E-K

c

Skromna, kameralna wystawa Tadeusza Rolke w Studiu Awangardy. Pod tytułowe „E-K” można podstawić dwa nazwiska: Edwarda Krasińskiego i Eustachego Kossakowskiego. Wybór prac jest specyficzny, ma pokazywać prywatne i zawodowe relacje łączące Rolkego z oboma panami. Za zdjęciami kryją się anegdoty. Jedną z nich Rolke przywitał gości na wernisażu. Nie przywołuję jej, bo spalę, ale występowały w niej dziewczyny z Zielonej Góry, kierowca Witek, Rolke, Kossakowski i sporo alkoholu. Panów E.K. łączy też charyzmatyczna postać Anki Ptaszkowskiej, najpierw żony Krasińskiego, a potem – już w Paryżu – Kossakowskiego.

Zdjęcia wyeksponowane w pawilonie zbudowanym na tarasie studia Krasińskiego nie układają się w żaden cykl, nie tworzą spójnej całości. Mówią o przyjaźni fotografów (Rolke, Kossakowski) i artysty (Krasiński). Kossakowskiego spotkamy tu razem z pieskiem o imieniu Peggy, a Krasińskiego w pozycji leżącej – na przykład na stole podczas przyjęcia w Łucku, jego rodzinnym mieście, gdzie grupa przyjaciół pojechała świętować wraz z nim otwarcie wystawy. To wyjazd już dziś legendarny. Na fotografii rozpoznamy m.in. Dorotę Monkiewicz, Adama Szymczyka i córkę artysty, Paulinę Krasińską. Na innym zdjęciu Krasiński leży obok pracy Kojiego Kamojiego „Dno nieba” (ułożone na tarasie blachy odbijały to, co nad nim, czyli właśnie niebo). Są tu też miejsca dla nich ważne – bar Gruba Kaśka, w którym Krasiński często bywał i którą też oznaczył niebieskim paskiem, Galeria Foksal, Paryż, Zalesie.

b
Ola Ściegienna otwiera wystawę, Tadeusz Rolke opowiada anegdotę.

Zgrabny układ fotografii uzupełnia gablota z oryginalnymi fotoreportażami drukowanymi w piśmie „Stolica”. W tamtych czasach fotograf „Stolicy” czy „Polski” to był ktoś. W reportażu „Skuterem po Warszawie” autorstwa Kossakowskiego i Rolke pozują z kobietami sami fotografowie. Zdjęcia wyglądają jak sceny z Felliniego. Dziś ogląda się to z sentymentem. Wiele w tym elegancji. Na współczesne przejawy lansu nie reagowalibyśmy równie przychylnie.

Muzeum

TPP_MSN_TR_widok_z_lotu_ptaka
Wizualizacja projektu Muzeum Sztuki Nowoczesnej i teatru TR Warszawa, pracownia Thomas Phifer and Partners. Widok z lotu ptaka

Warszawskiej epopei muzealnej ciąg dalszy. To, że nowa siedziba Muzeum Sztuki Nowoczesnej nie będzie tak zwaną ikoną, wiadomo było od dawna (albo inaczej: zmieniła się definicja „ikony”). Ta dyskusja przetoczyła się już wiele lat temu, gdy poprzedni konkurs na budynek muzeum wygrał Christian Kerez. W międzyczasie przestaliśmy oczekiwać „efektu Bilbao”. Gdyby muzeum budowano 15-20 lat temu, być może byłby to Liebeskind (dzisiaj krajobraz Warszawy szpeci jego „żagiel”). Potem liczono na kogoś pokroju Zahy Hadid (nie udało jej się „sprzedać” stolicy wieżowca-kaktusa). Na konferencji prasowej zorganizowanej na placu Defilad Thomas Phifer kwieciście i pełen zapału opowiadał o swoim nowym projekcie i fascynacji energią Warszawy.

Dziś nie ma już tych emocji, które towarzyszyły konkursom przed laty (przypomnę, że pierwszy odwołano, drugi wygrał Kerez). Nie ma śledzenia szwajcarskich spisków, głośnych rezygnacji z urzędu, protestów. Jest prosty projekt, do tego o wiele mniejszego budynku niż zakładano za czasów dyrektora Zielniewicza. Są realia. I jakaś nadzieja, że Muzeum jednak powstanie. Wszyscy są jednak ostrożniejsi w entuzjazmie.

