Gwiazdy mówią

gwiazdy mówią.jpg

Kongres Kultury, który wczoraj rozpoczął obrady, to impreza rozproszona. Jednocześnie odbywa się kilka dyskusji w salach oznaczonych różnymi kolorami – od niebieskiej, po czarną. Kongresowe wrażenia zależą więc od indywidualnych wyborów każdego uczestnika. Ja trafiłem na dyskusję o przemocy w instytucjach (inicjatorem tego stolika był Artur Żmijewski, ale moderował go Stach Szabłowski) oraz na dyskusję o wolności artysty i polityce państwa, którą prowadziła Anda Rottenberg. Przez większość spędzonego na Kongresie czasu odniosłem wrażenie, że poruszam się w świecie biało-czarnym, ale wiem, że sam mam skłonność do takiego stawiania sprawy. Na panelu otwierającym Kongres Mirosław Bałka przypomniał zresztą swoją realizacje „How It Is” z Tate Modern sprzed dobrych kilku lat, sugerując, że antycypował nią obecne czarne dziury w Europie – Węgry i Polskę.

Przy stoliku „przemocowym” najbardziej wyraziście wypowiedzieli się Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich, oraz psycholog biznesu Jacek Santorski. Wobec litanii narzekań na przemocowe praktyki instytucji ze strony pracowników i artystów, Bodnar przedstawił, jak wiele z naszych praw wobec instytucji zapisanych jest w samej konstytucji. Santorski opisywał, jak w polskiej kulturze organizacji (nie tylko w muzeach, ale też w biznesie) dominuje model folwarczny, zanurzając się w barwnych opowieściach z podwórka polskich korporacji. Przy okazji – nie pamiętam już w jakim kontekście – opowiedział o swojej transformacji: przerażająca wizyta w rzeźni skłoniła go do przejścia na wegetarianizm; wegetarianizm spowodował, że miał podkrążone oczy i wyraźnie osłabł, przez co grał w tenisa nie pięć, lecz jedynie dwa razy w tygodniu; a że lubi tenis, zmusiło go to do zmiany diety. Dziś ma 65 lat, a czuje się czterdziestolatkiem. Rzeczywiście Santorski trzyma się nieźle. A mimo to Mikołaj Iwański jako głos z sali zarzucił mu, że jest dinozaurem („Pan jest dinozaurem”), wytknął mu kult menadżeryzmu i zasugerował, że instytucje świetnie radzą sobie bez dyrektorów. Santorski przeprosił, jeśli kogoś uraził.

Rzeczywistość rysowała się w równie czarnych barwach na panelu prowadzonym przez Rottenberg. Rottenberg zapowiedziała, że nie będzie opowiadała o Korei Północnej, było za to sporo opowieści rodem z Trzeciej Rzeszy i Rosji sowieckiej i uwikłaniu artystów w reżim ten czy inny. Tu ukłon w stronę reżysera Krauzego i sposobu, w jaki używa ostatnio swoich talentów. Gdy dyskusja przeniosła się czasowo i geograficznie do dzisiejszej Polski, mogło się wydawać, głównie za sprawą Marii Potockiej, dyrektorki krakowskiego Mocaku, że w pisowskiej rzeczywistości nie jest się wcale tak trudno poruszać. „Odważnym się więcej wybacza”, stwierdziła Potocka. A co jak przyjdzie jej stracić pracę? Nic się nie stanie – „każda zmiana jest twórcza” (Potocka nie używała tego sloganu, gdy krakowskie środowisko domagało się konkursu na obiecany jej wcześniej stołek, bez skutku). „Nie wszyscy mają taką naturę fajtera jak Masza Potocka”, stwierdziła trzeźwo Monika Szewczyk, dyrektorka białostockiego Arsenału, mając jednocześnie problem z ustawieniem się tak, by nie być do kogoś tyłem („Mam tylko jeden przód”). Szewczyk w kontrze do rejtanowania mówiła o wstydzie jako regulatorze dyrektorskich zachowań, co wydało mi się bardziej szczere od deklaracji odwagi.

potocka

Najwięcej wyniosłem jednak z Kongresu Wróżek Polskich, zorganizowanego w ramach Festiwalu Zdarzenia w Teatrze Dramatycznym, imprezy towarzyszącej Kongresowi Kultury (chociaż organizatorzy festiwalu pisali w pewnym momencie, że to kongres towarzyszy festiwalowi), we współpracy z pismem „Gwiazdy mówią”. Dyskusję z siódemką wróżek i wróżbitów poprowadził sam Sławomir Sierakowski. Niestety nie przygotował się do niej najlepiej – nie wiedział nawet, kim są jego rozmówcy, a spora część dyskusji toczyła się wokół określenia specyfiki ich zawodu. Deklaracjom Sierakowskiego, że ezoteryka jest ważną częścią kultury, przeczył sam fakt, że w informacji o wydarzeniu nie podano nazwisk dyskutantów (wyobrażacie sobie panel, w opisie którego zapomina się wspomnieć, że uczestniczy w nim Rottenberg, Potocka czy Bałka?), co próbowano naprawić, rozdając przy wyjściu kartki z listą jasnowidzów.

