d14 Ateny 3

IMG_9283.jpg
Collective Exhibition for a Single Body

Sobota w Atenach minęła mi pod znakiem starożytności. Rano wybraliśmy się z Kasią Górną do Pireusu, gdzie w Muzeum Archeologicznym trwa „Collective Exhibition for a Single Body”, działania przygotowane w ramach documenta 14 przez kuratora Pierre’a Bal-Blanca (warszawiacy mogą pamiętać jego „Żywą walutę” w Teatrze Dramatycznym kilka lat temu) i choreografa Kostasa Tsioukasa. To taneczno-performerski dialog z przestrzenią muzeum. Niektórzy denerwowali się, że nie ma tam nic poza performerami, ale mi się podobało. Oglądałem starożytności, czasami zerkając na tancerzy. Jeden z nich spocił się pod pachami. Przy okazji okazało się, że spotkana przypadkiem Karolina Plinta świetnie obczaja komunikację miejską.

IMG_9508.jpg
Ręka kolosa w Narodowym Muzeum Archeologicznym

Sporo czasu spędziłem też w Narodowym Muzeum Archeologicznym. To wspaniałe muzeum, niezmodernizowane, pełne arcydzieł starożytności. Kilkanaście lat temu zdawałem egzamin ze sztuki starożytnej na pocztówkach. Nasza profesorka przychodziła z zestawem pocztówek i trzeba było rozpoznawać, co przedstawiają. Teraz w końcu (bo jestem w Atenach po raz pierwszy) zobaczyłem te wszystkie kurosy i kory na własne oczy i sam kupiłem kilka pocztówek. W muzeum miał pracować Daniel Knorr, ale jego pierwszą propozycję odrzucono, a druga ostatecznie została zrealizowana w innym miejscem.

IMG_9548.jpg
Vivian Suter

Niechcący wdrapałem się na sam szczyt wzgórza Filopappou, gdzie żadnej sztuki nie znalazłem, ale roztaczał się z niego widok i na Akropol, i całe Ateny, i na Pireus, i morze. Przy okazji przekląłem mapki w przewodniku po documenta 14, bo są wyjątkowo nieprecyzyjne i często trudno jest cokolwiek korzystając z nich odnaleźć. Ale pawilon przy niewielkiej szesnastowiecznej cerkiewce – gdy w końcu do niej dotarłem – okazał się jedną z najbardziej malowniczych wejściówek documenta. Prezentowane są tu płótna Vivian Suter i kolaże jej matki Elisabeth Wild.

sprinkle.jpg
W łóżku z Annie Sprinkle i Beth Stephens

Wieczorem zdążyliśmy jeszcze na performans Annie Sprinkle i Beth Stephens. Sprinkle to była aktorka filmów porno, która porno zamieniła w sztukę i aktywizm. Od 2000 roku wspólnie uprawiają sztukę „ekoseksu”. Pamiętam Sprinkle bardzo dobrze, bo wywiad z nią w jednym z numerów „Czerei” zamieścił kiedyś Artur Żmijewski (obok wywiadu z Diamandą Galas). Były to tłumaczenia – przedruki z publikacji, przywiezionej ze Stanów przez Kaśkę Kozyrę. Kozyra, zafascynowana Sprinkle, napisała nawet do niej list, żeby ta przyjechała do Polski, bo bardzo jej nad Wisłą potrzebujemy. I tutaj, na documenta, Annie Sprinkle we własnej osobie wraz ze swoją partnerką Beth Stephens zapraszają nas do łóżka. Na siedem minut, bo ustawia się kolejka i trzeba pilnować czasu, przytulaliśmy się w łóżkowym pięciokącie – Stephens, Karolina, ja, Patryk i Sprinkle. Są wspaniałe.

Dzień zakończyliśmy na koncercie w Megaronie. Połączone siły Ateńskiej Orkiestry Państwowej i Syryjskiej Orkiestry Filharmonicznej na Uchodźctwie (SEPO) zagrały „Symfonię pieśni żałosnych” Henryka Góreckiego. Górecki skomponował ją, zainspirowany słowami wyrytymi w celi przez Helenę Błażusiak, więzioną przez gestapo w Zakopanem. Słowa te pojawiają się w drugiej części symfonii: „Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario”.

IMG_9621.jpg

SEPO tworzą syryjscy muzycy mieszkający w Unii Europejskiej. Orkiestra powstała w Niemczech we wrześniu 2015 roku. Grają utwory muzyki klasycznej, ale przede wszystkim – syryjskich kompozytorów. Dlatego na bis zagrali syryjską pieśń rozpisaną na orkiestrę, co było dosyć wzruszającym zakończeniem wieczoru. Przypomniała mi się finałowa scena z filmu Lelouche’a „Jedni i drudzy” z Danielem Olbrychskim i „Bolerem” Ravela. Tyle że à rebours.

