Piszę o sztuce i okolicach. Tu – wyłącznie z wewnętrznej potrzeby i dla przyjemności. Komentuję, szybko recenzuję i zamieszczam linki do moich tekstów. Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowych postach mailem, kliknij w "Obserwuj" w prawym dolnym rogu ekranu i podaj swój adres. Pozdrawiam. Karol – ktsienkiewicz@gmail.com, instagram.com/sienkiewicz.karol.ok, twitter.com/krlsienkiewicz
W poprzednim tygodniu pisałem, że czekamy na wyniki priorytetu „Narodowe zbiory sztuki współczesnej”. I pojawiły się dzisiaj (bynajmniej nie przypisują sobie żadnych zasług). Może rzeczywiście Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego działa w zwolnionym tempie. Stosowny pdf można obejrzeć na stronie ministerstwa. Po blamażu ministerstwa z priorytetem „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej”, gdy odrzucono wnioski o dofinansowanie rozwoju kolekcji wszystkich czterech muzeów sztuki współczesnej w Polsce (przy okazji czterech zer pisałem o „środkowym palcu ministra”), ogłoszono nowy priorytet, „Narodowe zbiory…”, i rzutem na taśmę udało się rozpatrzyć ponownie złożone wnioski. Teraz muzea mają niewiele czasu, by dokonać zakupów. Koniec roku zbliża się nieubłaganie.
Wydaje się, że ministerstwo po skandalicznej wpadce wyszło z twarzą, ale tylko pozornie. Bo regulaminy obu priorytetów niewiele różni. W pierwotnym regulaminie dokonano zaledwie kosmetycznych zmian. Wnioski przygotowywały prawdopodobnie te same zespoły, muzea nie zmieniły strategii rozwoju swych kolekcji. A wyniki różnią się znacznie. Ocena wartości merytorycznej wniosków wzrosła średnio o połowę: MOCAK – z 28,17 punktów na 51,17, Muzeum Współczesne Wrocław – z 24,17 na 48,67, Muzeum Sztuki w Łodzi – z 29 na 56,83, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie z 28,17 na 57,17. Tym bardziej dziwić powinna różnica w przypadku oceny strategicznej: MOCAK – z 18 punktów na 28, MWW – z 22 na 25, MS – 14 na 28, MSN – 14 na 21. Wygląda więc na to, że chodzi wyłącznie o skład komisji oceniającej wnioski. I dobrze, że ministerstwo naprawiło ten błąd.
Największą sumę, ponad 2 miliony złotych, otrzyma na zakupy Muzeum Sztuki w Łodzi.
Po burzy związanej z ministerialnym programem rozwoju kolekcji sztuki współczesnej (przypomnę moje stare wpisy na blogu: Środkowy palec ministra, Komunikat, Komisja, a także mój tekst na „Dwutygodniku” – „Jaka sztuka jutro”), ministerstwo, nie rozpatrując odwołań, ogłosiło nowy program, przy jedynie kosmetycznych zmianach w regulaminie (przy zmianach pracował Andrzej Szczerski, przewodniczący AICA, wicedyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie, a prywatnie brat Krzysztofa Szczerskiego). Priorytet przechrzczono z Narodowych Kolekcji Sztuki Współczesnej na Narodowe Zbiory Sztuki Współczesnej. Instytucje mogły aplikować o środki na zakup dzieł sztuki według nowych zasada do 1 sierpnia.
Minęło więc ponad dwa miesiące (dwa miesiące i dwa tygodnie) i nadal nic nie wiadomo. To budzi obawy – z ogłoszeniem czterech zer ministerstwo też zwlekało nieprzyzwoicie długo. Tymczasem według regulaminu (i starego, i nowego) wnioski powinny być rozpatrzone w ciągu dwóch miesięcy i niezwłocznie podane do publicznej wiadomości. A zakup dzieła sztuki to nie wyprawa po bułki, to długotrwały proces, instytucje też mają swoje procedury, lata budżetowe, księgowości. Zgodnie z regulaminem priorytetu, realizacja zadania musi nastąpić w 2016 roku, a do końca roku zostało dwa i pół miesiąca. Ktoś tu gra na zwłokę. Czekamy.