Wróżbici nie zawiedli. Opowiadali o „dużym przeskoku energetycznym Polski w ostatnich latach”. Numerolog Sylwester Chordecki stwierdził, że Polsce przypisana jest czwórka, przez co ma pecha do społeczeństwa – w Polsce odradzają się ludzie, którym nie powiodło się gdzie indziej. Jesteśmy więc narodem składającym się z nieudaczników pochodzących z Francji, Stanów czy Niemiec. Ale też dlatego – zdaniem Chordeckiego – niewiele jest w Polsce prawdziwych patriotów. Astrolożka Izabela Konkiel-Podlaska, chociaż zarzekała się, że nie zajmuje się „astrologią polityczną”, wieszczyła zwycięstwo Hillary Clinton w nadchodzących wyborach w Stanach Zjednoczonych (im bliżej wyborów, tym Trump ma bardziej niekorzystny układ planet). Inna jasnowidzka stwierdziła, że za rok rozpocznie się trudny czas w kwestii przywództwa Polski. Pod koniec 2017 roku możemy bowiem kogoś ważnego stracić i nie będzie komu decydować. Prawdziwie rewolucyjne zmiany na świecie nastąpią zaś w roku 2038. Wcześniej jednak, w ciągu najbliższych trzech lat, Sławomir Sierakowski ożeni się, chociaż według planet, znaleźć mu dobrą żonę łatwo nie jest. Wyszedłem pełen nadziei na przyszłość.

Przed kongresem

kk

Dzisiaj w Pałacu Kultury i Nauki rozpoczynają się obrady Kongresu Kultury, gdzie oczywiście będę. W kilku dyskusjach stolikowych i debatach powracać będą tematy, które od kilku lat wałkuje Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej.

Na stronie „Gazety Wyborczej” można przeczytać mój przedkongresowy tekst – „Sztuka wezwana na dywanik”, w którym przypominam, jak wyglądała relacja Ministerstwa Kultury ze sztukę współczesną w ostatnim roku. Przy okazji wskazuje na zagrożenia, które w pełni ilustruje ostatni tekst Moniki Małkowskiej. Wcześniej brawurowo, w duchu KwieKulik rozłożył go na czynniki pierwsze Przemysław Kwiek, wskazując na rażące podobieństwa retoryki Małkowskiej i ataków na „sztukę zdegenerowaną” w Trzeciej Rzeszy.

Ku przestrodze, cytat z krytyczki: „Bogate społeczeństwa Europy poczuły zagrożenie – wiadomo jakie. Instynktownie zwracają się ku wartościom, które stanowiły i nadal stanowią podwaliny europejskiej cywilizacji. (.) Skończyła się epoka postnihilizmu, postdadaizmu, postkonceptualizmu i innych postów . To było dobre na lata pokoju i prosperity. Teraz jest wojna. Hybrydowa, ale jednak. Trzeba podbudować morale. My, Europejczycy, nie ugniemy się pod natarciem nowej barbarii. Pomoże w tym kultura.”

Hawajskie petroglify

dsc01210
Pu’u Loa, Hawai’i Volcanoes National Park, Big Island

Pisałem już wcześniej o muzeach w Honolulu oraz kołdrze ostatniej hawajskiej królowej Lili’uokalani, którą oglądałem w królewskim pałacu w Honolulu, ale nie ma na Hawajach ciekawszej sztuki niż pola zastygłej lawy pokryte petroglifami. Kilka petroglifów znaleźliśmy w samym Honolulu (na wyspie Oahu), w przycmentarnych chaszczach, ale prawdziwy petroglifowy raj to Big Island (Hawaii Island), na której spędziliśmy z Marcinem drugą część wakacji.

dsc00756
Naskalne rysunki za cmentarzem w Honolulu – figura ludzka i pies

Jeden z pieszych szlaków w Narodowym Parku Wulkanów na Hawaii to szlak petroglifowy, który moim zdaniem bije na głowę nawet czynne kratery. Już po dwóch kilometrach wędrówki w palącym słońcu przez lawowe pole dochodzi się do miejsca, w którym – by ochronić petroglify – zbudowano specjalną kładkę. Wokół petroglify układają się w jedną ogromną kompozycję. Postacie ludzkie, zwierzęta, gwiazdki, okręgi, punkty przypominają rysunki gwiezdnych konstelacji, a czasem malarstwo Juana Miró.

Przypomniała mi się scena z „Konopielki”, w której w odpowiedzi na nowość przyniesioną ze szkoły przez syna, że ziemia jest okrągła (i że jak wesz wokół głowy człowiek może obejść ziemię naokoło), gospodarz Kaziuk najpierw sprawia synowi lanie, a po jakim czasie rysuje na śniegu to, co wie o świecie – że w lesie są brzozy, w rzece – ryby, słońce wschodzi i zachodzi, zimy są zimne, a lata gorące. Toż wszystko prawda! „Byle czego się nie pisze, pisanie to nie gadanie”, mówi Kaziuk.

dsc01203

dsc01272

dsc01290
Pu’u Loa

Tu też raczej byle czego się nie pisało. Zwłaszcza, że w wyrycie rysunku na skale trzeba było włożyć o wiele więcej wysiłku niż w pisanie na śniegu czy na piasku na plaży. Na przykład punktowe wgłębienia to miejsca, w których po urodzeniu dziecka składano pępowinę i przykrywano ją kamieniem. Gdy po nocy pępowina znikała, był to dla dziecka dobry omen. Znaczenia wielu innych petroglifów zatarły się. Ale dziś mówią przede wszystkim: „byliśmy tu” (jak napis z męskiej szatni, w której przebieraliśmy się przed wuefem w liceum: „Byłem tu, Tony Halik”).

