Belina

Przy okazji wystawy „Sławek Max Machina” w Galerii Lisowski na łamach „Dwutygodnika” przypominam postać Sławomira Beliny – artysty, redaktora i konfabulisty. Poniżej przeklejam kilka fragmentów:

Belina pozostawał w artystycznym i życiowym rozkroku między światem kolorowych pism, w których pracował, pisząc i aranżując sesje fotograficzne, światem mody i warszawkowatego blichtru na wyrost oraz światem sztuki – za jego czasów jeszcze ubogim, kryjącym się po stryszkach i piwnicach. Łatwo zapomnieć, że te światy się kiedyś spotykały, chociaż na nierównych zasadach. Kolorowe pisma dawały artystom widoczność, pozwalały zarobić, często się sztuką karmiły, ale ludzie sztuki patrzyli na nie z nieufnością i wyższością.

Niewielka wystawa przypominająca postać Beliny, którą Cezary Lisowski otworzył w swojej galerii przy okazji Warsaw Gallery Weekend, dowodzi, że także ten Sławek modowy, z kolorowych pism, mógłby się świetnie w sztuce rozgościć. Zwłaszcza dziś.

Belina był przede wszystkim mitotwórcą. Powtarzając jakąkolwiek informację z not biograficznych, które układał sobie za życia, boję się, że wpadam w zastawione przez niego sidła. Urodził się w Skierniewicach, artystą został w Łodzi, gdy pracował jako barman w pubie Bagdad. Ukształtowała go postdadaistyczna atmosfera tamtejszej sceny artystycznej. Współtworzył tajemniczą grupę Łódź Fabryczna (nie mylić z Kaliską), podawał się za słuchacza „Prywatnej Akademii Absurdu Adama Rzepeckiego” oraz „zadeklarowanego apokryfistę”. Przy różnych okazjach twierdził też, że jest hafciarzem, dziewiarzem, treserem rodzinnym, hodowcą rybek oraz autorem licznych poradników. Wymyślał im zgrabne tytuły: „Jak przebóstwić się na Ament”, „Jak skutecznie udramatyzować swoją postawę życiową i odnieść sukces”, „33 sposoby na zepsucie człowieka” czy mój ulubiony: „Sześć do ośmiu otworów w ludzkim ciele i tyleż samo sposobów na ich zatykanie”.

Temu curriculum vitae jako jeden z pierwszych dał się uwieść Kamil Sipowicz, gdy zatrudnił Belinę w redakcji polskiej edycji magazynu „Max”. Ten krótkotrwały byt wydawniczy z końcówki XX wieku (1999–2000) łączył w sobie cechy pisma adresowanego do heteromężczyzn (w pierwszym numerze wymieniał „99 dziewczyn” na nowy wiek) z niespotykaną gdzie indziej artystyczną dezynwolturą, swobodą i przegięciem (wśród „99 dziewczyn” znalazła się Amanda Lepore). Na jego łamach Katarzyna Figura pozowała jako święty Sebastian, a Filip Łobodziński wysłuchiwał, co ma o sobie do powiedzenia Andrzej Lepper. Na zamówienie „Maksa” powstała pamiętna sesja w pracowni Mirosława Bałki w Otwocku.

Swym osobistym urokiem Belina tak omotał słynnego rzeźbiarza, że ten zgodził się na wprowadzenie do jego pracowni (a zarazem domu, w którym się wychował) nagiego modela. Trudno nie odnieść wrażenia, że cała sesja miała lekko kpiarski wydźwięk, wobec patosu prac Bałki – wręcz bluźnierski. W towarzyszącym fotografiom tekście zdradzano, że „całość zrealizowano przy milczącej zgodzie, a często głośno artykułowanym sprzeciwie samego artysty”. Dziś wydaje się, że Belina Bałkę wówczas po prostu squeerował.

Bałka wykazał się najwyraźniej poczuciem humoru, bo dał się też Belinie namówić do udziału w jego projekcie w Zachęcie. Na wystawie „Osiem”, którą przygotował wraz z kuratorką Magdą Kardasz, to sam Belina wszedł w rolę modela, oddając się do dyspozycji ośmiu zaproszonym artystkom i artystom. Występował jak go pan bóg stworzył, w całości i we fragmentach na ośmiu zdjęciach. Bałka wstawił jego ciało ponownie w swoją pracownię, Leon Tarasewicz sfotografował Belinę w świeżo zaoranym polu, a Jadwiga Sawicka skupiła się na jego kolanach.

Chodziło o grę z autorstwem. Czy możliwa jest sytuacja, w której model będzie zarazem autorem? Kto tu kogo wykorzystuje? Belinę cieszyło najbardziej, gdy jego ciotka przy niedzielnym obiedzie zastanawiała się, czyja to właściwie wystawa.