Po fiasku projektu Kereza MSN i Teatr Rozmaitości wzięły sprawę w swoje ręce i same prowadzą inwestycję. W zamkniętym konkursie wybrano nie projekt, lecz biuro architektoniczne. Potem dopiero zaczęto projektować. O niektórych detalach wiadomo było z wywiadów od jakiegoś czasu: że będą to osobne budynki muzeum i teatru; że muzeum będzie białe, a teatr szary; że charakterystyczną cechą przyszłej siedziby MSN-u będzie półprzezroczysta fasada z „tkaniny” z białego teflonu.

Thomas Phifer przedstawił dziś projekt dziennikarzom, a Muzeum opublikowało renderingi. Tym razem nie było makiety (osobiście żałuję, bo lubię). Na wizualizacjach muzeum i teatr wyglądają minimalistycznie, oszczędnie, radykalnie. Jakby to były dopiero zamarkowane bryły, a nie ostateczny wygląd budynków. Podwójna biała fasada muzeum (biała tkanina ma być odsunięta od właściwego budynku o kilka metrów) oraz aluminiowe, ażurowe pokrycie teatru mają silnie kontrastować z otoczeniem. Podobnie zakładał Kerez, jednak Phifer posunął się kilka kroków dalej.

Na konferencji prasowej Joanna Mytkowska zdradziła też kilka szczegółów układu funkcjonalnego budynku. Na parterze: niebiletowane galerie „szybkiego reagowania”, audytorium, hol zlewający się z forum między budynkami. Na pierwszym piętrze: galerie „eksperymentalne” i „badawcze” (jako badawczą Mytkowska określiła ostatnią wystawę Wróblewskiego w MSN-ie) oraz biblioteka, archiwa (specjalne miejsce ma zająć Archiwum KwieKulik) i rekonstrukcja Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Drugie piętro to ciągi sal „klasycznych” i „monumentalnych”, przerywane mniejszymi pomieszczeniami, w których będzie można chwilę odpocząć od sztuki i cieszyć się widokiem miasta. Największa monumentalna sala ma liczyć aż 500 metrów kwadratowych (dla porównania Matejkowska w Zachęcie ma 300). Biała wieża dostawiona do bryły muzeum (sama bez specjalnej funkcji) kryje osobne wejście do kina ukrytego pod powierzchnią.

Podkreślano otwartość, kształtowanie przestrzeni miejskiej oraz fakt, że wiele miejsca podczas procesu projektowania poświęcono funkcjom i potrzebom instytucji.

winda
Przyszła wieża i winda do kina

Na placu Defilad, w miejscu, w którym mają zostać wzniesione muzeum i teatr, wymalowano białą farbą plany przyszłych budynków, po których oprowadzać będą jutro pracownicy muzeum i teatru. Na razie wszystko jest wirtualne. Na razie budynki na renderingach przykrywa rodzaj mgiełki. Wszyscy widzą, jak daleko potrafią odejść od wizualizacji właściwe realizacje. Na razie wygląda bardzo dobrze. Chciałoby się powiedzieć, że to krok milowy, ale przecież wracamy do niemal tego samego punktu, w którym sprawa muzeum była wiele lat temu.

 

Chwasty

DSC08001 (2)

W Miejscu Projektów Zachęty wyrosła łąka. Wewnątrz budynku wygląda spektakularnie i absurdalnie. Rośliny niskie i wysokie zajmują kilka metrów kwadratowych. Artystka Karolina Grzywnowicz przeniosła je z Bieszczad, z miejsc, w których kiedyś istniały miejscowości. Ich ludność została przesiedlona tuż po wojnie, m.in. w wyniku akcji Wisła. Wioski opustoszały.

Grzywnowicz interesują rośliny jako ślady po byłych mieszkańcach. W przeciwieństwie do budynków, po których gdzieniegdzie zostały zaledwie resztki fundamentów, rośliny przetrwały. Wciąż odradzają się na nowo. Stąd nagła obecność roślin ozdobnych w miejscach, gdzie dawno nie mieszkają już ludzie, czy drzew owocowych w środku lasu. To ślady po sadach i przydomowych ogródkach. W tekście towarzyszącym wystawie czytam, że „zmiany w strukturze i składzie chemicznym gleby wprowadzone kiedyś przez człowieka są na tyle znaczące, że dają możliwość przetrwania tym gatunkom nawet przez następne 600 lat”.