By dotrzeć do innych miejsc petroglifowych, musieliśmy z Marcinem odwiedzać ogromne ośrodku turystyczne. Petroglifowe pola sąsiadują dziś często z polami golfowymi i hotelami. W jednym z takich kompleksów, Holohoikai Beach Park, znajduje się Puakō. Koncentrację ludzkich postaci uważa się za armię wojowników lub bardzo rozbudowane drzewo genealogiczne.

dsc01757
Koń i kowboj, Waikaloa, Big Island

Tuż obok hotelowego kompleksu Waikaloa biegnie tzw. królewska droga – ścieżka, którą Hawajczycy przemierzali przez setki lat. Otaczają ją niezliczone petroglify, wśród nich jeden szczególnie ciekawy – przedstawia konia i kowboja na drugim koniu. Ten petroglif na pewno powstał w XIX wieku (datowanie petroglifów jest wyjątkowo trudne) – wiemy to, bo wcześniej na Hawajach po prostu nie było koni. Podobnie rzecz przedstawia się z petroglifami – napisami. Misjonarze nauczyli Hawajczyków pisać, w tym zapisywać język hawajski. Napisy szybko znalazły się też wyryte na zastygłej lawie.

dsc01742
Waikaloa, Big Island

Ciągle trwa dyskusja co do znaczenia licznych petroglifów przedstawiających okręgi, wpisanymi jeden w drugi. Według wczesnych interpretacji ilość okręgów miała oznaczać, ile razy ich autor okrążył wyspę (Big Island to naprawdę spora wyspa). Półokręgi miały oznaczać podróż częściową. Dziś uważa się, że okręgami oznaczano narodziny chłopca, półokręgami – dziewczynki.

dsc01668
Wojownik w hełmie, Klahuipua Historic Preserve, Big Island
dsc01599
Wojownik z dzidą, Puako Petroglyphs Archaeological Preserve, Big Island

Kołdra w stylu crazy

queen_liliuokalanis_quilt_iolani_palace_15697562656
Kołdra królowej Lili’uokalani, Iolani Palace, Honolulu, fot. Jason Raia, Wikimedia Commons 15697562656

Co robi królowa przez kilka miesięcy, gdy jest więziona w swoim pałacu przez ludzi, którzy obalili w jej kraju monarchię? Ostatnia hawajska królowa Lili’uokalani nie ma dostępu do prasy, ale może czytać literaturę. Ma dostęp do papieru i ołówka, więc pisze i komponuje (hawajscy monarchowie byli szczególnie muzykalni – słowa hawajskiego hymnu napisał sam król Kalakaua, starszy brat późniejszej królowej Lili’uokalani). Może z nią przebywać jedna dworzanka, więc ma z kim pogadać. Wieczorami spaceruje pod okiem strażnika po pałacowym balkonie (nietypowy spacerniak). Modli się, uważa się za gorliwą chrześcijankę. Czasem przyjmuje gości. Ogląda kwiaty, które niemal codziennie przysyłane są z jej licznych posiadłości. I szyje.

Dziś dwa pomieszczenia na piętrze pałacu Iolani, w których przez dziesięć miesięcy więziono królową Lili’uokalani, pozostają niemal puste, przez co jeszcze bardziej kontrastują z bogato zdobionymi i umeblowanymi innymi pałacowymi wnętrzami – salą tronową, jadalnią czy królewskimi sypialniami. Podobno w królewskiej celi Lili’uokalani nie było zbyt wielu sprzętów. Jedyną pamiątką po królowej jest tu kołdra, którą uszyła, czasami z pomocą swoich dwórek i gości. To kołdra w stylu crazy.

Królowa rozpoczęła jej szycie w 1885 roku, a skończyła tuż po swym uwolnieniu. Kołdra składa się z dziewięciu pól – środkowe pole przedstawia herb Hawajów, zawiera informację o życiu Lili’uokalani oraz dramatycznym końcu hawajskiej monarchii. Na ośmiu otaczających polach można znaleźć imiona przyjaciół królowej.

img_1718
Tradycyjna kołdra hawajska w sypialni w letnim pałacu królowej Emmy w Honolulu

Hawajskie kołdry są efektem zderzenia tradycyjnej kultury polinezyjskiej z kulturą zachodnią. O wiele starszą tradycją są hawajskie kapa, tkaniny uzyskiwane z kory morwy, barwione i zdobione nadrukami. Wodzowie i rodzina królewska nosili zaś peleryny z kolorowych piórek hawajskich ptaków. Nowe techniki pojawiły się wraz z przybyciem na Hawaje Europejczyków pod koniec XVIII wieku. W tym czasie patchworkowe kołdry były już specjalnością amerykańskich kobiet. Wzorowa amerykańska gospodyni musiała bezbłędnie posługiwać się nitką i igłą.