Belina musiał wiedzieć, w co się pakuje, sztuka krytyczna przeżywała swą hossę. Anka Baumgart sfotografowała go nagiego z głową wstawioną w kolorowe monidło ustawione w Alejach Jerozolimskich, prezentującego swe wdzięki przypadkowym przechodniom. Fotograf Jacek Foks kazał mu udawać seks oralny z dystrybutorem paliwa na stacji benzynowej. Najdalej posunął się jednak Artur Żmijewski, który zainscenizował pobranie nasienia ze Sławka Beliny, leżącego na szpitalnej kozetce, za pomocą korby proktologicznej.

Aż trudno uwierzyć, że to niebywałe przedsięwzięcie artystyczno-wystawiennicze nie weszło na listę zachętowskich skandali, którymi żyła wówczas narodowa instytucja, kierowana przez Andę Rottenberg. W czasie gdy Zachęta była brana pod lupę i krytykowana za obieranie ziemniaków przez Julitę Wójcik, wystawa Beliny przeszła bez większego echa, niemal niezauważona. Nikogo nie obchodziły wybryki artysty. Jedynie Stach Szabłowski w krótkiej recenzji w „Art & Businessie” zauważał „branżowy” charakter jego działań.

To przemilczenie jednej z najbardziej queerowych wystaw w tamtym czasie świetnie ilustrowała fotografia, którą zainscenizowała Katarzyna Kozyra, zresztą w samej Zachęcie. Sfotografowała Belinę latem 2000 roku, jak wypinał nagie pośladki, odsłaniając światu swój odbyt przed napisem „Lepiej nie wiedzieć” – pracą Douglasa Gordona na głośnej wystawie „Szare w kolorze”.

Gdy wystawiał, sięgał po język absurdu, kpiny i wybrane strategie konceptualne. Relacje ze światem mody zbliżały go do kultury kampu. Z nich wynikała jego wystawa „Norma” w Atlasie Sztuki w Łodzi w 2009 roku. Na ośmiu filmach składających się na rozbudowaną instalację Belina występował w niecodziennych, futurystycznych, kolorowych kostiumach. Pojawiał się w nich w miejscach publicznych odległych miast: Wenecji, Nowego Jorku, Kairu, Łodzi. Wykonywał enigmatyczne tańce, przypominając kolorowe Bromby, meduzy, Fikandry, bulwiaste stwory bez twarzy i określonej płci, o kształtach przypominających futuro zabawki erotyczne, jednocześnie zwiewne i lekkie.

Swoje stroje Belina wypróbowywał w warszawskim klubie Saturator. Pasowały tam bardziej niż do galerii. Szczególnie że nikogo tu one nie dziwiły, w klubie wszystko mogło się zdarzyć. Mikołaj Starowieyski, współwłaściciel Saturatora, miał zwyczaj przychodzić przebrany w sukienki uszyte ad hoc z worków na śmieci i w makijażu z niezdarnej szminki. Z Beliną reprezentowali skrajnie odmienne kultury dragu. House of Starowieyski był pijacki i obdarty. House of Belina wydawał się teleportowany z awangardowego wybiegu czy japońskiej anime. Obaj jakby wyszli z performansu Leigh Bowery, australijsko-brytyjskiego performera i projektanta, którego wówczas oczywiście nie znaliśmy.

Prawie projektant, który szył głównie dla siebie. Fotograf mody, niemieszczący się w wąskim kadrze. Dziennikarz dla zgrywy. Artysta od święta. Belina nigdy nie ułatwiał zadania tym, którzy próbowali go jakoś przyszpilić. Zdarzało się, że żył na krawędzi. Ślady dorobku, który po sobie zostawił, każą szukać głębiej i spróbować złożyć Sławka z powrotem do kupy.

CAŁY TEKST DO PRZECZYTANIA (I ODSŁUCHANIA) NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”

Nokaut

Obchodzący piętnaste urodziny Mocak to dziś muzeum bezsilne, zwiotczałe, znokautowane. Dzieła sztuki buntują się, zawzięcie odmawiają generowania znaczeń. Kurator stara się jeszcze coś z nich wyskrobać, ale jego wysiłki skazane są na niepowodzenie. Dokłada jedynie kolejną warstwę do mocakowego palimpsestu porażek.

Rozprężenie, które rozpanoszyło się w Mocaku, jest równocześnie urzekające i komiczne. Muzeum nie wstydzi się swego kryzysu, wywiesiło białą flagę, celowo uzewnętrznia własny niż. Jeszcze toczy się tu jakieś życie, ale wydaje się, że nadzieja opuściła to miejsce. W muzealnej kawiarni można zjeść na lunch tanie mielone, w księgarni nabyć publikacje masowo produkowane przez niegdysiejszą dyrekcję, jest tu nawet jakaś wystawa, wciąż wystawia się tu sztukę, ale na pół gwizdka. Sztuka nie działa.

To rzadka okazja – móc oglądać muzeum w procesie takiego rozkładu.

Piętnaście lat po uroczystym otwarciu Mocak świeci pustkami, po salach krąży jeszcze kilku turystów, którzy zabłąkali się z kolejki do Fabryki Schindlera. Muzealne sale są jednak w połowie niezagospodarowane, wymarłe, w różnych miejscach można się natknąć na porzucone plastikowe stoły, część prac eksponowana jest w otoczeniu starych, podniszczonych postumentów. Jakby niedawno trwała tu praca nad wystawą, ale została przerwana i nikt już do niej nie wrócił. To co oglądamy, to jej niedokończona wersja.