Na imprezę nie poszedłem.

d14 Ateny 2

IMG_8513.jpg
Prinz Gholam

Drugi dzień na documenta 14 rozpoczęliśmy od performansu duetu Prizn Gholam na starożytnej Agorze. Widziałem ich performansy już kilka razy w przeszłosci. Zawsze wyglądają podobnie. Chłopaki z Prinz Gholam zastygają na chwilę w pozach, by po jakimś czasie zmienić pozycję, niby od niechcenia. Pozy z obrazów, z historii sztuki, ale zawsze na swój sposób intymne. Żywe rzeźby w antycznych ruinach wypadały jeszcze bardziej ciekawie.

W muzeum EMST trafiliśmy na ceremonię, której nie było w programie wydarzeń towarzyszących. Maorysi z Wyspy Południowej Nowej Zelandii dziękowali Atenom, Grecji i organizatorom documenta za gościnność. Dwóch mężczyzn w garniturach i w maoryskiej przepasce oraz kobieta w pięknej maoryskiej sukni śpiewali w rodzimym języku i trochę tańczyli. Wyglądali silnie, ale pokojowo.

IMG_8587.jpg

Jednym z nich był Nathan Pabio, artysta, który w holu muzeum powiesił powiększone zdjęcie z 1905 roku. Przedstawia ono brytyjskiego gubernatora i jego małżonkę (w samochodzie) eskortowanych przez narodu Ngāi Tūāhuriri (na koniach), podczas przygotowań do tradycyjnej ceremonii powitalnej pōwhiri. Mimo licznych sporów z Brytyjczkami, Maorysi utrzymywali ten gościnny zwyczaj, by utrzymać wzajemny szacunek wobec wszystkich obcokrajowców. Ceremonia w EMST była prosta, ale bardzo wzruszająca. Kasia zwróciła uwagę, że to właśnie taki moment, w którym rozumie się ostrzeżenie Szymczyka przed cynizmem. Dodajmy – naszym europejskim cynizmem.

Najlepszą pracą, którą widziałem drugiego dnia, był film Vérény Paravel i Luciena Castaing-Taylora „Somniloquies”, wyświetlany w Muzeum Benaki. Opiera się on na nagraniach głosu Diona McGregora, mężczyzny, który słynął z tego, że rozmawiał przez sen. Interesowali się nim nawet psychiatrzy i naukowcy, uznając go za ewenement. Podobno żaden człowiek na świecie nie mówił przez sen tyle co on.

IMG_8842.jpg

To zaproszenie do środka snu okazuje się najlepszą przygodą. McGregor raz udziela wywiadu dziennikarzowi o karłach (każdy chciałby mieć swojego karła, każdy chciałby mieszkać w mieście karłów, najlepsza opiekunka do dziecka to karlica), raz instruuje studentów medycyny, jak przeprowadzać wiwisekcję, a po jakimś czasie okazuje się, że kroją jego własne ciało. Czasami wesoło podśpiewuje, czasami wychodzi z niego jakiś demon; po kilku minutach ciszy mówi złowrogo: „Jutro świat popełni samobójstwo!”, a po chwili dodaje: „To wstrętny żart, ale to prawda”. Po plecach przeszły mi ciarki.

Moje ciało zareagowało podobnie na nowy film Artura Żmijewskiego, pokazywany w Ateńskiej Szkole Sztuk Pięknych (ASFA). Żmijewski znowu (jak na ostatniej wystawie w Fundacji Galerii Foksal) wykorzystuje starą, czarno-białą kamerę szesnastkę. Kamera staje się narzędziem opresji. Zwłaszcza w jego rękach.

IMG_8990.jpg
Artur Żmijewski

Film wydaje się więc stary, wyciągnięty z archiwum, ale powstał w ciągu ostatnich dwóch lat w obozach dla uchodźców w Calais, w Paryżu, w Berlinie. Sam Żmijewski występuje tu jako postać ze slapstickowej komedii, ale też jako figura Europejczyka. To film niemal tak agresywny jak „80064”. Artysta filmuje czarnoskóre głowy, chwytając je palcami, brakuje mu tylko kraniometru. Twarz uchodźcy z Afryki maluje na biało. Mieszkańcowi obozu w Calais daje nową kurtkę, ale tylko po to, by za chwilę oznaczyć go wielkim białym iksem na plecach. Wchodzi do ich baraków, narusza ich prywatność, grzebie w pościeli. Dorośli mężczyźni czują się przy nim wyraźnie niekomfortowo, ale dzieci, nawet w tych podłych obozowych warunkach, patrzą w kamerę z ufnością, nieświadome.