Na Hawajach patchworkowe kołdry pojawiły się za sprawą amerykańskich misjonarzy, którzy przybyli na archipelag w 1820 roku, a dokładniej – za sprawą ich żon. Żony misjonarzy szyły kołdry dla hawajskiej rodziny królewskiej, a także uczyły szycia wysoko urodzone Hawajki. Opanowawszy nową technikę, Hawajki zaczęły stosować typowo hawajskie wzory. Zazwyczaj była to jedna duża, symetryczna aplikacja, inspirowana tropikalną roślinnością wysp (poszczególne rośliny czy kwiaty niosły różne znaczenia symboliczne i duchowe). Dwukolorowe wzory hawajskich kołder przypominają nieco ludowe papierowe wycinanki z Polski. Zresztą te aplikacje powstawały w podobny sposób – by uzyskać symetryczny wzór materiał składano na cztery lub na osiem.

dsc01063
Przykład współczesnej kapa – Marie McDonald, „Ka ‚Imi Hoku i Mauna Kea”, 2007, fragment

Co ciekawe, kołdry obejmował hawajski system kapu, skomplikowany i rozbudowany zestaw zasad i tabu, związany z tradycyjnymi hawajskimi wierzeniami, który misjonarze próbowali oczywiście wyplenić. Na przykład kołdry nikt nie mógł oglądać, dopóki nie była skończona, nie wolno było na niej siadać, wzory nie powinny były przedstawiać ludzi czy zwierząt, a przede wszystkim – kobiety nie mogły dzielić się swoimi wzorami (dlatego po praniu suszyły je odwrócone na lewą stronę).

dsc01043
Hawajska kołdra z motywem flagi

Podróżując po Oahu i Big Island, w kilku miejscach natknęliśmy się na inny typ hawajskiej kołdry, patriotycznej, z motywem hawajskiej flagi. Zaprojektowanie flagi Hawajów zlecił pierwszy król Kamehameha Wielki, który chciał, by łączyła ona w sobie elementy flag amerykańskiej, francuskiej i brytyjskiej. Stąd trzykolorowe pasy (białe, czerwone i niebieskie) oraz brytyjski Union Jack. Na kołdrach pojawiały się cztery flagi, tworzące kwadrat, z hawajskim herbem pośrodku.

dsc00966
Kołdra z herbem Hawajów w sypialni króla Kalakauaua, Iolani Palace, Honolulu

Kołdry w stylu crazy, szyte z nieregularnych skrawków szlachetnych materiałów, jedwabiu, aksamitu, wstążek, przy użyciu bardzo zdobnych szwów, stały się szczególnie popularne w Europie i Ameryce pod koniec epoki wiktoriańskiej, w latach 80. i 90. XIX wieku. Lili’uokalani mogła je widzieć podczas swoich zagranicznych podróży – w 1887 roku udała się przez Stany Zjednoczone do Londynu na złoty jubileusz królowej Wiktorii. A może kołdry w stylu crazy przybyły na Hawaje już wcześniej. Ale to ciekawe, że dla swego dzieła powstającego w najbardziej dramatycznym momencie swego życia, kołdry obrazującej upadek wyspiarskiej monarchii, kwitnącej pośrodku Pacyfiku przez cały XIX wiek, Lili’uokalani wybrała akurat styl crazy –  niezwykle ozdobny, ale chaotyczny, kalejdoskopowy. Może styl crazy lepiej oddawał stan jej ducha.

dsc00978
Kołdra królowej Lili’uokalani, fragment

 

Stanowy Kapitol Hawajów

dsc01025

Większość budynków stanowych parlamentów w USA naśladuje Kapitol waszyngtoński, neoklasyczny, z charakterystyczną wysoką kopułą. Ten w Honoluu to perła architektury modernistycznej; pewnie głównie dzięki temu, że Hawaje zostały pięćdziesiątym stanem USA dopiero w 1959 roku. To otwarta struktura z centralnym atrium (z mozaiką naśladującą taflę wody). Wzniesiony w 1969 roku przez dwie firmy architektoniczne (Belt Lemon and Lo oraz John Carl Warnecke and Associates), ma naśladować różne aspekty hawajskiego krajobrazu i przyrody.

dsc01014

dsc01002

Budynek otacza woda, w której odbija się architektura – podobnie jak hawajski archipelag otacza Ocean Spokojny. Kształt dwóch stożkowych brył mieszczących dwie izby stanowego parlamentu mają przywoływać hawajskie wulkany. Kolumny przypominają swym kształtem palmy królewskie; każda z czterech fasad ma po osiem kolumn, co odpowiada liczbie głównych wysp archipelagu. Styl międzynarodowy zyskał więc w Honolulu, szczególnie w budynkach rządowych, lokalne cechy (zwłaszcza jak się do tego doda wykorzystanie hawajskiego drewna w drzwiach i meblach).

dsc00997
Pomnik królowej Lili’uokalani, w tle pałac Iolani

Kapitol w Honolulu znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie pałacu Iolani, wzniesionego w 1879 roku jako główna siedziba hawajskiego monarchy. Między pałacem Iolani i budynkiem kapitolu symbolicznie wznosi się pomnik ostatniej hawajskiej królowej, Lili’uokalani, zmuszonej do abdykacji w 1893 roku przez mieszkających na Hawajach obcokrajowców, głównie plantatorów, dążących do aneksji archipelagu przez Stany Zjednoczone, przy cichym wsparciu amerykańskiej marynarki (za co przeprosił Hawajczyków dopiero Bill Clinton).