Trzy tygodnie temu obradowała w Zachęcie komisja, która wybrała projekt wystawy do pawilonu Polski na przyszłoroczne Biennale Sztuki w Wenecji. Zgodnie z zapisem w regulaminie, o zwycięskim projekcie dowiemy się dopiero w momencie, w którym zwycięską propozycję oficjalnie zaakceptuje minister kultury. Rzeczywiście komisja wzorowo nabrała wody w usta i nie krążą nawet żadne plotki. Ale trzy tygodnie to bardzo długo. Dlaczego minister Gliński tak zwleka? Czekamy.
Przy niedoborze informacji zazwyczaj pojawiają się plotki i teorie spiskowe. Decyzyjne opóźnienia niektórzy tłumaczą chaosem w ministerstwie. Wierzę w ów chaos, ale nie wiem, co jest takiego trudnego w podpisaniu jednego dokumentu – jak w przypadku konkursu na projekt wystawy do Wenecji. W poprzednich latach decyzja ministra była formalnością. Zaakceptowanie decyzji jury nie wiąże się z jakimś wielkim administracyjnym obciążeniem dla ministerstwa, konkursem i samym weneckim pawilonem opiekuje się Zachęta i ma w tym wieloletnie doświadczenie. Osobiście podejrzewam, i nie jestem w tym podejrzeniu odosobniony, że minister odsuwał wszelkie niepopularne decyzje, czekając aż minie zorganizowany oddolnie Kongres Kultury.
Gliński nie ma wysokich notowań wśród ludzi kultury, mimo zaproszenia nie pojawił się na kongresie, a zorganizowany w czasie kongresu na schodach Pałacu Kultury protest „Nie oddamy wam kultury” adresowany był również do niego (minister naciskał na władze samorządowe Wrocławia, by ocenzurowały spektakl teatralny). Z doświadczenia wiadomo, że im dłużej Gliński ociąga się z decyzją, im dłużej informacje z ministerstwa nie nadchodzą, tym będą one dla nas trudniejsze do przełknięcia.
W komentarzu dla „Gazety Wyborczej” tłumaczę, skąd wziął się plakat, który pojawił się na protestach kobiet w poprzednim tygodniu, w sprawie którego zawiadomienie do prokuratury złożyła NSZZ Solidarność. Związkowcy, dziś już niewiele mający wspólnego z historyczną Solidarnością, nie zauważyli, że chodzi o pracę Sanji Iveković „Niewidzialne kobiety Solidarności”, dziś znajdującą się w kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.
Piszę:
Jako ważny komentarz do polskiej rzeczywistości i historii pokazano ją [pracę Iveković] na wystawie „Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”, którą muzeum zorganizowało w Pałacu Prezydenckim w 2013 r. Wiosną tego roku przypomniano ją również na 25. Międzynarodowym Biennale Plakatu, gdzie brytyjski kurator David Crowley na wystawie „Plakat – remediacje” opowiadał o długim życiu plakatów. Pokazał, jak na całym świecie plakaty zaczynały żyć własnym życiem – na demonstracjach, w licznych przeróbkach, jak stawały się symbolami politycznej walki.
Historia plakatu „W samo południe” świetnie to ilustrowała. W 1989 r. reprodukowały go gazety z całego świata, pisząc o wydarzeniach w Polsce. Potem wielokrotnie go trawestowano, zazwyczaj z okazji rocznic, ale też krytycznie, jak to zrobiła Iveković. I do Sarneckiego, i do Iveković nawiązała w 2014 r. polska artystka Zuzanna Janin – w jej wersji kowboj i kowbojka idą ręka w rękę.
Użycie plakatu Iveković na „czarnym proteście” to kolejny rozdział tej historii. Pokazuje, jak sztuka wysoka, ta z galerii, świetnie odnajduje się czasem na ulicy. Zresztą, jeśli wzbudza tak silne reakcje jak doniesienie do prokuratury, to znak, że artystka uderzyła w jakiś czuły męski punkt.
Nie oczekuję od związku, który zastrzegł sobie prawa do nazwy i znaku graficznego „Solidarności”, by orientował się w sztuce współczesnej. Ale chociaż sam urodziłem się w roku, w którym rodziła się „Solidarność”, czując się jej spadkobiercą i dłużnikiem, uważam, że ten symbol w pewnym sensie należy też do mnie. Podobnie jak „Mazurek Dąbrowskiego” czy Reksio, ale też Myszka Miki czy „Oda do radości”.
Jeśli plakat wyborczy z 1989 r. przerabiają artystki, a ich wersje są w użyciu, najwyraźniej oryginał takiej przeróbki się domagał.