W EMST zawył alarm przeciwpożarowy i zaczęto wszystkich wypraszać. Ale widząc, że całego art-tłumu trochę potrwa, ociągałem się z wyjściem tak długo, ignorując instrukcje pilnowaczy, aż alarm odwołano. Po godzinie stania w kolejce w knajpie w Benaki po cztery piwa niechcący przeskoczyliśmy kilka osób w kolejce (francuska para przez 20 minut nie mogła się zdecydować co zamówić, chodziło pewnie o gluten lub śladowe ilości orzeszków ziemnych). Facet w niebieskim swetrze oburzył się, że jak to, że jaką ja mam klasę, więc mówię mu, żeby mnie ugryzł. Bo i tak już nasze piwo się nalewa. Chciałbym w tym miejscu przeprosić tego frajera w niebieskim.

d14 Ateny

IMG_8137.jpg
Adam Szymczyk przemawia na konferencji prasowej

Na documenta 14 wszystko jest niby takie samo, ale inne niż zazwyczaj. Impreza po raz pierwszy odbywa się nie tylko w Kassel (gdzie otworzy się w czerwcu), lecz także, a może właśnie przede wszystkim w Atenach, gdzie właśnie zjechał cały artystyczny (pół)światek, w tym bardzo szeroko reprezentowana mafia polska.

Wszystko zaczęło się od nietypowej konferencji prasowej, którą zorganizowano w sporej sali koncertowej. Gdy podniosła się kurtyna, okazało się, że na scenie siedzi cały team documenta i artyści. Wystąpili jednak nie w swoich rolach kuratorów, asystentów, twórców, lecz jako instrumenty. Dokładniej – instrumentami były ich ciała. Dyrygowani przez Ruperta Huberta, szeptali, tupali, wydawali nieartykułowane dźwięki, niektórzy nawet podskakiwali. Tak odegrali utwór greckiego kompozytora Janiego Christou „Epicycle”. Na oko jakieś dwieście osób na scenie stało się ciałem zbiorowym. Tłum dziennikarzy stanął z nim twarzą w twarz. Ciało to ważne hasło tegorocznej edycji documenta 14.

IMG_8461.jpg
Piotr Uklański

Konferencja pokazała jeszcze jedną ważną rzecz – pewną próbę demokratyzacji, rozmycia kuratorskiej władzy oberkuratora (jaką była pięć lat temu Carolyn Christov-Bakargiev) na grupę kuratorów, współpracowników, artystów. Stąd rozmnożyły się przemówienia, a konferencja się przeciągała. Prawie nie mówiono jednak o sztuce. Raczej o relacji Północ-Południe, o tym, czego chcieliby się „nauczyć od Aten”, o rasizmie w Niemczech, o tym, że nie każdy czuje się kobietą lub mężczyzną. Były momenty zabawne, wzruszające i podniosłe. Nie obyło się bez głupich pytań, zaczynających się od wspomnienia faktu okupacji Grecji przez Niemców w czasie II wojny światowej. O samym prezencie od Niemców dla Greków, od Kassel dla Aten, jakim są documenta 14, Adam Szymczyk powiedział, byśmy nie byli wobec niego naiwni, ale też nie byli cyniczni. Zapamiętałem te słowa.

IMG_8343.jpg
Demonstracja greckich weteranów, domagających się reparacji wojennych od Niemiec

Dopiero po konferencji otwarto wystawy dla dziennikarzy. Początek zwiedzania tak ogromnej imprezy jak documenta zawsze wiąże się z poczuciem zagubienia. Gdzie pójść w pierwszej kolejności? Jak gospodarować czasem? Czy iść na wystawę, czy performens? Co to wszystko znaczy? Materiały przygotowane przez organizatorów nie zawsze przychodzą z pomocą. Mam wrażenie, że celowo. Że chodzi o pewną zmianę percepcji sztuki. Nie da się zwiedzać na skróty i po łebkach. W przewodniku („Daybooku”) nie ma opisów prezentowanych prac. Mapki wskazują tylko na miejsca na planie miasta, gdzie napotkać można prace artystów lub uczestniczyć w programie wydarzeń, ale nie ma tu już dokładnego rozmieszczenia prac. Nikt nas nie prowadzi za rękę od punktu A do punktu B. To rodzaj wędrówki pełnej zaskoczeń. Sam dopiero po jakimś czasie wyluzowałem i wszedłem w ten klimat. I mogłem zachłysnąć się wystawą.

IMG_8001.jpg

Nie żeby wystawa była hermetyczna. Tylko nikt jej nie obejrzy za ciebie i nie poda ci na tacy gotowych interpretacji pracy w zgrabnym akapicie.

Mój dzień miał jeszcze dwa highlighty. Z samego rana wdrapałem się na zupełnie wolny od turystów Akropol. Zwiedzałem go krok w krok z grupką żołnierzy, którzy wnieśli na starożytne wzgórze grecką flagę i w dosyć skomplikowanym ceremoniale zawiesili ją na maszcie, śpiewając grecki hymn. Był to lekko humorystyczny performens.

