32. Biennale w São Paulo

dsc04223
Koo Jeong A, „Arragation”, 2016, rzeźba-skatepark obok biennalowego pawilonu

W dzisiejszej „Wyborczej” ukazała się moja recenzja z 32. Biennale w São Paulo. Wprawdzie biennale odbyło się po raz 32, ale ja widziałem je po raz pierwszy. Tylko dzięki temu, że odwiedziłem Brazylię z niewielką grupą dziennikarzy na zaproszenie Instytutu Adama Mickiewicza. Wcześniej już relacjonowałem tę wyprawę. Odwiedziliśmy Brasilię (Muzeum Narodowe), Belo Horizonte (Pampulha, Lalka), no i właśnie São Paulo (widziałem tu m.in. świetne realizacje Liny Bo Bardi, wystawę Marcelo Cidade, świetną instytucję Casa do Povo, w której swój projekt zrealizował Jakub Szczęsny, no i spotkałem Wojtka Kostrzewę, który przebywa na rezydencji w galerii Pivô).

dsc03935
Eduardo Navarro, „Sound Mirror”, 2016

Niestety teksty w „Wyborczej” mają swoje ograniczenia; bardzo skrupulatnie liczy się wystukane w klawiaturę znaki, by tekst zmieścił się na stronie, więc musiałem się streszczać. Nie mogłem zapomnieć o pracy „TURBA TURBO” Izy Tarasewicz, piszę o kilku innych realizacjach (m.in. Lais Myrrha, Video nas Aldeias, Ruth Ewan, Rachel Rose), ale o wielu świetnych pracach nie mogłem nawet wspomnieć (Pierre Huyghe, Sonia Andrade, Mmakgabo Helen Sebidi, Michael Linares, Maryam Jafri, Luiz Roque, Leon Hirszman, Hito Steyerl, Gabriel Abrantes, Charlotte Johannesson, Carlos Motta). Może jeszcze będę do nich wracał. Ale chciałbym uzupełnić moją recenzję o jedną rzecz, która wszystkim nam z polskiej drużyny na Biennale w São Paulo rzuciła się w oczy – zwiedzających.

dsc03685
Brazylijska młodzież ogląda film Rachel Rose „Everything and More”, 2015

Po zaprojektowanym przez Oscara Niemeyera biennalowym pawilonie, i w dni powszednie, i w weekendy, przechadzają się grupy dzieci i młodzieży oprowadzane przez przewodników. Biennale musi mieć armię edukatorów, tych grup jest naprawdę sporo. Żałowałem, że nie mówię po portugalsku i nie mogę ich podsłuchać, bo te nastolatki, a czasami wręcz przedszkolaki, wydawały się rzeczywiście zainteresowane. To że wpatrywały się jak zahipnotyzowane w film Pierre’a Huyghe’a o owadach zatopionych w bursztynie, wyświetlany na ogromnym ekranie, byłem w stanie zrozumieć. Świetnie bawiły się na „Podłodze” José Bento, podwyższonej drewnianej platformie, która w niektórych miejscach okazywała się trampoliną – jasne, mi też ochroniarz zwrócił uwagę, żebym nie skakał. Ale gdy około dziesięcioletnie dzieci obejrzały ze mną w całości dystopijny film Luiz Roque o epidemii nieznanej choroby szerzącej się pod koniec XXI wieku wśród transseksualistów, wręcz nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

dsc03937
Iza Tarasewicz, „TURBA TURBO”, 2015

Oprowadzania dla publiczności odbywają się kilka razy dziennie, a kilka razy w tygodniu – w języku migowym i dla osób niedowidzących. Do tego na biennale wchodzi się za darmo! Nikt tu nawet nie chciał oglądać mojej legitymacji prasowej. A fragmenty wystawy będą pokazywane w przyszłym roku w innych miastach, m.in. w Belo Horizonte, Campinas, Cuiabie, Santos. Biennale sprzed dwóch lat podróżowało do trzynastu miast, gdzie wystawę zobaczyło ponad ćwierć miliona osób.

