Chłopscy malarze z Jinshan

zbioryarbuzow
Zbiory arbuzów

Tutejszych malarzy nazywa się szumnie „Picassami z Jinshan”, ale nie byłoby ich sztuki gdyby nie rewolucja kulturalna i akcja masowej zsyłki absolwentów szkół na tereny rolnicze, by pracując na wsi przeszli reedukację, czerpiąc nauki od antyburżuazyjnych bohaterów rewolucji Mao – chłopów.

Wioska malarzy – brzmi jak utopia, ale istnieje od pół wieku. Od epoki Mao, przez nowe otwarcie Deng Xiaopinga, po dzisiejszą, para-kapitalistyczną chińską rzeczywistość.

Dziś to przedmieścia Szanghaju, chociaż oddalone od centrum o ponad 70 kilometrów. Miasto styka się tu z wsią. Pola sąsiadują z zakładami przemysłowymi. Kilka kilometrów stąd znajduje się Fengjing, poprzecinane kanałami zabytkowe miasteczko, którego historia sięga ponad tysiąca lat. Wystarczy skręcić z drogi szybkiego ruchu, by po chwili znaleźć się w byłej wiosce Zhonghong. Tutejsi chłopi kultywowali tradycyjne rzemiosło, a swoje domy, zwłaszcza kuchnie, ozdabiali malunkami. W latach 70. ich wieś stała się jednym z ośrodków nowego gatunku sztuki ludowej – chłopskiego malarstwa.

domek
Typowy domek w nowej wiosce chłopskich malarzy

peasantpainting1

peasantpainting7

Obecnie ta „wieś” to coś między artystyczną komuną i atrakcją turystyczną. By do niej wejść, trzeba kupić bilet. Składa się na nią kilkanaście domków z tradycyjnymi chińskimi dachami z ciemnej dachówki, otoczonych wąskim kanałem. Ale bynajmniej nie jest to skansen. Wioska Chińskiego Malarstwa Chłopskiego (中国农民画村), bo tak oficjalnie nazywa się to miejsce, powstała stosunkowo niedawno, w 2006 roku, jako efekt wysiłków władz, by zachować tutejszą tradycję i przyciągnąć turystów (aczkolwiek nie spotkaliśmy ich tu zbyt wielu). By z kolei zachęcić malarzy, by tu zamieszkali, przez pierwszy rok zrezygnowano czynszu.

Sztuka wygrywa jednak z nieco turystycznym charakterem tego miejsca. Każdy domek ma z tyłu niewielki ogródek z malarską dekoracją, zazwyczaj o tematyce ogrodowej (zbiory arbuzów). Na jednym z budynków wymalowane zostało Święto Smoczych Łodzi. Do każdego domku można zajrzeć, obejrzeć prace, pogadać z artystą, nawet zastać go przy pracy, no i coś kupić. W każdym domku jedno z pomieszczeń jest bowiem mini-galerią ze ścianami wypełnionymi rysunkami.

peasantpainting2
Zhang Xinying, Kuchnia

Historia chłopskiego malarstwa w Chinach sięga powstania Chińskiej Republiki Ludowej oraz pierwszych spotkań ludowych artystów z profesjonalnymi artystami. Podczas Wielkiego Kroku Naprzód artyści byli wysyłani z miast na wieść, by uczyć chłopów tworzenia propagandowych dekoracji.

Od początku lat 70., w drugiej fazie rewolucji kulturalnej,  masowo wysyłano z miast do wsi wykształconą młodzież na reedukację, co współgrało z antyintelektualną i romantyczną myślą Mao, ale – jak większość jego pomysłów – okazało się totalną klapą. Między 1968 i 1980 roku w ramach akcji xiaxiang (下乡) przymusowa zsyłka dotknęła 17 milionów osób. Wpisywało się to w maoistyczną ideę wyeliminowania społecznych podziałów pracy i tzw. „trzech wielkich różnic”: między przemysłem i rolnictwem, między miastem i wsią oraz między pracą intelektualną i manualną. Promowanie chłopskiego malarstwa również spełniało tę rolę. Zgodnie z tą ideologią profesjonalni artyści mieli uczyć się od samorodnych artystów – robotników i chłopów, których sztuka stała się nowym mainstreamem, propagandą przełożoną na popularne, łatwe w odbiorze obrazy. Jedną z najważniejszych wystaw tego okresu była „Wystawa sztuki robotników” w Pekinie zorganizowana w 1974 roku, która przyciągnęła około 400 tys. widzów.