IMG_8359.jpg
Beau Dick

Zaś wieczorem w EMCS, muzeum, w którym mieści się największa część wystawy documenta, spotkałem storytellera, Paula Specka. Uczeń Beau Dicka, rzeźbiarza z narodu Kwakwakawakw, który niestety nie doczekał się documenta, bo zmarł w zeszłym tygodniu, na podstawie ustawionych w kole masek opowiedział nam historię Yolakwame, chłopca, który spadł z nieba. To postać z mitologii Pierwszych Narodów z Wyspy Vancouver, która przechodziła kolejne transformacje, wcielając się w różne morskie zwierzęta, a nawet bąbel powietrza i wodę.

Poza tym na prasowym preview raz na jakiś czas witają się z tobą jacyś ludzie, musisz szukać w zakamarkach pamięci strzępków informacji, kim oni właściwie są. Potem poznają ciebie ze stojącą obok nich osobą i wtedy to już zupełnie nie wiadomo, jak tę rozmowę kontynuować i czy już można sobie pójść, w spokoju oglądać dalej.

IMG_8146.jpg
Parliament of Bodies

Koczwarski w PM

koczw3.jpg

Cezary Koczwarski rzeczywiście się jąkał. Poznałem go wiele lat temu, gdy studiował w pracowni Grzegorza Kowalskiego. Jego wada wymowy bardziej utrudniała życie jemu niż innym. Na jednym z filmów na jego wystawie, otwartej jeszcze przez kilka dni w Polach Magnetycznych, przedstawia się: „Ceeezaaaryyy Koooczwaaarskiii. Jeeesteeem aaartyyystąąą”. To przeciąganie samogłosek jest jedną z metod terapii zaburzeń komunikacji. Wystawa dokumentuje rozpisany na lata proces wychodzenia z choroby.

W krótkim tekście towarzyszącym wystawie Koczwarski pisze, że dojrzał do tego, „aby spojrzeć sobie prosto w oczy i poddać się ocenie”, ale nie tylko stanąć twarzą w twarz z chorobą, co „uświadomić sobie, że to nie było przekleństwo, tylko dar”. Trochę trudno w to uwierzyć, gdy na pierwszym filmie, „Opisie projektu”, Cezary z ogromnym wysiłkiem i grymasami na twarzy próbuje powiedzieć jedno zwykłe zdanie, zacinając się i zaczynając od nowa: „Założeniem projektu jest stworzenie instalacji wideo o charakterze dokumentalnym na temat przełamywani swoich największych…” W tym miejscu się poddaje, końcówkę zdania, „…i najbardziej skrywanych słabości”, musi dopisać. Film jest sympatyczny, ale aż boli uczestniczenie w tym prostym, a – jak się okazuje – niewykonalnym wtedy dla Cezarego zadaniu.

Sama terapia, oglądana z boku, wypada momentami humorystycznie. Koczwarski ćwiczy wymowę głosek, wydłużając je. To głównie domowe historie. Gdzieś suszy się pranie, obok śpi dziecko. Ale terapia to też przełamywanie bariery wstydu. Z dziewczyną zaczepiają ekspedientkę w sklepie: „Dzień dobry, mój chłopak chciałby zaprezentować pani głoskę «o»”. I Cezary prezentuje głoskę zdezorientowanej kobiecie. Gdy jego córka nieco podrasta, wspólnie uczą się czytać. Ona powoli, bo jeszcze nie ma wprawy w składaniu liter, on jeszcze wolniej, bo wciąż mierzy się z wadą wymowy i nie chce się przypadkiem zająknąć. „Ty tak nieśmiało, a ja śmiało,” komentuje dziewczynka, „Nie wstydź się”.

koczw1

Filmy z terapii prezentowane są głównie w salonie (bo Pola Magnetyczne mieszczą się w prywatnym mieszkaniu), w samej galerii wystawa radykalnie się zmienia. W czarno-białych instalacjach wideo, Koczwarski zestawia swoje terapeutyczne dźwięki i wideo-autoportrety z głosem profesjonalnej śpiewaczki Barbary Zamek. Ich nałożone na siebie głosy rozlegają się w galerii, tworząc rodzaj przeciągłego, jakby pierwotnego utworu. W instalacji „Chór” czasami słychać zaś fragment pieśni ze słowami z wiersza Kazimierza Przerwy-Tetmajera „Mów do mnie jeszcze”. „Każdym słowem twym się pieszczę / mów do mnie jeszcze”.

Osobisto-rodzinna historia ulega coraz większej sublimacji. I tu gdzieś Koczwarski przekombinował, dodając jeszcze trącące ASP studia – „Napięcia własne” (autofotografie grymasów twarzy) i „Napięcia obce” (filmowe studium napięć ciała modelki). Jakby nie do końca potrafił znaleźć odpowiednią formę dla tego doświadczenia. Robi się tu trochę za tłoczno.