O wystawach wspomnianych w tekście pisałem wcześniej na „Dwutygodniku”: o „Jaka sztuka dzisiaj, taka Polska jutro” w tekście „Jeszcze będzie przepięknie”, o wystawie „Plakat – remediacje” w ramach 25. Międzynarodowego Biennale Plakatu w tekście „Płakat”.
Ekipa Szalonej Galerii, Agnieszka Polska, Jakub de Barbaro i Janek Simon pozuje w saniach w Galerii Staroci w Lipcach Reymontowskich
Na łamach „Dwutygodnika” ukazał się bardzo spóźniony (mea culpa!) tekst o wakacyjnych wyjazdach za miasto – tych związanych ze sztuką – „Skansen”. Piszę o wystawie „Pany chłopy chłopy pany” w BWA Sokół w Nowym Sączu i w nowosądeckim skansenie, a także pierwszym przystanku Szalonej Galerii w Lipcach Reymontowskich, gdzie odwiedziliśmy też miejscowe galerie i muzea, w tym Galerię Staroci, prywatną kolekcję pana Zbigniewa Stania.
„Lipiecka Galeria Staroci to właściwie prywatne muzeum, w które Stań zamienił niemal wszystkie gospodarcze zabudowania. W jednym budynku – łowickie stroje ludowe i hafty, w innym – sanie i wozy, w jeszcze innym – stare narzędzia rolnicze. O każdym przedmiocie pan Zbigniew miał coś do powiedzenia. Pochwalił się ogromnym zbiorem wydań „Chłopów” z całego świata oraz pamiątek z planu filmowego – w Lipcach kręcono film i serial telewizyjny na kanwie powieści Reymonta, a on jako młody chłopak zbierał autografy aktorów i sam wystąpił jako statysta w jednej ze scen. Na pamiątkę kupiliśmy kwiaty z krepiny wykonane przez jego żonę. Chociaż na swojej trasie po Polsce Szalona Galeria święciła triumfy, w Lipcach zdawała się przegrywać z bogactwem lokalnej tradycji i historii, nawet jeśli książkowej, zamkniętej w ramy ludowości.”
Wystawa „Pany chłopy chłopy pany” w BWA Sokół w Nowym Sączu
„Nawet podczas tych wycieczek po sztukę za miasto, wieś wciąż wydawała się jakaś odległa. Chociaż wszyscy ze wsi pochodzimy i, wydawałoby się, świetnie ją znamy, oglądana przez pryzmat sztuki jawi się obco. Poza wzrokiem nas, odbiorców sztuki, gdzieś tam rolnicy zbierali ogórki. Na przykładzie współczesnych dzieł sztuki nie dałoby się zbudować jakiegoś obrazu wsi, nawet tego wyidealizowanego à la Wyspiański, czy wsi na progu przemian à la Redliński. Moda na tematy wiejskie, jeśli nie liczyć kilku artystów blisko z wsią związanych, okazuje się dosyć powierzchowna, rzadko podparta empirycznym doświadczeniem, odległa od rzeczywistości. Wciąż mierzymy się bardziej z pewnym obrazem wsi utrwalonym w kulturze (stąd zainteresowanie sztuką ludową) niż z jej rzeczywistymi problemami.”
Kongres Kultury, który wczoraj rozpoczął obrady, to impreza rozproszona. Jednocześnie odbywa się kilka dyskusji w salach oznaczonych różnymi kolorami – od niebieskiej, po czarną. Kongresowe wrażenia zależą więc od indywidualnych wyborów każdego uczestnika. Ja trafiłem na dyskusję o przemocy w instytucjach (inicjatorem tego stolika był Artur Żmijewski, ale moderował go Stach Szabłowski) oraz na dyskusję o wolności artysty i polityce państwa, którą prowadziła Anda Rottenberg. Przez większość spędzonego na Kongresie czasu odniosłem wrażenie, że poruszam się w świecie biało-czarnym, ale wiem, że sam mam skłonność do takiego stawiania sprawy. Na panelu otwierającym Kongres Mirosław Bałka przypomniał zresztą swoją realizacje „How It Is” z Tate Modern sprzed dobrych kilku lat, sugerując, że antycypował nią obecne czarne dziury w Europie – Węgry i Polskę.