Gdy podczas Wielkiego Kroku Naprzód z lat 50., sztukę nieprofesjonalną promowano jako dodatkowe zajęcie, sposób spędzania wolnego czasu i wzbogacenia życia kulturalnego klasy robotniczej i chłopów, w latach rewolucji kulturalnej stała się nieodzownym elementem przemian, zamiany ról między artystami profesjonalnymi i amatorami.

I artyści-robotnicy i artyści-chłopi otrzymali profesjonalne wsparcie. Chociaż zesłana z miast młodzież głównie pracowała w polu, czasami – choć niezwykle rzadko – to chłopi uczyli się od przybyszy. Do Jinshan nieprzypadkowo trafiło kilku artystów, np. malarz Wu Tongzhang. Organizowano specjalne kursy dla chłopów-artystów, na których uczono ich nowych technik, a także wystawy ich prac. A Jinshan znane było z ludowej sztuki i rzemiosła. To był właściwy moment rozkwitu malarstwa z Jinshan. Dzisiaj ten nowy rodzaj sztuki ludowej, chłopskie malarstwo z Jinshan, jest zjawiskiem wpisanym w rejestry chińskiej kultury i szczególnie chronionym przez organa rządowe.

peasantpainting3
Cao Jinying, obraz inspirowany tradycyjnymi tkaninami

Artystów, którzy zaczęli malować w latach 70. uznaje się za właściwych, oryginalnych „chłopskich Picassów”. Jedną z najważniejszych postaci malarstwa z Jinshan był Chen Fulin, młody rolnik z Zhonghong, który zaczął malować czerpiąc z tradycyjnych murali z kuchennych pieców. Zaczęła malować też jego żona, pani Wang, a potem też jego najstarsza córka, Chen Xiu, która wyszła za malarza z sąsiedniej wioski. W końcu nawet jego matka sięgnęła po pędzel. Jego najmłodsza córka Chen Huifang, by malować, rzuciła pracę. Dziś maluje też dwóch jego wnuków. To ponad pół wieku rodzinnej tradycji.

Malarze z Jinshan rozwinęli charakterystyczny styl, oparty na prostym rysunku, mocnych barwach, silnie zakorzeniony w tradycyjnym rzemiośle. Mimo pomocy profesjonalnych artystów, nie zatracili też pewnej „naiwności”. Większość ich rysunków ma format kwadratu. Malują kolorowe, wyidealizowane sceny, naśladując brak artystycznego wykształcenia pierwszych chłopskich malarzy. Czasami stosują symetryczne układy, znane z tradycyjnych wycinanek, a nawet dwubarwne kompozycje, białego rysunku na niebieskim tle, jak w tradycyjnych niebiesko-białych tkaninach.

Niezmienna pozostała tematyka – to głównie sceny wiejskie, rybacy i rolnicy przy pracy, wnętrza chłopskich kuchni. Sytuacje podpatrzone na polu i w domu. Na niektórych rysunkach rozpoznać można malownicze kanały i architekturę Fengjing. Ale zdarzają się też bardziej współczesne miejskie weduty, widoki Szanghaju z charakterystycznymi wieżowcami Pudongu, nowej dzielnicy biznesowej.

peasantpainting4

Wystawa w największym budynku nowej „wioski”, rodzaju muzeum chłopskiego malarstwa, podkreśla jednak nie tyle propagandowe korzenie tego malarstwa, co – o czym na pewno nie wspominano podczas rewolucji kulturalnej – podobieństwa z dwudziestowiecznym malarstwem europejskim (głównie pod względem kompozycji). Porównania do Picassa nie są więc zupełnie bezpodstawne. Brakuje tu perspektywy historycznej, nie zobaczymy tu prac z lat 70., gdy musiały bardziej wpisywać się w ówczesną linię politycznę, dowodzić zmian na wsi w czasie rewolucji kulturalnej. Dziś raczej podkreśla się ludowej korzenie tej sztuki. No i Picassa.

