Piszę o sztuce i okolicach. Tu – wyłącznie z wewnętrznej potrzeby i dla przyjemności. Komentuję, szybko recenzuję i zamieszczam linki do moich tekstów. Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowych postach mailem, kliknij w "Obserwuj" w prawym dolnym rogu ekranu i podaj swój adres. Pozdrawiam. Karol – ktsienkiewicz@gmail.com, instagram.com/sienkiewicz.karol.ok, twitter.com/krlsienkiewicz
W komentarzu dla „Gazety Wyborczej” tłumaczę, skąd wziął się plakat, który pojawił się na protestach kobiet w poprzednim tygodniu, w sprawie którego zawiadomienie do prokuratury złożyła NSZZ Solidarność. Związkowcy, dziś już niewiele mający wspólnego z historyczną Solidarnością, nie zauważyli, że chodzi o pracę Sanji Iveković „Niewidzialne kobiety Solidarności”, dziś znajdującą się w kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.
Piszę:
Jako ważny komentarz do polskiej rzeczywistości i historii pokazano ją [pracę Iveković] na wystawie „Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”, którą muzeum zorganizowało w Pałacu Prezydenckim w 2013 r. Wiosną tego roku przypomniano ją również na 25. Międzynarodowym Biennale Plakatu, gdzie brytyjski kurator David Crowley na wystawie „Plakat – remediacje” opowiadał o długim życiu plakatów. Pokazał, jak na całym świecie plakaty zaczynały żyć własnym życiem – na demonstracjach, w licznych przeróbkach, jak stawały się symbolami politycznej walki.
Historia plakatu „W samo południe” świetnie to ilustrowała. W 1989 r. reprodukowały go gazety z całego świata, pisząc o wydarzeniach w Polsce. Potem wielokrotnie go trawestowano, zazwyczaj z okazji rocznic, ale też krytycznie, jak to zrobiła Iveković. I do Sarneckiego, i do Iveković nawiązała w 2014 r. polska artystka Zuzanna Janin – w jej wersji kowboj i kowbojka idą ręka w rękę.
Użycie plakatu Iveković na „czarnym proteście” to kolejny rozdział tej historii. Pokazuje, jak sztuka wysoka, ta z galerii, świetnie odnajduje się czasem na ulicy. Zresztą, jeśli wzbudza tak silne reakcje jak doniesienie do prokuratury, to znak, że artystka uderzyła w jakiś czuły męski punkt.
Nie oczekuję od związku, który zastrzegł sobie prawa do nazwy i znaku graficznego „Solidarności”, by orientował się w sztuce współczesnej. Ale chociaż sam urodziłem się w roku, w którym rodziła się „Solidarność”, czując się jej spadkobiercą i dłużnikiem, uważam, że ten symbol w pewnym sensie należy też do mnie. Podobnie jak „Mazurek Dąbrowskiego” czy Reksio, ale też Myszka Miki czy „Oda do radości”.
Jeśli plakat wyborczy z 1989 r. przerabiają artystki, a ich wersje są w użyciu, najwyraźniej oryginał takiej przeróbki się domagał.
O wystawach wspomnianych w tekście pisałem wcześniej na „Dwutygodniku”: o „Jaka sztuka dzisiaj, taka Polska jutro” w tekście „Jeszcze będzie przepięknie”, o wystawie „Plakat – remediacje” w ramach 25. Międzynarodowego Biennale Plakatu w tekście „Płakat”.
Wczorajsze przemówienie Piotra Glińskiego podsumowujące rządy koalicji PO-PSL w kulturze przeanalizowali już nawet językowi puryści, wytykając ministrowi liczne błędy. Mnie zainteresował pewien krótki i dwuznaczny fragment. Oto Piotr „w każdym bądź razie” Gliński na liście niezrealizowanych przez poprzednią ekipę muzeów obok – oczywiście – Muzeum Historii Polski czy Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku umieścił także warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Powiedział przy tym, kierując swe słowa do posłów Platformy Obywatelskiej, że „to głównie zasługa – mówiąc w cudzysłowie – władz Warszawy, ale także zasługa waszego środowiska. Nie podjęto żadnych wiążących decyzji w sprawie budowy tego muzeum do dzisiaj”. Ciekawi mnie wspomniany przez ministra cudzysłów.
Oczywiście przez wzięcie zasługi w cudzysłów Gliński zarzuca poprzedniej ekipie niezbudowanie siedziby MSN-u, ale jego słowa można też odczytać tak, jakby samo powstanie muzeum było wątpliwą zasługą. Gliński, podobnie jak inni ministrowie, pracując nad swym półgodzinnym przemówieniem, szukał każdej okazji, by wytknąć PO potknięcia i porażki, by dowieść, że PiS zastał „Polskę w ruinie” – stąd w ogóle wspomniał MSN. Ale analizując całe jego wystąpienie, widać wyraźnie, że takie instytucje jak MSN nie leżą mu szczególnie na sercu. Troska ministra o MSN to troska hipokryty.
Na przestrzeni lat żadna z rządzących ekip nie sprzyjała specjalnie powstaniu i rozwojowi Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Po prostu nie mieściło się ono w ich wizji kultury. Poza tym, że to Lech Kaczyński, jeszcze jako prezydent Warszawy, podpisał akt powołania muzeum. Na własne oczy widziałem, jak przechadzał się po wystawie „Potencjał”, ukazującą, co w przyszłym MSN mogłoby się znaleźć, którą w dopiero co otwartym budynku Metropolitan kuratorowała Dorota Monkiewicz.
Mówiąc szczerze, minister Gliński w roli krytykanta mnie co najmniej zawiódł. Jego ocena stanu kultury w czasach PO jest najwyżej populistyczna, a w niewielkim stopniu krytyczno-analityczna. Kultura była przecież dziedziną, której Platforma Obywatelska po prostu nie rozumiała. Ministrowi kultury Bogdanowi Zdrojewskiemu można zarzucić o wiele więcej niż głupi fakt, że Narodowe Centrum Kultury wydało książkę Ryszarda Petru. Wytykając to Gliński się tylko ośmieszył.
Abstrahując od pytania „dlaczego teraz” oraz parszywości całego audytowego spektaklu w parlamencie, dzięki któremu mogliśmy się tylko kolejny raz przekonać, kto rządzi dziś Polską, Gliński pokazał, że nie potrafi dokonać rzetelnej analizy działalności Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w poprzednich latach i wytknąć PO prawdziwych błędów i przeoczeń. A to dlatego, że jego wizja kultury i kierowanego przez niego resortu opiera się na pogłębianiu tych błędów, instrumentalnym traktowaniu kultury i niezrozumieniu jej istoty.
PO traktowało kulturę płasko, jako kwiatek do kożucha, jako coś, czym się można pochwalić, PiS chce z niej zrobić narzędzie propagandy i sprawowania władzy. PO przedkładało stadiony nad instytucje kultury, PiS faworyzuje muzea historyczne, bojąc się, co mogą wymyślić żyjący twórcy. PO lubiło festiwale i spektakularne wydarzenia, PiS – rekonstrukcje historyczne, nawet jeśli nie do końca zgodne z historyczną prawdą.
Gliński zarzuca PO, że za ich rządów „instytucje podległe ministerstwu realizowały zadania, które same sobie wyznaczały”. Jak to usłyszałem, niemal zadławiłem się kanapką. Ale Gliński już wcześniej chwalił się taką polityką. W jego wizji ministerstwo dyktuje instytucjom, jakie programy mają realizować. Gliński myli się jednak, mówiąc, że tak nie było wcześniej. Otóż ministerstwo miało wpływ na programy instytucji, tylko PO stosowało miękkie narzędzia nacisku – metodę kija i marchewki, specjalnie konstruowane programy czy organizowanie eventów i festiwali. Takim narzędziem był program kulturalny Polskiej Prezydencji czy program towarzyszący 25. rocznicy zmian ustrojowych w Polsce. Tymczasem Gliński potrafi jedynie powiedzieć, ile te przedsięwzięcia kosztowały. Bo sam idzie o krok dalej – chce ręcznie sterować kulturą. Aż strach pomyśleć, w jaki sposób zamierza zarządzać programami instytucji i co z tego wyniknie.