Można by pomyśleć, że nastąpiła jakaś katastrofa naturalna albo przynajmniej rewolucja. Tymczasem to nie zmiana ustrojowa, to tylko zmiana dyrektora.

Kilka miesięcy po zwolnieniu ostatniego dyrektora Adama Budaka nie został już po nim najmniejszy ślad, poza stratami moralnymi i echem niespełnionych obietnic. Jak donosiła ostatnio krakowska prasa, miasto zatkało już nawet pozostawioną przez niego dziurę w budżecie – suma niepokrytych w terminie zobowiązań przekraczała 200 tys. złotych.

Budaka zwolnił w maju prezydent Krakowa Aleksander Miszalski – kuratorowi o międzynarodowej sławie (i niesławie, co w Polsce często się przemilcza) zarzucano nieprawidłowości w kierowaniu zespołem (potwierdziła to ostatnia kontrola PIP), zarządzanie krzykiem i swobodne podejście do budżetu. Prezydentowi miasta zarzucano, że podjętą szybko decyzją o zwolnieniu Budaka próbował ratować swój stołek w przededniu referendum nad własnym odwołaniem. Referendum jednak przegrał. I w muzeum, i w mieście panuje bezkrólewie.

Odwołanie Budaka podzieliło środowisko. Międzynarodowy list poparcia, według którego Budak przywiózł do Krakowa „visionary curatorial vision”, podpisała długa litania tuzów. Na czele barykady stanęli Anka i Wilhelm Sasnalowie. Osobom spoza Krakowa trudno się było zorientować, co się właściwie w Mocaku dzieje. Jedni stawali po stronie cierpiących pracowników, inni w skardze na dyrektora podpisanej przez 2/3 zespołu doszukiwali się spisku i ducha Marii Anny Potockiej, który przesiąkł ich umysły. Plotkowano nawet, że zakulisowo całą sytuacją steruje zatrudniona w ratuszu przyjaciółka byłej dyrektorki.

Tak czy owak wszyscy poczuli się oszukani – jak nie przez byłego dyrektora, byłą-byłą dyrektorkę, to przez urząd. Budak ucieleśniał nadzieje na to, że Mocak wreszcie będzie nie tylko „czułym muzeum”, ale też takim, które za własne uznają krakowscy, i nie tylko krakowscy, artyści. To artystom Budak obiecywał najwięcej. Tymczasem pozostało im co najwyżej napić się kawy w kawiarni, do której dostawiony jest Bunkier Sztuki.

Z powodów budżetowych ponownie pełniący obowiązki dyrektora wicedyrektor Grzegorz Kuźma odwołał większość programu. Wcześniej artyści na znak protestu odwołali swoje wystawy, obiecane im przez Budaka. Ale i tak nikt nie wiedział, z czego Budak chciał za nie zapłacić. Kuźma chwali się, że w ramach porządków po poprzednim dyrektorze namówił na pozostanie w muzeum pracowników, którzy planowali złożyć wypowiedzenia, a innych na powrót z L4.

Schodząc do piwnicy Mocaku można jeszcze doświadczyć śladów niegdyś jaśnie panującej Marii Anny (Maszy) Potockiej, wieloletniej dyrektorki i przyjaciółki wieloletniego prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego. To ona Mocak zakładała i budowała. Piętnaście lat temu obiecywała odejść ze stanowiska, gdy muzeum będzie wreszcie gotowe, by ogłosić międzynarodowy konkurs, jednak z tej obietnicy nigdy się nie wywiązała. Pod koniec 2024 roku została zwolniona w atmosferze skandalu, w kierowanej przez nią instytucji udowodniono mobbing. Potem widziano ją jeszcze przebraną za Żyda.

Po Potockiej zostało kilka podpisów – które swego czasu przynosiły Mocakowi internetowe zasięgi, muzeum pozostawało jednak niewzruszone na krytykę. O pracy Mirosława Bałki, tak silnie wpisanej w architekturę, że wydaje się elementem konstrukcyjnym samego budynku, możemy wciąż dziś przeczytać, że „daje bogatą kombinację symboli, z których każdy zawiera w sobie cień własnego przeciwieństwa”. Łezka się w oku kręci.

Pozostałością po rządach Potockiej jest też zbiór prac podarowanych Mocakowi przez galerzystę Andrzeja Starmacha. Po ich prezentacji w świeżo wyremontowanym (również przez Potocką) Bunkrze Sztuki, wylądowały w piwnicach muzeum. Monumentalne dzieła Abakanowicz, Bałki, Krasińskiego czy Hasiora składają się na smutną wystawę stałą „Wielcy współcześni”.