To zestawienie prywatności, życia rodzinnego oraz rodzaju artystycznego uwznioślenia wypada jednak ciekawie. Tym bardziej, że wystawy w Polach Magnetycznych są zawsze okraszone szczególną atmosferą, jaką tworzą gospodarze tego miejsca, Gunia Nowik i Patrick Komorowski.

W domu sprawdzam, że jąkali się i Izaak Newton, i Winston Churchill, i angielski król Jerzy VI, ten z filmu „Jak zostać królem” („The King’s Speech”). Gdyby się nie jąkał, Rowan Atkinson pewnie nie stworzyłby postaci Jasia Fasoli. W dzieciństwie jąkały się nawet Nicole Kidman i Marilyn Monroe. Jąkanie przekuwali też często w sukces muzycy – i współcześni kompozytorzy, jak Robert Ashley, i popularni piosenkarze, jak Scatman John (od jąkania do scatu). Wystawa Koczwarskiego przypominała mi jednak bardziej ostatnie prace Karoliny Wiktor, która od paru lat zmaga się z afazją i jakiś czas temu rozkosznie myliła się nawet w recytowaniu alfabetu.

Podobno jąkał się nawet Mojżesz, co każe nam inaczej spojrzeć na de-de-de-de-kalog.

Od papieża do warszawskiej Syrenki

IMG_7605
Elmgreen & Dragset

Z tygodniowym opóźnieniem dotarłem do Muzeum nad Wisłą, tymczasowego pawilonu Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Na łamach „Gazety Wyborczej” krótko recenzuję nową wystawę „Syrena herbem twym zwodnicza” i opisuję zmieniające się strategie MSN-u na przestrzeni już kilkunastu lat:

 

Historia MSN-u przypomina Feniksa, który odradza się z popiołów. To kronika porażek i odgrzewanej na nowo nadziei. Bo czy ktoś jeszcze pamięta, jak w 2005 roku na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, w miejscu przyszłego muzeum, porozumienie w sprawie jego powołania podpisywali prezydent Warszawy Lech Kaczyński z PiS i Waldemar Dąbrowski, minister kultury w rządzie SLD? W tle mieli reprodukcję pracy Piotra Uklańskiego, nietypowy portret Jana Pawła II, ułożony na plaży z ciał brazylijskich żołnierzy i sfotografowany z dźwigu – praca numer jeden w kolekcji muzeum, komentarz na temat katolickiego kultu jednostki. Gdy niedługo później papież zmarł, warszawiacy pod pracą Uklańskiego ustawiali znicze.

IMG_7602
Alina Szapocznikow, Karol Radziszewski, Zdzisław Beksiński

„Syrena herbem twym zwodnicza” na pierwszy rzut oka wydaje się wystawą łatwą i przyjemną, odnosi się do ogólnie rozpoznawalnego symbolu. Od jakiegoś czasu Warszawa powraca nad Wisłę, więc i muzeum się tu zadomowiło, parę kroków od najbardziej popularnego pomnika warszawskiej Syrenki. A do tego syreny stały się niedawno modne za sprawą filmu „Córki Dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej. Stąd głosy, że muzeum porzuciło swój krytyczny pazur, obecny jeszcze w ostatnich wystawach w Emilii w poprzednim roku.

To tylko pozór. „Syrena herbem twym zwodnicza” jest raczej przykładem nowej subtelnej strategii przyjmowanej przez MSN w sytuacji, gdy przestaliśmy wierzyć, że będzie lepiej, strategii wobec skłóconej polskiej rzeczywistości, w której toczy się walka na symbole, a flagi narodowe coraz częściej przeciwstawia się flagom Unii Europejskiej. Syrena to symbol jednoczący, z którym utożsamiają się nie tylko mieszkańcy Warszawy. Sięgają po niego i kibice Legii (co widać na zdjęciach Wojciecha Wilczyka dokumentujących kibicowskie murale), i feministki (duet Syreny TV); aktywiści lokatorscy z warszawskiego squatu Syrena i hipsterzy z modnego baru Syreni Śpiew.

IMG_7629

Helga i Jan Grove

IMG_5412
Jan Grove, „Explorer”, 1967; Helga Grove, „Vanity”, 1966

To wystawa w prowincjonalnej galerii o parze prowincjonalnych artystów, jej tytuł – „Życie z gliną” – też specjalnie nie zachęca, a ja nie mam ochoty z niej wychodzić.

Pochodzący z Niemiec Helga i Jan Grove od lat 50. tworzyli ceramikę i rzeźby z wypalanej gliny. Ona urodziła się w Szczecinie, gdzie jej rodzina mieszkała w domu zbudowanym w duchu Bauhausu przez jej ojca. Pod koniec wojny uciekli do Lubeki. On pochodził z Hamburga. Spotkali się w warsztacie ceramicznym rodziców Jana, ceramików. Po kilkuletnim pobycie w Stambule, w 1965 roku przyjechali do Kanady. Prowadzili pracownie najpierw w Colwood, a potem w Mitchosin na przedmieściach Victorii, stolicy Kolumbii Brytyjskiej.

