32. Biennale w São Paulo

dsc04223
Koo Jeong A, „Arragation”, 2016, rzeźba-skatepark obok biennalowego pawilonu

W dzisiejszej „Wyborczej” ukazała się moja recenzja z 32. Biennale w São Paulo. Wprawdzie biennale odbyło się po raz 32, ale ja widziałem je po raz pierwszy. Tylko dzięki temu, że odwiedziłem Brazylię z niewielką grupą dziennikarzy na zaproszenie Instytutu Adama Mickiewicza. Wcześniej już relacjonowałem tę wyprawę. Odwiedziliśmy Brasilię (Muzeum Narodowe), Belo Horizonte (Pampulha, Lalka), no i właśnie São Paulo (widziałem tu m.in. świetne realizacje Liny Bo Bardi, wystawę Marcelo Cidade, świetną instytucję Casa do Povo, w której swój projekt zrealizował Jakub Szczęsny, no i spotkałem Wojtka Kostrzewę, który przebywa na rezydencji w galerii Pivô).

dsc03935
Eduardo Navarro, „Sound Mirror”, 2016

Niestety teksty w „Wyborczej” mają swoje ograniczenia; bardzo skrupulatnie liczy się wystukane w klawiaturę znaki, by tekst zmieścił się na stronie, więc musiałem się streszczać. Nie mogłem zapomnieć o pracy „TURBA TURBO” Izy Tarasewicz, piszę o kilku innych realizacjach (m.in. Lais Myrrha, Video nas Aldeias, Ruth Ewan, Rachel Rose), ale o wielu świetnych pracach nie mogłem nawet wspomnieć (Pierre Huyghe, Sonia Andrade, Mmakgabo Helen Sebidi, Michael Linares, Maryam Jafri, Luiz Roque, Leon Hirszman, Hito Steyerl, Gabriel Abrantes, Charlotte Johannesson, Carlos Motta). Może jeszcze będę do nich wracał. Ale chciałbym uzupełnić moją recenzję o jedną rzecz, która wszystkim nam z polskiej drużyny na Biennale w São Paulo rzuciła się w oczy – zwiedzających.

dsc03685
Brazylijska młodzież ogląda film Rachel Rose „Everything and More”, 2015

Po zaprojektowanym przez Oscara Niemeyera biennalowym pawilonie, i w dni powszednie, i w weekendy, przechadzają się grupy dzieci i młodzieży oprowadzane przez przewodników. Biennale musi mieć armię edukatorów, tych grup jest naprawdę sporo. Żałowałem, że nie mówię po portugalsku i nie mogę ich podsłuchać, bo te nastolatki, a czasami wręcz przedszkolaki, wydawały się rzeczywiście zainteresowane. To że wpatrywały się jak zahipnotyzowane w film Pierre’a Huyghe’a o owadach zatopionych w bursztynie, wyświetlany na ogromnym ekranie, byłem w stanie zrozumieć. Świetnie bawiły się na „Podłodze” José Bento, podwyższonej drewnianej platformie, która w niektórych miejscach okazywała się trampoliną – jasne, mi też ochroniarz zwrócił uwagę, żebym nie skakał. Ale gdy około dziesięcioletnie dzieci obejrzały ze mną w całości dystopijny film Luiz Roque o epidemii nieznanej choroby szerzącej się pod koniec XXI wieku wśród transseksualistów, wręcz nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

dsc03937
Iza Tarasewicz, „TURBA TURBO”, 2015

Oprowadzania dla publiczności odbywają się kilka razy dziennie, a kilka razy w tygodniu – w języku migowym i dla osób niedowidzących. Do tego na biennale wchodzi się za darmo! Nikt tu nawet nie chciał oglądać mojej legitymacji prasowej. A fragmenty wystawy będą pokazywane w przyszłym roku w innych miastach, m.in. w Belo Horizonte, Campinas, Cuiabie, Santos. Biennale sprzed dwóch lat podróżowało do trzynastu miast, gdzie wystawę zobaczyło ponad ćwierć miliona osób.

DSC04012.jpg

dsc04022
Rzeźby Fransa Krajcberga

Dla zachęty poniżej zamieszczam fragmenty mojej recenzji.

Po pierwsze odkrycie wspaniałego rzeźbiarza, w dodatku polskiego pochodzenia, Fransa Krajcberga:

„Do pawilonu, w którym odbywa się biennale, wchodzi się jak do tajemniczego lasu. Ten las złożony jest z drewnianych rzeźb Fransa Krajcberga, plasujących się gdzieś między sztuką współczesną a rzeźbą afrykańską. Na smukłych pniach Krajcberg wypalił poziome paski. Inne drzewa eksponują rozrastające się korzenie, jeszcze inne wydają się odwrócone korzeniami do góry. W dużych skupiskach przypominają zagajnik, ale jest w nich też coś złowrogiego. Może ktoś ten las wypalił? A może to obraz po kataklizmie?

