Silwohortiaromaterapia

taus
Taus Makhacheva, „Wymiar pionowy”, 2015

Projekt Otwock to specyficzne wydarzenie. W odróżnieniu od większości wystaw, nie mówiąc o licznych biennale, samej sztuki jest tu niewiele, ale poświęca się jej sporo czasu. Liczy się kontekst, atmosfera, dyskusja. W tym roku na dobrą sprawę zrealizowano dwie prace sensu stricte artystyczne i dwa projekty, które za sztukę spokojnie mogłyby uchodzić, chociaż ich autorzy niekoniecznie tak je traktują. Na pewno jest to wydarzenie elitarne (uczestniczą w nim głównie znajomi i znajomi znajomych ), chociaż otwarte dla wszystkich. Organizuje je od pięciu lat Fundacja Open Art Projects, czyli Kasia Redzisz i Magda Materna, a patronuje słynny otwocczanin Mirosław Bałka.

Wchodząc do autobusu, odjeżdżającego spod Muzeum Narodowego, wiesz, że wrócisz za jakieś siedem godzin. Niby Otwock jest niedaleko od stolicy, ale impreza zajmuje cały dzień. W ostatnią sobotę chodziliśmy po lesie, wysłuchaliśmy kilku prezentacji w Muzeum Ziemi Otwockiej i odwiedziliśmy byłe sanatorium, dawno popadłe w ruinę. Jedliśmy pyszną zupę z soczewicy, piliśmy wywar z sosny i grzane wino. Uruchamialiśmy nosy.

Do projektu zaproszono artystki, które znały to miejsce krótko i ledwie liznęły lokalny kontekst, oraz otwockich entuzjastów, którzy Otwock znają jak własną kieszeń, ten obecny i ten niegdysiejszy. Kontekstem i tematem tegorocznej edycji była sanatoryjna, kurortowa przeszłość Otwocka, a szerzej – natura i jej uzdrawiająca moc. Las i ogród. Las całkiem prawdziwy wokół Muzeum, ogród – bardziej wyobrażony.

Zabrano nas do byłego sanatorium Abrahama Gurewicza, gdzie architektka krajobrazu Sylwia Woś odtworzyła niewielki fragment dawnego ogrodowego splendoru. Jej interwencja była ledwo widoczna, jakby starała się też nie zatracić tego, co stanowi o dzisiejszej atrakcyjności miejsca, czegoś na kształt romantycznej ruiny, tylko bardziej rodem z horroru niż egzotycznych wakacji. Mogliśmy raczej wyobrazić sobie niż doświadczyć tego, jak kiedyś wyglądało to miejsce, otoczone wspaniałym ogrodem, który dziś znamy tylko z niewyraźnych zdjęć. W czterech punktach wokół budynku sanatorium rozmieszczono też specjalne zapachy skomponowane przez silwoterapeutę Jarosława Książka.

Gdyby mnie ktoś w galerii raczył czterema zapachami, nazwanymi imionami czterech żywiołów i hasłami w rodzaju „Lawina uczuć” czy „Iskra pojednania”, pewnie bym kręcił nosem. Jednak w Otwocku, ze specyfiką tego przedsięwzięcia, wszystko gładko łączyło się w całość. Olfaktoryczne kompozycje, nieistniejące ogrody i wciągające lasy. Spacer jest tu równie istotny co obcowanie ze sztuką. Sztuki nie ma nawet w tytule tegorocznej edycji – „Silwohortiaromaterapia” łączy terapię przez kontakt z przyrodą, kontakt z ogrodami i zapachy. Nie mam mowy o arteterapii.