Zresztą tuż przy wejściu wisi tu kopia obrazu Picassa przedstawiającego koguta, tuż obok koguta wymalowanego przez Ruan Sidi, specjalizującej się w wycinankach mieszkanki Jinshan, która zaczęła malować dopiero po siedemdziesiątce. Wprawdzie nie ma tu słowa o tym, że obraz Picassa to kopia, a nie oryginał, ale proste śledztwo internetowe wystarczy, by stwierdzić, że to „Kogut wyzwolenia” (Le Coq de la Liberation) z 1944 roku, którego oryginał znajduje się w Milwaukee Art Museum. Innym artystą, z którego czerpie się tu inspiracje, ma być Matisse.

Wystawa nie dotyczy jednak wyłącznie Jinshan. Pokazane tu zostały przykłady z innych ośrodków chłopskiego malarstwa, m.in. Hunagzhong w prowincji Qinghai, Dongfeng w prowincji Jilin czy Huxian niedaleko Xi’an. W 1988 roku ministerstwo kultury nadało tytuł „malarskiego miasteczka” 51 miejscom w Chinach.

peasantpainting5
Dang Minghan z Huangzhong na swym obrazie przedstawił Pawilon Chin oraz Haibao, maskotkę szanghajskiego Expo 2010

Najbardziej znani są malarze z Huxian, których malarstwo – podobnie jak w Jinschan – wynika z tradycji dekorowania własnych domów, przeniesionej później na papier, ale w latach 70. niosło częsta bardzo konkretne polityczne przesłanie. Huxian – gdzie malarstwo chłopskie pojawiło się w latach 50., a rozwinęło w 70., gdy otrzymali profesjonalne wsparcie – stało się modelem dla innych ośrodków w Chinach. Malarze z Jinshan też uczyli się na ich przykładzie. W Huxian ma dziś malować nawet 2 tysiące rolników (a właściwie byłych rolników czy osób o rolniczym pochodzeniu).

Patrząc na te obrazy, można odnieść wrażenie, że to wytwory rolników, którzy parają się sztuką w wolnym czasie. Tymczasem większość z nich traktuje to już dzisiaj jako swój główny zawód. Młodsi nigdy nie pracowali w polu. Chętnie chwalą się za to publikacjami. Każdy ma coś pod ręką – a to pocztówkę ze swym obrazem, a to artykuł prasowy, a to kartę transportu miejskiego ozdobioną chłopskim malarstem. Obrazy z Jinshan często wykorzystuje się jako dyplomatyczne prezenty.

peasantpainting6
Marcin, Chen Weixiong, ja
rokpsa
Chen Weixiong, Rok Psa
kuchnia
Chen Weixiong, Kuchnia

Pan Chen Weixiong, urodzony w 1953 roku, wraz z żoną Gong Caijuan, pochodzą z rolniczej rodziny z Jinshan. jego przodkowie uprawiali tu ziemię od dwunastu pokoleń. On sam maluje od 1976 roku, ale porzucił rolę w 2006 roku, gdy przeniósł się do obecnej wioski jako uznany artysta. Chociaż mieszkają w swoim starym rodzinnym domu, niedaleko wioski, tu pracują. Gdy inni, młodsi i sprofesjonalizowani już malarze z Jinshan nigdy nie uprawiali ziemi, Chen maluje z własnych doświadczeń. Jego żona, Gong, zaczęła malować w 1988 roku, pod wpływem męża, ale w jej rodzinie były tradycje tradycyjnego chińskiego malarstwa na jedwabiu.