Krajcberg jest w Polsce niemal nieznany. Urodził się w Kozienicach w 1921 r. Jego rodzina zginęła w Holokauście, on zdecydował się na emigrację. Pod koniec lat 40. zamieszkał w Brazylii. Dla Krajcberga kraj za oceanem stał się miejscem odrodzenia, co nie znaczy, że wolnym od gwałtu – chociażby na amazońskiej przyrodzie. 95-letni dziś artysta łączy uprawianie sztuki z aktywizmem ekologicznym. Na jego rzeźbach odciska swe piętno pragnienie przetrwania i symbiozy z naturą, a także dalekie echo europejskiej katastrofy z lat 40. Las Krajcberga to świetny wstęp do całej wystawy”.

DSC03792.jpg
Erika Verzutti, detal płaskorzeźby

Po drugie, kwestia tytułowej niepewności:

„Nieprzypadkowo tegoroczne biennale nosi tytuł „Incerteza Viva”, czyli „Żywa niepewność”. Wydawałoby się, że kurator Jochen Volz trafił w dziesiątkę. Bo obawy wyczuwa się dziś w rozmowach z Brazylijczykami – krajem wstrząsnęła ostatnio fala skandali korupcyjnych, impeachment prezydentki Dilmy Rousseff, protesty społeczne. W Europie mamy Brexit, w Stanach Zjednoczonych – prezydenta Trumpa.

Ale biennale nie bierze na warsztat obecnej sytuacji politycznej. Volz wyjaśnił mi, że chciał spojrzeć na problemy świata pod wierzchnią warstwą polityki. Zdejmując ją, odkryjemy inne wyzwania stojące przed globalną społecznością”.

dsc03724
Gabriel Abrantes, „A Joking Relationship”, 2016
dsc03905
Lais Myrrha, „Dois pesos, duas madidas”, 2016

Po trzecie, Indianie (śródtytuł w „Gazecie” – „Z kamerą wśród Indian” pochodzi od redakcji, mój brzmiał „Indianin z kamerą”; chodziło mi o Wiertowa, nie o Gucwińskich):

„Na głównych bohaterów biennale wyrastają brazylijscy Indianie. Wszak dziś to autochtoniczni mieszkańcy Ameryk stoją na pierwszym froncie walki o ratowanie natury. W Kanadzie czy Stanach tzw. pierwsze narody najgłośniej protestują przeciwko budowie ropociągów, ostatnio chociażby w Dakocie Północnej. Nowe prawa natury w Ekwadorze też wynikają z walki prawowitych mieszkańców o kolektywne prawo do ziemi.

W centrum biennale umieszczono nawet archiwum projektu społeczno-edukacyjnego Video nas Aldeias, stworzonego w Brazylii w 1986 r., w ramach którego Indianie otrzymali sprzęt filmowy. Dzięki niemu sami tworzyli narracje o swoich społecznościach. Sami decydowali – w kontrze do zachodniej etnografii – o własnym obrazie. To wybór różnorodnych filmów, od prostych dokumentacji, przez niewielkie fabuły, po teledyski; rytuały, niszczenie terenów naturalnych, protesty.

Znamienne, że to jedyny punkt wystawy, w którym Indianie mówią własnym głosem. Volz nie znalazł formuły, by ich do niej włączyć. Nie ma tu żadnego indiańskiego artysty. Indianie stają się znowu egzotycznymi strażnikami magicznej wiedzy o świecie”.

Całość tekstu – na stronie internetowej „Gazety Wyborczej” oraz w druku.

Casa do Povo

DSC04405.jpg

W São Paulo jedziemy do Casa do Povo w dzielnicy Bom Retiro. Spotykamy się z kierującym tym miejscem Benjaminem Seroussim, Francuzem mieszkającym w Brazylii. Jeszcze kilka dni wcześniej był tu Jakub Szczęsny, architekt, znany między innymi z tego, że w Warszawie zaprojektował Dom Kereta, podobno najwęższy dom na świecie. Minęliśmy się.

