Złoci ludzie na Cyprze

DSC02076

Mam za sobą tygodniowy pobyt na Cyprze z ekipą Pawła Althamera. „Ekipą” nazywam osoby, które towarzyszą mu w jego projektach od jakiegoś czasu lub które zaprasza do współpracy. Jak Rafał Żurek zwany Żwirkiem, prawa ręka artysty, i jego dziewczyna Aga Szreder, artystka. Albo Jacob Cohen, wiolonczelista, poznany w nowojorskim metrze. Do Nikozji na spacer złotych ludzi przyjechali też m.in. Marcin Althamer, młodszy brat Pawła, Magda Materna, która organizowała słynny lot złotym samolotem do Brukseli w 2009 roku, Robert Brylewski, muzyczna legenda, a także Piotr, który szyje złote kostiumy. Plus grupa nowopoznanych przyjaciół i pracowników galerii na miejscu.

Przez prawie trzy miesiące w Nikozji trwał Althamerowy projekt – w Muzeum Leventisa odbyła się któraś już z kolei odsłona „Kongresu rysowników”, a w galerii Point – krótkie rezydencyjne przedsięwzięcia zaproszonych przez Pawła przyjaciół, m.in. nowojorskiego rzeźbiarza Briana Fernandeza-Hallorana czy Michała Mioduszewskiego, który kiedyś rozkręcił „Domek herbaciany” w Parku Rzeźby na Bródnie, a obecnie jest opiekunem niekonwencjonalnego domu kultury na Targówku, Czterech Pokoi z Kuchnią. Zwieńczeniem tych wszystkich działań był kongresowy finał – pocięcie i rozdanie fragmentów ogromnego malowidła, a dwa dni wcześniej – bardziej kameralnie – wycieczka złotych ludzi.

DSC02144

DSC02106
Jacob Cohen

Od czasu działań wojennych w latach 70. Cypr podzielony jest na część południową, grecką, i północną, turecką. Przez wyspę przebiega strefa graniczna, która dzieli też na pół samą Nikozję. W strefie tej czas zatrzymał się w czasie wojny, stoją tam ruiny ze śladami po kulach. Kontrolują ją żołnierze ONZ. Dopiero od około dziesięciu lat funkcjonują przejścia graniczne, pozwalające przechodzić z jednej strony na drugą. Turecki Cypr uznawany jest jedynie przez Turcję. Grecy cypryjscy nazywają tę część wyspy terytoriami okupowanymi. W Muzeum Archidiecezjalnym co drugi artefakt ma podobną historię – zrabowany z opuszczanych świątyń na północy, znalazł się na rynku międzynarodowym i po latach wrócił w ręce Kościoła Cypryjskiego, tyle że na południu. I nie chodzi tu o ikony, lecz zdjęte ze ścian freski czy mozaiki.

Z paszportem w ręku przechodzi się z greckiej do tureckiej części Nikozji w minutę, ale w rozmowach z Cypryjczykami często wyczuwa się napięcie i wzajemną niechęć. Wielu z nich po drugiej stronie granicy pozostawiło swoje domy. Część greckich Cypryjczyków w ogóle nie chodzi na stronę turecką, twierdząc, że nie chcą legitymizować okupacji tych terenów. Instytucje z południa nie robią niczego po stronie tureckiej. I już kiedyś z tego powodu odwołano Manifesta, które miały się odbyć w Nikozji.

DSC02145

DSC02153

Część działań w ramach projektu Althamera odbyła się jednak po stronie tureckiej, jednak bardziej nieformalnie. Jak improwizowany koncert Brylewskiego i Cohena (Żwirek ochrzcił duet jako Radical Peace) w barze Hoi Polloi. Na turecką stronę pojechała też wycieczka złotych ludzi specjalnie wynajętym zabytkowym autobusem. Wyprawa była stosunkowo nieliczna, ale do grupy przyjezdnych dołączyło kilku Cypryjczyków z obu stron granicy. Złote stroje jak zwykle sprawdziły się w pejzażu. Odwiedziliśmy ruiny twierdzy Vouni, położonego na szczycie góry, a potem malowniczą nieczynną kopalnię miedzi, gdzie zapaliliśmy ognisko. Powstał tam też ogromny rysunek na białym płótnie. A przez cały czas towarzyszyła nam muzyka Jacoba i Roberta.