Większość mieszkających tu artystów ma też swoich uczniów. Uczniem pana Chena jest dwudziestokilkuletni Qian Xi. U malarki Cao Xiuwen, która sama maluje od ponad 30 lat, spotkaliśmy kilkoro nastolatków, pobierających u niej lekcje latem.

Jeśli „wioska” może wydawać się tworem sztucznym i turystycznym (tuż obok polski biznesmen postawił dom przewrócony do góry nogami), wystarczy przejść przez komunalny ogród, by wejść do właściwej wioski Zhonghong. Tu robi się jeszcze ciekawiej. Prawie każdy dom otrzymał bowiem malarską dekorację. Te murale to znak, że mieszkają tu artyści.

peasantpainting13

peasantpainting10

peasantpainting12

peasantpainting11

peasantpainting8

peasantpainting9

Kraj folkloru

folklor-kenar
Dzbany Antoniego Kenara – najmocniejszy punkt wystawy

W dzisiejszej „Wyborczej” recenzuję wystawę „Polska – kraj folkloru?” w stołecznej Zachęcie, przygotowaną przez Joannę Kordjak. Tekst jest dostępny na stronie internetowej gazety pod TYM LINKIEM. Poniżej fragment:

„W ludzie polskim tkwią nieprzebrane talenty artystyczne”, mówi lektor we fragmencie kroniki filmowej. Krótki reportaż dotyczy ludowych malarek z Zalipia. Zalipianki współpracowały z profesjonalnymi artystami, m.in. Heleną i Lechem Grześkiewiczami, przy opracowywaniu wzorów dla Fabryki Fajansu we Włocławku. Popularne „włocławki” do dziś goszczą w naszych domach. Na wystawie „Polska – kraj folkloru?” talerze i misy z Włocławka zdobią całą ścianę. Obok wisi replika żyrandola, jednego z tych, które Grześkiewiczowie zaprojektowali dla wnętrz Pałacu Kultury i Nauki. Jego rozbuchana ceramiczna forma gryzie się nieco z ludowymi wzorami. Ale sam Bolesław Bierut powiedział, że „wszystko, co w sztuce wielkie, bierze się ze sztuki ludowej”.

Był to paradoks stosunku władzy ludowej do wsi. Z jednej strony PRL-owskie miasto odczuwało wyższość wobec wsi, chłop miał się przekształcić w proletariusza, chłoporobotnika, industrializacja spowodowała masową migrację ze wsi do miast. Z drugiej strony – to na podstawie sztuki ludowej, oczywiście wyzbytej aspektu religijnego, konstruowano narodową tożsamość. Sztuka ludowa miała być odtrutką na kulturę szlachecką. Dlatego tancerze w ludowych strojach ubarwiali niemal każdą państwową uroczystość. Czym więc była ta ludowość? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć wystawa w Zachęcie.

przezwanska.jpg
Katarzyna Przezwańska

Przy okazji wspominam też wystawę „Eksperyment łysogórski” w Miejscu Projektów Zachęty i tę oto donicę Kasi Przezwańskiej.

Chłoporobotnik i boa grzechotnik

DSC04270

„Chłoporobotnik i boa grzechotnik” to bohaterowie piosenki Agnieszki Osieckiej „Niech żyje bal”, którą śpiewała Maryla Rodowicz. Kim jest chłoporobotnik, nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć. Gorzej z „boa grzechotnikiem”, który w piosence „z niebytu wynurza się fal”. Osiecka go bliżej nie przedstawia. To jakiś dziwny twór. Pewnie jak robotnik nie będzie chłopem, tak wąż boa nie zagrzechocze. W Muzeum Sztuki Nowoczesnej tytuł „Chłoporobotnik i boa grzechotnik” nadano wystawie, która z różnych punktów próbuje ugryźć problem peerelowskiej wsi – tej nowej, zmodernizowanej, bliższej chłoporobotnika, a z drugiej strony wiejskiej kultury, która była tymi zmianami wypierana, ale którą z jakichś powodów starano się zachować jako pewien wyidealizowany obraz.