Benjamin dużo mówi, a do tego co chwilę ktoś podchodzi i mu przerywa – w Casa do Povo dużo się dzieje. Oprowadza nas po budynku, do którego prowadzą szerokie schody. Na każdym piętrze za drzwiami otwierają się przestronne pomieszczenia. Na parterze właśnie przygotowywane jest spotkanie haitańskie. Imigranci z karaibskiej wyspy przygotowują jedzenie, rozstawiają krzesła i sprzęt. Działa tu też niewielki bar ze stolikami na skromnym tarasie. A to wszystko w niewyremontowanych pomieszczeniach. Gdzieś schodzi farba ze ściany, odpadają klepki z parkietu. Dominuje estetyka do-it-yourself. I nie cała przestrzeń jest zawsze wykorzystywana. Benjamin mówi, że celowo – chodzi o to, by budynek ciągle zachowywał swój potencjał. By nikogo nie peszył, by nie bać się wbić gwoździa w ścianę. Bo nie wystarczy, by było czysto i pięknie. O co innego tu biega.

Gdy kilka lat temu zaczął kierować tym miejscem, zafascynowała go jego historia. Casa do Povo, czyli Dom Ludowy, to instytucja założona tuż po wojnie przez żydowskich imigrantów i uchodźców, z których większość pochodziła z Polski i miała lewicujące poglądy. Uciekali z Polski między innymi przed represjami w kraju rządzonym przez endeków. Ale polscy imigranci pojawili się w Brazylii znacznie wcześniej, w latach 90. XIX wieku było ich tylu, że Brazylię nazywali „Nową Polską”.

DSC04403.jpg

Bom Retiro było zaś polską dzielnicą. Osiedlali się tu polscy Żydzi i katolicy. W Bom Retiro mówiło się w jidysz. Za powstaniem Casa do Povo stała potrzeba zachowania kultury jidysz, strategia alternatywna wobec syjonizmu. Grupa lewicujących, komunizujących Żydów, głównie z Polski, w 1946 roku kupiła działkę i zaczęła budowę Domu Ludowego, także jako „żywy pomnik” dla milionów Żydów, którzy zginęli w Holokauście. Pięknie, znajomo brzmią ich nazwiska: Majer Okret, Jankiel Len, Max Cymbalista, José Aron Sendacz.

Z Benjaminem zwiedzamy budynek. Na parterze trwają przygotowania do koncertu, na pierwszym piętrze odbywa się właśnie jakieś spotkanie, na drugim – grupa krawiecka uczy się szyć. Turkoczą maszyny do szycia. Uczestnicy przychodzą z własnymi materiałami, ale własne wykroje sprezentowali im znani brazylijscy projektanci. Pozostaje im tylko wykonanie swoich ubrań. Schodzimy też do ciemnej piwnicy – okazuje się ogromną, czarną pieczarą, ruiną teatru. Benjamin zapala pojedynczą żarówką nad sceną. Kiedyś działał tu jeden z najważniejszych teatrów w São Paulo.

Na zaproszenie Casa do Povo, w ramach sezonu polskiego w Brazylii, organizowanego przez Instytut Adama Mickiewicza, przyjechał tu w październiku Jakub Szczęsny. Na dachu skonstruował „Polish Refuge”, polskie schronisko, dom uchodźcy. Sam w nim zamieszkał, ale zaprosił do korzystania z niego innych. To bardziej projekt społeczny niż architektoniczny.

DSC04404.jpg

Oglądamy miejsce, gdzie jeszcze kilka dni wcześniej mieszkał Szczęsny – ciągle stoi tu zaścielone łóżko i wiszą ręczniki. Siadamy pod zbudowanym przez architekta dachem-kurtyną z białego płótna. „Sky is the limit”, śmieje się Benjamin. To tu odbywały się spotkania i dyskusje w ramach jego projektu. Gdyby nie pogoda (zanosi się na deszcz), koncert haitański też by się tu odbył.

Pytam Benjamina o różnicę między Casa do Povo i SESC (pisałem już o wizycie w SESC Pompeia). W końcu takie instytucje działają w Brazylii dzięki odpisom podatkowym. Czy Casa do Povo to taki SESC, tylko bardziej radykalny? Benjamin śmieje się, że to z mojej strony prowokacja. Ale podkreśla, że o ile sieć SESC działa, by poprawiać jakość życia Brazylijczyków, nie widać w niej społecznych konfliktów. Tymczasem Casa do Povo tych konfliktów się nie boi. Wręcz przeciwnie, trudno ich tu uniknąć. Trzeba z nimi pracować.

DSC04417.jpg

Bo Casa do Povo otwarta jest na wszystkie osoby, które chciałyby tu coś zrobić. Część jej programu to działania własne, część – innych inicjatyw i organizacji, które potrzebują przestrzeni. Na przykład w poniedziałki potomkowie polskich Żydów śpiewają wspólnie rewolucyjne pieśni w jidysz. Casa do Povo wydaje też swoją gazetę w czterech językach: portugalsku, katalońsku, jidysz i koreańsku, bo w Bom Retiro mieszkają dziś głównie koreańscy imigranci.Szczęsny przyciągnął do Casa do Povo nowych użytkowników i Seroussi ma nadzieję, że Boliwijczycy, Koreańczycy, Haitańczycy, Paragwajczycy, osoby trans i inne mniejszości z Bom Retiro pozostaną tu na dłużej.