Muzea Honolulu

dsc00815
Jeden z dziedzińców Honolulu Museum of Art

Aloha! Nie przyjechaliśmy na Hawaje, by oglądać sztukę. Raczej w poszukiwaniu ustronnych plaż, egzotycznych rybek i odrobiny cienia pod palmą – uwaga na spadające kokosy! Ale znaleźliśmy też chwilę na wizytę w hawajskich muzeach. Poza galeriami z iście turystyczną ofertą, kilka instytucji oferuje Honolulu: Honolulu Art Museum z główną siedzibą (odpowiednikiem naszych muzeów narodowych) i drugą siedzibą w Spalding House z wystawami czasowymi sztuki współczesnej, a także Hawai’i State Art Museum (tu stałą wystawę porównałbym niestety do Domu Artysty Plastyka). W tutejszym klimacie zawsze przyjemnie wejść do klimatyzowanego wnętrza.

dsc00905
Nowe budynki Honolulu Museum of Art

Od innych amerykańskich muzeów, muzea Honolulu odróżnia przede wszystkim architektura. Nowojorski architekt Bertram Goodhue zaprojektował Honolulu Art Museum jako ciąg galerii otaczających kilka dziedzińców (na co pozwala oczywiście hawajski klimat), łącząc elementy architektury śródziemnomorskiej i chińskiej z popularnym na Hawajach spadzistym dachem. Galerie azjatyckie okalają więc chiński dziedziniec z niewielkim ogrodem i sadzawką z chińskimi karpiami, galerie sztuki europejskiej, od XVII wieku po modernizm, tworzą dziedziniec w stylu śródziemnomorskim. Ale największe wrażenie robi dobudowany w 2001 roku pawilon, który mieści galerię amerykańskiej sztuki współczesnej oraz sztuki Hawajów. Druga siedziba Honolulu Art Museum mieści się w rezydencji Spalding House na wzgórzach otaczających miasto (ze wspaniałym widokiem na centrum i ocean).

dsc00831
Aleksander Archipenko, Figura kobiety, 1930, w tle rzymska mozaika z polowaniem na zwierzęta z V wieku n.e.
dsc00805
Indonezyjskie maski w Honolulu Museum of Art

Honolulu Art Museum odzwierciedla etniczny kocioł współczesnych Hawajów. Oferuje z jednej strony wycieczkę przez tradycyjną sztukę Korei, Chin, Japonii, sztukę buddyjską, indyjską, indonezyjską, filipińską, z drugiej – szlakiem euroatlantyckim – od europejskiej sztuki XVIII wiecznej, po modernizm i powojenną sztukę amerykańską. Niemal każdy z wielkich malarzy przełomu XIX i XX wieku jest tu reprezentowany (zazwyczaj) jednym płótnem – od Moneta, po Picassa. Z tym że w kilku salach tematycznych ciekawie zaburzono chronologię. I tak w sali portretu płótno Alexa Katza sąsiaduje z Whistlerem, a w sali poświęconej ciału figurka kobiety Archipienki pozuje na tle rzymskiej mozaiki.

Szkoda, że dosyć blado wypadają sale poświęcone samym Hawajom. Podobnie trudno zrozumieć, dlaczego gości muzeum wita figura Penelopy (tej z „Odysei”), a nie chociażby hawajskiej bogini wulkanów Pele. Tradycyjną sztukę hawajską i polinezyjską, portrety hawajskich królów i królowych czy XIX-wieczne malarstwo przedstawiające hawajskie wulkany i inne oblicza hawajskiego krajobrazu lepiej oglądać w Bishop Museum (o charakterze historyczno-przyrodniczym).

dsc00909
Spalding House, Honolulu
dsc00930
David Hockney, fragment scenografii do „L’enfant et les sortileges” Ravela, 1981
dsc00939
„Biustonosz” Toma Wasselmanna w ogrodzie Spalding House

W Spalding House poza wystawami czasowymi (trafiliśmy na dosyć nudne rozważania o plastiku w sztuce i plastiku zanieczyszczającym oceany) w specjalnym pawilonie prezentowana jest scenografia Davida Hockneya do sztuki „L’Enfant et les sortileges” Maurice’a Ravela, wystawionej w nowojorskiej Metropolitan Opera w 1981 roku, w ogrodzie zaś można zobaczyć (poza wspomnianymi widokami) „Biustonosz” Toma Wesselmanna. Od Sasa do Lasa.