DSC04012.jpg

dsc04022
Rzeźby Fransa Krajcberga

Dla zachęty poniżej zamieszczam fragmenty mojej recenzji.

Po pierwsze odkrycie wspaniałego rzeźbiarza, w dodatku polskiego pochodzenia, Fransa Krajcberga:

„Do pawilonu, w którym odbywa się biennale, wchodzi się jak do tajemniczego lasu. Ten las złożony jest z drewnianych rzeźb Fransa Krajcberga, plasujących się gdzieś między sztuką współczesną a rzeźbą afrykańską. Na smukłych pniach Krajcberg wypalił poziome paski. Inne drzewa eksponują rozrastające się korzenie, jeszcze inne wydają się odwrócone korzeniami do góry. W dużych skupiskach przypominają zagajnik, ale jest w nich też coś złowrogiego. Może ktoś ten las wypalił? A może to obraz po kataklizmie?

Krajcberg jest w Polsce niemal nieznany. Urodził się w Kozienicach w 1921 r. Jego rodzina zginęła w Holokauście, on zdecydował się na emigrację. Pod koniec lat 40. zamieszkał w Brazylii. Dla Krajcberga kraj za oceanem stał się miejscem odrodzenia, co nie znaczy, że wolnym od gwałtu – chociażby na amazońskiej przyrodzie. 95-letni dziś artysta łączy uprawianie sztuki z aktywizmem ekologicznym. Na jego rzeźbach odciska swe piętno pragnienie przetrwania i symbiozy z naturą, a także dalekie echo europejskiej katastrofy z lat 40. Las Krajcberga to świetny wstęp do całej wystawy”.

DSC03792.jpg
Erika Verzutti, detal płaskorzeźby

Po drugie, kwestia tytułowej niepewności:

„Nieprzypadkowo tegoroczne biennale nosi tytuł „Incerteza Viva”, czyli „Żywa niepewność”. Wydawałoby się, że kurator Jochen Volz trafił w dziesiątkę. Bo obawy wyczuwa się dziś w rozmowach z Brazylijczykami – krajem wstrząsnęła ostatnio fala skandali korupcyjnych, impeachment prezydentki Dilmy Rousseff, protesty społeczne. W Europie mamy Brexit, w Stanach Zjednoczonych – prezydenta Trumpa.

Ale biennale nie bierze na warsztat obecnej sytuacji politycznej. Volz wyjaśnił mi, że chciał spojrzeć na problemy świata pod wierzchnią warstwą polityki. Zdejmując ją, odkryjemy inne wyzwania stojące przed globalną społecznością”.

dsc03724
Gabriel Abrantes, „A Joking Relationship”, 2016
dsc03905
Lais Myrrha, „Dois pesos, duas madidas”, 2016

Po trzecie, Indianie (śródtytuł w „Gazecie” – „Z kamerą wśród Indian” pochodzi od redakcji, mój brzmiał „Indianin z kamerą”; chodziło mi o Wiertowa, nie o Gucwińskich):

„Na głównych bohaterów biennale wyrastają brazylijscy Indianie. Wszak dziś to autochtoniczni mieszkańcy Ameryk stoją na pierwszym froncie walki o ratowanie natury. W Kanadzie czy Stanach tzw. pierwsze narody najgłośniej protestują przeciwko budowie ropociągów, ostatnio chociażby w Dakocie Północnej. Nowe prawa natury w Ekwadorze też wynikają z walki prawowitych mieszkańców o kolektywne prawo do ziemi.

W centrum biennale umieszczono nawet archiwum projektu społeczno-edukacyjnego Video nas Aldeias, stworzonego w Brazylii w 1986 r., w ramach którego Indianie otrzymali sprzęt filmowy. Dzięki niemu sami tworzyli narracje o swoich społecznościach. Sami decydowali – w kontrze do zachodniej etnografii – o własnym obrazie. To wybór różnorodnych filmów, od prostych dokumentacji, przez niewielkie fabuły, po teledyski; rytuały, niszczenie terenów naturalnych, protesty.