Jak często bywa w takich muzealnych kryzysach, zamiast nowych wystaw czasowych, muzeum chcąc zapełnić swe przestrzenie sięgnęło do własnej kolekcji, urządzając ad hoc wystawę „Stan posiadania”. Stoi za nią kurator Kamil Kuitkowski i zespół – lista wymienionych osób współpracujących przy powstaniu wystawy jest dłuższa niż lista pokazywanych osób artystycznych. Wystawa ma być elementem procesu terapeutycznego, w ramach którego kadra ma się otrząsnąć z traum poprzedniej dyrekcji. Pan dyrektor miał używać słowa na „k”: „K**** nikt nie pracuje”, wciąż cytuje go prasa.

Warto przypomnieć, że nawet sygnatariusze listu stającego w obronie Budaka – a były to głównie osoby, które go świetnie znają – chcieli go najpierw wysłać na szkolenie. Z listu wyłaniała się jednak figura kuratora-geniusza, nad którym należy rozłożyć parasol ochronny, obłożyć aksamitnymi poduszkami i karmić go łyżeczką, bo taki geniusz w Krakowie to skarb i trzeba mu stworzyć odpowiednie warunki, by mógł wreszcie zakwitnąć. Przy okazji lamentowano na brak umiejętności rozmowy, podkreślając, że dotyczy to wszystkich stron konfliktu. Oto pracownicy mieliby wykazać się większymi umiejętnościami interpersonalnymi, by móc lepiej, bardziej zrozumiale formułować swoje wątpliwości i potrzeby, tak by pan dyrektor mógł ich lepiej zrozumieć.

„Stan posiadania” to nic innego jak zbiór prac wyciągniętych z magazynu, opatrzonych lapidarnymi podpisami – dla kontrastu wobec czasów Potockiej bez żadnych opisów. Jeszcze trwają tu różne wysiłki, by coś uratować, jeszcze zestawia się prace w podgrupy (np. „Ruiny”, „Błoto”), szuka się wspólnych mianowników, przywołuje Wojaczka z filmu Majewskiego „Z prochu powstałeś, to stań i się otrzep”, ale wszystko na nic.

Nie miałem wrażenia, by ktoś się tu otrzepywał, inercja bierze górę. Zresztą celowo się tu jej nie ukrywa. Wystawa syci się kryzysem. Ale równocześnie chciałaby też coś na nim odbudować, coś pokazać, sproblematyzować. Te wysiłki zostaję przez obecny impas zniweczone. Jakby kryzysowe kuratorstwo było gestem wciąż niewystarczająco radykalnym. Co z tego, że stoi tu rzeźba z muszli klozetowej i rajstop Sary Lucas? Co z tego, że wciąż wiruje „Święto wiosny” Kozyry, a w komendzie stary pożarnej Janka Simona wciąż się pali?

Nie miałbym nawet nic przeciwko, by zostawić Mocak w tym upodleniu jako pomnik krakowskiej polityki kulturalnej.

Paradoksalnie bowiem, mocakowa degrengolada spodobała mi się bardziej niż jakakolwiek wystawa, którą miałem okazję tam w ostatnich piętnastu latach oglądać. Spacerując po muzeum nie mogłem się wręcz tym bezsensem nasycić. Oto muzeum, które niczego nie udaje, instytucja, której do tego stopnia nie zależy, że może być naprawdę z nami szczera. W Mocaku można dziś przeżyć katharsis, wspólnie się wyzerować.

Niagara kaniony piany

Całą drogę z Berlina do Warszawy bezczelnie grałem w grę na ajfonie. Polega na wrzucaniu owoców do pudełka, spadają z góry jak klocki w „Tetrisie”. Gdy dwie porzeczki się zderzają, zamieniają się w borówkę, dwie borówki – w limonkę, dwie limonki – w malinę, maliny – w mandarynkę, mandarynki – w zielone jabłko, jabłka – w różowy owoc w kształcie serca, dwa różowe owoce dają kokosa, dwa kokosy – pitaję, dwie pitaje – ananasa; dwa ananasy – arbuza.

Czasami niespodziewanie owoce układają się pomyślnie, zaczynają się dotykać w odpowiedniej kolejności i bum – bum – bum zamieniają się w coraz większe i lepsze. Przez ponad pięć godzin jazdy pociągiem i jeszcze ostatnim dziennym autobusem 128 do domu nie udało mi się wyprodukować dwóch arbuzów, więc nie dowiedziałem się, co jest dalej. A chciałbym wiedzieć.

Wstydziłem się nieco przed samym sobą tych godzin spędzonych na zbijaniu owoców. Zrzucałem winę na to, że byłem sam w przedziale. Gdyby ktoś mi towarzyszył, na pewno przynajmniej na jakiś czas przybrałbym pozę bardziej intelektualną. Tym bardziej, że ciągnąłem ze sobą kilogramy książek, w tym ogromny katalog, którym chwalił mi się niedawno A., że już ma i że to taka ważna wystawa, i nie chciałem być gorszy, też sobie kupiłem, chcąc mieć go natychmiast.