Casa do Povo wspólnie ze Szczęsnym wyda wkrótce książkę – rodzaj przewodnika po polskich śladach i miejscach w São Paulo, ale też wpływie polskich imigrantów na brazylijską kulturę czy polsko-brazylijskiej tożsamości, burzącej nasze pojęcie polskości. Pojawią się w niej m.in. takie postacie jak słynny architekt Lucjan Korngold, malarze z Grupa Ruptura – Anatol Wladyslaw i Leopold Haar, rzeźbiarz August Zamoyski, który spędził w Brazylii kilkanaście lat (widziałem jego rzeźbę przed muzeum w Belo Horizonte), a także Frans Krajcberg, dziś ponad dziewięćdziesięcioletni artysta, którego grupę rzeźb można oglądać na trwającym właśnie Biennale w São Paulo (recenzja wkrótce).

DSC04407.jpg

Pomyślałem sobie, że skoro Instytut Adama Mickiewicza zainstalował kiedyś w Warszawie „Tęczę” Julity Wójcik, którą wcześniej pokazywał w Brukseli, może teraz przeniósłby do naszej stolicy ideę domu uchodźcy. Na pewno i u nas znaleźliby się jego nowi mieszkańcy. Taka myśl na 11 listopada.

Marcelo Cidade

DSC04363.jpg
Marcelo Cidade, „Edificio suprematista”, 2016

Na wystawę Marcela Cidade w Galerii Vermeleho zaprowadził mnie Wojtek Kostrzewa, który się świetnie orientuje w scenie brazylijskiej i jest właśnie w São Paulo na artystycznej rezydencji w Pivô (w ogromnym budynku Oscara Niemeyera Edificio Copan). Vermeleho to jedna z najważniejszych prywatnych galerii w mieście, reprezentuje głównie lokalnych artystów młodego i średniego pokolenia. Z Cidade, którego pracę widziałem też w MASP, Vermeleho współpracuje od dłuższego czasu. „Nulo ou em branco” to jego piąta wystawa w tym miejscu.

DSC04401.jpg
Marcelo Cidade, „Ocitarcomed”, 2016

Pierwsza praca znajduje się już na fasadzie czarnego budynku galerii, ukrytego w podwórku w centrum São Paulo. Wysoko, tuż przy gzymsie ciągnie się napis „democratico” wykonany z zasieków ostrzowych. Druty kolczaste to stały widok na brazylijskich ulicach; domy, zwłaszcza te bardziej zamożne, otoczone są wysokim murem oraz wszelkiego rodzaju zabezpieczeniami, które mają zniechęcić bądź skaleczyć potencjalnego włamywacza. Sam napis jest odwrócony do góry nogami i nawet samą czcionką przypomina typowe brazylijskie graffiti, nazywane pichação, zjawisko, które samo w sobie jest rodzajem odpowiedzi na ogromne nierówności społeczne w brazylijskim społeczeństwie. Z jednej strony mamy więc druty kolczaste, z drugiej – pichadores. I pytanie o możliwość demokracji w systemowo nierównym społeczeństwie.

DSC03595.jpg
Przykład pichacao z Belo Horizonte

Na wystawie we wnętrzu galerii Vermeleho architektura modernistyczna miesza się z wernakularną, sztuka wysoka z ruiną. Sporo tu nawiązań do kanonicznych prac sztuki współczesnej. W ruinę popadają dedykowane Tatlinowi „Monumenty” Dana Flavina, które amerykański artysta tworzył z białych świetlówek. Cidade zastępuje świetlówki zniszczonymi metalowymi obudowami, w których ktoś najwyraźniej świetlówki wybił. O ścianę opiera się nędzne echo słynnego materaca Rachel Whiteread. Praca nosi tytuł „Confortável Conformismo” („Wygodny konformizm”) – Cidade nie tworzy jej sam, pozostawia galerii siedmiopunktową instrukcję. Zleca znalezienie na ulicy używanego, porzuconego materaca ze sprężynami, spalenie go i oparcie o ścianę pod kątem 90 stopni (jak u Whiteread). Z kolei malewiczowski „Edificio suprematista” („Budynek suprematystyczny”) okazuje się po prostu pojemnikiem do mieszania cementu z placu budowy. Bezużyteczne resztki utopii.