Przypomniał mi się przykład z innego zakątka Polski, lektura „Miedzianki” Filipa Springera. Położoną w okolicach Jeleniej Góry Miedziankę, dawny Kupferberg, w wyniku zmian granic po II wojnie światowej opuścili Niemcy, a przybyli tu Polacy też długo nie zagrzali miejsca (jak odkrywa Springer, w związku z rabunkowym wydobyciem uranu przez Rosjan). Z Miedzianki niewiele pozostało. Rynek zamienił się w łąkę. Ale jeden z wizytujących tu dawnych mieszkańców powiesił tabliczkę na starym drzewie „Erriner die Leute von Kupferberg”. Tym drzewem była śliwa, chyba nieprzypadkowo. Posadzić ją musiał jakiś człowiek.

Wystawa „Chwasty” Karoliny Grzywnowicz to też rodzaj epitafium.

DSC07983 (2)

Łące w galerii towarzyszy mapa z naniesionymi miejscowościami, których już nie ma, oraz zielnik, a w nim dosyć dobrze znane rośliny: porzeczka, lipa, narcyz, jabłoń. Opisom stricte botanicznym towarzyszą informacje, jak dane gatunki były wykorzystywane przez człowieka i o czym dziś może świadczyć ich obecność. Niektóre drzewa sadzono więc wokół cerkwi. Szczaw może dziś rosnąć tam, gdzie kiedyś wypasano owce, a pokrzywy – tam, gdzie nawożono obornikiem. Tarnina służyła za żywopłot, a kalinę koralową sadzono na grobach młodych dziewcząt, utożsamiano ją bowiem z młodością i dziewictwem.

Ciekawe, że w Warszawie w krótkim odstępie czasu pojawiły się dwa projekty artystyczne, w których rośliny grają pierwszoplanową rolę i wskazują na historię człowieka. W Cysternie obok CSW Gregor Różański zajmował się niedawno się roślinami, które przewędrowały długie odległości za sprawą ludzi (celowo lub przypadkiem). Przydługim informacjom towarzyszyły mikro-ogródki, rośliny posadzone w szklanych pojemnikach. To historia roślinnych migracji, ciekawy temat. Wystawa rozczarowywała jednak na poziomie czysto wizualnym, a nieufność budził fakt, że zbyt łopatologicznie rośliny porównywano tu do ludzi, „nielegalnych imigrantów”. Dostały swoją „zieloną kartę”.

Zainteresowanie artystów roślinami wpisuje się w szersze trendy współczesnej (post)humanistyki. Stąd zielniki na wielu wystawach (ale też zwierzęta, kamienie itd.). Nawet Róża Luxemburg prowadziła zielnik. Czasami można jednak odnieść wrażenie, że zebrany przez artystów materiał lepiej nadawałby się na książkę niż wystawę. Takie wrażenie towarzyszy mi zresztą często, gdy mam do czynienia ze sztuką opartą na badaniach. Jakby artyści zatrzymywali się w pewnym miejscu, nie wyciągali wniosków, a zbyt wcześnie szukali metafor. Grzywnowicz wychodzi obronną ręką. Jej gest jest silny, emocjonalny. Ale też chętnie przeczytałbym o tym książkę.

Kurz

DSC07564 (2)

„Dwutygodnik” opublikował właśnie moją recenzję wystawy „Kurz”, otwartej niedawno w Zamku Ujazdowski. Dla CSW to nowe otwarcie, nowy sezon, (trochę) nowa dyrekcja. A ja się zastanawiam, co można przez „kurz” powiedzieć, szukam na wystawie śladów otaczających nas problemów i próbuję odpowiedzieć na pytanie, co CSW rozumie przez „globalne”. Miłej lektury! Tekst nosi tytuł „Dzieła rozpadu”.

Dzikie pola

A
Zbigniew Makarewicz, Ernest Niemczyk, „Muzeum Archeologiczne Festung Breslau”, 1970 (detal)

Rzutem na taśmę, kilka słów o wystawie „Dzikie pola” w warszawskiej Zachęcie. Zanim się zamknie.

Wydaje mi się niesprawiedliwe sprowadzanie tej ogromnej, gęstej ekspozycji do roli promocji Wrocławia jako Europejskiej Stolicy Kultury czy Muzeum Współczesnego Wrocław, które wystawę przygotowało. To przede wszystkim wystawa historyczna. Wchodzimy w lata 60., wychodzimy – dzisiaj. Sporo tu ważnych, ciekawych prac. Jest się nad czym pochylić. Wrocławskie środowisko odegrało w przeszłości niebagatelną rolę w historii polskiej sztuki (podkreślę: w przeszłości). I to widać.