W 2009 roku pisałem o „Wspólnej sprawie” w Brukseli, czyli wyprawie sąsiadów Althamera z Krasnobrodzkiej i okolic do stolicy Unii Europejskiej złotym samolotem: „Brukselski nalot złotych kombinezonów”.

Bałka w Muzeum Sztuki

DSC01477

Polecam wystawę Mirosława Bałki w Muzeum Sztuki w Łodzi, której kuratorką jest moja dobra przyjaciółka Kasia Redzisz (wspólnie kilka lat temu przygotowaliśmy książkę o grupie Świadomość Neue Bieriemiennost, którą Bałka współtworzył). Wystawę recenzuję na „Dwutygodniku”: Bałka według Bałki.

„Ta wystawa to spojrzenie w przeszłość, na własny dorobek. Mirosław Bałka stroni jednak od retrospektyw i podsumowań. Jeśli spogląda wstecz na swą twórczość, to czyni to na własnych zasadach. Jakby nie interesowały go dzieła, o których mówił kiedyś, że wysyła je w świat. Nie śledzi ich i nie zaprasza na spotkanie po latach. 30 lat po maturze – trudno o większe rozczarowanie. W Muzeum Sztuki w Łodzi Bałka sięga po sprawdzone przez siebie strategie i stosuje je tym razem wobec własnej twórczości. Redukuje. Zadowala się śladem, pozostałością, które w jego rękach urastają do rangi relikwii.

Bałka wielokrotnie stosował artystyczny recycling, zwłaszcza gdy w odnajdowanych przedmiotach odciskały się ślady człowieka. Fetyszyzował je – swój rodzinny dom w Otwocku, który przez lata służył za jego pracownię, Galerię Foksal. I w Łodzi znajdziemy takie prace, na przykład fragment linoleum z Foksalu, którego kształt oddaje skomplikowany układ pomieszczenia i w którym przez lata użytkowania odbiła się klepka z podłogi; wisi na ścianie niczym filcowe prace Roberta Morrisa. Albo nadpalone rysunki, ofiary pożaru w pracowni. Głównym obszarem wiwisekcji Bałki jest tym razem jego własna twórczość”.

Artyści-kuratorzy

DSC01627

Na „Dwutygodniku” piszę o trzech wystawach w Warszawie (dwóch w Zachęcie i jednej w Królikarni), w których artyści wychodzą w rolę kuratorów: Artysta + kurator = ?.

Najbardziej godna polecenia jest wystawa przygotowana przez Zbyszka Liberę w Królikarni – „To nie moja wina, że otarła się o mnie ta rzeźba”. Libera wybiera z kolekcji Królikarni prace tak, by opowiadały jakieś mikro-historie. Komentuje je własnymi rysunkami. Piszę na przykład:

„Libera ogłasza też ‚Mistrzostwo świata w rzeźbie kobiet’. Dokonania polskiego wunderteamu rzeźbiarek, od Aliny Szapocznikow po Zuzannę Janin, humorystycznie zestawia z osiągnięciami polskich biegaczek, rekordzistek świata, Ireny Szewińskiej i Ewy Kłobukowskiej. Największe wrażenie robi jednak kącik, w którym dwie matrony, rzeźby Xawerego Dunikowskiego, wzięły się pod boki i groźnie łypią na nagiego chłopca dłuta Alfonsa Karnego. Sam Libera często wspomina, że w młodości otaczały go silne kobiety, matka i babka. Może w tym zestawieniu jest coś autobiograficznego? A może Libera jako mężczyzna poczuł się dyskryminowany? Nie posądzałbym go o to. Nie zapominajmy, że odwrócenie męskiego spojrzenia dotyczy wyłącznie sztuki, a nawet w sztuce to ciągle pobożne życzenia, zwane z angielska wishful thinking. Nie dajmy się zwieść manipulacji, jakkolwiek byłaby kusząca”.