Ale warto przypomnieć, że Zdrojewski też mówił na początku swego urzędowania, że po to został wybrany, by samemu obsadzać stanowiska dyrektorskie. Potem kilkukrotnie zmieniał zdanie pod wpływem środowiskowych nacisków, by jednak organizować konkursy. Gliński podobnie chce decydować sam, tylko w jeszcze większym zakresie. Zdrojewski po cichu wspierał milionami złotych budowę Świątyni Opatrzności Bożej. Gliński bez specjalnego rozgłosu podpisał porozumienie, zgodnie z którym ministerstwo będzie współprowadzić działającą w ramach świątyni instytucję kultury (chociaż nie wiadomo, co to w praktyce będzie za instytucja). No ale nie od dziś wiadomo, że w szukaniu poparcia Kościoła PiS przelicytował PO.
Audyt ministerstwa był też najwyraźniej bardzo pobieżny. W swym przemówieniu Gliński wspomniał patologię zatrudniania na umowy cywilno-prawne, ale jedynie w samym ministerstwie. Nie zauważył, że ta patologia kwitnie w niemal wszystkich instytucjach kultury. Po części w związku z uchwałami, które zabraniały tym instytucjom powiększania swych zespołów, co w szczególny sposób dotknęło nowe, dopiero rozwijające się muzea, gdzie śmieciówki są na porządku dziennym. Poza tym Gliński nie zauważył, że problemem w kulturze są nie tylko metody zatrudnienia, ale też sytuacja społeczno-ekonomiczna twórców i innych wolnych strzelców, brak rozwiązań prawnych dostosowanych do specyfiki ich zawodów, co wiąże się z szerszym problemem prekaryzacji. Nie znosił tego tematu Zdrojewski, który chętniej dobrowolnie oddawał część pieniędzy ministerstwa na łatanie dziur budżetowych, niż podejmował międzyresortowe inicjatywy. Gliński też zajął się raczej audytem i narzekaniem na poprzedników, zamiast wykazać się jakąś sensowną inicjatywą.
Poza fajerwerkowymi wydarzeniami, większość sukcesów ostatniego dziesięciolecia w kulturze nie było sukcesami polityków. By tak się działo, w ministerstwie musiałby zasiadać ktoś z wizją i zaufaniem wobec instytucji i twórców, myślący szerzej niż tylko interesem swojej partii. Nie było takiej osoby w PO (Małgorzata Omilanowska była urzędniczką, nie należała do partii). I tym bardziej nie ma jej w PiS. Postulat 1 procenta na kulturę, niezrealizowanie którego zarzuca PO Gliński, został wywalczony przez lobby Obywateli Kultury. Jeśli coś ciekawego i istotnego wynikło z prezydencji, rocznic czy Roku Szopenowskiego, to dlatego, że niektóre instytucje potrafiły skorzystać z okazji i umiejętnie wydać te pieniądze, np. MSN na wypromowanie Aliny Szapocznikow czy Muzeum Współczesne Wrocław, które z okazji Europejskiej Stolicy Kultury pokazuje za granicą swoją wystawę „Dzikie Pola”.
Muzeum Sztuki Nowoczesnej też nie jest zasługą (czy „zasługą”) ani PO, ani PiS. Ekipa MSN o przetrwanie musiała walczyć z politykami obu partii. A by zaistniał cień szansy, że siedziba muzeum powstanie, instytucja wzięła sprawy w swoje ręce, własnymi siłami kontynuując proces inwestycyjny.
Problem jednak w tym, że minister Gliński najwyraźniej nie lubi instytucji, które „same kształtują swój program”, nie lubi takiego brania w swoje ręce. Chciałby o wszystkim decydować sam (już była mowa o ZPAP w Zachęcie, pod tym kątem zmieniane są ministerialne programy budowania kolekcji), pewnie z obawy, że wesprze coś, co będzie niezgodne z linią jego partii. Jak mówi, nie wystarczą mu dwie osoby reprezentujące ministerstwo w muzealnych radach.
Bo Gliński rozumie rolę kultury tak jak PiS rozumie rolę mediów publicznych – jako coś zależnego od politycznych nastrojów, jako narzędzie władzy. Tylko w przypadku Muzeum Kresów w Lublinie, Muzeum Sybiru w Białymstoku i Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce minister mówił o „polityce realizującej zasadę pomocniczości”, bo muzea te powstały z lokalnej inicjatywy, a ministerstwo będzie je wspierać finansowo. Ta „zasada pomocniczości” nie dotyczy już Muzeum II Wojny Światowej, teatrów, muzeów sztuki, galerii, które Gliński uznaje za wrogie i w których chce sprawować rządy osobiście.
Bo Gliński myli kulturę z polityką historyczną. Bo postrzega ministerstwo jako „przepompownię środków publicznych”, które teraz zamierza skierować w stronę sprzyjających mu środowisk. Bo dobro publiczne utożsamia wyłącznie z odmienianiem przez przypadki słowa „naród”. I dlatego niezależne, krytyczne instytucje, na czele z Muzeum Sztuki Nowoczesnej, będą dla Glińskiego zasługą w cudzysłowie.
Nie czytam „Gazety Polskiej”. Ale dobry duszek przysłał mi ciekawą prasówkę – wywiad z Piotrem Bernatowiczem, dyrektorem Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu, zatytułowany „Ja, Macierewicz polskiej sztuki”. Przeczytałem z wypiekami na twarzy.
Co dla jednych byłoby najgorszą zniewagą, dla Bernatowicza jest komplementem. Całkiem sobie chwali porównania do Antoniego Macierewicza. Tyle że Bernatowicz może chciałby być kimś pokroju ministra obrony, na razie plasuje się na poziomie kaprala. Pytanie, czy skorzysta z politycznej koniunktury, by piąć się wyżej, i czy powinniśmy się już bać.
Wywiad w „Gazecie Polskiej” dotyczy w zasadzie dwóch kwestii: poglądów politycznych artystów (prawica vs. lewica) oraz „mafii bardzo kulturalnej”. Oba tematy są ostatnio modne. Wprawdzie Bernatowicz stwierdza, że sformułowanie Moniki Małkowskiej o mafii nie jest zbyt szczęśliwe (a przecież posługuje się nim nawet minister Gliński), sam jednak przywołuje książkę prof. Krystyny Daszkiewicz „Klimaty bezprawia”, „mafię” zastępując „kliką”. Wychodzi na to samo. W porównaniu z Małkowską Bernatowicz brzmi jednak mniej szaleńczo i łatwiej pewnie nabrać się na jego sidła.
Zgadzam się z Bernatowiczem, że „sztuka w istocie nie jest ani lewicowa, ani prawicowa”. Ale już jego kolejne zdanie domaga się kontry. Bernatowicz mówi bowiem, że „Prawdziwa sztuka jest konserwatywna w tym sensie, że próbuje zatrzymać czas, przechować coś ważnego a ulotnego, nadać temu formę”. Nie chciałbym dyskutować o tym, jaka jest „prawdziwa” sztuka, a jaka jest sztuka udawana. Niestety, sztuka może nieść w sobie spory potencjał konformizmu, utrwalać status quo, a nawet z powodzeniem – chociaż często nieświadomie – uczestniczy w procesach zwiększania społecznych nierówności. Rozwiązaniem problemów współczesnego globalnego świata sztuki (i rynku sztuki) nie będzie jednak zdefiniowana przez Bernatowicza sztuka „prawdziwa”, która stawia sobie za cel coś „przechować”.
I pewnie rację ma Bernatowicz, że zaangażowanych w ruchy lewicowe artystów jest w zasadzie niewielu, chociaż nie ograniczyłbym ich do trzech wymienionych przez niego nazwisk (Jakubowicz, Wodiczko, Żmijewski). Inni artyści mają jego zdaniem jedynie stosować „polityczną poprawność”.
Poprawnością polityczną straszy się dziś podobnie jak genderem. Radziłbym Bernatowiczowi, by sięgnął do słownika i sprawdził, co właściwie oba terminy oznaczają. Na razie tworzy jednak własne definicje – wystarczy poczytać katalog wystawy „Strategie buntu” w poznańskim Arsenale (niestety, raczej nie da się na trzeźwo).