Znamienne, że to jedyny punkt wystawy, w którym Indianie mówią własnym głosem. Volz nie znalazł formuły, by ich do niej włączyć. Nie ma tu żadnego indiańskiego artysty. Indianie stają się znowu egzotycznymi strażnikami magicznej wiedzy o świecie”.

Całość tekstu – na stronie internetowej „Gazety Wyborczej” oraz w druku.

Casa do Povo

DSC04405.jpg

W São Paulo jedziemy do Casa do Povo w dzielnicy Bom Retiro. Spotykamy się z kierującym tym miejscem Benjaminem Seroussim, Francuzem mieszkającym w Brazylii. Jeszcze kilka dni wcześniej był tu Jakub Szczęsny, architekt, znany między innymi z tego, że w Warszawie zaprojektował Dom Kereta, podobno najwęższy dom na świecie. Minęliśmy się.

Benjamin dużo mówi, a do tego co chwilę ktoś podchodzi i mu przerywa – w Casa do Povo dużo się dzieje. Oprowadza nas po budynku, do którego prowadzą szerokie schody. Na każdym piętrze za drzwiami otwierają się przestronne pomieszczenia. Na parterze właśnie przygotowywane jest spotkanie haitańskie. Imigranci z karaibskiej wyspy przygotowują jedzenie, rozstawiają krzesła i sprzęt. Działa tu też niewielki bar ze stolikami na skromnym tarasie. A to wszystko w niewyremontowanych pomieszczeniach. Gdzieś schodzi farba ze ściany, odpadają klepki z parkietu. Dominuje estetyka do-it-yourself. I nie cała przestrzeń jest zawsze wykorzystywana. Benjamin mówi, że celowo – chodzi o to, by budynek ciągle zachowywał swój potencjał. By nikogo nie peszył, by nie bać się wbić gwoździa w ścianę. Bo nie wystarczy, by było czysto i pięknie. O co innego tu biega.

Gdy kilka lat temu zaczął kierować tym miejscem, zafascynowała go jego historia. Casa do Povo, czyli Dom Ludowy, to instytucja założona tuż po wojnie przez żydowskich imigrantów i uchodźców, z których większość pochodziła z Polski i miała lewicujące poglądy. Uciekali z Polski między innymi przed represjami w kraju rządzonym przez endeków. Ale polscy imigranci pojawili się w Brazylii znacznie wcześniej, w latach 90. XIX wieku było ich tylu, że Brazylię nazywali „Nową Polską”.

DSC04403.jpg

Bom Retiro było zaś polską dzielnicą. Osiedlali się tu polscy Żydzi i katolicy. W Bom Retiro mówiło się w jidysz. Za powstaniem Casa do Povo stała potrzeba zachowania kultury jidysz, strategia alternatywna wobec syjonizmu. Grupa lewicujących, komunizujących Żydów, głównie z Polski, w 1946 roku kupiła działkę i zaczęła budowę Domu Ludowego, także jako „żywy pomnik” dla milionów Żydów, którzy zginęli w Holokauście. Pięknie, znajomo brzmią ich nazwiska: Majer Okret, Jankiel Len, Max Cymbalista, José Aron Sendacz.

Z Benjaminem zwiedzamy budynek. Na parterze trwają przygotowania do koncertu, na pierwszym piętrze odbywa się właśnie jakieś spotkanie, na drugim – grupa krawiecka uczy się szyć. Turkoczą maszyny do szycia. Uczestnicy przychodzą z własnymi materiałami, ale własne wykroje sprezentowali im znani brazylijscy projektanci. Pozostaje im tylko wykonanie swoich ubrań. Schodzimy też do ciemnej piwnicy – okazuje się ogromną, czarną pieczarą, ruiną teatru. Benjamin zapala pojedynczą żarówką nad sceną. Kiedyś działał tu jeden z najważniejszych teatrów w São Paulo.