Wystawie towarzyszy świetny program spotkań „przy rzeźbach” – z Anką Ptaszkowską o Henryku Stażewskim, z Andrzejem Przywarą o Edwardzie Krasińskim, z Agatą Jakubowską o Alinie Szapocznikow.

 

Tarasewicz

izatarasewicz

Dla „Art Magu” wydawanego przez Deutsche Bank Kunsthalle w Berlinie piszę o Izie Tarasewicz, zwyciężczyni tegorocznej edycji polskiego konkursu Deutsche Banku „Spojrzenia”: „Physics, God, and Nothingness” – ArtMag

„After graduation from the Fine Arts Academy in Poznań, Tarasewicz returned to where she grew up, the Podlaskie region in eastern Poland. She lives and works in the small village of Kolonia Koplany, a few kilometers from Białystok, the region’s capital. “What was necessity at first,” she admits, “turned out very helpful and inspiring. I like to work somewhere on the sidelines.” For generations, her family used to run a farm here. And it is always Kolonia Koplany she comes back to from her many travels. Tarasewicz works close to nature, plant cultivation and husbandry, the rhythms of sowing and reaping, an incessant macro-metabolism.

Her studio, however, calls to mind a laboratory or even an alchemist’s hideout. It’s wallpapered with scientific diagrams and formulas. She examines how different materials behave, as if she were looking for the philosopher’s stone. Whereas her installations are conceived as cute miniature models. Tarasewicz’s latest exhibitions orbit around the ideas of chance encounters. She develops modules and display systems that serve as the vocabulary and grammar of her visual language.”

Orłowski

DSC00105

O wystawie Franciszka Orłowskiego w CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie: Przedwczesny bilans – Dwutygodnik.

„Pamiętam, jakie wrażenie robiła praca Orłowskiego na wystawie „Nie ma sorry” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w 2008 roku. Muzeum nie miało jeszcze do dyspozycji Emilki. W pasażu między blokiem przy Pańskiej a salonem meblowym przy Emilii Plater Orłowski postawił samochód osobowy, który równo obłożył asfaltem. Wyglądało to tak, jakby maszyna asfaltująca jechała równo po wszystkim, co napotkała na swojej drodze, a ktoś nieopatrznie zostawił swoje auto w pasażu. Nie ma sorry. To był mocny debiut.

Potem jednak nigdy nie udało się Orłowskiemu powtórzyć tego sukcesu, chociaż bardzo się starał. A to wymieniał się ubraniami z bezdomnym, a potem szył z uzyskanego w ten sposób materiału namiot czy zasłonę przebieralni (dziś uleciał już z nich trudny do zniesienia zapach ludzkiego brudu). A to w jednopensówkę wmontowywał mikrozdjęcie bezrobotnych w Londynie, by następie wpuścić monetę w obieg. A to przerabiał oponę samochodową tak, że jej bieżnik wypisywał rzucone przez Jana Pawła II hasło: „Niech zstąpi duch twój!”. Już te trzy przykłady pokazują, jak daleko od siebie potrafią być prace Orłowskiego, całkiem bliskie sobie czasowo.”

Rzeźbiarz Picasso

Pablo Picasso, „Głowa kobiety”, 1931
Pablo Picasso, „Głowa kobiety”, 1931

Picassa poznałem dzięki Tytusowi. W XVIII księdze, w której Romek i A’tomek uczłowieczali go przez uplastycznianie, Tytus wskoczył do obrazu, gdzie poznał i zakochał się w kubistycznie koślawej dziewczynie o imieniu Asizo. Potem profesor T.Alent skonstruował maszynę, która przeobraziła Asizo w zgrabną dziewczynę. W jej imieniu litery wróciły na swoje miejsce – tak narodziła się piękna Zosia. Jej związek z Tytusem był chyba krótkotrwały, bo nie wróciła w następnych odcinkach przygód harcerzy i pragnącej zostać człowiekiem małpy.