Bernatowicz twierdzi, że „poprawność polityczna” to coś, co wyraża się w popieraniu ruchów LGBT, „pogardliwym traktowaniu katolicyzmu, uniżeniu w stosunku do islamu”, „traktowaniu osób przywiązanych do pojęcia narodu jako faszystów”. Należałoby jego słowa nieco przeformułować. Jeśli jest jakiś wspólny zbiór przekonań wśród ludzi sztuki czy kultury (ale nie jest to jednak poprawność polityczna), to poza równouprawnieniem pod względem orientacji seksualnej byłyby to potrzeba oddzielenia państwa i kościoła oraz równe traktowanie osób różnych narodowości czy wyznań. Jeśli zaś chcieć poprawności politycznej, to wymagałaby ona raczej od przeciwników legalizacji związków jednopłciowych, by mimo swoich poglądów wyrażali się o homoseksualistach z szacunkiem, czego niestety – jak wiemy – nie czynią. I mogliśmy się o tym przekonać właśnie w poznańskim Arsenale, kierowanym przez Bernatowicza.
Te kilka poglądów, które przeinacza i których boi się Bernatowicz, są w większości wpisane w naszą konstytucję, tylko – zwłaszcza ostatnio – są nierespektowane i nieszanowane. To wartości, które leżą u podstaw zachodnich demokracji. A granica między lewicą a prawicą w tych demokracjach nie polega na ich respektowaniu lub nie. Z tej perspektywy świat sztuki w Polsce nie jest ani szczególnie lewicowy, ani szczególnie konserwatywny. Po prostu o wiele mu bliżej do Zachodu, wraz ze zmianami społecznymi, które zaszły w tych krajach w ostatnich latach, niż obecnej czy poprzedniej ekipie rządzącej.
Złote kule Jacka Adamasa na wystawie „Chleb i róże”
W kontrze do specyficznie definiowanej „poprawności politycznej” Bernatowicz wymienia takich artystów jak Jacek Adamas, Zbigniew Warpechowski, Wojciech Korkuć czy rzeźbiarz pokazywany obecnie w Galerii Browarna w Łowiczu Jerzy Fober. „To artyści, którzy po prostu nie mieszczą się w paradygmacie tzw. lewicowości dominującym w głównych instytucjach publicznych. I płacą za to brakiem obecności w mainstreamie”, mówi. Wprawdzie przyznaje, że Warpechowski miał ogromną retrospektywę w Zachęcie – trudno byłoby jej nie zauważyć (ja recenzowałem ją w „Dwutygodniku”). Ale mija się z prawdą, jeśli chodzi o Jacka Adamasa. Pisze, że Adamas „nie doczekał się większego przeglądu swojej twórczości, [bo] był niewygodny z powodu krytyki rządów Tuska”. Bernatowicz sugeruje jednocześnie, iż Adamas pojawił się na wystawie „Chleb i róże” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie jako „ukłon zapobiegliwych gospodarzy tej placówki w stronę obecnych władz”.
To nie pierwszy raz, gdy prawicowi specjaliści od kultury grają kartą Adamasa. Sam słyszałem, jak obecny dyrektor TVP Kultura Mateusz Matyszkowicz używał mojej książki „Zatańczą ci, co drżeli”, by pokazać, jak się prawicujących artystów wykreśla z historii (w audycji w Radiu Tok FM, w której dyskutował z Beatą Stasińską). On potrafił podać jednego takiego artystę, właśnie Adamasa. W mojej książce rzeczywiście wspominałem Adamasa wyłącznie w kontekście jego wczesnych prac studenckich. Tyle że po ukończeniu studiów wyjechał na warmińską wieś i zniknął z obiegu. W ramach czasowych mojej książki Adamas, jakim znamy go dzisiaj, się po prostu nie zmieścił.
Matyszkowicz i Bernatowicz zapominają jednak wspomnieć, że swój powrót na scenę artystyczną Adamas zawdzięcza w dużym stopniu Arturowi Żmijewskiemu i Pawłowi Althamerowi, a przekrojową wystawę Adamasa zorganizowała kilka lat temu galeria Kronika w Bytomiu, notabene galeria, która na swojej fasadzie miała zwyczaj wywieszać tęczową flagę (na co dzień!). Sam pisałem o tej właśnie wystawie Adamasa w „Dwutygodniku” raczej przychylnie, chociaż nie zgadzam się z wieloma poglądami Jacka. Dyrektor Kroniki, Stach Ruksza, zapraszał Adamasa również do innych wystaw (np. „Oblicze dnia” w Nowej Hucie – o niej też pisałem w „Dwutygodniku”). Adamas gościł też w poznańskiej Zemście, zanim trafił do tamtejszego Arsenału.
Czym innym jest jednak pluralizm postaw i nawet odrzucanie poprawności politycznej, a czym innym propagowanie homofobii, mizoginii, islamofobii. I rzeczywiście, w instytucjach zachodnich to nie do pomyślenia. Oznaczałoby nie tylko łamanie zasad społecznych, ale też łamanie prawa. A takie postawy można było spotkać m.in. na wystawie „Strategie buntu” w Arsenale, czym Bernatowicz się szczyci.
Z tej okazji wygrzebałem mój stary laptop – po prawej naklejka, którą dostałem od Adamasa (niestety zatarł się okalający kwiaty napis: „Co się z tym krajem kurwa dzieje, kwiaty więdną”); po lewej naklejka „Wspólnej sprawy” Athamera (Adamas był jednym z uczestników wyprawy do Brukseli)
Swoimi zakrzywiającymi rzeczywistość okularami Bernatowicz widzi więc w galeriach i muzeach „zwalczanie patriotyzmu” (nie tłumaczy, czym się to przejawia), „sztukę krytykującą katolicyzm i nacjonalizm” (zgadzam się z tym, że katolicyzm i nacjonalizm idą dziś w Polsce ręka w rękę), a także „odwracanie pojęć”: „nazywanie relacji męsko-męskiej rodziną, odbieranie praw do życia nienarodzonym oraz deklarowanie patriotyzmu przy pomocy tęczowej flagi”.
Jeśli dla równouprawnienia potrzebujemy „odwrócenia pojęć”, chyba najwyższy czas je odwrócić. Tak, moją homoseksualną relację uważam za rodzinę; uważam też, że kobiety powinny mieć prawo do aborcji, no i czemu nie deklarować patriotyzmu z tęczową flagą w dłoni. Ale jednocześnie jako tęczowemu patriocie nie wydaje mi się, by coś było nie tak z rodziną męsko-damską, nie mam nic przeciwko kobietom, które nie przerywają ciąży, ani nie widzę nic złego w wyrażaniu swego patriotyzmu przy pomocy flagi biało-czerwonej, z którą też się utożsamiam. Może kiedyś zrozumiemy, że te flagi się nawzajem nie znoszą. Jak czytam Bernatowicza, mam wrażenie, że atakują go jakieś tęczowe demony.
Jak poinformowała wrocławska „Wyborcza”, po naciskach z różnych stron dyrektor Wydziału Kultury we wrocławskim ratuszu, Jarosław Broda zdecydował, że Dorota Monkiewicz będzie pełniła funkcję dyrektorki Muzeum Współczesnego Wrocław do końca roku, a w międzyczasie jej następca zostanie wyłoniony na drodze konkursu. Do tej połowicznej zmiany decyzji miały Brodę skłonić argumenty Hanny Wróblewskiej, przewodniczącej Rady MWW i zarazem dyrektorki warszawskiej Zachęty. Wróblewska rozmawiała z Brodą w ostatni piątek. W międzyczasie przeciwko odwołaniu Monkiewicz protestowali artyści, dziennikarze działacze kultury, Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej. List protestacyjny wystosowała nawet milcząca ostatnio AICA Polska. O sprawie Monkiewicz pisałem w poprzednim tygodniu.