Zresztą należy wkład MWW docenić. Muzeum działa w okrągłym poniemieckim bunkrze nieco poza centrum Wrocławia. To siedziba tymczasowa, ale nic na razie nie wskazuje na to, by nowy budynek miał wkrótce powstać. Dyrektorka Dorota Monkiewicz i zespół kuratorów systematycznie badają jednak środowisko artystów, które zrodziło się w mieście po wojnie, organizują tematyczne wystawy i opracowują archiwa. Jest to więc nie tylko instytucja wystawiennicza, ale też badawcza. „Dzikie pola” podsumowują kilka lat tej aktywności. W Zachęcie wystarczyło ułożyć pokazywany wcześniej we Wrocławiu materiał w dłuższą narrację.

Od momentu otwarcia swej tymczasowej siedziby Muzeum wpisywało też swe działania i sztukę Wrocławia w szeroką perspektywę historyczną – Wrocław to największe miasto na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Pierwszym gestem nowej wrocławskiej instytucji było wydanie jednodniówki o Festung Breslau (otwarcie MWW komentowałem w „Dwutygodniku”). Przypomniano w niej moment, w którym Breslau stał się Wrocławiem. Potem przyjechali tu Polacy. Ten sam moment, z obu stron frontu, świetnie opisała w swojej najnowszej książce Magdalena Grzebałkowska.

Historyczny kontekst został też zaznaczony na wystawie w Zachęcie, chociaż uległ tu pewnemu rozproszeniu. Jedna z najciekawszych prac „Dzikich pól” dotyczy płytkiej archeologii – Zbigniew Makarewicz i Ernest Niemczyk podczas sympozjum Wrocław ’70 zaproponowali wykopki, sprawdzenie, co we Wrocławiu kryje się pod ziemią. Można się łatwo domyślić co. Widzimy zresztą próbkę takich poszukiwań. Artyści ujawniali więc to, co w tamtym latach było skrzętnie ukrywane – niemiecką przeszłość miasta. Gdyby udało się wtedy zrealizować ich pomysł, być może pewne rzeczy już dawno mielibyśmy przerobione.

B

Ale „Dzikie pola” to wystawa nierówna, pełna urywających się wątków. Jakby tych kilku lat prężnej działalności Muzeum nie potrafiono przełożyć na formułę dużej, przekrojowej wystawy o historycznym korzeniu. Rzeczy mniej ważne mieszają się z ważnymi, słabe z wybitnymi. Ambicja pokazania wszystkiego i okraszenia całości współczesnymi pracami spowodowała, że gdzieś po drodze gubi się myśl wiodąca, a czołowe postacie wrocławskiej sceny, jak Ludwiński, Grotowski, Jurkiewicz pozostają w cieniu. Najciekawsze momenty wystawy to poezja konkretna, Sympozjum Plastyczne Wrocław ’70 oraz sala, w której przypomniano zorganizowaną staraniem Natalii LL międzynarodową wystawę „Sztuka kobiet”.

Dla jasności należałoby chyba przesunąć granice – tym razem czasowe. Jeśli mowa o tym, że Wrocław po wojnie odradzał się jako nowe miasto, najlepiej uzmysłowiłoby to pokazanie, jak wyglądało tam niemieckie życie kulturalne przed wojną, a przynajmniej niemieckiej kultury materialnej, która przecież we Wrocławiu jest obecna (na czele ze wspomnianym bunkrem-muzeum). To byłby gest otwierający jakąś dyskusję. Znowu bowiem dowiadujemy się, że Wrocław leży na Ziemiach Odzyskanych, ale towarzyszy temu głównie narzekanie, że miasto było traktowane po macoszemu przez władze PRL (tradycyjne wywożenie cegły, opóźnienia w odbudowie), a nowi mieszkańcy długo nie czuli się gospodarzami z prawdziwego zdarzenia. Niemcy to wciąż nieobecne duchy.

