Rzeźbiarze znad rzeki Sepik

papua
Kaua Gita, „Legend Figure”, 1996

Muzeum Antropologii na UBC to nie tylko sztuka Pierwszych Narodów z Kolumbii Brytyjskiej. Wystawy czasowe dotyczą całkiem odległych regionów geograficznych i wydaje mi się, że wynikają głównie z zainteresowań pracujących na UBC antropologów. To nieco inny rodzaj kuratorowania wystaw niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w muzeach i galeriach sztuki. Chodzi o to, by pokazać najlepsze dzieła sztuki, ale jednocześnie oddać głos danej grupie etnicznej. Na podstawie wystaw stałych i czasowych w Muzeum Antropologii można by tu przeprowadzać zajęcia o polityczności sztuki – czy będzie to rzeźba Joe’go Davida, sztuka ludowa z Portugalii czy rzeźbiarze z Papui-Nowej Gwinei.

Trwająca właśnie wystawa „W ślad za Człowiekiem-Krokodylem” („In the Footprint of the Crocodile-Man”) pokazuje współczesną sztukę ludu Iatmul z wiosek położonych nad rzeką Sepik na Nowej Gwinei. To głównie rzeźbiarze, ich dzieła można dziś podziwiać w wielu muzeach etnograficznych na świecie. Rzeźby pokazane są tu jednak w kontekście gospodarczego, kulturowego i duchowego powiązania Iatmul z rzeką. Wyjątkowość tej sztuki wynika zdaniem antropologów z silnej izolacji wiosek znad rzeki Sepik, spowodowanej regularnym wylewami (ludność praktycznie żyje na wodzie) i oddaleniem od ośrodków miejskich.

flet
Sylveser Tungi, „Flet Ducha Wody”, 2006

Zgromadzone na wystawie rzeźby, chociaż utrzymane w tradycyjnym, rozpoznawalnym stylu ludu Iatmul, zdradzają też indywidualne cechy autorów. Odbijają się w nich ceremonie inicjacji, postacie mityczne, codzienne życie nad rzeką Sepik. Szczególnie często w tych historiach przewija się zaś krokodyl, stąd tytuł wystawy.

Dzisiaj większość produkcji artystycznej nad rzeką Sepik powstaje z myślą o turystach, którym udaje się tu dotrzeć, ale też na potrzeby międzynarodowego rynku sztuki. Umiejętności i techniki rzeźbienia w drewnie przekazywane są z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna – rzeźbią głównie mężczyźni. Ale na wystawie pojawiają się też torby bilum, tkane przez kobiety z barwionych włókien roślinnych. Liczą na to, że na rozwój ich produkcji wpłynie wprowadzony właśnie zakaz używania plastikowych toreb przez sklepy w Papui-Nowej Gwinei.

Ale przede wszystkim jest tu też mowa o otwartej niedawno kopalni miedzi, Frieda River Project, która stwarza zagrożenie dla ekosystemu, a także gospodarczej i kulturowej przyszłości wiosek nad rzeką Sepik. Ich mieszkańcy zdają sobie sprawę z tego, jak kopalnie zmieniły życie w innych regionach Papui-Nowej Gwinei (zniszczone środowisko naturalne, opuszczone wioski). O swoich obawach i już obserwowanych zmianach w swym otoczeniu opowiadają na nagranych na Nowej Gwinei filmach. Dzięki sztuce ich głos jest bardziej słyszalny. (Ale o własne stanowisko poproszono też przedstawicieli kopalni, którzy oczywiście zapewniają, że ich działania nie zmienią warunków życia i nie zanieczyszczą naturalnego środowiska.)