Nie cieszyłbym się zbyt pochopnie. Broda swojej decyzji nie zmienia i w dalszym ciągu nie respektuje rekomendacji Rady Muzeum, by kontrakt Monkiewicz przedłużyć (na więcej niż te kilka miesięcy). Nadal nie padł żaden argument tłumaczący, co w dyrekturze Monkiewicz było nie tak, jakie popełniła błędy, jakie – zdaniem ratusza – poniosła porażki. W krótkiej wypowiedzi dla „Wyborczej” Broda wspomina za to „poważne osoby”, z którymi rozmawiał już wcześniej o objęciu dyrektorskiego fotela, a które „zgodziły się wystartować w konkursie”. Sam konkurs organizuje zaś po to, by „rozładować napięcie wokół instytucji Muzeum Współczesnego”, czyli – tłumacząc na język polski – odsunąć nieprzyjemną atmosferę skandalu od Europejskiej Stolicy Kultury.
Sama obietnica zorganizowania konkursu to za mało. Ważne jest też, jak taki konkurs przebiega, czy jury składa się z niezależnych specjalistów, czy jest profesjonalnie przygotowany. Zwłaszcza na poziomie samorządowym mieliśmy w ostatnich latach wiele prób ustawiania konkursów pod określonego kandydata czy manipulowania składem jury, a nawet nierespektowania decyzji jury.
Nawet jeśli zmiana nastąpi w bardziej cywilizowany sposób, nie zmieni to faktu, że dyrektor wrocławskiego Wydziału Kultury grubo się sprawą MWW skompromitował. Ogłoszenie konkursu nie pomoże mu, by wyjść z twarzą. Wnioskując ze stylu jego działania, nie jestem też przekonany, czy można mu w kwestii konkursu ufać.
Za to już wkrótce, 9 maja, dyrektor Broda będzie popisywał się swoją poezją na zapowiadającym się kuriozalnie wydarzeniu „Poeci i dyrektorzy” w ramach Międzynarodowego Festiwalu Poezji „Silesius”. Jak piszą organizatorzy, „Wiersze [prze]czytają ludzie, których liryczne dusze zamknięte są w osobach zdecydowanych zarządców poważnych instytucji”. Nawet dusza poety niektórym dyrektorom nie pomoże.
Muzeum Antropologii na UBC to nie tylko sztuka Pierwszych Narodów z Kolumbii Brytyjskiej. Wystawy czasowe dotyczą całkiem odległych regionów geograficznych i wydaje mi się, że wynikają głównie z zainteresowań pracujących na UBC antropologów. To nieco inny rodzaj kuratorowania wystaw niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w muzeach i galeriach sztuki. Chodzi o to, by pokazać najlepsze dzieła sztuki, ale jednocześnie oddać głos danej grupie etnicznej. Na podstawie wystaw stałych i czasowych w Muzeum Antropologii można by tu przeprowadzać zajęcia o polityczności sztuki – czy będzie to rzeźba Joe’go Davida, sztuka ludowa z Portugalii czy rzeźbiarze z Papui-Nowej Gwinei.
Trwająca właśnie wystawa „W ślad za Człowiekiem-Krokodylem” („In the Footprint of the Crocodile-Man”) pokazuje współczesną sztukę ludu Iatmul z wiosek położonych nad rzeką Sepik na Nowej Gwinei. To głównie rzeźbiarze, ich dzieła można dziś podziwiać w wielu muzeach etnograficznych na świecie. Rzeźby pokazane są tu jednak w kontekście gospodarczego, kulturowego i duchowego powiązania Iatmul z rzeką. Wyjątkowość tej sztuki wynika zdaniem antropologów z silnej izolacji wiosek znad rzeki Sepik, spowodowanej regularnym wylewami (ludność praktycznie żyje na wodzie) i oddaleniem od ośrodków miejskich.
Sylveser Tungi, „Flet Ducha Wody”, 2006
Zgromadzone na wystawie rzeźby, chociaż utrzymane w tradycyjnym, rozpoznawalnym stylu ludu Iatmul, zdradzają też indywidualne cechy autorów. Odbijają się w nich ceremonie inicjacji, postacie mityczne, codzienne życie nad rzeką Sepik. Szczególnie często w tych historiach przewija się zaś krokodyl, stąd tytuł wystawy.
Dzisiaj większość produkcji artystycznej nad rzeką Sepik powstaje z myślą o turystach, którym udaje się tu dotrzeć, ale też na potrzeby międzynarodowego rynku sztuki. Umiejętności i techniki rzeźbienia w drewnie przekazywane są z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna – rzeźbią głównie mężczyźni. Ale na wystawie pojawiają się też torby bilum, tkane przez kobiety z barwionych włókien roślinnych. Liczą na to, że na rozwój ich produkcji wpłynie wprowadzony właśnie zakaz używania plastikowych toreb przez sklepy w Papui-Nowej Gwinei.
Ale przede wszystkim jest tu też mowa o otwartej niedawno kopalni miedzi, Frieda River Project, która stwarza zagrożenie dla ekosystemu, a także gospodarczej i kulturowej przyszłości wiosek nad rzeką Sepik. Ich mieszkańcy zdają sobie sprawę z tego, jak kopalnie zmieniły życie w innych regionach Papui-Nowej Gwinei (zniszczone środowisko naturalne, opuszczone wioski). O swoich obawach i już obserwowanych zmianach w swym otoczeniu opowiadają na nagranych na Nowej Gwinei filmach. Dzięki sztuce ich głos jest bardziej słyszalny. (Ale o własne stanowisko poproszono też przedstawicieli kopalni, którzy oczywiście zapewniają, że ich działania nie zmienią warunków życia i nie zanieczyszczą naturalnego środowiska.)
Teddy Balangu, „Orka”, 2008
Jednym z najciekawszych artystów znad rzeki Sepik jest Teddy Balangu, który dziesięć lat temu przyjechał na zaproszenie Muzeum Antropologii do Vancouveru i wyrzeźbił tu między innymi dwa słupy klanowe (za zgodą swej klanowej starszyzny) oraz rzeźbę „Rybaczka” („Fisherwoman”). Na jednym ze słupów, dedykowanym Kanadzie, wyrzeźbił klonowy liść. Do muzealnej kolekcji trafiła też inna rzeźba Balangu – „Orka”, a właściwie hybryda orki i ryby z rzeki Sepik, powstała już po jego powrocie do rodzinnej wioski. O tym, że to orka świadczy płetwa grzbietowa i otwór wytryskowy, na rybę wskazywałby kształt i łuski. Balangu widział orkę podczas wyprawy promem na wyspę Vancouver. Orka w sztuce Pierwszych Narodów Północnozachodniego Wybrzeża pojawia się niemal tak często, jak u rzeźbiarzy znad rzeki Sepik krokodyl.
Na Nowej Gwinei odwiedził Balangu rzeźbiarz John Marston (z narodu Coast Salish), mieszkający na Wyspie Vancouver.
Rzeźby artystów znad rzeki Sepik na Uniwersytecie Stanforda
Gdy oglądałem wystawę w Muzeum Antropologii, przypomniało mi się, że gdzieś już to kiedyś widziałem! Półtora roku temu podczas bożonarodzeniowej wycieczki do Kalifornii odwiedziliśmy z Marcinem Uniwersytet Stanforda. Na tamtejszym kampusie znajduje się niewielki park papuaskiej rzeźby, stworzony właśnie przez artystów znad rzeki Sepik, zaproszonych tu w 1994 roku przez tutejszy Wydział Antropologii. Było to o wiele większe przedsięwzięcie niż wystawa na UBC. Na Uniwersytecie Stanforda grupa dziesięciu rzeźbiarzy w różnym wieku spędziła przez około pół roku.
Do Kalifornii przyjechał też wówczas Teddy Balangu, jako jeden z młodszych uczestników ekspedycji. Na uniwersytecie i w San Francisco natknął się na kolekcję brązowych odlewów rzeźb Augusta Rodina, m.in. „Myśliciela”. Miał powiedzieć: „Ja zrobię to lepiej”. Tak powstała ulepszona wersja rzeźby słynnego Francuza. Balangu figurę zatroskanego mężczyzny połączył z wierzeniem ludu Iatmul o przodku. Siedząc na skraju wielkiej dziury, z której się właśnie wyłonił, rzeczony przodek zastanawia się nad tym, jak ulepić z gliny innych ludzi. Pierwsze nieudane próby, fragmenty ludzkich ciał, leżą u jego stóp.