DSC04396.jpg
Marcelo Cidade, „Confortavel conformismo”, 2016
DSC04376.jpg
Marcelo Cidade, prace z cyklów „A________ social”, 2015, oraz „Corpo mole”, 2016
DSC04375.jpg
Marcelo Cidade, „A________ social”, 2015

Na piętrze galerii Cidade zestawia ze sobą dwa cykle. Rozwieszony wokół “A____________ social” (2015) to cykl oparty na czarno-białych, rastrowych reprodukcjach zdjęć, znajdywanych przez artystę w internecie. Wszystkie przedstawiają włamywaczy, którzy utknęli podczas ucieczki w oknach, kominach czy ogrodzeniach. W całym pomieszczeniu rozstawił zaś prace z serii „Corpo mole” („Leniwe ciało”). Składają się na nią minimalistyczne obiekty z tektury otoczonej cementem. Co też jest rodzajem aktualnego komentarza, bo niedawno zabroniono bezdomnym z São Paulo zbierania tektury, siły porządkowe ją im konfiskują. A tektura służy im do budowania tymczasowych schronień, namiastki prywatnej przestrzeni w mieście. Mogą ją też sprzedać w punktach skupu makulatury i zarobić parę reali.

Chociaż krytyczna wobec brazylijskiej rzeczywistości, sztuka Cidade niesie w sobie pewien potencjał zawłaszczenia politycznej siły języka ulicy. I kusi surowym minimalizmem. Na ścianie w domu brazylijskiego kolekcjonera napis z wnętrza galerii zamieniłby się przecież w ponury, perwersyjny żart.

DSC04387.jpg
Marcelo Cidade, „(un) monuments for V. Tatlin”, 2016

Kryształowe sztalugi Liny Bo Bardi

DSC04433.jpg

Muzeum Sztuki São Paulo (Museu de Arte de São Paulo, MASP) odtworzyło niedawno pierwotny wystrój galerii obrazów, który zaprojektowała słynna włosko-brazylijska architektka Lina Bo Bardi. To wystawa-legenda. Będąc w Brazylii po prostu nie można jej ominąć.

DSC04435.jpg

Aż trudno uwierzyć, że na pomysł „kryształowych sztalug” Bo Bardi wpadła niemal pół wieku temu. Bo chodząc między obrazami wiszących na betonowo-szklanych stojakach ma się wrażenie poruszania w wirtualnej przestrzeni. Obrazy po prostu lewitują w powietrzu. Wydaje się, że przed Second Life czy Minecraftem coś takiego nie mogło powstać. W pierwszym momencie nie wiadomo, na czym zawiesić wzrok, na czym się skupić. Bo oglądasz Ingresa, ale już wzrok biegnie ku van Goghowi i Cezanne’owi. Patrzysz na chłopca van Gogha, a już kątem oka zerkasz na płótna Picassa. Podziwiasz Moneta, a tuż obok majaczy ciąg obrazów Modiglianiego. Nie wiedzieć kiedy, trochę błądząc, wytyczasz własne ścieżki między dziełami sztuki.

DSC04457.jpg

Gdy dochodzisz do końca sali i odwracasz się, ukazuje ci się widok ponad stu dzieł sztuki od tyłu. Szklane podpory pozwalają bowiem na zajrzenie za ramę, pod płótno. Tu też kryje się wiele ciekawego. Do tego od frontu obrazy pozbawione są podpisów, autorów może się domyślasz, odczytujesz sygnatury, ale liczy się bezpośredni kontakt z obrazem. Informacje umieszczone są za nim.

Przebywanie w tej przestrzeni to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. A MASP ma się też czym pochwalić – są tu dzieła Belliniego, Memlinga, Boscha, Rafaela, Halsa, Rembrandta, Chardina, Maneta, Renoira, Matisse’a… Dawni mistrzowie sztuki europejskiej spotykają bardziej współczesnych artystów brazylijskich.

Lina Bo Bardi urodziła się we Włoszech w  i tam zdobyła wykształcenie architektoniczne, stąd łączona jest z włoskim ruchem architektury racjonalnej. Była też redaktorką pisma „Domus”. Tuż po II wojnie światowej poznała brazylijskiego krytyka sztuki Pietro Marię Bardiego, pobrali się i razem przyjechali do Brazylii. W tym czasie przedsiębiorca Assis Chateubriand zaprosił Bardiego, by stworzył Muzeum Sztuki São Paulo, które zostało zainaugurowane w 1947 roku. Lina Bo Bardi zaangażowała się w nie jako projektantka wystroju wystaw, kuratorka i redaktorka. Sama kierowała zaś muzeum sztuki w Salvadorze. Współpracowała z reżyserami teatralnymi. Projektowała domy i budynki użyteczności publicznej. Wykładała architekturę.