Wystawa „Picasso. Sculpture” w Momie to jeden z najbardziej ekscytujących punktów naszej, mojej i Marcina, wycieczki do Nowego Jorku. Na wystawie roi się od dziewczyn, które mogłyby nosić imię Asizo. Oczy wychodzą im z orbit. Kulfoniaste nosy wyrastają z czoła jak u Człowieka-słonia. Ręka, noga, mózg na ścianie. Nie wiadomo, czy patrzymy na jej profil czy en face. Z każdym krokiem wokół rzeźby, dziewczyny zmieniają się jak obraz w kalejdoskopie. Ale przy tych wszystkich nowotworach, są intrygujące i pełne gracji. Jak nastolatkowie, którzy przegrali z trądzikiem i pokryli się ropnymi torbielami, ale wciąż mają twarze cherubinów.

Pablo Picasso, „Kobieta w kapeluszu”, 1961/1963
Pablo Picasso, „Kobieta w kapeluszu”, 1961/1963

Oczywiście rzeźby Picassa nie powstawały jak Asizo przez proste przeniesienie jego obrazów w trójwymiarową przestrzeń. Picasso nie miał rzeźbiarskiego wykształcenia. Rzeźbił z przerwami, czasem kilkuletnimi. Ale jego dorobek rzeźbiarski jest ogromny. Przy Pięćdziesiątej Trzeciej Ulicy udało się zgromadzić niemal 150 rzeźb.

Picasso szybko opanowywał technikę (np. ceramikę w latach 50.), pozwalał sobie na eksperymenty i podążanie za impulsem. Jego twórczość rzeźbiarska przebiegała równolegle do malarskiej, czasami będąc jej rozwinięciem, czasem skręcając na własne toray. W Momie można się zresztą o tym przekonać, bo na innych piętrach Picassów tu pod dostatkiem, z „Pannami z Awinionu” na czele. Ale jak pokazuje wystawa, gdybyśmy zapomnieli o Picassie-malarzu, swoimi rzeźbami spokojnie wpisałby się do grona najwybitniejszych artystów XX wieku.

Pablo Picasso, „Głowa kobiety”, 1929-1930
Pablo Picasso, „Głowa kobiety”, 1929-1930

Największe wrażenie robią asamblaże (zazwyczaj odlewane w brązie). I to nie tylko te najwcześniejsze, jak słynny „Kieliszek absyntu” (tu wszystkie sześć wersji spotyka się po raz pierwszy od czasu, gdy powstały w pracowni Picassa). Podobno wiele elementów swych rzeźb Picasso znajdywał na śmietniku. W siodełku i kierownicy roweru potrafił dostrzec głowę byka. Ten rowerowy byk to dziś już klasyka podręczników o sztuce. Ale takich olśnień jest tu znacznie więcej. Dwa widelce wystarczą za nogi ptaka. Samochodzik zamienia się w głowę małpy. Odbita w gipsie faktura tektury falistej niewielkiej kobiecej figurce nadaje rysu antycznych rzeźb. Jest też wciskająca w fotel „Gazowa Wenus” – właściwie obiekt znaleziony, bo to po prostu część zużytego palnika gazowego. W tytule Picasso pije wyraźnie do tzw. Wenus paleolitycznych, np. słynnej Wenus z Willendorfu. Analogie kształtów wykorzystywał w ceramice, chociażby przekształcając wazon w sowę.

Katalog, który składa się niemal wyłącznie z rozbudowanego i drobiazgowego kalendarium (a kto nie lubi kalendariów!), dopełnił mojego picassowskiej ekstazy.