Zaproszone artystki, Taus Makhacheva i Habima Fuchs, też zadziałały bezpośrednio z naturą. Pochodząca z Dagestanu Makhacheva zabrała nas na spacer po lesie, gdzie wybrała kilka ciekawych drzew i dokonała na nich interwencji, których miejscowi grzybiarze może nawet nie zauważą. A jeśli zauważą, to zastanowią się, czy to celowe działanie człowieka, czy samej natury. Artystkę interesują drzewa powykręcane, nie pasujące do wertykalnego ideału, i sama je jeszcze bardziej komplikuje, czasami subtelnie, czasami mniej subtelnie.

fuchs
Habima Fuchs, „Agawa”, 2015

Ciekawie wypadła praca Habimy Fuchs, w bezpośrednim sąsiedztwie Muzeum Ziemi Otwockiej. Fuchs wykopała studnię, wokół której ułożyła z mchu okręgi, nasuwające na myśl ogrodowe labirynty z bukszpanu, a jeszcze bardziej rozchodzące się ślady po kropli, która padła na gładką taflę wody. Okręgi są na tyle duże, że stojąc wokół, nie można zajrzeć w głąb studni. Ale można do niej wrzucić kamyk i usłyszeć, jak wpada do wody. Studnia jest więc jak najbardziej prawdziwa. Fuchs jest nomadką, trochę opowiadała o swoich wielomiesięcznych wędrówkach i żałowała, że nie miała okazji dłużej pochodzić po okolicy.

Wszystko pachniało jednak próbą zaczarowania rzeczywistości podupadłego miasteczka, w którym trudno dziś dostrzec uzdrowiskowy charakter. Witając przybyłych gości, Mirosław Bałka nawiązał do prahistorycznych ludzi, którzy przybyli tu za zwierzyną. W Otwocku, nawet mówiąc o przyrodzie, trudno nie mówić o przeszłości.

Miraż

miraz

W ostatni piątek w Muzeum Narodowym można było obejrzeć nowy film Łukasza Jastrubczaka i Sebastiana Cichockiego. „Miraż” powstał w oparciu o książkę pod tym samym tytułem i tych samych autorów sprzed kilku lat. Wtedy Jastrubczak był w Stanach Zjednoczonych, Cichocki w Polsce i na odległość prowadzili grę wymieniając się zdjęciami (Jastrubczak) i tekstem (Cichocki). Porównali to do pojedynku, w którym strzelili do siebie sto razy. Tekst był odpowiedzią na obraz, obraz na tekst i tak dalej.

Tym razem obaj pojechali do Stanów na samochodową wycieczkę po różnych dziwnych miejscach, prosząc przypadkowo napotkane osoby, by do kamery czytały tekst „Mirażu”. Tekst pozostał więc w zasadzie bez zmian, zmienił się obraz, medium i struktura. Film pokazano w Muzeum w dwóch częściach, około 50 minut każda.

Cichocki i Jastrubczak próbowali nadać wydarzeniu performatywny charakter. Widzów witało biurko ustawione na scenie sali kinowej muzeum, na którym artysta ustawił kilka czarnych obiektów, które rzucały cienie na ścianę. Z magnetofonu puszczane było zaś nagranie rzekomego seansu spirytystycznego przeprowadzonego przez Andrzeja Szpindlera. Nagrany głos, przypominający psa Pankracego po zażyciu kwasa lub wiejskiego poetę na bani, mieszał zaproszenie na film z nieskładnym wywodem, w którym co jakiś czas powracała kwestia wielkiego wybuchu.

To do poziomu absurdu spotęgowało skomplikowanie już i tak trudnego w odbiorze, chociaż ciekawego filmu, w którym warstwa tekstowa zazwyczaj odklejała się od warstwy wizualnej, a oglądane osoby bynajmniej nie były jego bohaterami – czytały tylko tekst, z którego same niewiele mogły zrozumieć.