balangu.jpg
Teddy Balangu, „Orka”, 2008

Jednym z najciekawszych artystów znad rzeki Sepik jest Teddy Balangu, który dziesięć lat temu przyjechał na zaproszenie Muzeum Antropologii do Vancouveru i wyrzeźbił tu między innymi dwa słupy klanowe (za zgodą swej klanowej starszyzny) oraz rzeźbę „Rybaczka” („Fisherwoman”). Na jednym ze słupów, dedykowanym Kanadzie, wyrzeźbił klonowy liść. Do muzealnej kolekcji trafiła też inna rzeźba Balangu – „Orka”, a właściwie hybryda orki i ryby z rzeki Sepik, powstała już po jego powrocie do rodzinnej wioski. O tym, że to orka świadczy płetwa grzbietowa i otwór wytryskowy, na rybę wskazywałby kształt i łuski. Balangu widział orkę podczas wyprawy promem na wyspę Vancouver. Orka w sztuce Pierwszych Narodów Północnozachodniego Wybrzeża pojawia się niemal tak często, jak u rzeźbiarzy znad rzeki Sepik krokodyl.

Na Nowej Gwinei odwiedził Balangu rzeźbiarz John Marston (z narodu Coast Salish), mieszkający na Wyspie Vancouver.

stanfor
Rzeźby artystów znad rzeki Sepik na Uniwersytecie Stanforda

Gdy oglądałem wystawę w Muzeum Antropologii, przypomniało mi się, że gdzieś już to kiedyś widziałem! Półtora roku temu podczas bożonarodzeniowej wycieczki do Kalifornii odwiedziliśmy z Marcinem Uniwersytet Stanforda. Na tamtejszym kampusie znajduje się niewielki park papuaskiej rzeźby, stworzony właśnie przez artystów znad rzeki Sepik, zaproszonych tu w 1994 roku przez tutejszy Wydział Antropologii. Było to o wiele większe przedsięwzięcie niż wystawa na UBC. Na Uniwersytecie Stanforda grupa dziesięciu rzeźbiarzy w różnym wieku spędziła przez około pół roku.

Do Kalifornii przyjechał też wówczas Teddy Balangu, jako jeden z młodszych uczestników ekspedycji. Na uniwersytecie i w San Francisco natknął się na kolekcję brązowych odlewów rzeźb Augusta Rodina, m.in. „Myśliciela”. Miał powiedzieć: „Ja zrobię to lepiej”. Tak powstała ulepszona wersja rzeźby słynnego Francuza. Balangu figurę zatroskanego mężczyzny połączył z wierzeniem ludu Iatmul o przodku. Siedząc na skraju wielkiej dziury, z której się właśnie wyłonił, rzeczony przodek zastanawia się nad tym, jak ulepić z gliny innych ludzi. Pierwsze nieudane próby, fragmenty ludzkich ciał, leżą u jego stóp.

balangu mysliciel.jpg
Teddy Balangu, „Myśliciel”, 1994, Uniwersytet Stanforda

Oczywiście od razu przychodzi mi też do głowy „Toguna”, postawiona w Parku Rzeźby na warszawskim Bródnie przez Youssoufa Darę, Dogona z Mali, który przyjechał kilka lat temu do Polski na zaproszenie Pawła Althamera i Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Dara na jednym z filarów toguny, dogońskiego miejsca spotkań, wyrzeźbił m.in. warszawską syrenkę, ale w katandze, tradycyjnej dogońskiej masce. To podobny styk oddalonych od siebie kultur jak w niektórych rzeźbach Balangu. W Warszawie obyło się jednak bez antropologicznego, uniwersyteckiego parasola.

Złoci ludzie na Cyprze

DSC02076

Mam za sobą tygodniowy pobyt na Cyprze z ekipą Pawła Althamera. „Ekipą” nazywam osoby, które towarzyszą mu w jego projektach od jakiegoś czasu lub które zaprasza do współpracy. Jak Rafał Żurek zwany Żwirkiem, prawa ręka artysty, i jego dziewczyna Aga Szreder, artystka. Albo Jacob Cohen, wiolonczelista, poznany w nowojorskim metrze. Do Nikozji na spacer złotych ludzi przyjechali też m.in. Marcin Althamer, młodszy brat Pawła, Magda Materna, która organizowała słynny lot złotym samolotem do Brukseli w 2009 roku, Robert Brylewski, muzyczna legenda, a także Piotr, który szyje złote kostiumy. Plus grupa nowopoznanych przyjaciół i pracowników galerii na miejscu.