Do tego trudny, nieprzepracowany jeszcze temat Ziem Odzyskanych pokazuje się tu w sposób zupełnie nieczytelny, pracami Allana Sekuli, który fotografował amerykańską bazę wojskową w Kiejkutach (Mazury), czy fotografią Rineke Dijkstry, która w 1992 roku sfotografowała polskie dzieci na plaży w Kołobrzegu (Pomorze Zachodnie). To świetne prace, ale do dyskusji o historycznym balaście Wrocławia nic nie wnoszą. Ich obecności widz nie potrafi sobie niczym wytłumaczyć, poza faktem, że pochodzą z kolekcji Muzeum Współczesnego.

Takie operacje stały się jednak kuratorską manierą, mało dziś historycznych wystaw bez „interwencji”. Kuratorzy nie zauważają, jak trudny do przeprowadzenia to zabieg, jak łatwo o banał. Na „Dzikich polach” chyba należałoby jednak zrezygnować z komentowania dzieł historycznych pracami współczesnych twórców. Te pierwsze same się świetnie obronią i nie potrzebują wątpliwych podpórek. A rezygnacja z tych drugich zwolniłaby nieco miejsca, by pełniej opisać niektóre zjawiska. Gdyby usunąć z wystawy prace Sekuli, Daniela Malone’a, Laury Paweli na niczym by „Dzikie pola” nie straciły, a zyskały na klarowności.

C
Przykład tego, jak nie pokazywać sztuki lat 80.

Być może należałoby też zamknąć narrację nieco wcześniej (naturalną cezurą jest rok 1989), zamiast ciągnąć ją do dnia dzisiejszego. Końcówka wystawy z pracami artystów współcześnie tworzących we Wrocławiu to najsłabszy punkt programu. Blado wypadają też lata 80. i nie pomogło wymalowanie poświęconych im sal czarną farbą. To, co było „dzikie”, zamknięto tu w ramkach. Nieproporcjonalnie dużo miejsca zajmuje zaś dokumentacja performatywnych koncertów zespołu Kormorany, który reprezentowany jest na wystawie obszerniej niż jakikolwiek artysta. W innym miejscu Jerzy Grotowski został ledwie liźnięty. Ale całkiem sporo miejsca poświęcono „wrocławskiej szkole plakatu”. To co ważne i wyjątkowe, gubi się w natłoku różnych zjawisk.

Wystawa zdradza ambicje ogarnięcia wszystkiego. Pierwsze skrzypce wiodą sztuki wizualne, ale jest i kącik architektury, i kącik teatru, korytarzyk poświęcony wytwórni filmowej. Każdy segment ma osobnego kuratora. Stąd wrażenie rozbicia wystawy na wiele części oraz opinia krytyków, że miasto napina się jak może, by się pochwalić – „Mamy!”.

Jest pewne stare polskie przysłowie o sześciu kucharkach. Jako wieloskładnikowa zupa „Dzikie pola” również trącą nadmiarem przypraw. Jakby na wystawie ścierały się różnego rodzaju ambicje. Jakby zbyt dużo chciano tu wygrać. I zaznaczyć różnorodność, i ciągłość, i historyczne konteksty, i (rzekomą) dynamikę współczesnej sceny. Prace historyczne pogodzić ze współczesnymi. Krótko mówiąc, wystawie zabrakło szerokiego, spajającego spojrzenia.

Spojrzenia

piksa
Agnieszka Piksa

Właśnie otworzyła się wystawa nowej edycji konkursu Spojrzenia, nagrody fundowanej przez Deutsche Bank. Chociaż to wciąż najważniejsza nagroda artystyczna przyznawana w Polsce, budzi coraz mniej emocji. A budzi coraz mniej emocji, gdyż w niewielkim stopniu odzwierciedla dynamikę naszej sceny. Wcześniej niezauważeni w Spojrzeniach pozostawali robiący gdzie indziej kariery malarze. Nigdy nominowany nie był Jakub Julian Ziółkowski, a neosurrealiści nie mogli stanąć w szranki ze sztuką bardziej zakorzenioną w rzeczywistości. Konkursowi brakuje nerwu.

Chodząc po nowej wystawie, też myślałem o nieobecnych. Efekty obrad jury, które nominowało piątkę kandydatów (głównie kandydatek) do nagrody, niezbyt pokrywają się z tym, co wzbudzało największe emocje w świecie sztuki w ostatnich dwóch latach. Konkurują ze sobą Alicja Bielawska, Ada Karczmarczyk, Piotr Łakomy, Agnieszka Piksa i Iza Tarasewicz. Brakuje mi tu najbardziej dwóch nazwisk: Honoraty Martin i Łukasza Surowca. To przecież o nich mówi się i dyskutuje (zwłaszcza o działaniach Martin, ale przypomnę też świetny śląski mural Surowca). Chyba nie jestem w tej opinii odosobniony.