W „Mirażu” Cichocki stworzył fikcyjne postacie artystów czy osób artystom bliskich. Są tu ledwie zarysowane, niewiele o nich wiemy, mamy zaledwie jakieś biograficzne okruchy. Po artystach zostają dzieła. Niektóre fikcyjne prace Cichocki oddawał w szczegółach muzealnych katalogów. W filmie (i książce) występuje też postać artysty R, który po śmierci powraca jako animowana kukła, przekazująca instrukcje wykonania prac, których nie zdążył zrobić za życia. Za fabułą niełatwo jednak podążyć, gdyż sami bohaterowie powracają stosunkowo rzadko, a film się ciągnie i ciągnie, głównie w scenach nagrywanych zza szyby samochodu. Droga, droga, droga. No tak, bo „Miraż” to film drogi. Autorzy jadą na wycieczkę i nawet jedna z bohaterek przemierza Stany Zjednoczone szlakiem wymalowanej na mapie spirali. Na filmie pojawia się zresztą „Spiralna grobla” Roberta Smithsona i uważny widz rozpozna go w tajemniczym R.

miraz3
Kadr z filmu

Warstwa wizualna też pełna jest niecodziennych miejsc, szlakiem których podróżowali Cichocki i Jastrubczak, a znaczenia których nie jesteśmy się w stanie domyśleć. Cichocki zdradził je jednak podczas krótkiej przerwy między pierwszą a drugą częścią filmu, gdy częściowo o opowiedział, częściowo zaś przeczytał rodzaj podpisu pod film.

Nie lubię gier, w których widz gubi się, co jest prawdą, a co fikcją, pewnie dlatego, że sam zazwyczaj daję się nabrać. Tu było tego sporo i przed przyjściem naprawdę oczekiwałem pojawienia się jakiegoś spirytysty o nazwisku Szpindler. Często jest to zabawne tylko dla autorów. Za rodzaj niezdrowej przypadłości świata sztuki uważam też fascynację wszystkim, co kuriozalne (pamiętam, jak na ustach uczestników pewnego artystycznego spędu w Berlinie był niezwykle długi stół wykonany z jednego kawałka drewna). Cichocki i Jastrubczak najwyraźniej lubią kurioza i podniecają ich niecodzienne, choćby banalne zbiegi okoliczności. Mieszanka jest więc dosyć ciężkawa, a autorzy nie wzięli po prostu pod uwagę faktu, że widzowie z nimi na wycieczce nie byli, co ujawniło się w pełni podczas krótkiej wymiany między oboma autorami, gdy próbowali sobie przypomnieć, gdzie był motel z basenem. Nie każdego bawią cudze zdjęcia z wakacji.

Ale film jest świetnie zrobiony i warto przełamać opory poznawcze (sporo widzów wyszło w czasie seansu, nie doczekawszy końca) i ta wielowarstwowość staje się atutem. Zwłaszcza trik z czytaniem tekstu przez przypadkowo napotkane osoby jest strzałem w dziesiątkę, właściwie na nim opiera się całe napięcie. Lektorzy to zbiór ciekawych postaci głównie w typowym amerykańskim otoczeniu, czyli na parkingach.

„Miraż” po jakimś czasie wciąga i wydaje się, że czytający odkrywają jakieś tajemnicze fakty nieznanych sobie bliżej osób, na pewno zyskałby jednak na jakiejś próbie ujednolicenia warstwy tekstowej, która pozwoliłaby za filmem podążać. Bez podpowiedzi nie domyślimy się nawet, że powracająca co jakiś czas kukła to artysta R. Jest więc to pod wieloma względami typowy produkt artystyczny – wymaga obszernego podpisu, by go zrozumieć.

Zwyciężczyni

izatarasewicz

Iza Tarasewicz z Nagrodą Spojrzenia Deutsche Banku! Chyba wszyscy się tego trochę spodziewali. Jury, w którym miałem przyjemność zasiadać, potwierdziło te przypuszczenia i sam jestem w stu procentach przekonany do tego werdyktu. Ostatnie lata przyniosły kilka świetnych realizacji i wystaw Izy, chociażby „Clinamen” w Królikarni. Z całej piątki finalistów Tarasewicz to z pewnością artystka najbardziej dojrzała, świadoma formy, materiału, wciąż poszukująca. Warto podążać za jej twórczością, za tym, jak ewoluuje, jak różne elementy łączą się w nowe konstelacje, ulegają przemianom, nabierają nowych znaczeń w różnych kontekstach.