Gander

gander3
Ryan Gander, „I is…”, 2013

Wróciłem na jakiś czas do Vancouveru i rzutem na taśmę zdążyłem zobaczyć wystawę Ryana Gandera w Contemporary Art Gallery. CAG to właściwie jedyne miejsce w mieście, gdzie co jakiś czas pokazuje się prace współczesnych europejskich artystów. W ostatnich latach byli to m.in. Monika Sosnowska, Ciprian Muresan czy Mike Nelson. Wystawy te to niewielkie objazdówki (przestrzeń wystawiennicza CAG też nie jest duża), zazwyczaj mini-pokazy przekrojowe przygotowywane we współpracy z innymi galeriami z Kanady czy Europy.

Taka jest też wystawa Ryana Gandera. To kilka prac, często wyjętych z większych serii, ułożonych w dosyć przypadkowym porządku. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Pamiętam wykład Gandera z cyklu „Loose Associations” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, gdy ku uciesze publiczności puszczał sztuczny dym jak na dyskotece i w końcu zadymił nas wszystkich. a także jego srebrną kulę złożoną z tysięcy elementów z nierdzewnej stali, ustawioną na trybunie honorowej przed Pałacem Kultury. W CAG jest mniej spektakularnie.

Większość prac Gandera operuje rodzajem slapstickowego humoru, czasami nawet zbyt prostego jak na mój gust. Gander potrafi przylepić do podłogi srebrną monetę amerykańską i nazwać to „We never had a lot of $ around here”. Przypomniało mi się, jak w ten sposób umilali sobie czas pracownicy punktu ksero przy BUW-ie. Niejeden student się schylił, by podnieść przytwierdzoną do płyty chodnikowej przed wejściem pięciozłotówkę, ku uciesze personelu i klientów. U Gandera to jednak moneta z przyszłości, z 2032 roku, do tego dwudziestopięciodolarowa. Artysta zakłada, że z uwagi na przewidywaną stopę inflacji nawet dwadzieścia pięć dolarów będzie w bilonie.

Oczywiście ma to inny wymiar, gdy Gander robi taki żart w Guggenheim Museum w Nowym Jorku. W CAG musiałem się dobrze rozejrzeć. Bo widzisz kartkę z podpisem i w pierwszym momencie wydaje ci się, że pracy po prostu nie ma. Jeszcze dłużej szukałem pracy „Two hundred and sixty six degrees below every kind of zero”. A wystarczyło zadrzeć głowę – był to czarny balon wiszący pod sufitem.

Moją uwagę przyciągały jednak głównie rzeźby z syntetycznego marmuru, na pierwszy rzut oka wyglądające jak meble okryte białymi prześcieradłami. Dopiero z bliska okazuje się, że to trwalszy materiał. W marmurze Gander odtworzył kryjówki, które miała w zwyczaju robić jego córeczka. Elegancja tych rzeźb miesza się z pierwotną potrzebą bezpieczeństwa, schronienia, własnego miejsca.

gander
Ryan Gander, „Please be patient – Penny Eve Gander smiling at Olive May Gander in the darkness” 2014

Obok wisi jedna ze szklanych palet, których Gander stworzył sporo, malując portrety siebie, swoich przyjaciół i rodziny. Zamiast portretów pokazuje jednak właśnie abstrakcyjne okrągłe szklane palety, atrakcyjnie poplamione kolorowymi farbami. Tu tylko jedną, pod tytułem: „Please be patient – Penny Eve Gander smiling at Olive May Gander in the darkness”. Najwyraźniej artysta próbował więc sportretować swoją córkę i żonę. Robi się wręcz rodzinnie. Na ścianie Gander powiesił też kalendarz z kartkami z jego notatnika, a w inną wmontowane zostały oczy, które reagują na ruch widzów w galerii. Ściana patrzy i stroi miny.

Za każdą pracą, nawet najbardziej abstrakcyjną, stoi więc jakaś historia. Jakby Gander zmagał się z chęcią jej opowiedzenia, świadomy niemożności oddania swych wrażeń w bardziej spójnej narracji. Kończy więc na prostym geście, obiekcie, abstrakcji. Ale im dłużej się przebywa w tej przestrzeni, tym bardziej staje się przyjazna, a początkowe uczucie obcości mija.