Pięćdziesiąt lat temu w Art Gallery of Greater Victoria mieli swą pierwszą kanadyjską wystawę. Dzisiaj ta sama galeria przypomina ich niecodzienną twórczość.

IMG_5437

Chociaż rzadko tworzyli wspólnie, trzeba na wystawie spędzić sporo czasu, by zacząć odróżniać prace Jana od prac Helgi. On chętniej tworzył z elementów wytaczanych na kole garncarskim, ona raczej rzeźbiła bezpośrednio w glinie. Jego prace mają opływowe kształty, jak wazony, nawiązujące do krągłości ciała ludzkiego. Na przykład jego „Zapaśnicy sumo” to po prostu dwa dzbany, które spletły się w uścisku. Ona chętnej rzeźbiła zwierzęta czy figury fantastyczne – na poły ludzkie, na poły zwierzęce.

IMG_5430
Jan Grove, „Sumo Wrestlers”, 1996

W efekcie wystawę zamieszkuje osobliwa menażeria i paleta nietuzinkowych postaci, a jednocześnie form niby-użytkowych, kapryśnych, czasem karykaturalnych, ale zawsze zakorzenionych w tradycji modernizmu. Gdy ceramika stała się na Zachodnim Wybrzeżu zajęciem dla hipisów na emeryturze, oni – przynosząc ze sobą europejskie tradycje – zamienili ją w wyjątkową sztukę. Byli jednymi z nielicznych artystów w Kanadzie, którzy utrzymywali się z ceramiki.

IMG_5449

Tillmans. 2017

till1

W „Wyborczej” ukazała się właśnie moja recenzja wystawa Wolfganga Tillmansa „2017” w Tate Modern w Londynie.

„W tytule londyńskiej wystawy niemiecko-brytyjskiej gwiazdy fotografii Wolfganga Tillmansa pobrzmiewa złowroga nuta. W „2017” odbija się echo „Roku 1984” Orwella.

Gdy George Orwell pisał swoją anty-utopię i jednocześnie krytykę systemu stalinowskiego, umiejscowił ją w przyszłości, za kilkadziesiąt lat. Wolfgang Tillmans mówi wprost – to dzieje się teraz; przerywamy program, by podać najświeższe informacje. Wystawa nie jest jednak prasówką z ostatnich wydarzeń. Świetnie oddaje za to dzisiejsze nastroje”.

till2.jpg

„Sprawy poważne, ważkie, aktualne mieszają się z pospolitością, odnajdywaniem tego momentu, w którym po prostu warto pstryknąć fotkę. Tillmans, jak mało kto, pokazuje bowiem, że – czy tego chcemy, czy nie – prywatne miesza się z publicznym, intymne z politycznym. Przechadzając się ulicami Londynu, można odnieść mylne wrażenie, że po brexitowym referendum nic się nie zmieniło. Tate Modern, jedno z najważniejszych muzeów sztuki współczesnej, symbol otwarcia na świat Londynu w latach 90., niedawno otworzyło nowoczesne skrzydło, znacznie powiększając swą przestrzeń. Tillmans w tymże Tate woła jednak: „Hola, panie i panowie, nie!”. Coś się jednak stało.

Ale i tu w pewnym momencie przychodzi znużenie. Chociaż Tillmans próbuje swą wystawę urozmaicić, pokazując nawet kilka prac, w których na moment porzuca fotografię, to rozpisana na kilkanaście pomieszczeń wystawa u jego fanów wywołuje wrażenie déja vu. Fotograf sięga po nowe treści, ale nigdy nie zmienia zasady, według której swe wystawy komponuje. Po wyjściu z Tate miałem więc wrażenie, że przedawkowałem Tillmansa”.

Pisane życiem

IMG_3371.jpg
Marcelina Siwiec, „Gabinet kolekcjonera”, 2017

W najnowszym tekście na „Dwutygodniku”, zatytułowanym „Życiem pisane”, komentuję i porównuję dwie wystawy, które wiążą sztuki wizualne i literaturę: „Życie. Instrukcję” w Zachęcie oraz „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

„Już cztery dekady temu amerykański pisarz Tom Wolfe, naśmiewając się z izolacji świata sztuki, wysmażył antykonceptualną polemikę „The Painted Word”. Jego zdaniem dwudziestowieczna sztuka została do tego stopnia zdominowana przez teorię, że stała się w mniejszym stopniu medium wizualnym, a bardziej medium literackim. Dzieła sztuki – twierdził – funkcjonują jedynie jako ilustracja do tekstu. Do dziś to częsty zarzut, z którym mierzą się i galerie, i sami artyści.