Wreszcie twórczość Tarasewicz to nie pusty formalizm, którego ostatnio sporo, co zresztą widać na konkursowej wystawie. Tarasewicz, chociaż czasami – jak na wystawie w Zachęcie – zdradza swoje inspiracje, właściwie nie potrzebuje podpórek, wyjaśnień. Nic na siłę. Jej prace bronią się same i to jest pewnie ta dojrzałość. Można się nimi zachwycić, odbierać na poziomie zmysłowym, ale też – jeśli kogoś najdzie ochota – napisać o tym teoretyczny esej. Bo wiele się tu dzieje. Jest powrót do podstawowych procesów, fizycznego konkretu, kruchej materialności, a ostatnio coraz częściej pewne subtelne odniesienia do bliskich nam estetycznych wzorców, co czyni tę twórczość bardzo aktualną. Izo, jeszcze raz gratuluję!

Na marginesie warto też podkreślić ponadparytetową przewagę artystek nad artystami w tegorocznej edycji konkursu (w proporcji 4:1, drugą nagrodę, rezydencję we Włoszech, otrzymała Ada Karczmarczyk). Ostatni raz artystka wygrała Spojrzenia w 2003 roku, podczas pierwszej edycji konkursu, gdy tryumfowała Elżbieta Jabłońska. Potem dominowali już chłopcy – Kurak, Simon, Bąkowski, Smoleński, Jastrubczak. Skądinąd świetni artyści. Ale coś na pewno jest tu na rzeczy i te statystyki mówią nam dużo o polskim świecie sztuki. Tym bardziej cieszę się z tego przełamania męskiej passy.

Poza tym lubię Spojrzenia. Mimo że trzeba być na liście, że jest galowo, w kolorowych światłach, to jednak są w tym wciąż jakieś emocje. Gdy w Zachęcie kończy się wino, obok jest Eufemia.

Flower Power

flowerpower
Anna Zaradny, „Flower Power”

Uczestniczyłem we fragmencie festiwalu „Instalakcje”, który w tym roku odbywał się w CSW, i pozostaję pod ogromnym wrażeniem koncertu Anny Zaradny „Flower Power”. Zaradny przez pół godziny grała na orchideach w siedmiu doniczkach. Ich liście były podłączone do prądu. Podobny koncert dała po raz pierwszy kilka lat temu.

Zaradny zmienia koncert muzyki elektronicznej w cielesny performens, spektakl obcowania z roślinami, głaskania, dotykania. W pewnym momencie wzięła do ust liść. Improwizuje, bada, jak działa roślinny instrument. Niektóre efekty na pewno ma już przećwiczone, ale każdy dźwięk pozostaje zaskoczeniem. To coś pomiędzy próbą a właściwym odegraniem utworu. Do tego Zaradny ma w sobie coś, co można by chyba nazwać osobowością sceniczną – poważna, skupiona, trzymająca publiczność w napięciu. Nie tylko „flower power”, ale też „girl power”.

Koncert na roślinach – to brzmi humorystycznie, bo jest też w tym jakaś dawka humoru, ale całość miała dosyć podniosły charakter. Żadne pitu pitu, mocne, ciężkie dźwięki. Słuchało się tego z ciągłą świadomością, że dźwięk – w innej formie – przechodzi przez te delikatne liście i łodygi. Ruchy artystki zdradzały uważność, by kwiatu nie złamać, nie uszkodzić. Swój koncert w CSW dedykowała zmarłemu kilka dni temu Konradowi Pustole. I w jakiś sposób to również czuło się w jej muzyce.

silentmusic
Robin Minard, „Silent Music”