W poprzednim tygodniu oprowadziła mnie po tej wystawie jej kuratorka Ewa Tatar. Wcześniej obejrzałem ją jednak sam. Punktem wyjścia jest tu „Nowa Wieś”, peerelowskie pismo adresowane do postępowych mieszkańców wsi, skonfrontowane ze sztuką ludową, wypożyczoną z muzeów etnograficznych.

Wychowałem się na wsi i pismo „Nowa Wieś” pojawiało się regularnie w naszym domu. Zresztą jako jeden z wielu prenumerowanych tytułów. Prasa była stosunkowo tania. Poranny pekaes przywoził paczkę z gazetami do kiosku Ruchu. Z korespondencyjnej księgarni „Nowej Wsi” moi rodzice zbudowali naszą domową biblioteczkę. Zamawiało się książki hurtowo, nigdy nie wiedząc, co jeszcze będzie w magazynie, a co już nie, a w rezultacie – jaka część zamówienia zostanie zrealizowana. Stąd każda paczka była zaskoczeniem i niespodzianką. Efekt tych hurtowych zamówień był też taki, że do niektórych książek nikt nigdy nie zajrzał i po kilkunastu latach można było jeszcze znaleźć tomy z nierozciętymi kartkami.

Moi rodzice przyjechali do Dolistowa nad Biebrzą pod koniec lat 70. jako młodzi nauczyciele. Gmina gwarantowała im mieszkanie, a na ich decyzję wpłynęła też bliskość natury (dziś to Biebrzański Park Narodowy) oraz ośrodka zdrowia. Moja matka pracowała jako przedszkolanka, a mój ojciec uczył matematyki oraz pracował jako opiekun szkolnej biblioteki, liczącej zaledwie kilka tysięcy tomów. Problemowi wiejskich szkół poświęcił swój tekst, który wysłał do redakcji „Nowej Wsi”.

Gdy rodzice wyprowadzili się na wieś, trwała jeszcze przebudowa – jak za Kazimierza Wielkiego – ze wsi drewnianej w murowaną, często za dolary przysyłane zza oceanu. Młodzi budowali murowane klocki obok starych drewnianych domów, a gdy starsze pokolenie umierało – drewniane chałupy rozbierano. Wraz z tymi chałupami odchodziła kultura materialna dawnej wsi. Mój ojciec zarządził wśród uczniów zbiórkę, by ocalić przynajmniej jakiś jej fragment – powstała kolekcja starych kołowrotków, rzeźbionych uprzęży, tar do prania, lamp naftowych, kuchennych utensyliów i przedmiotów, których przeznaczenia nigdy nie potrafiłem odgadnąć. Cały ten zbiór stał się ozdobą szkolnej biblioteki, zamieszkując najwyższe półki regałów, gdzie nikt z nas nie sięgał.

DSC04240.JPG

Przez te kilkanaście lat spędzonych na wsi oraz podczas wielokrotnych odwiedzin, nigdy nie zetknąłem się z jakimkolwiek przejawem tego, co zwykliśmy nazywać sztuką ludową. Nigdy nie zetknąłem się z tym, co w krótkim tekście do wystawy Ewa Tatar określa jako „romantyczne” czy „sentymentalne” (przeciwstawione postępowi i modernizacji). OK., były jarmarki i odpusty, lizaki z makiem, drogi obsypane tatarakiem na Boże Ciało, gwiazdy zdobione słomą i bibułką na Boże Narodzenie, a nawet wieńce ze zboża na Matki Boskiej Zielnej. Ale żadnych rzeźbionych Chrystusów Frasobliwych, diabłów ani wycinanek. Nic. Gdy myślę o wiejskiej tradycji, bliższe jest mi wspomnienie bibliotecznej kolekcji mojego ojca. I jednak Redliński, w którego książkach („Awans” czy „Konopielka”) odbijało się jakieś doświadczenie moich rodziców. Może dlatego „Konopielka” w reżyserii Leszczyńskiego (na podstawie Redlińskiego) przez jakiś czas była w naszym domu ulubionym, oglądanym wielokrotnie filmem.