Teddy Balangu, „Myśliciel”, 1994, Uniwersytet Stanforda
Oczywiście od razu przychodzi mi też do głowy „Toguna”, postawiona w Parku Rzeźby na warszawskim Bródnie przez Youssoufa Darę, Dogona z Mali, który przyjechał kilka lat temu do Polski na zaproszenie Pawła Althamera i Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Dara na jednym z filarów toguny, dogońskiego miejsca spotkań, wyrzeźbił m.in. warszawską syrenkę, ale w katandze, tradycyjnej dogońskiej masce. To podobny styk oddalonych od siebie kultur jak w niektórych rzeźbach Balangu. W Warszawie obyło się jednak bez antropologicznego, uniwersyteckiego parasola.
Na stronie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pojawiła się informacja o składzie zespołu sterującego (czyli komisji eksperckiej) w programie Kolekcje, priorytecie „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej” (komunikat). Chodzi o priorytet adresowany do muzeów sztuki współczesnej na rozwój ich kolekcji, czyli w praktyce do czterech muzeów: Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, krakowskiego MOCAK-u, Muzeum Sztuki w Łodzi oraz Muzeum Współczesnego Wrocław. O tym, że w pierwszym rozdaniu żadnemu muzeum nie przyznano dotacji, pisałem już jakiś czas temu („Środkowy palec ministra”). Potem ministerstwo wydało komunikat o potrzebie zmiany regulaminu i ponownego ogłoszenia konkursu („Komunikat”). Szerzej o sprawie kolekcji pisałem ostatnio w tekście „Jaka sztuka jutro” na łamach „Dwutygodnika”.
Ministerstwo poinformowało też, że żadne z odwołań w priorytecie „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej” nie zostało rozpatrzone pozytywnie (odwoływać mogły się tylko MOCAK i Muzeum Współczesne Wrocław). Czyżby, tak jak zapowiadano, ruszyły prace nad zmianą regulaminu i uruchomieniem programu od nowa?
Zapomniało dodać w tej lakonicznej informacji, że w ostatnim momencie zmieniono skład zespołu sterującego. Tradycyjnie zasiadali w nim historycy sztuki specjalizujący się w sztuce współczesnej, wykładowcy uniwersyteccy. W tym roku najpierw zostali powołani, a potem odwołani mailem – m.in. Izabela Kowalczyk, Luiza Nader, Waldemar Baraniewski.
Kto ich zastąpił? Są to: Monika Małkowska, krytyczka-populistka, niespełniona malarka, która twierdzi, że w świecie sztuki rządzi „mafia bardzo kulturalna”, wspierana przez „słoiki” (pisałem o niej ostatnio w poście „Don Kichotka”, w którym komentowałem jej ostatni wywiad w „Do Rzeczy”); Zbigniew Dowgiałło, malarz, autor m.in. monumentalnego obrazu przedstawiającego katastrofę smoleńską (pokazywanego na wystawie „Nowa sztuka narodowa” w MSN-ie), w ostatnich wyborach samorządowych startował bez powodzenia z ramienia Prawa i Sprawiedliwości do Rady Dzielnicy Ochota w Warszawie (jego strona internetowa); Jacek Kucaba, były prezes ZPAP, trzeciorzędny rzeźbiarz, autor m.in. pomników Jana Pawła II i innych zleceń kościelnych (również polecam jego stronę internetową); Katarzyna Nowakowska-Sito, historyczka sztuki, ale specjalizująca się w sztuce międzywojnia, była pracowniczka Muzeum Narodowego w Warszawie; Maria Korzeniowska-Marciniak, specjalistka od rynku sztuki (pojawiała się w zespole sterującym w poprzednich latach); Elżbieta Zawistowska, była pracowniczka Muzeum Narodowego w Warszawie.
To oczywiście tylko nazwiska, niektóre z wiedzą i doświadczeniem – nie wiemy w końcu, jak kto głosował. Ale skład komisji nie jest zaskoczeniem – nazwiska Małkowskiej, Kucaby czy Dowgiałły krążyły po mieście. Ministerstwo może nawet zdaje sobie sprawę z tej autokompromitacji. Ale czy na tym nie polega właśnie dobra zmiana i „korekta w kulturze” ministra Glińskiego? Cóż, jaka partia, tacy eksperci.
Dla porównania w zeszłym roku w komisji zasiadały: dr hab. Maria Hussakowska-Szyszko, dr Maria Korzeniowska-Marciniak, prof. nadzw. dr hab. Izabela Kowalczyk, dr hab., prof. UWr. Anna Markowska, dr Gabriela Świtek (komunikat).
W priorytecie „Regionalne kolekcje sztuki współczesnej” ministerstwo zapowiedziało przeprowadzenie drugiego naboru.
„Do Rzeczy” z 21 marca opublikowało wywiad z Moniką Małkowską, krytyczką, która „obnażyła patologię w polskiej kulturze”. Wywiad ten nosi tajemniczy tytuł „Imperium kontratakuje”. O ile jej tekst „Mafia bardzo kulturalna” z „Rzeczpospolitej” ze stycznia 2015 roku, którego ten wywiad jest echem, był szytym grubymi nićmi absurdem, to wiadomo było przynajmniej, o co chodzi w tytule. Kontratakujące imperium jest bardziej dwuznaczne. Czy znowu chodzi o „mafię”, która nabrała drugich skrzydeł, czy może o to imperium, z którym mierzymy się od kilku miesięcy? Szkoda, że Małkowska w wywiadzie w ogóle nie odnosi się do obecnej sytuacji politycznej ani do polityki Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Gdy ukazał się tekst Małkowskiej o „mafii kulturalnej”, wydawało mi się, że trzeba go olać. Próbował z Małkowską dyskutować Iwo Zmyślony. Zareagowali też dyrektorzy instytucji, oskarżani przez Małkowską o tworzenie struktur mafijnych. Zignorowanie Małkowskiej było błędem, krótkowzrocznością. Ale z drugiej strony – czy dyskutowanie z nią cokolwiek zmieniło? Jednak gdy dziś ją czytam, mam wrażenie, że mówi już nie tylko w swoim imieniu.
Małkowska stała się krytyczką-populistką. „Mafia bardzo kulturalna” rozpoczyna się od zestawu stereotypowych nieporozumień związanych ze sztuką współczesną, pod którymi krytyczka – zamiast je rozwiewać – podpisuje się. Pisze, że wystarczy kurator lub krytyk, by sztukę zrobić z byle kupy błota. Pisze, że o randze sztuki coraz częściej decyduje skandal czy szum medialny. Narzeka na rosnącą rolę kuratorów i zanik krytyki (nie zauważa jednak, że ten ostatni może się wiązać z kryzysem prasy; nie tylko ona straciła etat, etaty potraciło wielu dziennikarzy – krytycy mojego pokolenia o tym, że istnieje coś takiego jak etat, dawno zapomnieli). No a to wszystko jest nakręcane przez grupę cynicznych cwaniaków, którzy wciskając ściemę, kręcą na tym lody.
Jak wynika z najnowszego wywiadu, Małkowska to niezwykle płodna krytyczka. Już w pierwszym zdaniu chwali się, że w ciągu ćwierćwiecza opublikowała ponad 10 tys. tekstów. To jakieś czterysta tekstów rocznie, czyli więcej niż jeden dziennie – chapeau bas!
Problem w tym, że dla osoby nieznającej realiów i nieśledzących świata sztuki, legitymizowana tasiemcową bibliografią Małkowska na pierwszy rzut oka może mieć nawet rację. Miesza bowiem ze sobą dwie sprawy – katastrofalną sytuację socjalną twórców oraz odpowiedzialność za tę sytuację rzekomej „mafii”.
Trudnym położeniem artystów w Polsce zajmowało się przede wszystkim Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej; ubezpieczeń społecznych dla twórców dotyczył Strajk Artystyczny w maju 2012 roku. OFSW próbowało minimalizować zależności artystów od rynku sztuki podnosząc kwestię płacenia artystom za udział w wystawach.