Koncert Zaradny świetnie korespondował też z jedną z instalacji dźwiękowych, które zagościły z okazji festiwalu w rzadziej uczęszczanych miejscach Zamku. W zamkowych piwnicach można było posłuchać/obejrzeć instalację „Silent Music” Robina Minarda, złożoną z kilkudziesięciu (a może nawet większej ilości, nie liczyłem) mini-głośniczków, które zdawały się piąć po ścianach na czarnych kabelkach jak bluszcz. Dźwięk, który się z nich wydobywał, był czasami ledwo słyszalny, delikatny, przypominał szum czy przelewającą się gdzieś w oddali wodę. Organiczne wchodziło tu w cichą komitywę z nieorganicznym. Zaradny podejmuje podobną grę, ale na wyższym poziomie napięcia, o poprzeczkę wyżej.

Performer

Performer

Wczoraj udało mi się w końcu zobaczyć „Performera”, który niedawno wszedł do kin. W Warszawie film o Oskarze Dawickim puszcza Kino Lab w Centrum Sztuki Współczesnej.

To film, który jest wystawą. Mieliśmy wystawy wirtualne, książki-wystawy, teraz mamy film. Oglądając „Performera”, targały mną mieszane uczucia, ale zdominowało je uczucie rozczarowania, a czasem nawet zażenowania.

Na początku kamera krąży po salach Muzeum Narodowego w Warszawie, potem przenosi się do white cube’u. Charakterystyczna brokatowa marynarka Dawickiego, w której niezmiennie występuje podczas swoich performensów, wisi tu na srebrnym wieszaku o dziwnej formie. Film jest historią tej pracy, ale pojawia się w nim też wiele innych, nowych i starych, performensów i działań Dawickiego, ale też innych bliskich mu artystów, zwłaszcza Zbigniewa Warpechowskiego, chyba najsłynniejszego polskiego performera i mistrza Dawickiego. Z tym że wybór najlepszych performensów Warpechowskiego oglądamy na dokumentacjach (m.in. fragmentach etiudy „Champion off” Małgorzaty Potockiej), a Dawicki działa w ramach samej struktury filmu i trudno właściwie orzec, które działania zostały wymyślone przez niego, a co jest pomysłem autorów scenariusza. Dawicki, grający samego siebie, uczestniczył w każdym etapie powstawania filmu.

Wniosek, jaki można wyciągnąć z tej filmowej porażki, jest taki, że jednak kontekst sztuki jest ważny. Że galeria czy mniej lub bardziej artystyczne pole jako rama jest właściwszym miejscem dla tych działań. W „Performerze” albo jej nie ma, albo zostaje wyśmiana. Nawet na cmentarzu bywalcy, widzowie performensu, pojawiają się z kieliszkami wina w dłoniach.

Performensy włączone w strukturę filmu stają się po prostu gagami. Jeden za drugim, niemal bez oddechu. Sama fabuła jest skąpa i w kilku miejscach oparta na powtórzeniu. Trzykrotnie wracamy do sceny kręconej w kawiarni Muzeum Sztuki Nowoczesnej, w której galerzystka Dawickiego (w tej roli Agata Buzek) opowiada o jego pracach młodemu kolekcjonerowi. To samo zdanie, że Dawicki eksploruje wątek śmierci, kilkukrotnie się w swojej sztuce uśmiercał, a Anda Rottenberg określiła jego twórczość jako „egzystencjalny postesencjalizm” słyszymy więc trzy razy. Zresztą jest to jeden z wielu środowiskowych żartów, bo przecież określenie to ukuł i promował bez większych sukcesów Łukasz Ronduda, jeden z autorów filmu, stojący też za Nagrodą Filmową przyznawaną przez MSN i PISF, konceptualizujący jako praktyk i teoretyk cały nurt filmowy w sztukach wizualnych.

Poza performensami-gagami w filmie niewiele się właściwie dzieje. Dawicki ma depresję, wciąż powraca myślami do swego mistrza, Warpechowskiego, idzie się napić do baru i robi coraz to nowe działania i prace, czasem w galerii, częściej po prostu w swoim filmowym życiu.