Z Ewą doszliśmy do wniosku, że – z racji wieku – nasza pamięć o PRL-u oraz o wsi jako takiej, nawet jeśli mieszkało się poza miastem, jest uboga. Sama wystawa dotyczy bardzo długiego okresu. No i „Chłoporobotnik i boa grzechotnik” to jakaś mieszanina fantazmatów. A Tatar nie wyjaśnia właściwie, dlaczego ta wystawa powstała. Czy to echo wypromowanego przez kuratorów wiejskiego nurtu w najnowszej sztuce polskiej, „odkrytego” na wystawie „Co widać” w MSN-ie? Czy chodzi o zainteresowanie Cepelią?

Na razie mamy tu kilka wyobrażeń na temat wsi: to cepeliowskie, odbijające się w sztuce ludowej; wyobrażenie o wsi modernizującej się i coraz bliższej wielkiego świata, tej z kart „Nowej Wsi”; wreszcie fantazję o jakiejś wiejskiej autentyczności, szczerości – z fotograficznych notatników Władysława Hasiora, które zresztą „Nowa Wieś” publikowała na swoich łamach. Tatar pokazywała te notatniki na niedawnej wystawie w Zakopanem (recenzowałem ją w „Dwutygodniku”).

Hasior jest tu chyba zresztą wsi najbliższy. Fotografuje wernakularną architekturę, to, jak chłopi dekorowali swoje domy i zagrody (kute bramy), odnajduje w naturze formy, które uznaje za tak dramatyczne, że nie da się ich w sztuce powtórzyć. Ale z równie etnograficzno-encyklopedycznym podejściem potrafi podejść do samej sztuki, chociażby Picassa. Sztuka ludowa czy – jak woli Tatar – samorodna (każdy z terminów obarczony jest wadami) w czasach PRL-u była sztucznie podtrzymywana przy życiu – konkursami, zakupami, Cepelią. Z kolei „nowa wieś” z „Nowej Wsi” była rodzajem projekcji.

DSC04253.JPG

Tatar przeprowadza analizę pisma, tworząc tablice tematyczne, złożone z ilustracji i wycinków: kobieta, mężczyzna, technologia, budownictwo, sport… Trudno jednak wyciągać z tych tablic jakieś wnioski, poza tym, że tygodnik miał misję modernizacyjną, a obraz wsi z „Nowej Wsi” daleki był od rzeczywistości. Ciekawe, że dziś pismo ukazuje się jako „Nowa Wieś Europejska” i reklamuje jako „magazyn skierowany do aktywnych, otwartych na zmiany czytelników” („Naszymi odbiorcami są mieszkańcy «kraju poza miastem», aktywni przedstawiciele branży rolno-spożywczej, małej i średniej przedsiębiorczości, szkoły i uczelnie rolnicze”). Ale jak przyjrzeć się bliżej „sztuce samorodnej”, okaże się, że tu również stare łączyło się z nowym. Chrystus Frasobliwy i diabły pojawiają się obok utrzymanych w ludowym stylu pamiątek elektryfikacji wsi. Na tym napięciu opiera się wystawa.

Szkoda, że Tatar do swej dosyć skomplikowanej koncepcji nie przygotowała żadnego przewodnika. Widzom ma wystarczyć krótki tekst na ścianie. A kuratorka ma sporo do powiedzenia na temat niemal każdego obiektu (podobnie było parę miesięcy temu w Zakopanem, gdy Tatar pozostawiła widzów samych z dosyć skomplikowaną i nieczytelną narracją wystawy). Dlatego „Chłoporobotnik i boa grzechotnik” może sprawiać wrażenie – że posłużę się tytułem zbioru aforyzmów Leca – myśli nieuczesanych.