Największą przyjemność sprawiło mi ponowne odkrycie Toshiko Takaezu, pochodzącej z Hawajów twórczyni ceramicznych rzeźb, czerpiących z jednej strony z tradycji japońskiej, z drugiej – z abstrakcyjnego ekspresjonizmu (pisałem o niej przy okazji wizyty w Seattle). Jej prace są w każdym muzeum Honolulu, jedne z najciekawszych – w ogrodzie rzeźby przy Hawai’i State Art Museum.

dsc01091
Toshiko Takaezu, Ceramiczne drzewa, 1990, ogród rzeźby przy Hawai’i State Art Museum
dsc01075
Ogród rzeźby przy Hawai’i State Art Museum
IMG_1957.jpg
No i nasza ulubiona plaża – Makalawena na Big Island

Mahalo!

Kiedy znów będę mały

DSC09794

Na stronie Dwutygodnika pojawił się kilka dni temu mój nowy tekst – „Czcij dziecko w sobie”, efekt mojej niedawnej wycieczki do Krakowa. Tym razem recenzuję wystawę „Kiedy znów będę mały” w Cricotece, przygotowaną przez Joannę Zielińską. Zielińska powraca do Krakowa, ale tylko na chwilę. Od jakiegoś czasu pracuje przecież w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Pisałem kilka miesięcy temu o jej wystawie „Rzeczy robią rzeczy”. Jej projekt, zapoczątkowany w Cricotece, rozpadł się więc na dwa miasta, chociaż w Cricotece wydaje się bardziej na miejscu.

Tytuł najnowszej wystawy Zielińska pożyczyła od Janusza Korczaka. Chodzi o pewną nostalgię za dzieciństwem, której przejawem była też wystawa „W muzeum wszystko wolno” w warszawskim Muzeum Narodowym. W Cricotece znajdziemy prace Tony’ego Ourslera, duetu Bracia, Guya Ben Nera, Władysława Hasiora, Pawła Althamera, są tu dziecięce inicjacje Wiktora Gutta, no i oczywiście Tadeusza Kantora.

Niestety, wystawa jest koncepcyjnie niedopracowana. Piszę: „Z wystawy w Cricotece mogło wyniknąć coś o wiele głębszego. I częściowo wynika, bo Zielińska podąża tu za niezwykle ciekawą intuicją. Niestety wystawa jest wyraźnie niedopracowana. Jakby kuratorka poświęciła jej mniej uwagi niż swym poprzednim projektom. Brak tu chociażby opisów prac. Zebrane obiekty i filmy pozostawione są samym sobie. A tym bardziej samotnie mogą się tu poczuć widzowie. Czy oni też zatęsknią tu za dzieciństwem, czy wręcz przeciwnie?”

Czwarta nad ranem

DSC09088

Przy okazji ostatniej edycji lubelskiego festiwalu Open City (kurator: Stach Szabłowski) na stronie Dwutygodnika snuję letnie refleksje o pomnikofilii i pomnikofobii. Wspominam Białystok, Cecilię Gimenez, wóz Drzymały, cytuję Stare Dobre Małżeństwo. „Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie”. Bo najlepszą pracą festiwalu jest „Pomnik godziny czwartej” Wojtka Bąkowskiego:

Bąkowski potrafi zrobić coś całkowicie „na temat” i uczynić to w stu procentach własnym. Na pierwszy rzut oka jego praca przypomina nagrobek (też przecież często nazywany pomnikiem). Na drugi rzut – łóżko z wysokim zagłówkiem. Jest tu nawet głowa, która na nim spoczywa. Ale na rzut trzeci to, co wydaje się narzutą, okazuje się być papą – bo to nie tylko nagrobek, nie tylko łóżko, ale też zajezdnia tramwajowa. Papa pokrywa jej dach. Wszystko umiejętnie złączone w jeden betonowy obiekt. Napisy naśladujące wyświetlacze komórek i budzików sugerują, że jest czwarta nad ranem.”

„Tramwaje wyjeżdżają z zajezdni, dając znak, że wstał nowy dzień. Podobno zostało naukowo dowiedzione, że to krytyczny moment w dobowym cyklu człowieka. Ciało jest najsłabsze, temperatura najniższa. To godzina samobójców.

Ta nagrobkowa bezsenność lepiej oddaje stan ducha niż smoła i pierze. Bąkowski nikogo ani niczego swoim pomnikiem nie stawia na piedestale, nie upamiętnia wiekopomnego wydarzenia ani żadnej narodowej tragedii, ale zawiera w swym pomniku coś z naszej teraźniejszości. Mógłby służyć przyszłym pokoleniom za przestrogę. Bo może to pomnik nie tylko godziny czwartej. Może to pomnik roku pańskiego 2016”.

Wizyta

nowolipie2
Grupa Nowolipie z rzeźbą „Ufo” Remigiusza Bąka, Sopot 2016

W tekście o wystawie „Uskrzydleni” Grupy Nowolipie i Pawła Althamera zaledwie wspominam Joannę Grodzicką, która wymyśliła zajęcia z lepienia w glinie dla chorych na stwardnienie rozsiane. A to ciekawa postać, więc poniżej wrzucam moją relację z wizyty u Grodzickiej, dziś przeoryszy klasztoru karmelitanek bosych w Łasinie, którą napisałem na prośby Urszuli Dobrzyniec z Grupy Nowolipie. W Łasinie byłem z nowolipianami w zeszłe wakacje. Tekst „Wizyta” ukazał się w 102 numerze „Nadziei”, kwartalniku Oddziału Warszawskiego Polskiego Stowarzyszenia Stwardnienia Rozsianego.