Wiem, jak wyglądają nominacje, sam trzykrotnie uczestniczyłem w jury nominującym w poprzednich latach. Dziesięciu krytyków i kuratorów proponuje po dwa nazwiska, potem się głosuje, a potem wszyscy są nieco zdziwieni wynikami głosowania. Nie wiem, czy nikt nie wysunął kandydatury ani Martin, ani Surowca. Ale ich brak odbija się to na randze konkursu, któremu szczerze kibicuję. Spojrzenia mają już swoją tradycję i stałe miejsce w kalendarzu. Przydałoby się jeszcze trochę ożywczego napięcia.

M-Z

DSC07761 (2) — kopia

Muzeum Narodowe w Warszawie otworzyło nowy sezon kolejną ciekawą i niezwykle starannie przygotowaną wystawą. Rzecz dotyczy pomysłu sprzed 40 lat, gdy grupa artystów i architektów wspólnymi siłami projektowała trasę biegnącą od Muzeum do Zalewu Zegrzyńskiego. Tam wymyślono filię poświęconą sztuce współczesnej. Trasę nazwano M-Z. M od Muzeum i Z od Zalewu. Za projektem stali Marian Bogusz i Jerzy Olkiewicz. Zaprojektowano futurystyczne budynki – nowego muzealnego skrzydła na Skarpie Wiślanej oraz „muzeum na wodzie” na końcu 28-kilometrowej trasy, rzeźby i interwencje wzdłuż ciągnącej się drogi. Nie zrealizowano nawet jednej przydrożnej formy przestrzennej. Zresztą projekt miał raczej charakter koncepcji, luźnej propozycji. Samo Muzeum, które gościło wystawę projektu w swym holu, traktowało pomysły artystów bardziej jako punkt wyjścia do dyskusji niż coś rozpatrywane na serio. Proponowane budynki nie przypominają niczego, co kiedykolwiek wzniesiono w Polsce. Jedna z propozycji filii Muzeum Narodowego nad zalewem zakłada zbudowanie trzech spodków wiszących nad taflą wody.

DSC07745 (2) — kopia
Na wystawę składa się głównie kilkadziesiąt plansz, na których artyści przedstawili swoje pomysły. To kolaże ukazujące usytuowanie rzeźb w przestrzeni czy mapki z naniesionymi interwencjami kolorystycznymi. Są niezwykle atrakcyjne i większość z nich przypomina prace współczesnych artystów. Tych, którzy sięgają po archiwalne zdjęcia, by je nieco przekształcić. Wydaje się, że kolorystyka plansz sama podpowiedziała kuratorom zaproszenie do udziału w wystawie Katarzyny Przezwańskiej, której prace to często jaskrawe, barwne interwencje (jak w Parku Rzeźby na Bródnie). Na dziedzińcu muzealnym Przezwańska przekształciła nieckę fontanny w jednobarwną, błękitną płaszczyznę. To z jednej strony odniesienie do plansz, które oglądamy w środku muzeum, z drugiej – do wody, do zalewu. M-Z. Tyle że już po paru dniach instalacja Przezwańskiej uległa zabrudzeniom i przestała robić wrażenie.

DSC07705 (2)

DSC07781 (2) — kopia

Plusem wystawy jest umiejętnie wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości (zazwyczaj jeśli pojawia się na wystawach, służy raczej za gadżet). Wystawę ogląda się więc z urządzonkiem w dłoni. Dzięki niemu pośrodku przestrzeni wyrastają architektoniczne projekty, niby z przeszłości, ale wciąż z „przyszłości”.

Wszystko razem składa się na przemyślaną, zgrabnie zaprojektowaną ekspozycję. Niewiele z takiej wystawy może wyniknąć. Nikt raczej nie płacze po tym, że rzeźb i budynków nie zrealizowano. Wiemy, jak dzisiaj trudno jest cokolwiek zbudować. „M-Z” to raczej kolejny przypis do historii sztuki. Epizod nieco zapomniany zostaje ponownie wydobyty na światło dzienne jako jedna z wielu narracji o tym, jak sztuka próbowała wychodzić poza muzealne mury. Czasami tyle wystarczy.