Grając w owoce słuchałem piosenki „Messy” Loli Young (lubię fragment: „I’m not skinny and I pull a Britney every other week”), a jak mi się wreszcie znudziła, przełączyłem ją na podcast „Drifting Off With Joe Pera”, który przynajmniej w teorii ma ci pomóc zasnąć, ale jest za ciekawy, zdarza mi się słuchać tego w kółko i niektóre fragmenty znam na pamięć. Poszczególne odcinki podcastu przerywała reklama wakacji w Turcji – „zarezerwuj swój bilet do szczęścia już teraz”.

Pewnie dałoby się jednak zasnąć przy moim ulubionym odcinku, w którym Joe Pera puszcza swoją kolekcję nagrań różnych wodospadów. Jednym z nich jest wodospad z Bellingham w stanie Washington, a ja kiedyś byłem w Bellingham, chociaż nie nad wodospadem, ale i tak jest nostalgicznie. Pera nagrał też Fallingwater w Pensylwanii, nad którym stoi słynny dom zaprojektowany przez Franka Lloyda Wrighta, a tam byliśmy z M. całkiem niedawno. Całą naszą uwagę poświęciliśmy architekturze, ignorując sam wodospad. Pera – na odwrót – nie wspomina nawet, że tam stoi jakiś budynek, po prostu skupia się na dźwięku. (Próbowałem też słuchać Kozyry w „Godzinie Szumu”, ale wolałem szum wodospadu.)

Tak się też składa, że w minionym roku byliśmy z M. kilka razy nad wodospadem Niagara, do tego w różnych porach roku. Tuż przed Bożym Narodzeniem pojechaliśmy tam z G. i to była naprawdę świąteczna wycieczka, bo z G. widujemy się raczej w Warszawie. Tego dnia w Niagara Falls prawie nie było turystów, a okolice skuwał lód, który powstawał od wodnego pyłu, zawiewanego przez wiatr znad wodospadu. Sceneria przypominała „pałac lodowy” z „Doktora Żywago”. Z G. i M. zrobiliśmy sobie pamiątkową fotografię – w beczce w wodospadzie. To zdjęcie to rodzaj autoupokorzenia, ale kilka osób w historii rzeczywiście przeżyło ten kaskaderski czyn, skacząc z Niagary w beczce.

„It was like floating in the cloud” – Roger Woodward, który w 1960 roku jako siedmiolatek przeżył upadek z wodospadu Niagara, tak po prostu, przypadkiem, bez beczki, porównywał swe wrażenia do unoszenia się na chmurze. Musiał opowiadać tę historię przez całe swoje życie, szlifując zdania i słowa, bo dziś recytuje je bez zająknięcia.

David Medalla

Na wystawie w Fundacji Julii Stoschek, którą odwiedziłem wspólnie z A., też można było chodzić po chmurach, ale trzeba było najpierw nałożyć hełm 3D. Mój hełm odmówił posłuszeństwa, jakby nie chciał czytać ruchu moich rąk, więc się poddałem. Przyglądałem się A., która w swoim hełmie chodziła po sali, próbując rozgarniać chmurową watę.

Obok stała instalacja, którą David Medalla wymyślił w latach 60. Z ustawionych pionowo przezroczystych rur powoli wypływają długie kolumny gęstej piany, mesmeryzując zwiedzających. Kiedyś czytałem o tej pracy we wspomnieniach Grzegorza Kowalskiego z Meksyku z 1968 roku. Kowalski opisywał po kolei i szczegółowo wszystkie prace na wystawie sztuki kinetycznej, chcąc zabrać ze sobą tę wiedzę na drugą stronę żelaznej kurtyny. Jego opowieść o pianie utkwiła mi w pamięci. Praca nosi tytuł „Cloud Canyons”.

Medalla miał się inspirować osobistymi przeżyciami: lotem nad Wielkim Kanionem Kolorado, wrzącą filipińską zupą ginataang z mlekiem kokosowym, a także pianą, która wystąpiła na usta umierającego mężczyzny.

Niezrażony faktem, że nie było dla mnie miejsca w wirtualnej rzeczywistości, im głębiej wchodziłem w wystawę, z tym większą przyjemnością się jej poddawałem – odwróconym do ściany ekranom, filmom z pustą kliszą i mrugającym żarówkom. Nie zastanawiałem się, o czym to jest, po prostu dobrze się tam czułem.

Podobne uczucie, wodospady i kaniony powróciły w Hamburger Bahnhof na indywidualnej wystawie Marka Bradforda. Na jej końcu Bradford umieścił swoje wczesne wideo zatytułowane „Niagara” (2005). Nawiązywał w nim nie tyle do samego wodospadu, co do słynnego filmu z Marilyn Monroe. Można na nim zobaczyć wodospad w 1953 roku oraz Monroe przechadzającą się w charakterystyczny sposób, który powodował wibrowanie jej pośladków (90-60-90) w obcisłej spódnicy.

Bradford sfilmował od tytułu swego młodego sąsiada, jak zamaszyście idzie pustym chodnikiem w Los Angeles. Aż chciałoby się ruszyć za jego energicznymi pośladkami, ale nie można. Odchodzą w kierunku miejskiego horyzontu, a my zostajemy w miejscu. Do momentu, gdy po kilku minutach film zaczyna się ponownie, a one na krótką chwilę zajmują cały kadr.