Przez prawie trzy miesiące w Nikozji trwał Althamerowy projekt – w Muzeum Leventisa odbyła się któraś już z kolei odsłona „Kongresu rysowników”, a w galerii Point – krótkie rezydencyjne przedsięwzięcia zaproszonych przez Pawła przyjaciół, m.in. nowojorskiego rzeźbiarza Briana Fernandeza-Hallorana czy Michała Mioduszewskiego, który kiedyś rozkręcił „Domek herbaciany” w Parku Rzeźby na Bródnie, a obecnie jest opiekunem niekonwencjonalnego domu kultury na Targówku, Czterech Pokoi z Kuchnią. Zwieńczeniem tych wszystkich działań był kongresowy finał – pocięcie i rozdanie fragmentów ogromnego malowidła, a dwa dni wcześniej – bardziej kameralnie – wycieczka złotych ludzi.

DSC02144

DSC02106
Jacob Cohen

Od czasu działań wojennych w latach 70. Cypr podzielony jest na część południową, grecką, i północną, turecką. Przez wyspę przebiega strefa graniczna, która dzieli też na pół samą Nikozję. W strefie tej czas zatrzymał się w czasie wojny, stoją tam ruiny ze śladami po kulach. Kontrolują ją żołnierze ONZ. Dopiero od około dziesięciu lat funkcjonują przejścia graniczne, pozwalające przechodzić z jednej strony na drugą. Turecki Cypr uznawany jest jedynie przez Turcję. Grecy cypryjscy nazywają tę część wyspy terytoriami okupowanymi. W Muzeum Archidiecezjalnym co drugi artefakt ma podobną historię – zrabowany z opuszczanych świątyń na północy, znalazł się na rynku międzynarodowym i po latach wrócił w ręce Kościoła Cypryjskiego, tyle że na południu. I nie chodzi tu o ikony, lecz zdjęte ze ścian freski czy mozaiki.

Z paszportem w ręku przechodzi się z greckiej do tureckiej części Nikozji w minutę, ale w rozmowach z Cypryjczykami często wyczuwa się napięcie i wzajemną niechęć. Wielu z nich po drugiej stronie granicy pozostawiło swoje domy. Część greckich Cypryjczyków w ogóle nie chodzi na stronę turecką, twierdząc, że nie chcą legitymizować okupacji tych terenów. Instytucje z południa nie robią niczego po stronie tureckiej. I już kiedyś z tego powodu odwołano Manifesta, które miały się odbyć w Nikozji.

DSC02145

DSC02153

Część działań w ramach projektu Althamera odbyła się jednak po stronie tureckiej, jednak bardziej nieformalnie. Jak improwizowany koncert Brylewskiego i Cohena (Żwirek ochrzcił duet jako Radical Peace) w barze Hoi Polloi. Na turecką stronę pojechała też wycieczka złotych ludzi specjalnie wynajętym zabytkowym autobusem. Wyprawa była stosunkowo nieliczna, ale do grupy przyjezdnych dołączyło kilku Cypryjczyków z obu stron granicy. Złote stroje jak zwykle sprawdziły się w pejzażu. Odwiedziliśmy ruiny twierdzy Vouni, położonego na szczycie góry, a potem malowniczą nieczynną kopalnię miedzi, gdzie zapaliliśmy ognisko. Powstał tam też ogromny rysunek na białym płótnie. A przez cały czas towarzyszyła nam muzyka Jacoba i Roberta.

W 2009 roku pisałem o „Wspólnej sprawie” w Brukseli, czyli wyprawie sąsiadów Althamera z Krasnobrodzkiej i okolic do stolicy Unii Europejskiej złotym samolotem: „Brukselski nalot złotych kombinezonów”.