Osobiście nie mam problemu z czytaniem na wystawach. Zdobyłem tę umiejętność jako kilkulatek i korona mi z głowy nie spadnie, jeśli w galerii przeczytam kilka akapitów. Poza tym, od wieków, o ile nie tysiącleci, malarze i rzeźbiarze inspirowali się literaturą. Kto nie czytał Owidiusza, nie wiedział, na co patrzy.

Próba wprowadzenia literatury do galerii to jednak zadanie trudne, wręcz karkołomne. Tymczasem dwie wystawy w Warszawie za punkt wyjścia obierają tekst literacki, z różnymi efektami. „Życie. Instrukcja”, przygotowana w Zachęcie przez Jadwigę Sawicką, artystkę znaną ze swych tekstowych obrazów, narzuca sztuce systematyzację zaczerpniętą od francuskiego pisarza Georges’a Pereca. Jego proza patronuje całej ekspozycji, a literatura staje się klamrą dla sztuki. „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Intymność jako tekst” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, kuratorowane przez Natalię Sielewicz, to zupełnie inny przypadek. Tu chodzi o sam język. Tekst ma być śluzą, przez którą do sztuki (i nie tylko) przedostaje się intymność. Wystawa w MSN-ie to projekt emancypacyjny.”

podpisy
Dziwaczna poetyka podpisów na wystawie w Zachęcie

„W jakimś sensie doszło do odwrócenia tytułów. Wystawa w MSN-ie jest przecież bliska życia, a wystawa w Zachęcie zdradza objawy obsesji jakiegoś opętanego urzędnika-archiwisty, który wszystkie aspekty życia potrzebuje skatalogować. Gdy w MSN-ie następuje rozprężenie, w Zachęcie – sprężenie.

I chociaż nie zgadzam się z Tomem Wolfe’em, to uważam, że książka nie jest medium przyjaznym wystawom. Książki czyta się w domu, z herbatą pod ręką, książki się czyta w bibliotece lub w parku. Nawet tramwaj jest o wiele lepszym miejscem niż galeria sztuki. Kropka. Wystawa-czytelnia skazuje odbiorców, zwłaszcza tych bardziej dociekliwych, na frustrację.”

IMG_3176.jpg
Audrey Wollen na wystawie „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych” w MSN-ie

Susan Point

IMG_4795

Punktem wyjściowym dla całej twórczości Susan Point jest spindle whorl, po polsku brzmiący bardziej swojsko – przęślik, czyli element wrzeciona, zapobiegający zsuwaniu się nici. Okrągłe, bogato rzeźbione przęśliki należą do kulturowego dziedzictwa Pierwszych Narodów Kolumbii Brytyjskiej i spotkać je można w muzeach. Dziś prawie cztery dekady twórczości Point podsumowuje wystawa w Vancouver Art Gallery.

IMG_6049

Susan Point, pochodząca z narodu Musqueam, wchodzącego w skład grupy Saliszów Nadmorskich, starając się odbudować kulturę wizualną swego narodu, od początku lat 80. badała obiekty rozproszone w licznych muzeach i kolekcjach. By zdobyć wiedzę o sztuce swych przodków, po dekadach systemowego wyniszczania indiańskiej kultury i funkcjonowania szkół rezydencyjnych, indiańscy artyści musieli udać się do muzeów. Do tego większość z tych muzeów znajduje się daleko od zajmowanych przez nich obszarów. Tkaczki z narodu Musqueam, by dowiedzieć się, jak tkali ich przodkowie, musiały się wybrać do Smithsonian Institute.

Sztuka Susan Point opiera się na takiej właśnie wiedzy, ale też na praktycznych umiejętnościach, które zdobywała od innych artystów. Chociażby od jej matki, która plotła kosze, chociaż Point przyznaje, że nie udało jej się tej trudnej sztuki opanować. Łatwiej przychodziło jej rzeźbienie. Nigdy nie studiowała jednak w żadnej szkole artystycznej. Sięgając po tradycyjne wzory Saliszów Nadmorskich (w czasie, gdy Point zaczynała tworzyć, na początku lat 80., wielu artystów naśladowało po prostu wzory bardziej popularnej sztuki narodów Haida czy Kwakwaka’wakw), przekładała je na zupełnie nietradycyjne techniki i formy artystyczne.

IMG_4789.jpg
Susan Point, „Scanned Salmon”, 2008

Wychodząc od przęślika, Point tworzy prace graficzne, rzeźby i płaskorzeźby. Należy przy tym do bardzo nielicznej grupy rzeźbiarek wywodzących się z Pierwszych Narodów. Rzeźbienie słupów totemowych było tradycyjnie męskim zajęciem. Point nie rzeźbi totemów, bo Saliszowie Nadmorscy nie mieli takiej tradycji. Dekorowali za to belki i filary w swoich domach. I takie elementy można znaleźć w rzeźbiarskiej twórczości Point. Ale wzór okrągłego przęślika świetnie sprawdził się chociażby w pokrywach studzienek kanalizacyjnych, jakie artystka zaprojektowała dla Vancouveru.