Chłopak w żółtych spodenkach nazywa się Malvin. Sam Bardaouil pisze o nim w katalogu wystawy, że „żegluje bezwzględnymi ulicami Los Angeles” („he navigates the unforgiving streets of Los Angeles”). Wystawa Bradforda nosi tytuł „Keep Walking”.

Chociaż trudno zignorować krytyczne wydźwięki tego krótkiego filmu, odbierałem go raczej jako apoteozę hipnotycznych czarnych męskich pośladków. Pośladki Malvina są jak dwa arbuzy. Bilet do szczęścia.

Bo film Bradforda jest przesiąknięty szczególnym romantyzmem. Chodzi tu o dużo więcej niż „I like big butts”. Przypomniałem sobie przy okazji, że piosenka „Baby Got Back” to utwór, który pokazuje słabość testu Bechdel, bo chociaż trudno jej odmówić mizoginii, zdaje ten test śpiewająco. Pojawiają się w niej bowiem dwie kobiety, prowadzące ze sobą rozmowę, która nie dotyczy innego mężczyzny; jedna dziewczyna mówi do drugiej: „Oh my god, Becky, look at her butt!” Filmu Bradforda nie trzeba poddawać temu testowi, ale też wszyscy intuicyjnie czujemy, że gejom można w tych sprawach trochę więcej.

Malvin od tyłu wydał mi się beztrosko szczęśliwy.

Mark Bradford, „Niagara”, 2005

Następnego dnia na Unter den Linden widziałem dwóch młodych mężczyzn, tak pięknych i szczęśliwych, a do tego dobrze ubranych, że zapragnąłem za nimi podążyć jak apostołowie za Jezusem. Rozsądek jednak zwyciężył i poszedłem na S-Bahn, który zawiózł mnie na dworzec kolejowy, gdzie już na peronie zacząłem zbijać owoce. To naprawdę wredne pytanie: kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Tego dnia miałem zły sen. W wyniku intrygi Joanny Mytkowskiej jakaś nieznana mi komisja zdecydowała mianować mnie na stanowisko dyrektora Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Na wieść o tym rzuciłem się do ucieczki i zabarykadowałem w domu. Tuż za mną przybiegła moja niedoszła czy była dziewczyna (?) – młoda Bożena Dykiel. Przylepiając twarz do szyb krzyczała, że teraz chce być już tylko ze mną do końca życia (skoro będę dyrektorem). W pośpiechu zamykałem drzwi i okna, by jej nie wpuścić do środka, przerażony wizją hetero-współżycia z Dykiel, do tego na stanowisku dyrektora MSN-u. Mój sen miał klimat pierwszych scen „Scary Movie”, tylko na serio.

Podejrzewam, że podświadomie wyprodukowałem tę wizję z zazdrości. Kilka dni wcześniej podczas proszonej kolacji M. (inny M.) opowiedział nam swój sen, w którym występowała jego naga teściowa i ogromny ślimak, i brzmiało to o wiele ciekawiej niż moja odpowiedź na pytanie, jak mi minął dzień (piekłem ciasto).

Ale pamiętam też opinię, że opowiadanie snów to pójście na łatwiznę. Nie wystarczy snu streścić, trzeba mieć jeszcze na jego temat jakieś ciekawe przemyślenia. T., której czasami opowiadam swoje sny, zanim przejdzie do własnej interpretacji, pyta: z czym pan to wiąże?

Banananowe protesty

banany4

Wczorajszy protest bananowy pod Muzeum Narodowym w Warszawie, zorganizowany w reakcji na cenzurę prac Natalii LL, Katarzyny Kozyry i Grupy Sędzia Główny, był chyba najfajnieszą demonstracją związaną ze sztuką, w jakiej kiedykolwiek uczestniczyłem. Nie chodzi o same banany, które nadały całej sytuacji komicznego rysu, trochę jak z akcji Pomarańczowej Alternatywy. Zresztą potencjał do powtórzenia gestu Natalii LL sprzed dekad, tkwił w samej jej pracy, zdjętej z Galerii XX i XXI wieku „Sztuce konsumpcyjnej”. Dlatego na mediach społecznościowych jedzenie bananów przybrało formę wirala, i dlatego też protest pod muzeum był naprawdę liczny.

Mam wrażenie, że dzisiaj bardziej niż na przykład 20 lat temu, wiemy, o co walczymy. To było widać wczoraj pod Muzeum Narodowym, gdzie bardziej niż hasła przeciwko cenzurze wybrzmiewały postulaty feministyczne czy za odpowiednią edukacją seksualną. Ale tłum też oczywiście skandował „Wolna sztuka!” z bananami w wyciągniętych dłoniach.