 

Wizyta

Interesując się Grupą Nowolipie i artystą Pawłem Althamerem, który prowadzi zajęcia na Nowolipiu od 1994 roku, słyszałem też o Joannie Grodzickiej. To ona kiedyś, kiedyś zadzwoniła do Althamera z pytaniem, czy nie poprowadziłby zajęć dla osób chorych na stwardnienie rozsiane. Paweł był wtedy świeżo po studiach. Ona współzakładała OW PTSR, redagowała „Nadzieję”, stała za szeregiem różnego rodzaju inicjatyw, m.in. za zorganizowaniem transportu osób niepełnosprawnych czy właśnie pomysłem zajęć ceramicznych, które mogłyby pomóc osobom chorym na SM rozruszać palce. Nawet nie przypuszczała wówczas, w co może się ten pomysł rozwinąć: że Althamer stanie się cenionym na świecie artystą i razem ze swoimi podopiecznymi z ogniska na Nowolipiu założy Grupę Nowolipie, że ich prace będą się pojawiać na wystawach, a indywidualne wysiłki jednoczyć się będą we wspólnej, kolektywnej twórczości. Sama na początku uczęszczała na zajęcia. Potem nie pozwalał jej na to stan zdrowia. Choroba przykuła ją do łóżka.

Dziś trudno się nawet domyślić, że kiedykolwiek chorowała. Nic nie wskazuje dziś na to, że spędziła kilka lat w pozycji horyzontalnej, sparaliżowana, nie mogąc ruszyć ni ręką, ni nogą. Grodzicka jest przeoryszą w klasztorze karmelitanek bosych w Łasinie. Od zajęć z ceramiki do klasztoru – to długa droga.

Na przestrzeni lat skład Grupy Nowolipie znacznie się zmienił, ale wśród jej członków są i weterani, którzy uczęszczają na zajęcia od ponad dwudziestu lat i pamiętają Grodzicką z tamtych czasów. Na przykład jej bliska przyjaciółka Ula Dobrzyniec. Gdy Grupa Nowolipie wyjechała tego lata na kilka dni odpocząć w Borach Tucholskich, Ula zaproponowała, by odwiedzić Łasin. Paweł Althamer właśnie rozpoczął pracę nad kolejnym projektem, niedaleko, w Świeciu nad Wisłą. Wszyscy spotkali się więc pod świeckim zamkiem, a ja miałem możliwość dołączyć do grupy i udać się z nimi w tę niecodzienną podróż.

Niecodzienną chociażby przez sam fakt, że Nowolipie – gdy istnieje taka możliwość – podróżuje Marzycielem, złotym autobusem, wyremontowanym kiedyś z inicjatywy Althamera, przyozdobionym płaskorzeźbionymi zjawami. Z tyłu pojazdu, na klapie silnika – namalowano Chrystusa unoszącego się nad blokowiskiem (można się domyśleć, że to rodzinne osiedle Althamera – Bródno). W trasie Chrystus błogosławi kierowcom jadącym za autobusem. Na drodze złoty autobus budzi sensację. Za kierownicą siada zaś Marcin Althamer, brat Pawła.

Tym razem Marzyciel jechał w nietypowe miejsce. Nie co dzień odwiedza się zakon klauzurowy. Ja, i przypuszczam, że wielu innych podobnie, nie wiedziałem nawet, czego się spodziewać. Ula, która jechała odwiedzić dawno niewidzianą przyjaciółkę, nie ukrywała wzruszenia.

Marzyciel zaparkował na klasztornym dziedzińcu. A my wszyscy, w sumie prawie 20 osób, zmieściliśmy się w niewielkim pomieszczeniu, wyznaczonym na miejsce spotkań, przedzielonym kratą. Ta krata onieśmiela. Po jednej stronie jest zakon, pod drugiej – nasz zwykły świat. Ale po której stronie kraty jest wolność, trudno orzec. Po chwili za kratą pojawiła się siostra Joanna. Przywiezione dla niej kwiaty trzeba było podać przez specjalną szufladę.

O dzielącej nas kracie szybko jednak zapomnieliśmy. Trzeba było nadrobić zaległości. Opowiedzieć, jak wygląda życie i tu, i tam, co słychać w klasztorze i co słychać u Grupy Nowolipie. Okazało się też, że mieszkając w klasztorze, można zachować niebywałe poczucie humoru.