Cieknący kran zatkany jest dziesięciozłotowymi banknotami (na koniec okazuje się, że to praca „Przelew”). Ze swoim przyjacielem artystą Najdroższym (Andrzej Chyra) Dawicki włamuje się do mieszkania Andy Rottenberg (ta w tym czasie smacznie śpi i wypowiada jedno słowo „Halo”), skąd kradną worek ze śmieciami. Gdy się na Najdroższego denerwuje, wyrzuca z szafki książki i się w niej zamyka. Idąc ulicą, trawestuje performens „Rąsia” Warpechowskiego w świetle spawarek robotników. W barze przysłuchuje się rozmowie grupy artystów, m.in. Igora Krenza, którzy przerzucają się pomysłami na kolejne artystyczne działanie. Przy każdym ich pomyśle mówi „To już było”, wypijając kolejny kieliszek wódki, przy czym pierwszy z nich płonie jak w słynnej scenie ze Zbigniewem Cybulskim z „Popiołu i diamentu” Wajdy. Takich odniesień i mrugania okiem do widza jest sporo. A sama scena w barze jest przeróbką filmu „Wszystko już było” grupy Azorro, której i Dawicki, i Krenz są członkami.

Jedyny spójny wątek to historia powstania pracy „Milczenie jest srebrem”, która pojawia się na początku filmu. W rozmowie z galerzystką Dawicki wspomina średniowieczną torturę, polegającą na wlewanie srebra do gardła. Tą pracą zainteresowany jest kolekcjoner. By ją stworzyć, główny bohater ostatecznie popełnia samobójstwo. Więc jednak śmierć. Wcześniej w szpitalu bije brawo z dyktafonu dokonującemu żywota Warpechowskiemu. Z samym bohaterem niewiele się jednak dzieje. Ma depresję, ale jest ona dla niego inspiracją do artystycznej nadprodukcji.

Z całego filmu najlepiej broni się zaś dokumentacja performensów Warpechowskiego (jest ich zdecydowanie za dużo) oraz sceny, w których Dawicki po prostu chodzi ulicami Warszawy.

Naiwnie, bo prześmiewczo, przedstawiona jest też kwestia finansów i rynku sztuki. Galerzystka próbuje sobie odpowiedzieć na pytanie, jak sprzedać performens, a romantyczna postawa Dawickiego jest skontrastowana z jego przyjacielem Najdroższym, artystą sukcesu. W Najdroższym łatwo rozpoznać Piotra Uklańskiego. Na jego stole stoi orzeł w ramce, na oknie ma zawieszony wycinek prasowy o „najdroższym artyście”, a z jego szafki Dawicki wyrzuca m.in. książkę „Polish Art of the 70s” Rondudy, za której oprawę wizualną odpowiadał Uklański. Z worka ukradzionego Rottenberg, w którym Dawicki widzi tylko śmieci, Najdroższy wyciąga ostrużyny ołówków i je fotografuje, jak zrobił to kiedyś Uklański. Najdroższy potrafi spieniężyć nawet odpadki.

Pytaniem stawianym przez ten film jest nie tyle, jak sprzedać performens, co – jak go pokazać, jak go zachować. „Performer” jest taką próbą, tyle że mało udaną. Sztuka ginie w zbiorze żartów i żarcików i nawet subtelny humor twórczości Dawickiego staje się kanciasty. „Performer” jako film jest nieciekawy, a miejscami wręcz irytujący, jako wystawa – banalny.

Zaraz po

zarazpo3

To rzadka okazja i przyjemność obcować z wystawą tak dobrze zaplanowaną, zaprojektowaną i przygotowaną od strony merytorycznej. Mówię o wystawie „Zaraz po wojnie” w Zachęcie, przygotowanej przez Agnieszkę Szewczyk i Joannę Kordjak. Rzecz dotyczy II wojny światowej, a dokładniej – kilku pierwszych lat po wojnie. Chociaż nie dalej jak przedwczoraj, na wykładzie towarzyszącym wystawie profesor Marcin Zaremba, autor książki „Wielka trwoga”, udowadniał, że wojna się na dobrą sprawę nigdy nie skończyła. „W umysłach trwa do dzisiaj”, mówił. Odziedziczyliśmy po wojnie pewne nawyki kulturowe.