DSC04610.jpg
MASP, proj. Lina Bo Bardi, 1957-1968

Gdy pod koniec lat 50. powstał pomysł zbudowania nowej siedziby MASP, to Lina Bo Bardi jego projekt. Budynek oddano do użytku w 1968 roku. To wyjątkowe muzeum składa się z dwóch części – nadziemnej i częściowo skrytej pod ziemią. Pierwsza to przeszklony prostopadłościan podwieszony na dwóch czerwonych ramach-portykach, stojący przy jednej z głównych ulic miasta. Szybko stał się jedną z ikon São Paulo i brazylijskiej architektury w ogóle. Część podziemna robi większe wrażenie we wnętrzu – tu, w sąsiedztwie efektownych czerwonych przecinających się dwóch ciągów schodów organizowane są wystawy czasowe.

Poza zastosowaniem betonu i eksponowaniu właściwości materiału, potraktowanego bardzo surowo, cechą architektury Liny Bo Bardi jest tworzenie wysokiej jakości przestrzeni publicznej. Jej projekty zakładają, że ludzie będą sami przejmować przestrzeń w posiadanie, używać jej według własnych potrzeb. W przypadku MASP chodzi oczywiście o dziedziniec na pierwszej, brakującej parterowej kondygnacji. Oczywiście to wsparcie na słupach i praktyczny brak parteru można odnaleźć u innych modernistów, chociażby u Oscara Niemeyera, ale Lina Bo Bardi w MASP celowo tworzy przestrzeń wspólną. Dzięki temu kultura elitarna płynnie łączy się z życiem ulicy. Stąd wchodzi się do muzeum (na górne lub dolne kondygnacje), ale gdy odwiedziłem MASP w niedzielę, w szczelinie między dwoma częściami muzeum rozstawił się targ. Jeszcze niedawno odbywały się tu protesty przeciwko korupcji w rządzie brazylijskim. Na zdjęciach sprzed lat można zobaczyć, że czasem muzeum organizowało tu wystawy, ale kiedyś pod dachem muzeum rozstawił się nawet cyrk. To miejsce wręcz tętni życiem.

DSC04663.jpg

DSC04689.jpg
SESC Pompeia

Podobnie jest w innym słynnym miejscu zaprojektowanym przez Linę Bo Bardi w São Paulo – SESC Pompeia. SESC (Serviço Social do Comércio) to typowo brazylijska organizacja non-profit, wspierana z odpisów podatkowych przedsiębiorstw, mająca na celu wspierać ich pracowników, ale otwarta dla wszystkich innych mieszkańców. Organizacje SESC rozsiane są po całej Brazylii. W samym São Paulo jest ich kilkanaście. Łączą kulturę, sport, opiekę zdrowotną, edukację. W sieci SESC działają nawet gabinety dentystyczne. Do SESC przychodzi się pograć w piłkę i obejrzeć spektakl, popływać w basenie i poczytać prasę.

Pompeia, powstająca od końca lat 70., a ukończona w 1986 roku, uchodzi za jeden z najbardziej udanych „sesków”. Mieści się w częściowo przemysłowej dzielnicy. Przelewają się tu tłumy. W dwóch wieżach, połączonych charakterystycznymi betonowymi przejściami, tworzącymi rodzaj betonowej pajęczyny, mieszczą się pomieszczenia sportowe. W części horyzontalnej zaś – jadłodajnia, teatr, biblioteka z ciekawą, trzypoziomową, betonową czytelnią. Organizowane są tu wystawy i wszelkiego typu wydarzenia. W takim kontekście trudno mówić o kulturze wysokiej, ale wiele wydarzeń to wydarzenia z najwyższej półki. Rok temu w SESC Consolacao odbyła się wystawa Tadeusza Kantora, zorganizowana w ramach sezonu polskiego w Brazylii, i część ekspozycji znajdowała się na sali gimnastycznej.

DSC04621.jpg

DSC04652.jpg

W SESC Pompeia trwa właśnie wystawa poświęcona samej Linie Bo Bardi. Można tu obejrzeć jej projekty, m.in. jej świetnego domu własnego (Casa de Vidro, Szkalny Dom, 1951), ale też zobaczyć jej projekt fotela-misy, a nawet w nim usiąść (a są to oryginały). Zachwyca też mała architektura wystawy – stoliki z betonowym blatem na metalowych nóżkach czy betonowe pokrywy na rzutniki cyfrowe.