Na zaproszenie Casa do Povo, w ramach sezonu polskiego w Brazylii, organizowanego przez Instytut Adama Mickiewicza, przyjechał tu w październiku Jakub Szczęsny. Na dachu skonstruował „Polish Refuge”, polskie schronisko, dom uchodźcy. Sam w nim zamieszkał, ale zaprosił do korzystania z niego innych. To bardziej projekt społeczny niż architektoniczny.

DSC04404.jpg

Oglądamy miejsce, gdzie jeszcze kilka dni wcześniej mieszkał Szczęsny – ciągle stoi tu zaścielone łóżko i wiszą ręczniki. Siadamy pod zbudowanym przez architekta dachem-kurtyną z białego płótna. „Sky is the limit”, śmieje się Benjamin. To tu odbywały się spotkania i dyskusje w ramach jego projektu. Gdyby nie pogoda (zanosi się na deszcz), koncert haitański też by się tu odbył.

Pytam Benjamina o różnicę między Casa do Povo i SESC (pisałem już o wizycie w SESC Pompeia). W końcu takie instytucje działają w Brazylii dzięki odpisom podatkowym. Czy Casa do Povo to taki SESC, tylko bardziej radykalny? Benjamin śmieje się, że to z mojej strony prowokacja. Ale podkreśla, że o ile sieć SESC działa, by poprawiać jakość życia Brazylijczyków, nie widać w niej społecznych konfliktów. Tymczasem Casa do Povo tych konfliktów się nie boi. Wręcz przeciwnie, trudno ich tu uniknąć. Trzeba z nimi pracować.

DSC04417.jpg

Bo Casa do Povo otwarta jest na wszystkie osoby, które chciałyby tu coś zrobić. Część jej programu to działania własne, część – innych inicjatyw i organizacji, które potrzebują przestrzeni. Na przykład w poniedziałki potomkowie polskich Żydów śpiewają wspólnie rewolucyjne pieśni w jidysz. Casa do Povo wydaje też swoją gazetę w czterech językach: portugalsku, katalońsku, jidysz i koreańsku, bo w Bom Retiro mieszkają dziś głównie koreańscy imigranci.Szczęsny przyciągnął do Casa do Povo nowych użytkowników i Seroussi ma nadzieję, że Boliwijczycy, Koreańczycy, Haitańczycy, Paragwajczycy, osoby trans i inne mniejszości z Bom Retiro pozostaną tu na dłużej.

Casa do Povo wspólnie ze Szczęsnym wyda wkrótce książkę – rodzaj przewodnika po polskich śladach i miejscach w São Paulo, ale też wpływie polskich imigrantów na brazylijską kulturę czy polsko-brazylijskiej tożsamości, burzącej nasze pojęcie polskości. Pojawią się w niej m.in. takie postacie jak słynny architekt Lucjan Korngold, malarze z Grupa Ruptura – Anatol Wladyslaw i Leopold Haar, rzeźbiarz August Zamoyski, który spędził w Brazylii kilkanaście lat (widziałem jego rzeźbę przed muzeum w Belo Horizonte), a także Frans Krajcberg, dziś ponad dziewięćdziesięcioletni artysta, którego grupę rzeźb można oglądać na trwającym właśnie Biennale w São Paulo (recenzja wkrótce).

DSC04407.jpg

Pomyślałem sobie, że skoro Instytut Adama Mickiewicza zainstalował kiedyś w Warszawie „Tęczę” Julity Wójcik, którą wcześniej pokazywał w Brukseli, może teraz przeniósłby do naszej stolicy ideę domu uchodźcy. Na pewno i u nas znaleźliby się jego nowi mieszkańcy. Taka myśl na 11 listopada.