Nierówności czy funkcjonowanie tzw. czarnej materii świata sztuki to problem nie tylko Polski, to problem globalny, wszak świat sztuki jak w soczewce skupia w sobie patologie neoliberalnego kapitalizmu. Nie jest jednak tak, jak chce Małkowska, że winę za to ponosi parę powiązanych interesami osób, które wystarczy zdemaskować (i ukarać?). Jako środowisko jesteśmy przecież jednym z najlepiej przebadanych środowisk – w ostatnich latach namnożyło się raportów i badań, wiemy o sobie bardzo dużo. Jesteśmy świadomi dysproporcji i nierówności. Ale musimy sobie zdawać też sprawę z tego, że niektórych z nich nie zlikwidujemy nigdy – chociażby tych między liczbą aspirantów (opuszczających Akademie Sztuk Pięknych) a ograniczeniami tzw. pola widoczności (czyli po prostu przepustowości galerii i muzeów).
Tyle że problem biedy twórców to problem systemowy (i jego rozwiązanie nigdy nie zaspokoi wszystkich). Bezpodstawne wskazywanie palcem winnych (galerii, kuratorów, dyrektorów muzeów) to jak szukanie kozła ofiarnego. W przypadku Małkowskiej tezy i argumenty Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej czy kręgu aktywistów i badaczy zajmujących się prekariatem i tzw. środowiskami kreatywnymi służą do przeprowadzenia próby czystki w kanonie współczesnej sztuki czy donkiszockiej walki z establishmentem. Przy czym, podobnie jak ministerstwo w przypadku dotacji na kolekcje, Małkowska wie już, z kim walczy, ale jeszcze chyba nie jest pewna, co popiera (list „najbardziej niedocenionych” dołączona do „Mafii bardzo kulturalnej” jest mało przekonująca, bo to jednak artyści funkcjonujący w obiegu).
W wywiadzie Małkowska zdradza, jak powstał tekst „Mafii bardzo kulturalnej” i dlaczego tak późno: „Wtedy jeszcze nie miałam wglądu w materiały i nie wiedziałam, jak na twarde liczby przekłada się to, że od kilku lat beneficjentami wszystkich grantów i dotacji są wciąż ci sami ludzie”. Co to za materiały i co to za „twarde liczby” – nie wiadomo. Ani w artykule, ani w wywiadzie nie padają. Tekstem Małkowskiej nie zainteresował się tygodnik „Polityka”, i dopiero Dominik Zdort, szef „Plusa Minusa” (dodatku do „Rzeczpospolitej”), „przeraził się skalą wynaturzeń”.
Ciekawe, że Małkowska zaprzecza sukcesom polskich artystów za granicą: „Wciskana nam ułuda pryska w zderzeniu z realiami – w zachodnich muzeach, w ważnych galeriach nie jesteśmy obecni, a nasza »wyjątkowość« na kulturalnej niwie to propaganda, którą nam wmawiano”. Znowu, krytyczka ma rację, wyśmiewając (auto)promocyjne zapędy Instytutu Adama Mickiewicza, który wysyłał polskich dziennikarzy na otwarcia swych zagranicznych imprez, by w Polsce odtrąbili kolejne sukcesy, chociażby Polskiej Prezydencji, gdy kultura służyła za kwiatek do kożucha polityki. Ale Małkowska wydaje się nie zauważać, że od co najmniej kilkunastu lat polscy artyści po prostu uczestniczą w międzynarodowym obiegu – i tego sukcesu, po dekadach artystycznej izolacji, nie da się zaprzeczyć. Stało się tak również – chociaż nie wyłącznie – dzięki pracy Instytutu Adama Mickiewicza, ale przede wszystkim dzięki międzynarodowym kontaktom instytucji publicznych, kuratorów, galerii prywatnych, sukcesywnego budowania relacji.
To się po prostu dzieje. Artyści polscy na równych prawach uczestniczą w międzynarodowym obiegu, a zagraniczne pisma piszą o wystawach w polskich muzeach i galeriach. Powoli budowana jest również świadomość o istnieniu takich twórców jak Szapocznikow czy Wróblewski. OK, polska sztuka nigdy nie stworzyła zjawiska w rodzaju niemieckiego Neue Wilde, polscy twórcy to też nadal nie pierwsza liga rynku sztuki w rodzaju Richtera czy Hirsta (chociaż może to i lepiej), ale twierdząc, że polscy artyści nie są obecni w ważnych galeriach i muzeach, Małkowska grubo się myli.
Tym bardziej, że za „mafią” mają się kryć ci, którzy właśnie poza Polską sporo osiągnęli – Małkowska określa ich jako „stajnię Rastra, Fundacji Galerii Foksal, reprezentantów Muzeum Sztuki Nowoczesnej”, chociaż kim są ci ostatni, trudno jasno stwierdzić, na pewno jest to dosyć szeroka grupa artystów. Rzekoma mafia ma jednak mieć szerokie powiązania – w mediach, uczelniach artystycznych, instytucjach. Wręcz włada umysłami.
Przeprowadzający wywiad dziennikarz, Jakub Kowalski, sugeruje, że tekst „Mafii bardzo kulturalnej” „nabrał drugiego życia poza Polską” – tego niestety Małkowska nie rozwija; chętnie bym się dowiedział o zagranicznej recepcji krytyczki znad Wisły.
Dalej Kowalski podsuwa Małkowskiej: „Mafia nie wybacza i ukarała panią dotkliwie”. Krytyczka potwierdza: „Zostałam wyeliminowana ze środowiska, któremu wcześniej zależało na moich opiniach. Zaczęto za moimi plecami uprawiać czarny PR. (…) Chcieli mnie też odkopać ekonomicznie. Straciłam rozmaite zajęcia, co mocno uderzyło mnie po kieszeni. Jednak – mój Boże – raz się żyje i skoro chce się zachować twarz, to trzeba odpowiadać za swoje słowa. I mieć kręgosłup moralny, którego moje środowisko najwyraźniej nie ma”.
Oczywiście Małkowska ze swoim kręgosłupem może czuć się lepsza – czemu nie. Na zdjęciu towarzyszącym wywiadowi, siedząc na wysokim postumencie, prezentuje się dumnie wyprostowana. Ale może wzięłaby pod uwagę fakt, że po wysuwaniu wątpliwych oskarżeń jako ekspertka straciła w oczach redaktorów, a jako nauczycielka w oczach decydentów Akademii Sztuk Pięknych?
Małkowska jednak idzie o krok dalej – twierdzi, że ostracyzm dotknął też jej nieżyjącą babcię. Jeśli ktokolwiek do tego momentu przyjmował jej słowa bezkrytycznie, w tym miejscu musi zobaczyć błysk czerwonej lampki. „Trudno pojąć, ale medialna eliminacja dotknęła również pani babcię!”, twierdzi dziennikarz. A jakże, potwierdza Małkowska. Jej babci, dawnej pracowniczki Polskiego Radia, nie uczczono przy okazji 90-lecia tej szacownej instytucji: „Jeszcze by ktoś ze słuchaczy przypomniał sobie nazwisko Małkowska… Uważam to za hańbę Polskiego Radia”. Czy to hańba, czy nie, trudno mi rozstrzygać. Dostrzeżenie w tej historii macek „mafii bardzo kulturalnej” to jednak objaw jakiejś manii.
Sztab mafijny i „słoiki”
Kto kieruję mafią? W mało zawoalowany sposób Małkowska sugeruje, że capo di tutti capi to Anda Rottenberg. Ale „sztab liczy ok. 10 osób. Z artystami, kuratorami, dziennikarzami – ok. 50. Reszta to pomniejsi funkcjonariusze i aspiranci do wejścia w układ. Najczęściej tzw. słoiki, po przeprowadzce do Warszawy. Wiedzą, że ich kariera związana jest z zakotwiczeniem, powrót do domu byłby klęską. Wczepiają się więc pazurami w układ, zdolni do przegryzienia gardła temu, kto zdemaskuje ich słabości. To właśnie ci nadgorliwcy przestali mi się kłaniać”. Mafiosami mają być po prostu najbardziej wpływowi kuratorzy. Z nazwiska Małkowska wymienia Sebastiana Cichockiego, Łukasza Rondudę, Stacha Szabłowskiego.