Przy stoliku „przemocowym” najbardziej wyraziście wypowiedzieli się Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich, oraz psycholog biznesu Jacek Santorski. Wobec litanii narzekań na przemocowe praktyki instytucji ze strony pracowników i artystów, Bodnar przedstawił, jak wiele z naszych praw wobec instytucji zapisanych jest w samej konstytucji. Santorski opisywał, jak w polskiej kulturze organizacji (nie tylko w muzeach, ale też w biznesie) dominuje model folwarczny, zanurzając się w barwnych opowieściach z podwórka polskich korporacji. Przy okazji – nie pamiętam już w jakim kontekście – opowiedział o swojej transformacji: przerażająca wizyta w rzeźni skłoniła go do przejścia na wegetarianizm; wegetarianizm spowodował, że miał podkrążone oczy i wyraźnie osłabł, przez co grał w tenisa nie pięć, lecz jedynie dwa razy w tygodniu; a że lubi tenis, zmusiło go to do zmiany diety. Dziś ma 65 lat, a czuje się czterdziestolatkiem. Rzeczywiście Santorski trzyma się nieźle. A mimo to Mikołaj Iwański jako głos z sali zarzucił mu, że jest dinozaurem („Pan jest dinozaurem”), wytknął mu kult menadżeryzmu i zasugerował, że instytucje świetnie radzą sobie bez dyrektorów. Santorski przeprosił, jeśli kogoś uraził.
Rzeczywistość rysowała się w równie czarnych barwach na panelu prowadzonym przez Rottenberg. Rottenberg zapowiedziała, że nie będzie opowiadała o Korei Północnej, było za to sporo opowieści rodem z Trzeciej Rzeszy i Rosji sowieckiej i uwikłaniu artystów w reżim ten czy inny. Tu ukłon w stronę reżysera Krauzego i sposobu, w jaki używa ostatnio swoich talentów. Gdy dyskusja przeniosła się czasowo i geograficznie do dzisiejszej Polski, mogło się wydawać, głównie za sprawą Marii Potockiej, dyrektorki krakowskiego Mocaku, że w pisowskiej rzeczywistości nie jest się wcale tak trudno poruszać. „Odważnym się więcej wybacza”, stwierdziła Potocka. A co jak przyjdzie jej stracić pracę? Nic się nie stanie – „każda zmiana jest twórcza” (Potocka nie używała tego sloganu, gdy krakowskie środowisko domagało się konkursu na obiecany jej wcześniej stołek, bez skutku). „Nie wszyscy mają taką naturę fajtera jak Masza Potocka”, stwierdziła trzeźwo Monika Szewczyk, dyrektorka białostockiego Arsenału, mając jednocześnie problem z ustawieniem się tak, by nie być do kogoś tyłem („Mam tylko jeden przód”). Szewczyk w kontrze do rejtanowania mówiła o wstydzie jako regulatorze dyrektorskich zachowań, co wydało mi się bardziej szczere od deklaracji odwagi.
Najwięcej wyniosłem jednak z Kongresu Wróżek Polskich, zorganizowanego w ramach Festiwalu Zdarzenia w Teatrze Dramatycznym, imprezy towarzyszącej Kongresowi Kultury (chociaż organizatorzy festiwalu pisali w pewnym momencie, że to kongres towarzyszy festiwalowi), we współpracy z pismem „Gwiazdy mówią”. Dyskusję z siódemką wróżek i wróżbitów poprowadził sam Sławomir Sierakowski. Niestety nie przygotował się do niej najlepiej – nie wiedział nawet, kim są jego rozmówcy, a spora część dyskusji toczyła się wokół określenia specyfiki ich zawodu. Deklaracjom Sierakowskiego, że ezoteryka jest ważną częścią kultury, przeczył sam fakt, że w informacji o wydarzeniu nie podano nazwisk dyskutantów (wyobrażacie sobie panel, w opisie którego zapomina się wspomnieć, że uczestniczy w nim Rottenberg, Potocka czy Bałka?), co próbowano naprawić, rozdając przy wyjściu kartki z listą jasnowidzów.
Wróżbici nie zawiedli. Opowiadali o „dużym przeskoku energetycznym Polski w ostatnich latach”. Numerolog Sylwester Chordecki stwierdził, że Polsce przypisana jest czwórka, przez co ma pecha do społeczeństwa – w Polsce odradzają się ludzie, którym nie powiodło się gdzie indziej. Jesteśmy więc narodem składającym się z nieudaczników pochodzących z Francji, Stanów czy Niemiec. Ale też dlatego – zdaniem Chordeckiego – niewiele jest w Polsce prawdziwych patriotów. Astrolożka Izabela Konkiel-Podlaska, chociaż zarzekała się, że nie zajmuje się „astrologią polityczną”, wieszczyła zwycięstwo Hillary Clinton w nadchodzących wyborach w Stanach Zjednoczonych (im bliżej wyborów, tym Trump ma bardziej niekorzystny układ planet). Inna jasnowidzka stwierdziła, że za rok rozpocznie się trudny czas w kwestii przywództwa Polski. Pod koniec 2017 roku możemy bowiem kogoś ważnego stracić i nie będzie komu decydować. Prawdziwie rewolucyjne zmiany na świecie nastąpią zaś w roku 2038. Wcześniej jednak, w ciągu najbliższych trzech lat, Sławomir Sierakowski ożeni się, chociaż według planet, znaleźć mu dobrą żonę łatwo nie jest. Wyszedłem pełen nadziei na przyszłość.