Przy okazji wyszło szerzej na jaw, jak bardzo niekompetentym dyrektorem okazał sie prof. Jerzy Miziołek. I ta dyskusja nie zakończ Wątpliwości co do tego pojawiły się zresztą już w momencie, gdy pojawiła się informacja o zamiarze ministra Glińskiego mianowania go na dyrektora Muzeum Narodowego.

banany1

W weekend na łamach „Gazety Wyborczej” komentowałem usunięcie prac artystek z galerii, wypowiedzi dyrektora Miziołka oraz sytuację Muzeum Narodowego. Piszę:

„Skandalu można było łatwo uniknąć. Nowy dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie prof. Jerzy Miziołek i tak zapowiedział, że wkrótce zamknie całą Galerię Sztuki XX i XXI wieku. Kilka prac postanowił jednak usunąć z wystawy wcześniej. Wyłączenie monitorów z zapisem performance’u Grupy Sędzia Główny przeszło niezauważone. Ale zdjęcie w ostatni piątek z wystawy prac Katarzyny Kozyry i Natalii LL spowodowało lawinę protestów i oskarżenia dyrektora Miziołka o zapędy cenzorskie.

To wyraz małostkowości. Tłumaczenia dyrektora Miziołka są co najmniej śmieszne. Twierdzi on, że reaguje w ten sposób na krytyczne głosy ze strony zwiedzających. Na poparcie tego wyciąga list oburzonej matki nastolatka, który ma się borykać z traumą po odwiedzinach w Muzeum Narodowym i kontaktem ze sztuką artystek. Chodzi o to, że Galerię Sztuki XX i XXI wieku otwarto na początku 2013 roku i wcześniej takie głosy się nie pojawiały. Mam wrażenie, że daje tu o sobie znać dulszczyzna samego dyrektora. A prace zdjęte z wystawy przez Miziołka to klasyka polskiej sztuki współczesnej”.

„Miziołek wyciągnięty z kapelusza przez Glińskiego chełpliwie rysował w wywiadach plany „umiędzynarodowienia” muzeum. Obiecywał wystawy Leonarda da Vinci, Michała Anioła, Rafaela, impresjonistów i postimpresjonistów. „Niech przyjedzie Van Gogh, niech przyjedzie Gauguin”, rozmarzał się. Jednocześnie bezpardonowo krytykował swoich poprzedników, Agnieszkę Morawińską i Piotra Rypsona, twierdząc, że zastał muzeum w stanie zapaści. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, jak Muzeum Narodowe wyglądało, gdy jego stery przejęła Morawińska. Za jej kadencji wszystkie galerie przeszły gruntowny remont, muzeum nabrało życia.

Pikanterii obecnej sytuacji dodaje to, że Galerię Sztuki Polskiej XX i XXI wieku przygotował Piotr Rypson, który po odejściu Morawińskiej z muzeum w maju 2018 roku pełnił obowiązki dyrektora i wydawał się naturalnym kandydatem na jej następcę. Za ostatnią wystawę, którą przygotował w muzeum, „Krzycząc: Polska!”, niedawno otrzymał Nagrodę Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy. Jedną z pierwszych decyzji Miziołka było zwolnienie Rypsona (bez podania przyczyny). Twierdził, że ten wybitny historyk sztuki i kurator nie mieści się w jego wizji muzeum.”

banany5

Wczoraj rano rozmawiałem zaś z Piotrem Rypsonem, zwolnionym przez Miziołka byłym wicedyrektorem muzeum, i zarazem kuratorem Galerii XX i XXI wieku. Wywiad od wczoraj dostępny jest na stronie „Gazety”, a dzisiaj także w papierowym wydaniu (chociaż w nieco okrojonej formie). Piotr opisuję patologiczną sytuację w muzeum:

„Nie chodzi tylko o cenzurowanie tej czy innej pracy. Jak się okazuje po kilku miesiącach urzędowania dyrektora Miziołka, nie posiada on fundamentalnych kompetencji do zarządzania taką instytucją, także zarządzania personelem.

W ciągu czterech miesięcy z muzeum odeszło 10 proc. pracowników. Kilkadziesiąt osób zrezygnowało z pracy lub zostało zwolnionych.

Związki zawodowe szykują się do sporu zbiorowego. Personel jest tam po prostu mobbowany,  traktowany w sposób niewłaściwy pod kątem stosunków w miejscu pracy.

Z drugiej strony pan Miziołek notorycznie mija się z prawdą. Od początku rozwijał nierealną wizję muzeum, opowiadając o tym, że będzie wystawiał arcydzieła Leonarda da Vinci czy Rafaela. Z tego, co słyszę, to Leonardo zostanie niebawem pokazany w Muzeum Narodowym w postaci serii reprodukcji. Żeby oglądać reprodukcje, wystarczy włączyć komputer, nie trzeba iść do muzeum”.

„Pan Miziołek zrobił wcześniej wiele wystaw planszowych, na których składał zdjęcia w jakąś opowieść, i pewnie wyobraża sobie, że w podobny sposób można zrobić dużą wystawę sztuki. Sposób, w jaki adresuje kwestie związane z muzeologią, wskazuje na fundamentalne braki i doświadczenia, i wiedzy.

To powoduje kłopoty nie tylko wewnątrz muzeum, ale też dla organizatora tego muzeum, czyli dla Ministerstwa Kultury, które być może jeszcze przez jakiś czas może udawać, że nic się nie dzieje. A dzieje się dużo, i to niedobrego. W końcu chodzi tu o renomę najważniejszej instytucji sztuki w stolicy Polski. Mam wrażenie, że Rubikon w tej sprawie został już przekroczony”.

