nie jest samotną wyspą. Ani kraj sam w sobie”) – tak dla przykładu brzmiało jedno z haseł, parafrazujące angielskiego poetę Johna Donne’a. Jak Tillmans napisał na swojej stronie internetowej, z osoby skrycie politycznej wszedł w buty osoby otwarcie politycznej.

studiot2

Pracownia, a właściwie pracownie, w liczbie mnogiej, bo na przestrzeni lat Tillmans miał ich kilka, to powrót do prywatności. Studio – temat dosyć klasyczny – stanowi jego najbliższe otoczenie, przestrzeń życiową. No i jest źródłem rozlicznych inspiracji, skarbnicą motywów. Gdy coś zauważy, sięga po aparat. Może to być spektakularnie wpadające przez zaparowaną szybę światło, jego rośliny doniczkowe, przypominające abstrakcję kompozycje fotografii zawieszonych na ścianie. Ale pracownia to też miejsce, w którym fotografuje swoich modeli. Nie mogło zabraknąć tych niby zwyczajnych, ale pięknych chłopców. Jak chociażby Alejandro, którego nagą klatkę przeszywa prosty cień. Oczy mruży ni to przed słońcem, ni to zalotnie. Ale usta rozwiera już wyraźnie erotycznie. Wie, jak to robić. Na łańcuchu zawieszonym na jego szyi dynda kłódka. Taka moda. Ale za tło służy mu pracowniany kaloryfer, który zdaje się podpowiadać, gdzie można by tego chłopca przykuć. W końcu jak fotograf, to musi być tu też darkroom (ciemnia).

Wreszcie pracownia to też… praca. W jednej z sal Tillmans odtworzył nawet taką pracownianą ścianę, zawieszając na niej, jeden obok drugiego, wstępne wydruki swego fotoreportażu dla magazynu „Homme”. Gdzie indziej na wielkoformatowej fotografii możemy przyjrzeć się biurku artysty, rożnym śladom codzienności. Tillmans rozbiera też na czynniki pierwsze drukarkę; interesuje się, jak w jej wnętrzu miesza się kolorowy toner. Na kilku fotografiach gra zaś ze skalą – bo, jak wielu twórców, Tillmans, pracując nad wystawą, najpierw tworzy jej model, na miniaturowe ściany nakleja zdjęcia wielkości znaczka pocztowego. Ale w taką makietę można stanąć w glanach i wszystko się rozbija. Przez chwilę nie wiemy, co się tu właściwie dzieje.

studiot4

Inne zdjęcia powstały już w galeriach, podczas montażu wystaw. Na zawieszonej nad drzwiami fotografii grupa chłopców na czworaka domywa podłogę, wypinając w górę pośladki w przypadkowo (?) erotycznej choreografii. W ich tle majaczy zdjęcie Tillmansa – powiększone zbliżenie nagiego męskiego tyłka w gotowości, z pełną Barbarą Bush. Chciałoby się mu bliżej przyjrzeć, ale raz, że jest schowane w innej fotografii, a dwa, że ta wisi zbyt wysoko. Właściwie na samej wystawie ciał jest niewiele (zresztą Tillmans nigdy z nimi nie przesadza). I nie szkodzi. Jest za to po tillmansowemu intymnie.

Mama. Althamer

althamer 1

Wystawa Pawła Althamera w galerii neugerriemschneider w Berlinie, otwarta tego samego wieczora co IX Berlin Biennale, to antyteza imprezy kuratorowanej przez kolektyw DIS. Chociaż w obu znajdziemy silny pierwiastek dystopijny, gdy BB IX utrzymane jest w postinternetowej, błyszczącej estetyce płaskich ekranów, Althamer po prostu rzeźbi i buduje przestrzeń z materiałów bliskich ziemi – gliny, błota, gałęzi. Zamienia galerię w wizję świata po katastrofie.

Już kiedyś to zrobił, podczas swojej pierwszej wystawy w neugerriemschneider w 2003 roku. Wtedy budujący się w zawrotnym tempie Berlin i rozwijający się świat prywatnych galerii skontrastował ze zwykłym zniszczeniem. Galerię pozbawił drzwi i okien, sugerując, że to zwykła ruina. Jeśli ktoś tam trafił przypadkowo, mógł nie zorientować się, że znajduje się we wnętrzu dzieła sztuki. Bo w każdym mieście takich miejsc jest wiele.

althamer 2

Obecna wystawa Althamera daleka jest od rzeczywistości, a przez to bardziej niepokojąca, oniryczna, wręcz hipnotyzująca. Przestrzeń obrastają nieco wprawdzie wysuszone, ale wciąż drzewa. Po pomieszczeniu latają chmary ptaków – zawsze trzymające się w grupie zeberki australijskie. Gdy się schylić, dostrzec też można owady, szarańczę. No i jest tu sam Althamer – siedzi nago po turecku przy palenisku, rzeźbiąc figurkę swojej matki. Nie jakiejś pierwotnej Wenus z Willendorfu, ale kobiety w spodniach, bluzce i w zakrywających twarz okularach. Jakby próbował ją wydobyć z pamięci. Obok, w glinianym naczyniu czekają fifki do palenia marihuany.

Jak często bywa w przypadku Althamera, wystawa „Mama” to praca poniekąd zbiorowa. Poza pomocnikami (m.in. Rafał Żwirek i Krzysztof Visconti) swoje ślady zostawiła tu jego rodzina. Samą figurkę matki wyrzeźbił syn Bruno Althamer, zresztą z rogu renifera, przywiezionego ze Spitzbergenu przez innego krewnego. Niewielką postać kobiety w ciąży przy ognisku ulepiła z gliny jego żona, Julia Matea Petelska. Kilka mniejszych elementów to dzieło rąk jego najmłodszych dzieci. Własną pomogli zaś Althamerowi wykonać specjaliści z berlińskiego Muzeum Pergamońskiego, którzy zdjęli formę z jego ciała.

althamer 3

Trzeba tu spędzić trochę czasu, by odkryć kolejne szczegóły. W kącie leży czaszka słonia. Posadzone w kilku miejscach halucynogenne kaktusy to pejotl (w projekcie „Tak zwane fale oraz inne fenomeny umysłu” w ich poszukiwaniu Althamer i Żmijewski udali się do Meksyku). Wśród drzew ukrywa się miniaturowa bitwa na modele czołgów. Częściowo zakopane w glinie znajdziemy też wyraźnie porzucone kamerę i komórkę. W tej rzeczywistości są zbędne, świadczą jedynie o tym, że wkroczyliśmy na zgliszcza unicestwionej cywilizacji.

althamer4

Zresztą Althamer porzucił kamerę już dawno – gdy zorientował się, że film można kręcić bez niej, mentalnie, reżyserując rzeczywistość. A komórki regularnie gubi lub niechcący niszczy – sznur zużytych aparatów ozdabiał jego roztańczony autoportret z 2009 roku, w którym przedstawił się w roli szamana. Tutaj jednak idzie o krok dalej. W tej nieco bajkowej, nieco przygnębiającej scenerii telefon czy kamera do niczego by mu się nie przydały. Musi sobie radzić w inny sposób. Rozpalając ogień czy rzeźbiąc kozikiem w kości renifera. Pocieszenie przynosi dalekie wspomnienie mamy, pierwszego wypowiadanego słowa, pocieszenie przynosi sztuka.

 

PS Zdjęcia z wystawy są wyraźnie lepsze od tych, które zazwyczaj zamieszczam, bo wykonał je Rafał Żwirek. Żwirku, bardzo dziękuję!