Dzisiaj w Pałacu Kultury i Nauki rozpoczynają się obrady Kongresu Kultury, gdzie oczywiście będę. W kilku dyskusjach stolikowych i debatach powracać będą tematy, które od kilku lat wałkuje Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej.
Na stronie „Gazety Wyborczej” można przeczytać mój przedkongresowy tekst – „Sztuka wezwana na dywanik”, w którym przypominam, jak wyglądała relacja Ministerstwa Kultury ze sztukę współczesną w ostatnim roku. Przy okazji wskazuje na zagrożenia, które w pełni ilustruje ostatni tekst Moniki Małkowskiej. Wcześniej brawurowo, w duchu KwieKulik rozłożył go na czynniki pierwsze Przemysław Kwiek, wskazując na rażące podobieństwa retoryki Małkowskiej i ataków na „sztukę zdegenerowaną” w Trzeciej Rzeszy.
Ku przestrodze, cytat z krytyczki: „Bogate społeczeństwa Europy poczuły zagrożenie – wiadomo jakie. Instynktownie zwracają się ku wartościom, które stanowiły i nadal stanowią podwaliny europejskiej cywilizacji. (.) Skończyła się epoka postnihilizmu, postdadaizmu, postkonceptualizmu i innych postów . To było dobre na lata pokoju i prosperity. Teraz jest wojna. Hybrydowa, ale jednak. Trzeba podbudować morale. My, Europejczycy, nie ugniemy się pod natarciem nowej barbarii. Pomoże w tym kultura.”
Pu’u Loa, Hawai’i Volcanoes National Park, Big Island
Pisałem już wcześniej o muzeach w Honolulu oraz kołdrze ostatniej hawajskiej królowej Lili’uokalani, którą oglądałem w królewskim pałacu w Honolulu, ale nie ma na Hawajach ciekawszej sztuki niż pola zastygłej lawy pokryte petroglifami. Kilka petroglifów znaleźliśmy w samym Honolulu (na wyspie Oahu), w przycmentarnych chaszczach, ale prawdziwy petroglifowy raj to Big Island (Hawaii Island), na której spędziliśmy z Marcinem drugą część wakacji.
Naskalne rysunki za cmentarzem w Honolulu – figura ludzka i pies
Jeden z pieszych szlaków w Narodowym Parku Wulkanów na Hawaii to szlak petroglifowy, który moim zdaniem bije na głowę nawet czynne kratery. Już po dwóch kilometrach wędrówki w palącym słońcu przez lawowe pole dochodzi się do miejsca, w którym – by ochronić petroglify – zbudowano specjalną kładkę. Wokół petroglify układają się w jedną ogromną kompozycję. Postacie ludzkie, zwierzęta, gwiazdki, okręgi, punkty przypominają rysunki gwiezdnych konstelacji, a czasem malarstwo Juana Miró.
Przypomniała mi się scena z „Konopielki”, w której w odpowiedzi na nowość przyniesioną ze szkoły przez syna, że ziemia jest okrągła (i że jak wesz wokół głowy człowiek może obejść ziemię naokoło), gospodarz Kaziuk najpierw sprawia synowi lanie, a po jakim czasie rysuje na śniegu to, co wie o świecie – że w lesie są brzozy, w rzece – ryby, słońce wschodzi i zachodzi, zimy są zimne, a lata gorące. Toż wszystko prawda! „Byle czego się nie pisze, pisanie to nie gadanie”, mówi Kaziuk.