Podobnie, wracając do MASP, projekt „kryształowych sztalug” był niemal integralną częścią projektu muzeum Liny Bo Bardi. Wystawa zajmowała całe drugie piętro i przechodząc różne zmiany przetrwała tak długo, jak Pietro Maria Bardi kierował muzeum. W 1996 roku „kryształowe sztalugi” zastąpiono ściankami gipsowymi. White cube wziął górę.

Obecna wystawa stała, w której powrócono do „kryształowych sztalug”, nie jest dosłownym odtworzeniem pierwotnej ekspozycji. Powrócono jedynie do ogólnej koncepcji wystawienniczej Bo Bardi. Jak podkreślają kuratorzy z MASP, nie ma to nic wspólnego z nostalgią za ikonicznym połączeniem betonu i szkła. Pierwotny projekt Bo Bardi odczytują bardziej w kategoriach politycznych – otwartej, przezroczystej, płynnej galerii obrazów, oferującej wielość odczytań i historyczno-artystycznych powiązań, znoszącej hierarchię, podważającej kanoniczne narracje, desakralizującej dzieła sztuki.

Lina Bo Bardi była przeciwna układowi chronologicznemu. Pierwotnie galeria obrazów ułożona była według szkół i regionów. A dzisiaj zdecydowano się zastosować układ chronologiczny. I rzeczywiście świetnie się on sprawdza. Spacerując między obrazami, przemiany w sztuce – od średniowiecza, po współczesną sztukę Brazylii – wydają się następować niemal organicznie. Ale chronologia nie oznacza tu wcale chronologii historii sztuki, następujących po sobie kierunków artystycznych, lecz po prostu upływ czasu. Do tego w galerii wprowadzane są zmiany. Już w tym roku wprowadzono ich kilka. Ale w obecnej wystawie łatwo też odczytać polityczne akcenty. Na przykład w dwóch gablotach sąsiadują ze sobą rzeźba „Exu” artysty z nigeryjskiego plemienia Joruba oraz rzeźba „Brazylijczyk” Ernesta de Fiori. Narodowa tożsamość zderza się z historią handlu niewolnikami i afrykańskimi korzeniami współczesnych mieszkańców Brazylii.

DSC04449.jpg
Marcelo Cidade, „Zatrzymany czas prowizorycznego państwa”, 2008

Wystawę zamyka zaś praca Marcelo Cidade „Tempo suspenso de um estado provisório” („Zatrzymany czas prowizorycznego państwa”) z 2008 roku. To właściwie kopia „kryształowej sztalugi” Liny Bo Bardi. Tyle że Cidade używa szkła kuloodpornego, a sama „sztaluga” jest znacznie mniejsza od innych na galerii, ma zaledwie 182 centymetry, tyle ile mierzyć może dorosły człowiek. W szybie widoczne są zaś dwa ślady po kulach, odpowiadające strzałowi w nogę i w klatkę piersiową.

DSC04439.jpg
Agostinho Batista Frietas, „MASP”, 1971

Wystawę na „kryształowych sztalugach” z 1968 roku i obecną łączy fakt, że w obu dominuje sztuka figuratywna. Pietro Bardi i Lina Bo Bardi rezygnowali z abstrakcji świadomie. W kontekście roli amerykańskiej sztuki w czasie Zimnej Wojny, zwracali uwagę na depolityzujące efekty abstrakcji. Chętnie sięgali za to po malarstwo spoza głównego nurtu. Bardi odkrył dla brazylijskiej sztuki Agostinho Batistę de Freitasa, którego poznał, gdy malarz sprzedawał swe pracę na ulicy w São Paulo.

DSC04553.jpg

DSC04583.jpg
Wystawa Candido Portinariego, MASP

Ale na tym obecność Liny Bo Bardi w MASP się nie kończy. Na najniższej kondygnacji MASP trwa właśnie wystawa malarstwa Candido Portinariego, brazylijskiego malarza tworzącego głównie w pierwszej połowie XX wieku. Wystrój wystawy to odtworzenie innego projektu Liny bo Bardi, który stworzyła na wystawę Portinariego w MASP w 1970 roku. To drewniany stelaż oparty na prostej siatce przecinających się pod kątem prostym linii. Na przecięciach wiszą obrazy. Ale nawet tej wystawie daleko do „kryształowych stelarzy”.

DSC04738.jpg

DSC04517.jpg

Muzeum Narodowe w Brasilii

dsc03274

Dziwna instytucja. Do Brasilii przyjeżdża się przede wszystkim dla architektury Oscara Niemeyera i muzeum to też jego projekt. Ale Muzeum Narodowe i Bibliotekę Narodową, chociaż znajdują się na reprezentacyjnej osi Brasilii, oddano do użytku dopiero w 2006 roku.