Przęślik reprezentuje jednak nie tylko estetykę, ale też aspekty metafizyczne kultury Musqueam. Okrągłe formy w sztuce Saliszów Nadmorskich oznaczały cykliczność natury i ludzkiego życia, upływ czasu, ale też dopełnienie, spełnienie.

IMG_6065.JPG
Susan Point, „Beyond the Edge”, 2016

Gdy jednak włączam oko krytyka sztuki, przyznaję, że jej twórczość jest nierówna. Nie wiedzieć kiedy, Point przekracza granicę, za którą jej prace trącą kiczem, Cepelią, przypominają powiększone gadżety ze sklepu z pamiątkami. Na przykład gdy – zupełnie nie wiem po co – eksperymentuje ze szkłem. (Tych prac postanowiłem tu nie zamieszczać.) Ale może to nieskrępowanie, fakt, że nie boi się kiczu, a może nawet nie istnieje on w jej języku, pozwala jej zapuszczać się w rejony, gdzie inni artyści nie zaglądają.

Bo inne jej rzeźby i grafiki są po prostu fenomenalne, niemal perfekcyjne. Zwłaszcza, gdy nie odchodzi zbyt daleko od tradycyjnych wzorów, a na jej grafikach i rzeźbach pojawia się cały zwierzyniec z mitów i opowieści Pierwszych Narodów. Albo – na odwrót – gdy czyni je abstrakcyjnymi do tego stopnia, że można by je pomylić ze sztuką op artową czy kinetyczną. Wszak nawet dekoracje na tradycyjnych przęślikach zawierały w sobie sugestię ruchu, obrotu. I stąd właśnie szczególna dynamika, charakteryzująca prace Point.

Hockney

IMG_4180
David Hockney, „Gregory Swimming, Los Angeles, March 31st 1982”, fragment

Na Dwutygodniku możecie przeczytać moją recenzję z jednej najfajniejszych wystaw, jakie widziałem w ostatnim czasie – retrospektywy Davida Hockneya w Tate Britain. Tytuł, „Niewidoczna dłoń spływała po ich ciałach”, oczywiście ukradłem od Walta Whitmana, który jest też zresztą jednym z bohaterów tekstu.

 

„Powodów do zorganizowania tej wystawy znalazłoby się co najmniej kilka. Raz, że David Hockney to jeden z najsłynniejszych malarzy. Niedawno ukazała się jego monumentalna, dwutomowa biografia pióra Christophera Simona Sykesa, a pozycję Hockneya potwierdzają kolejki, ustawiające się co rano przed Tate Britain, specjalnie przedłużone godziny otwarcia muzeum oraz kłębiąc się tłum na wystawie. Dwa, że Hockney w lipcu tego roku skończy osiemdziesiąt lat, a wystawa nawet w tytule mówi o „60 latach pracy”. Wreszcie, w roku 2017 przypada pięćdziesiąta rocznica dekryminalizacji homoseksualizmu na Wyspach. Tate Britain będzie ją obchodzić ogromną wystawą „Queer British Art”, która otworzy się w kwietniu. Zamykać ją będą daty: 1861, gdy zniesiono karę śmierci za pederastię, oraz właśnie 1967.

IMG_4167
David Hockney, „A Bigger Splash”, 1967

Otwarta niedawno wystawa Hockneya w Tate Britain, oraz w jakimś stopniu również wystawa fotografa Wolfganga Tillmansa w Tate Modern, zapowiadają tę wielką celebrację różnorodności na przestrzeni stulecia, gdy być innym nie było łatwo. My mamy rok Koronacji Matki Boskiej Częstochowskiej, Tate ma rok wyraźnie queerowy.

Na pewno będzie więc mowa i o uwięzieniu Oscara Wilde’a, i o odrzuceniu przez Prerafaelitów malarza Simeona Solomona po tym, jak aresztowano go w publicznej toalecie. Ale poczesne miejsce na „Queer British Art” zajmie też z pewnością Hockney, artysta o wyrafinowanym homo-spojrzeniu. Jego coming out w sztuce nastąpił we wczesnych latach 60. i trudno o bardziej gejowskiego malarza w najnowszej historii europejskiego malarstwa. Większość życia dzielił jednak między Wielką Brytanię i Kalifornię. To właśnie po drugiej stronie oceanu w połowie lat 60. jego malarstwo nabrało prawdziwego rozmachu, a seksualność tykała na jego basenowych płótnach jak bomba”.

IMG_4175
W centrum: „May Blossom on the Roman Road”, 2009.