Ząbkowska

DSC07910 (2)

Wczoraj uczestniczyłem w skromnej uroczystości na Pradze. Przy okazji festiwalu Otwarta Ząbkowska, organizowanego przez Teatr Powszechny, na Barze Ząbkowskim zaświecił neon. Gospodynią była pani Krystyna Walczak-Kawecka, związana z barem od 60 lat. Dziś zawiaduje biznesem jej córka, Elżbieta Zawistowska, ale pomagają też następne pokolenia. Pani Krystyna podkreśla, że w barze niemal wszystko powstaje na miejscu. Jest tu tanio i pożywnie. Sami lepią pierogi i sami pieką ciasta. Neon też właściwie zaprojektowała sama – po prostu odręcznie napisała nazwę baru. Neon świeci więc jej charakterem pisma. Za projektem stoi Paweł Althamer. Kilka lat temu zaproponował, by neon na bródnowskiej bibliotece „napisała” jej dyrektorka. Wtedy jego pomysłu nie zrealizowało. Na Ząbkowskiej się udało bez większym problemów. Przed wejściem do baru stanęły też donice z identycznym napisem, kształtem nawiązujące do tradycyjnych barowych kubków sprzed lat (ja kojarzę je z kompotem lub kisielem, ale niektórzy wspominali podawaną na koloniach rozwodnioną galaretkę). Althamer wspiął się na drabinę, by neon odsłonić, a pani Krystyna „poświęciła” donice wodą z białej polewaczki. Na sympatycznym mini-przyjęciu w Barze Ząbkowskim serwowała ciasto (to wypiekane na miejscu), owoce i cukierki. Uroczystość nie zakłóciła zwykłej pracy baru.

DSC07851 (2)

DSC07843 (2)

Przez dwa dni festiwalu Otwarta Ząbkowska trwał też kongres rysowników (pod hasłem „Świetlista rzeka”), adresowany głównie do praskich dzieci. Rysowały na długich pasach papieru, położonego bezpośrednio na ulicy. Dorośli chętniej wypisywali hasła – o Legii albo o tym, że lokatorzy to nie towar. Ale zauważyłem też brzmiące znajomo „3 razy da”, wszak w niedzielę odbywało się tłumnie bojkotowane referendum. Rysunki spektakularnie rozmył krótki, ale intensywny deszcz.

Lato

DSC06421 (2)

Miałem dosyć pracowite, ale w pełni wakacyjne lato. Prawie dwa tygodnie spędziłem na kempingu w Świeciu, gdzie grupa artystów pracowała nad autobusem-arką. Liderem grupy był Paweł Althamer, chociaż sam się do tego nie poczuwał. Althamer stroni od hierarchii, te często narzucają się jednak same.

Świecie w XIX wieku przeniosło się, cegła po cegle, z równiny między Wisłą i Wdą na skarpę, gdzie przestały grozić miastu powodzie. Ostatniego dnia warsztatów arka pokonała podobną trasę i stanęła na świeckim rynku (następnego poranka przesunięto ją do parku obok Ośrodka Sportu i Rekreacji). Wróciliśmy złotym autobusem, którym kieruje brat Pawła, Marcin.

DSC06321 (2)

Przez cały pobyt żar lał się z nieba. I tylko na czas procesji spadł deszcz. Padało jakieś pół godziny. Przyznaję, do ostatniego dnia nie wiedziałem, co z tego wszystkiego wyniknie.

Mój tekst o arce na Dwutygodniku

DSC07242 (2)

Kilka dni po powrocie ze Świecia wybrałem się z moją przyjaciółką Anką do Elbląga, gdzie spacerowaliśmy szlakiem form przestrzennych, z których większość właśnie skończyła 50 lat. Byliśmy zmęczeni i nieco zawiedzeni. Ale zahaczyliśmy też o Grunwald, Gdańsk, Frombork i Białystok. W białostockim Arsenale zdążyliśmy na wernisaż wystawy „Nasze ciało narodowe”. Na otwarciu dominowały języki wschodnie: rosyjski, ukraiński, białoruski.

Mój tekst o elbląskim „metalowym spadku” na Dwutygodniku