Zaremba opisywał specyficzny dualizm nastrojów po II wojnie światowej: z jednej strony pęd do życia (do zabawy, ale też do prokreacji), z drugiej zaś strony strachu. Sam specjalizuje się w badaniach tego drugiego. Mówił o ogromnej ilości siejących panikę plotek, o powojennej anomii, rozpadzie więzi, przestępczości, strachu przed Armią Czerwoną, ewentualną kolejną wojną światową, o niepewności granic.

Ten dualizm obecny jest w każdej sali wystawy, która zajmuje niemal całe piętro Zachęty. Rozpina się między fotografiami dokumentującymi rzeczywistość i dramatyczne wydarzenia tego okresu a propagandą wizualną, plakatami czy prasą, z których grafik Błażej Pindor wykleja ogromne ścienne kolaże. Gdzieś pomiędzy plasuje się sztuka.

Wchodzimy w dramat. W odkrywanie zbrodni hitlerowskich i całkiem świeże pogromy na Żydach, jak ten w Kielcach, na fotografiach Julii Pirotte. No i ruiny, morze ruin – na zdjęciach, obrazach, rysunkach. Narracja wystawy jest klasyczna. Zniszczenia – odbudowa, trauma – budowanie nowego, ruiny – rozczłonkowane ciała, zwalanie pomników starych – budowanie nowych. Gdy mowa o zniszczeniach i wysiłku budowlanym, „Zaraz po wojnie” pokrywa się ze „Sporem o odbudowę” otwartym w byłym liceum Hoffmanowej w ramach tegorocznej edycji festiwalu „Warszawa w budowie”, chociaż nie znajdziemy tu raczej odniesień do teraźniejszości, poza jedną fotografią Pindora dokumentującą „remont”, czy raczej rozbiórkę Smyka. Wystawa w Zachęcie rozgrywa się raczej na napięciu między ówczesną rzeczywistością a propagandą, rzeczywistością a metaforyką proponowaną przez artystów.

zarazpo2

Sporo tu ciekawych, wybitnych dzieł sztuki, przykładów nie zawsze książkowych. Jak odkryty na nowo Bronisław Linke ze wspaniałym obrazem „Balet” z cyklu „Kamienie krzyczą”. W interesującą dyskusję wchodzą ze sobą Andrzej Wróblewski i Władysław Strzemiński. „Ziemia” Wróblewskiego z 1948 roku, namalowana na białym tle kula składająca się z wielu kolorowych „kafelków”, zaskakująco koresponduje z mozaiką ułożoną z gruzów na podłodze w kolonii WSM na Żoliborzu przez Barbarę i Stanisława Brukalskich, i to dokładnie w tym samym roku. Takich smaczków jest więcej. Obrazy Mariana Bogusza, fotomontaże Stefana Rassalskiego, dokumentacja pierwszej ekspozycji w Muzeum Auschwitz-Birkenau czy odsłonięcia pomnika Żydów walczących w II wojnie światowej – niejedno można tu odkryć. W jednej sali rozbrzmiewa przemówienie Bieruta, w innej – „Nokturn na orkiestrę” Andrzeja Panufnika skomponowany w 1947 roku.