Najtrudniej mi przejść do porządku dziennego nad rzekomymi krwiożerczymi „słoikami”. Sam kilkanaście lat temu przyjechałem do Warszawy na studia i nie wiem, dlaczego regularnie ktoś mi to wprost lub nie wprost wytyka. Słoiki to jakiś parszywy termin utrwalony w debacie publicznej przez „Gazetę Stołeczną”. Sama potrzeba istnienia takiej kategorii świadczy o przedziwnej odmianie lokalnej ksenofobii. Jedni narzekają, że przyjezdni zajmują parkingi, Małkowskiej kategoria „słoika” służy do snucia pseudosocjologicznych rozważań, jakoby przeprowadzka do stolicy wiązała się z jakimiś szczególnie wrednymi cechami charakteru.
Bo podobnie jak wielu z nas prześmiewczo i przekornie nazywa się „gorszym sortem” (za prezesem), „obywatelami drugiej kategorii” (za prezydentem), tak pewnie większa część naszego środowiska może się określać „mafią bardzo kulturalną” (za Małkowską). Jakoś nie przeszłoby mi jednak przez gardło, by nazwać się „słoikiem”.
Niestety Małkowska nie zauważa w wywiadzie, że jej poglądy świetnie mogą posłużyć do „korekty w kulturze”, zapowiadanej przez ministra Glińskiego. A może już służą?
„Czy to można zmienić?”, z nadzieją pyta dziennikarz przestraszony wizją mafijnych macek. „Tak – odpowiada Małkowska – rozwalając patologiczny układ, ale to będzie rewolucja w warstwie zwanej, niesłusznie, inteligencją. Potrzeba do tego pułku Don Kichotów, niezależnych tak jak ja. I nieskorumpowanych urzędników. Raczej nie widzę szans”.
Ciekawe, że mamy dziś dwóch krytyków, którzy węsząc patologie, oczekują rewolucji i wydają mi się coraz sobie bliżsi: Małkowska wieści rewolucję w warstwie instytucjonalnej, Zmyślony – w warstwie moralnej.
„Chłoporobotnik i boa grzechotnik” to bohaterowie piosenki Agnieszki Osieckiej „Niech żyje bal”, którą śpiewała Maryla Rodowicz. Kim jest chłoporobotnik, nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć. Gorzej z „boa grzechotnikiem”, który w piosence „z niebytu wynurza się fal”. Osiecka go bliżej nie przedstawia. To jakiś dziwny twór. Pewnie jak robotnik nie będzie chłopem, tak wąż boa nie zagrzechocze. W Muzeum Sztuki Nowoczesnej tytuł „Chłoporobotnik i boa grzechotnik” nadano wystawie, która z różnych punktów próbuje ugryźć problem peerelowskiej wsi – tej nowej, zmodernizowanej, bliższej chłoporobotnika, a z drugiej strony wiejskiej kultury, która była tymi zmianami wypierana, ale którą z jakichś powodów starano się zachować jako pewien wyidealizowany obraz.
W poprzednim tygodniu oprowadziła mnie po tej wystawie jej kuratorka Ewa Tatar. Wcześniej obejrzałem ją jednak sam. Punktem wyjścia jest tu „Nowa Wieś”, peerelowskie pismo adresowane do postępowych mieszkańców wsi, skonfrontowane ze sztuką ludową, wypożyczoną z muzeów etnograficznych.
Wychowałem się na wsi i pismo „Nowa Wieś” pojawiało się regularnie w naszym domu. Zresztą jako jeden z wielu prenumerowanych tytułów. Prasa była stosunkowo tania. Poranny pekaes przywoził paczkę z gazetami do kiosku Ruchu. Z korespondencyjnej księgarni „Nowej Wsi” moi rodzice zbudowali naszą domową biblioteczkę. Zamawiało się książki hurtowo, nigdy nie wiedząc, co jeszcze będzie w magazynie, a co już nie, a w rezultacie – jaka część zamówienia zostanie zrealizowana. Stąd każda paczka była zaskoczeniem i niespodzianką. Efekt tych hurtowych zamówień był też taki, że do niektórych książek nikt nigdy nie zajrzał i po kilkunastu latach można było jeszcze znaleźć tomy z nierozciętymi kartkami.
Moi rodzice przyjechali do Dolistowa nad Biebrzą pod koniec lat 70. jako młodzi nauczyciele. Gmina gwarantowała im mieszkanie, a na ich decyzję wpłynęła też bliskość natury (dziś to Biebrzański Park Narodowy) oraz ośrodka zdrowia. Moja matka pracowała jako przedszkolanka, a mój ojciec uczył matematyki oraz pracował jako opiekun szkolnej biblioteki, liczącej zaledwie kilka tysięcy tomów. Problemowi wiejskich szkół poświęcił swój tekst, który wysłał do redakcji „Nowej Wsi”.
Gdy rodzice wyprowadzili się na wieś, trwała jeszcze przebudowa – jak za Kazimierza Wielkiego – ze wsi drewnianej w murowaną, często za dolary przysyłane zza oceanu. Młodzi budowali murowane klocki obok starych drewnianych domów, a gdy starsze pokolenie umierało – drewniane chałupy rozbierano. Wraz z tymi chałupami odchodziła kultura materialna dawnej wsi. Mój ojciec zarządził wśród uczniów zbiórkę, by ocalić przynajmniej jakiś jej fragment – powstała kolekcja starych kołowrotków, rzeźbionych uprzęży, tar do prania, lamp naftowych, kuchennych utensyliów i przedmiotów, których przeznaczenia nigdy nie potrafiłem odgadnąć. Cały ten zbiór stał się ozdobą szkolnej biblioteki, zamieszkując najwyższe półki regałów, gdzie nikt z nas nie sięgał.
Przez te kilkanaście lat spędzonych na wsi oraz podczas wielokrotnych odwiedzin, nigdy nie zetknąłem się z jakimkolwiek przejawem tego, co zwykliśmy nazywać sztuką ludową. Nigdy nie zetknąłem się z tym, co w krótkim tekście do wystawy Ewa Tatar określa jako „romantyczne” czy „sentymentalne” (przeciwstawione postępowi i modernizacji). OK., były jarmarki i odpusty, lizaki z makiem, drogi obsypane tatarakiem na Boże Ciało, gwiazdy zdobione słomą i bibułką na Boże Narodzenie, a nawet wieńce ze zboża na Matki Boskiej Zielnej. Ale żadnych rzeźbionych Chrystusów Frasobliwych, diabłów ani wycinanek. Nic. Gdy myślę o wiejskiej tradycji, bliższe jest mi wspomnienie bibliotecznej kolekcji mojego ojca. I jednak Redliński, w którego książkach („Awans” czy „Konopielka”) odbijało się jakieś doświadczenie moich rodziców. Może dlatego „Konopielka” w reżyserii Leszczyńskiego (na podstawie Redlińskiego) przez jakiś czas była w naszym domu ulubionym, oglądanym wielokrotnie filmem.
Z Ewą doszliśmy do wniosku, że – z racji wieku – nasza pamięć o PRL-u oraz o wsi jako takiej, nawet jeśli mieszkało się poza miastem, jest uboga. Sama wystawa dotyczy bardzo długiego okresu. No i „Chłoporobotnik i boa grzechotnik” to jakaś mieszanina fantazmatów. A Tatar nie wyjaśnia właściwie, dlaczego ta wystawa powstała. Czy to echo wypromowanego przez kuratorów wiejskiego nurtu w najnowszej sztuce polskiej, „odkrytego” na wystawie „Co widać” w MSN-ie? Czy chodzi o zainteresowanie Cepelią?
Na razie mamy tu kilka wyobrażeń na temat wsi: to cepeliowskie, odbijające się w sztuce ludowej; wyobrażenie o wsi modernizującej się i coraz bliższej wielkiego świata, tej z kart „Nowej Wsi”; wreszcie fantazję o jakiejś wiejskiej autentyczności, szczerości – z fotograficznych notatników Władysława Hasiora, które zresztą „Nowa Wieś” publikowała na swoich łamach. Tatar pokazywała te notatniki na niedawnej wystawie w Zakopanem (recenzowałem ją w „Dwutygodniku”).