 

d14 Ateny 3

IMG_9283.jpg
Collective Exhibition for a Single Body

Sobota w Atenach minęła mi pod znakiem starożytności. Rano wybraliśmy się z Kasią Górną do Pireusu, gdzie w Muzeum Archeologicznym trwa „Collective Exhibition for a Single Body”, działania przygotowane w ramach documenta 14 przez kuratora Pierre’a Bal-Blanca (warszawiacy mogą pamiętać jego „Żywą walutę” w Teatrze Dramatycznym kilka lat temu) i choreografa Kostasa Tsioukasa. To taneczno-performerski dialog z przestrzenią muzeum. Niektórzy denerwowali się, że nie ma tam nic poza performerami, ale mi się podobało. Oglądałem starożytności, czasami zerkając na tancerzy. Jeden z nich spocił się pod pachami. Przy okazji okazało się, że spotkana przypadkiem Karolina Plinta świetnie obczaja komunikację miejską.

IMG_9508.jpg
Ręka kolosa w Narodowym Muzeum Archeologicznym

Sporo czasu spędziłem też w Narodowym Muzeum Archeologicznym. To wspaniałe muzeum, niezmodernizowane, pełne arcydzieł starożytności. Kilkanaście lat temu zdawałem egzamin ze sztuki starożytnej na pocztówkach. Nasza profesorka przychodziła z zestawem pocztówek i trzeba było rozpoznawać, co przedstawiają. Teraz w końcu (bo jestem w Atenach po raz pierwszy) zobaczyłem te wszystkie kurosy i kory na własne oczy i sam kupiłem kilka pocztówek. W muzeum miał pracować Daniel Knorr, ale jego pierwszą propozycję odrzucono, a druga ostatecznie została zrealizowana w innym miejscem.

IMG_9548.jpg
Vivian Suter

Niechcący wdrapałem się na sam szczyt wzgórza Filopappou, gdzie żadnej sztuki nie znalazłem, ale roztaczał się z niego widok i na Akropol, i całe Ateny, i na Pireus, i morze. Przy okazji przekląłem mapki w przewodniku po documenta 14, bo są wyjątkowo nieprecyzyjne i często trudno jest cokolwiek korzystając z nich odnaleźć. Ale pawilon przy niewielkiej szesnastowiecznej cerkiewce – gdy w końcu do niej dotarłem – okazał się jedną z najbardziej malowniczych wejściówek documenta. Prezentowane są tu płótna Vivian Suter i kolaże jej matki Elisabeth Wild.

sprinkle.jpg
W łóżku z Annie Sprinkle i Beth Stephens

Wieczorem zdążyliśmy jeszcze na performans Annie Sprinkle i Beth Stephens. Sprinkle to była aktorka filmów porno, która porno zamieniła w sztukę i aktywizm. Od 2000 roku wspólnie uprawiają sztukę „ekoseksu”. Pamiętam Sprinkle bardzo dobrze, bo wywiad z nią w jednym z numerów „Czerei” zamieścił kiedyś Artur Żmijewski (obok wywiadu z Diamandą Galas). Były to tłumaczenia – przedruki z publikacji, przywiezionej ze Stanów przez Kaśkę Kozyrę. Kozyra, zafascynowana Sprinkle, napisała nawet do niej list, żeby ta przyjechała do Polski, bo bardzo jej nad Wisłą potrzebujemy. I tutaj, na documenta, Annie Sprinkle we własnej osobie wraz ze swoją partnerką Beth Stephens zapraszają nas do łóżka. Na siedem minut, bo ustawia się kolejka i trzeba pilnować czasu, przytulaliśmy się w łóżkowym pięciokącie – Stephens, Karolina, ja, Patryk i Sprinkle. Są wspaniałe.

Dzień zakończyliśmy na koncercie w Megaronie. Połączone siły Ateńskiej Orkiestry Państwowej i Syryjskiej Orkiestry Filharmonicznej na Uchodźctwie (SEPO) zagrały „Symfonię pieśni żałosnych” Henryka Góreckiego. Górecki skomponował ją, zainspirowany słowami wyrytymi w celi przez Helenę Błażusiak, więzioną przez gestapo w Zakopanem. Słowa te pojawiają się w drugiej części symfonii: „Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario”.

IMG_9621.jpg

SEPO tworzą syryjscy muzycy mieszkający w Unii Europejskiej. Orkiestra powstała w Niemczech we wrześniu 2015 roku. Grają utwory muzyki klasycznej, ale przede wszystkim – syryjskich kompozytorów. Dlatego na bis zagrali syryjską pieśń rozpisaną na orkiestrę, co było dosyć wzruszającym zakończeniem wieczoru. Przypomniała mi się finałowa scena z filmu Lelouche’a „Jedni i drudzy” z Danielem Olbrychskim i „Bolerem” Ravela. Tyle że à rebours.

Na imprezę nie poszedłem.