Skoro jesteśmy w latach 40., co jakiś czas słyszymy charakterystyczny tembr głosu lektora Polskiej Kroniki Filmowej. Tę naiwną propagandę dawno nauczyliśmy się brać w nawias, raczej nas śmieszy niż straszy. A jednocześnie wiemy, że wcale tak różowo nie było. Wystawie patronują zresztą dwie książki wydane w ostatnim czasie, właśnie „Wielka trwoga” Zaremby oraz „1945. Wojna i pokój” Magdaleny Grzebałkowskiej. Nie do końca jednak odnajdziemy tu dramatyczny klimat tych lektur. Złowroga, budząca trwogę rzeczywistość będzie raczej kontrapunktem dla propagandy. Naprzeciwko propagandy antyniemieckiej – zdjęcia z pogromu dokonanego przez Polaków. Obok prototypów powojennego wzornictwa, projektów tkanin i mebli Strzemińskiego – zdjęcia z warszawskich targów, ukazujące nędzę tego okresu. Mam jednak wrażenie, że propaganda dominuje, podkręcona w dodatku przez fotokolaże Pindora.

Gdy już opuszczamy sale bliższe doświadczenia wojny, to napięcie rozpływa się. Fajny dizajn, kino, pocieszne komentarze lektora PKF i robiąca wrażenie Wystawa Ziem Odzyskanych z wieżą z wiader i nowoczesnymi pawilonami projektowanymi m.in. przez Stanisława Zamecznika. „Zaraz po…” przyjmuje perspektywę ku lepszemu, nowemu, chociaż wiemy, że za chwilę nastanie socrealizm. No i wciąż dotyczy tylko Polski i Polaków. Stąd ciągle mamy tu Ziemie Odzyskane oglądane z perspektywy propagandy, ale nie Ziemie Utracone, czy „Dziki Zachód”, o którym czytamy chociażby u Grzebałkowskiej.

zarazpo4

Dzięki tym lekturom oglądamy tę wystawę z inną wiedzą i inną świadomością niż oglądalibyśmy jeszcze kilka lat temu. Odnoszę wręcz wrażenie, że sztuka to za mało. Przypomniało mi się, jak na 7. Biennale w Berlinie Artur Żmijewski zaprosił do współpracy Centrum Przeciwko Wypędzeniom, które zorganizowało w Deutschlandhaus mini-wystawę pamiątek Niemców uciekających przed nadciągają Armią Czerwoną i porzucających swoje domy, by nigdy do nich nie powrócić. Miało to swoją siłę. Przypomniała mi się niedawna wystawa „Majątek” w Królikarni, gdzie m.in. za pomocą ruin i destruktów rzeźb z byłego niemieckiego majątku na Mazurach mogliśmy poczuć atmosferę „zaraz po” po obu stronach frontu.

Rodzaj dysonansu poznawczego w Zachęcie wynika też po części z faktu, że kuratorki zdecydowały się zrobić wystawę nieprzeładowaną informacjami, czytelną, na swój sposób lekką, a bardziej pogłębioną dyskusję przenieść do towarzyszącej ekspozycji publikacji; po części zaś z tego, że to jednak wystawa sztuki czy – nieco szerzej – dotycząca kultury wizualnej i życia intelektualnego, dla którego realia materialne i społeczne to tylko pewien kontekst. Z wystawy nie dowiemy się, jakie panowały nastroje społeczne. Ale poznamy, jaki przekaz otrzymywali Polacy przed seansem w kinie, a nawet, co mogli sobie w kinie obejrzeć (jedną ze ścian pokrywają plakaty filmowe). Taki obraz jest zawsze ułomny, a miejscami niemal nostalgiczny.

Knaf

knaf
Leszek Knaflewski, „Rain-carnation”, 2000

Na „Dwutygodniku” ukazał się właśnie mój tekst o wystawie „Przestrajanie” w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej. To pośmiertna wystawa Leszka Knaflewskiego, w której bierze też udział kilku absolwentów jego Pracowni Audiosfery. „Przestrajanie” Knaflewskiego przez Zamojskiego, Orłowskiego Olszową, Smoleńskiego czy Bąkowskiego nie zawsze się udaje. Piszę też trochę o rozporkach, otwartych i zamkniętych. Więcej tu: Słuczone żarówki.

O Knaflewskim pisałem też wcześniej przy okazji wystawy jego prac z lat 80. w Piktogramie i Leto: Knaflewski w Leto i Piktogramie.