Architektura Brasilii na żywo wypada mniej monumentalnie niż na zdjęciach. Zwłaszcza katedra wygląda z zewnątrz nieco jak miniaturka. Muzeum też nie poraża skalą, ale to prawdopodobniej jeden z najbardziej odjechanych budynków muzealnych na świecie. Wygląda jakby pośrodku pustego placu zakopano ogromną białą kulę, której fragment wystaje spod ziemi. Do jej wnętrza wchodzi się przez futurystyczny mostek. Jakby wylądowało ufo i wysunęło właz, po którym zaraz mieliby wyjść ufoludki. Zresztą właśnie tu, do Brasilii, z pierwszy wizytą przybyli kilka lat temu złoci sąsiedzi Pawła Althamera.

DSC03187.jpg

DSC03253.jpg

We wnętrzu muzeum powinno sprawiać większe wrażenie – to ogromna betonowa kopuła, otwarta przestrzeń, z dwoma poziomami przeznaczonymi na wystawy – na górny prowadzi fantazyjnie kręta rampa, typowo Niemeyerowski element. Piszę „powinno”, bo użytkownicy tego budynku wyraźnie nie doceniają jego walorów. To częsta choroba – instytucje dostosowują modernistyczne budynki do swych bieżących potrzeb; wystawę łatwiej powiesić na ścianach niż w otwartej przestrzeni. Tak jest po prostu łatwiej. Tu jest to o tyle dziwne, że budynek jest stosunkowo młody, no i jednak Niemeyer to Niemeyer; jakiś szacunek mu się należy. Tymczasem wystawa w dolnej kondygnacji poświęcona związkom sztuki i techniki (interaktywne instalacje) nie tylko utrzymuje cały budynek w mroku, ale dodatkowo różnymi niezgrabnymi ścianami zasłania nawet wspomnianą wspaniałą rampę.

Na górnej kondygnacji właśnie otwarto polsko-brazylijską wystawę „Dialogo Design”, zorganizowaną w ramach sezonu polskiego w Brazylii, za którym stoi oczywiście Instytut Adama Mickiewicza. Tu z kolei zbudowano ścianę, która skutecznie tworzy barierę między kondygnacjami, co zaburza otwarty charakter budynku i wprowadza przestrzenny nieład. Po wejściu do budynku ma się wrażenie bałaganu, a potem to wrażenie tylko się pogłębia.

DSC03210.jpg

DSC03211.jpg

To pewien paradoks, bo wystawy o sztuce, technice czy dizajnie niweczą najlepsze walory Niemeyerowskiej architektury, która sama w sobie jest dziełem sztuki i zabytkiem architektury. To praktyka wręcz agresywna, pozbawiona estetycznego i przestrzennego wyczucia. Dla projektantów wystaw praca w budynku Niemeyera powinna być wyzwaniem. Dlatego aż boli, że polsko-brazylijska wystawa dizajnu została zaprojektowana – nie boję się użyć tego słowa – infantylnie. Bo dobre wystawiennictwo może dla odbiorców pozostawać niewidoczne. Tymczasem przez całą wystawę, po podłodze, ścianach i postumentach, ciągną się rzędy czerwonych i zielonych poduszeczek w różnych kształtach, wyznaczających ścieżki. Zupełnie zbędne, bo wystawa opiera się na prostym zabiegu – wybrano po jednym projektancie z dwóch krajów w pięciu kategoriach (od szkła, przez ceramikę, po meble). Uzupełniają ją plakaty z polskiej szkoły plakatu (szkoda, że wyłącznie o tematyce turystycznej – promujące Polskę), a także plakaty zaprojektowane przez młodych plakacistów z Polski i Brazylii. Oczywiście zadano im temat jak w szkole: Polska / Brazylia. Poradzili sobie z nim raz lepiej, raz gorzej.

Ale kolorowe ecie-pecie potrafiłoby zniszczyć każdą wystawę i obrzydzić najlepszy dizajn. Nie jestem więc przekonany, czy ta wystawa na pewno polski dizajn promuje.

Szkoda też, że nie można tu zobaczyć stałej kolekcji sztuki. W Muzeum Narodowym w stolicy Brazylii o sztuce brazylijskiej nie da się nic dowiedzieć. Ba!, nie ma tu nawet sklepiku czy księgarni. Nic dziwnego, że przed wejściem ustawiają się uliczni sprzedawcy z wodą mineralną i lodami. Na pocieszenie w tym kuriozalnym mieście o pustych placach i ulicach, mieście samochodów, pozostaje jeszcze architektura, efekt dawnych marzeń o mieście przyszłości.

dsc03324

DSC03150.jpg