Po posiłku, przekazanym nam przez szufladę, Paweł poprosił siostrę Joanną, by opowiedziała swoją historię – wszak nie wszyscy ją znali, nie wszyscy pamiętali. Grodzicka nie dała się długo prosić. Wygłosiła niemal godzinny monolog, czasami przerywany śmiechem, czasami komentarzami osób, które znała z dawnych czasów, zazwyczaj jednak słuchany w skupieniu. Jej opowieść jest bowiem zajmująca, nieziemska wręcz. Rozpoczyna się na studiach, gdy Grodzicka należała do studenckiej drużyny koszykówki, kończy się zaś w Łasinie, gdzie za kratą oglądamy niezwykle pogodną osobę, przeoryszę klasztoru, która żartuje, że w jej adresie mailowym jest i „przeorysza” i „małpa”. Historia choroby miesza się tu z historią niczym niezmąconej wiary, przekonaniem, że trzeba przyjmować los takim, jakim jest. W cudowne uzdrowienia można wierzyć lub nie. Ale fakty są faktami – Grodzicka była sparaliżowana, dzisiaj nie ma śladu choroby. Zaczęła się ruszać w trakcie nowenny, odmawianej m.in. w jej intencji przez kleryków z toruńskiego seminarium. I tyle. Tylko i aż.

Spotkanie się przeciąga, nikomu się nie spieszy, by wracać. Opowieść siostry Joanny o pokonaniu choroby, pogłębiającej się wierze i wstąpieniu do kontemplacyjnego zakonu, wnosi do spotkania aurę cudowności. „Czy siostra zadaje sobie pytanie „dlaczego ja”? Jest wielu chorych”, ktoś pyta. Grodzicka odpowiada: „Trzeba do tego pytania wprowadzić małą korektę. Słowo «dlaczego» trzeba podzielić na dwa wyrazy: «dla czego». Ku czemu. Iść dalej i nie zastanawiać się nad przeszłością”. „Może kawy albo herbaty byście się napili?”, kończy.

Jeden pan z naszej grupy ośmielony przyjazną atmosferą odczytuje swój wiersz o Szymonie z Cyreny. Kartkę z wierszem ofiarowuje siostrze Joannie, a potem wszyscy podpisują się na pamiątkę obok wiersza. Paweł szybko, kilkoma wprawnymi ruchami pisaka rysuje portret gospodyni – spokojną twarz kobiety w habicie. Grodzicka dziękuje – w końcu będzie mogła zobaczyć, jak wygląda. W klauzurowym klasztorze nie ma luster.

Nowolipie w Sopocie

nowolipie 3.jpg
Ponad tydzień temu w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie otworzyła się wystawa Grupy Nowolipie i Pawła Althamera w Sopocie. Althamer od ponad 20 lat prowadzi z nimi zajęcia w ognisku plastycznym na Nowolipiu. Na pewno dawno wszyscy o nich słyszeli – kręcił o nich filmy Artur Żmijewski, pokazują swe wspólne prace na wystawach, zazwyczaj przemieszczają się złotym autobusem, „Marzycielem”, za którego kierownicą siada brat Pawła, Marcin Althamer. Słyszeliście też na pewno o członku Grupy Nowolipie, Remigiuszu Bąku – spod jego rąk wychodzą kolejne ufoludki, które buduje z elektrośmieci. Największy stanął w zeszłym roku na Bródnie (nielegalnie), a na czas wystawy „Uskrzydleni” przeniósł się na Sopocki Monciak.

W dzisiejszym wydaniu „Gazety Wyborczej” ukazał się mój tekst „Sztuka wysoka nie istnieje” o wystawie i innych działaniach Nowolipian w Sopocie (ich happeningi wtapiały się w sopocką, wakacyjną codzienność):

„Na ostatnim piętrze galerii pod sufitem podwiesili swoje rysunki. Tworzą efektowne sklepienie. Powstały dobrze znaną Althamerową kongresową metodą. Od 2012 r. Althamer organizuje Kongresy Rysowników, zamienia sale wystawowe w przestrzenie swobodnej rysunkowej ekspresji widzów. Członkowie Grupy Nowolipie rysują po prostu na papierze rozpostartym niczym obrus na stole, wokół którego siedzą. Niektóre rysunki są ich portretami, w innych rozpoznamy motyw przewodni, np. katastrofę smoleńską, Boże Narodzenie, kosmos”.
nowolipie.jpg
„Gdy opuścimy wzrok, natkniemy się na rzeźbiarskie kompozycje, które Althamer tworzy, łącząc w jedną całość prace członków grupy. Pojedyncze figurki mogą się wydawać niewprawne, ale w Althamerowej ramie ich wartość tkwi w różnorodności. Nieco z boku stoi zaś większa, poważniejsza kompozycja, w której odczytuję metaforę dzisiejszej Polski. To regał w kształcie kobiety z ręką uniesioną w geście nowojorskiej Statuy Wolności. Na doczepionych do niej półkach znajduje się kilkanaście mniejszych postaci, niektóre autorstwa nowolipian, niektóre Althamera, niektóre po prostu znalezione. Na krawędzi przysiadł Wałęsa i łowi ryby, niżej pręży się pomnikowy Piłsudski, a zewsząd uśmiechają się nieortodoksyjne wariacje na temat Statuy Wolności. Całość wspiera się zaś na smoleńskiej brzozowej gałęzi. Wolność nie jest już betonową figurą, wszystko musi się w niej zmieścić i ze sobą współistnieć”.