Hasior jest tu chyba zresztą wsi najbliższy. Fotografuje wernakularną architekturę, to, jak chłopi dekorowali swoje domy i zagrody (kute bramy), odnajduje w naturze formy, które uznaje za tak dramatyczne, że nie da się ich w sztuce powtórzyć. Ale z równie etnograficzno-encyklopedycznym podejściem potrafi podejść do samej sztuki, chociażby Picassa. Sztuka ludowa czy – jak woli Tatar – samorodna (każdy z terminów obarczony jest wadami) w czasach PRL-u była sztucznie podtrzymywana przy życiu – konkursami, zakupami, Cepelią. Z kolei „nowa wieś” z „Nowej Wsi” była rodzajem projekcji.
Tatar przeprowadza analizę pisma, tworząc tablice tematyczne, złożone z ilustracji i wycinków: kobieta, mężczyzna, technologia, budownictwo, sport… Trudno jednak wyciągać z tych tablic jakieś wnioski, poza tym, że tygodnik miał misję modernizacyjną, a obraz wsi z „Nowej Wsi” daleki był od rzeczywistości. Ciekawe, że dziś pismo ukazuje się jako „Nowa Wieś Europejska” i reklamuje jako „magazyn skierowany do aktywnych, otwartych na zmiany czytelników” („Naszymi odbiorcami są mieszkańcy «kraju poza miastem», aktywni przedstawiciele branży rolno-spożywczej, małej i średniej przedsiębiorczości, szkoły i uczelnie rolnicze”). Ale jak przyjrzeć się bliżej „sztuce samorodnej”, okaże się, że tu również stare łączyło się z nowym. Chrystus Frasobliwy i diabły pojawiają się obok utrzymanych w ludowym stylu pamiątek elektryfikacji wsi. Na tym napięciu opiera się wystawa.
Szkoda, że Tatar do swej dosyć skomplikowanej koncepcji nie przygotowała żadnego przewodnika. Widzom ma wystarczyć krótki tekst na ścianie. A kuratorka ma sporo do powiedzenia na temat niemal każdego obiektu (podobnie było parę miesięcy temu w Zakopanem, gdy Tatar pozostawiła widzów samych z dosyć skomplikowaną i nieczytelną narracją wystawy). Dlatego „Chłoporobotnik i boa grzechotnik” może sprawiać wrażenie – że posłużę się tytułem zbioru aforyzmów Leca – myśli nieuczesanych.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wydało dzisiaj komunikat w sprawie priorytetu „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej”. W ramach tego priorytetu w pierwszym naborze nie przyznano dotacji na rozbudowę międzynarodowych kolekcji żadnemu z czterech uprawionych muzeów sztuki współczesnej (pisałem o tym w komentarzu „Środkowy palec ministra”). W komunikacie ministerstwo zapowiada przeprowadzenie drugiego naboru przy regulaminie zmienionym „na drodze konsultacji pomiędzy resortem, ekspertami oraz wnioskodawcami”.
Pisze się tu jakieś bzdury o tym, że po raz pierwszy „eksperci oceniali dzieła sztuki na podstawie ich zdjęć”, z czym mieli wyraźny problem. Ale przede wszystkim, że „Krytyczna ocena złożonych w konkursie wniosków związana była, zdaniem ekspertów, z wadliwie skonstruowanym dotychczasowym regulaminem priorytetu, w którym eksperci mogli zaakceptować lub odrzucić jedynie całe zaproponowane kolekcje, a nie pojedyncze dzieła sztuki”.
To doprawdy ciekawe. Od 2011 roku, gdy uruchomiono jeszcze pilotażowy priorytet „narodowych kolekcji” żadna komisja ekspercka (zwana w regulaminie zespołem sterującym) nie miała takich problemów. Nic wadliwego nie było w regulaminie. Przecież ministerstwo nie może decydować za muzea, co powinny, a czego nie powinny kupować (w ramach muzeów istnieją złożone z ekspertów komisje zakupowe). Zespół sterujący oceniając wnioski bierze pod uwagę chociażby niepowtarzalność kolekcji na tle innych zbiorów w Polsce i Europie, jej spójność, udział wybitnych artystów reprezentowanych przez najbardziej wartościowe prace, udział w budowie współczesnego kanonu sztuki czy wykorzystanie budowanej kolekcji w programach edukacyjnych. Komunikat MKiDN wyraźnie wskazuje zapędy, by ręcznie sterować zakupami do kolekcji. Na dobrą sprawę ministerstwo sugeruje też, że zespół sterujący oceniając wnioski najwyraźniej nie kierował się regulaminem i wytycznymi priorytetu, uznając je za wadliwe, a jednocześnie przyznał się do własnej niekompetencji.
Komunikat nie wyjaśnia kilku innych ważnych kwestii:
Dlaczego ministerstwo zmieniło skład wcześniej powołanych zespołów sterujących? Wcześniej powołani członkowie zespołu, wykładowcy akademiccy, historycy sztuki specjalizujący się w sztuce współczesnej, zostali o tym poinformowali mailem. Nadal nie znamy oficjalnie składu nowych komisji, chociaż nieoficjalnie lista nazwisk krąży w środowisku.
Dlaczego ministerstwo złamało regulamin opóźniając o ponad miesiąc publikację wyników naboru? Zgodnie z regulaminem ma na to dwa miesiące od momentu zakończenia przyjmowania wniosków, czyli od 30 listopada.
Dlaczego tak drastycznie niska była nie tylko ocena merytoryczna, ale również ocena strategiczna wniosków? Wyjaśniam: Komisja ekspercka, czyli zespół sterujący, przyznaje tylko 60 ze 100 możliwych do uzyskania punktów. Kolejne 10 punktów to tzw. ocena organizacyjna, a 30 punktów to tzw. punkty strategiczne przyznawane przez ministerstwo. Stosowane są tu dosyć obiektywne kryteria. Ocena strategiczna uwzględnia strategię budowy i rozwoju kolekcji, stosowanie dobrych praktyk, dostępność gromadzonej kolekcji, strategię promocyjną. Wieloletnie strategie rozwoju kolekcji poszczególnych muzeów się nie zmieniły (zostały opracowane na perspektywę co najmniej pięciu lat), nie zmienił się regulamin ani wytyczne priorytetu. Jak to się więc stało, że ministerstwo tak surowo „strategicznie” oceniło wnioski muzeów, obcinając niektórym z nich liczbę punktów w porównaniu z poprzednim rokiem nawet o połowę? (Na przykład Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie z 29 punktów w 2015 na 14 punktów w 2016.) Tu już nie mogło chodzić ani o problem z obrazkami, ani o chęć decydowania o poszczególnych dziełach sztuki. Tu chodziło już o to, że sztuka współczesna nie mieści się w polityce kulturalnej nowego rządu.
Nie sądzę, by majstrowanie przy regulaminie priorytetu, który świetnie działał przez ostatnie kilka lat, dobrze wróżyło na przyszłość. Z komunikatu wynika, że resort próbuje stworzyć sobie furtkę do tego, by odgórnie wpływać na program muzeów i kształt ich kolekcji. Ciekawe, co będzie dalej.
Stanisław Garbarczuk na wystawie „Po co wojny są na świecie”
Na „Dwutygodniku” pojawił się właśnie mój tekst o trzech ostatnich wystawach Muzeum Sztuki Nowoczesnej w pawilonie Emilii: „Współczynnik sztuki”. Te wystawy to „Chleb i róże”, „Po co wojny są na świecie” oraz „Robiąc użytek”. Piszę o MSN w nowej sytuacji politycznej, o Jacku Adamasie i rozkroku świata sztuki.
„Wystawy świetnie ilustrują rozkrok Muzeum, które miało realizować koncepcję muzeum krytycznego Piotra Piotrowskiego i wydawało się, że to robi. Instytucja chce być blisko rzeczywistości, reagować na wydarzenia społeczno-polityczne, a czasem nawet je antycypować. By to robić rzetelnie – podkreślał Piotrowski – muzeum najpierw samo musi się określić, opisać, zdefiniować; krytyczność instytucji miała polegać na nieustannej autoanalizie. Tymczasem od paru miesięcy żyjemy w zmienionej rzeczywistości i taka autoanaliza musi ją uwzględniać. Przygotowując te trzy wystawy, MSN najwyraźniej antycypowało rozwój wypadków. Bo czy faktycznie oczekujemy od publicznych instytucji, że otwarcie wystąpią przeciwko obecnemu rządowi?”