Pu’u Loa
Tu też raczej byle czego się nie pisało. Zwłaszcza, że w wyrycie rysunku na skale trzeba było włożyć o wiele więcej wysiłku niż w pisanie na śniegu czy na piasku na plaży. Na przykład punktowe wgłębienia to miejsca, w których po urodzeniu dziecka składano pępowinę i przykrywano ją kamieniem. Gdy po nocy pępowina znikała, był to dla dziecka dobry omen. Znaczenia wielu innych petroglifów zatarły się. Ale dziś mówią przede wszystkim: „byliśmy tu” (jak napis z męskiej szatni, w której przebieraliśmy się przed wuefem w liceum: „Byłem tu, Tony Halik”).
By dotrzeć do innych miejsc petroglifowych, musieliśmy z Marcinem odwiedzać ogromne ośrodku turystyczne. Petroglifowe pola sąsiadują dziś często z polami golfowymi i hotelami. W jednym z takich kompleksów, Holohoikai Beach Park, znajduje się Puakō. Koncentrację ludzkich postaci uważa się za armię wojowników lub bardzo rozbudowane drzewo genealogiczne.
Koń i kowboj, Waikaloa, Big Island
Tuż obok hotelowego kompleksu Waikaloa biegnie tzw. królewska droga – ścieżka, którą Hawajczycy przemierzali przez setki lat. Otaczają ją niezliczone petroglify, wśród nich jeden szczególnie ciekawy – przedstawia konia i kowboja na drugim koniu. Ten petroglif na pewno powstał w XIX wieku (datowanie petroglifów jest wyjątkowo trudne) – wiemy to, bo wcześniej na Hawajach po prostu nie było koni. Podobnie rzecz przedstawia się z petroglifami – napisami. Misjonarze nauczyli Hawajczyków pisać, w tym zapisywać język hawajski. Napisy szybko znalazły się też wyryte na zastygłej lawie.
Waikaloa, Big Island
Ciągle trwa dyskusja co do znaczenia licznych petroglifów przedstawiających okręgi, wpisanymi jeden w drugi. Według wczesnych interpretacji ilość okręgów miała oznaczać, ile razy ich autor okrążył wyspę (Big Island to naprawdę spora wyspa). Półokręgi miały oznaczać podróż częściową. Dziś uważa się, że okręgami oznaczano narodziny chłopca, półokręgami – dziewczynki.
Wojownik w hełmie, Klahuipua Historic Preserve, Big IslandWojownik z dzidą, Puako Petroglyphs Archaeological Preserve, Big Island
Kołdra królowej Lili’uokalani, Iolani Palace, Honolulu, fot. Jason Raia, Wikimedia Commons 15697562656
Co robi królowa przez kilka miesięcy, gdy jest więziona w swoim pałacu przez ludzi, którzy obalili w jej kraju monarchię? Ostatnia hawajska królowa Lili’uokalani nie ma dostępu do prasy, ale może czytać literaturę. Ma dostęp do papieru i ołówka, więc pisze i komponuje (hawajscy monarchowie byli szczególnie muzykalni – słowa hawajskiego hymnu napisał sam król Kalakaua, starszy brat późniejszej królowej Lili’uokalani). Może z nią przebywać jedna dworzanka, więc ma z kim pogadać. Wieczorami spaceruje pod okiem strażnika po pałacowym balkonie (nietypowy spacerniak). Modli się, uważa się za gorliwą chrześcijankę. Czasem przyjmuje gości. Ogląda kwiaty, które niemal codziennie przysyłane są z jej licznych posiadłości. I szyje.
Dziś dwa pomieszczenia na piętrze pałacu Iolani, w których przez dziesięć miesięcy więziono królową Lili’uokalani, pozostają niemal puste, przez co jeszcze bardziej kontrastują z bogato zdobionymi i umeblowanymi innymi pałacowymi wnętrzami – salą tronową, jadalnią czy królewskimi sypialniami. Podobno w królewskiej celi Lili’uokalani nie było zbyt wielu sprzętów. Jedyną pamiątką po królowej jest tu kołdra, którą uszyła, czasami z pomocą swoich dwórek i gości. To kołdra w stylu crazy.
Królowa rozpoczęła jej szycie w 1885 roku, a skończyła tuż po swym uwolnieniu. Kołdra składa się z dziewięciu pól – środkowe pole przedstawia herb Hawajów, zawiera informację o życiu Lili’uokalani oraz dramatycznym końcu hawajskiej monarchii. Na ośmiu otaczających polach można znaleźć imiona przyjaciół królowej.
Tradycyjna kołdra hawajska w sypialni w letnim pałacu królowej Emmy w Honolulu
Hawajskie kołdry są efektem zderzenia tradycyjnej kultury polinezyjskiej z kulturą zachodnią. O wiele starszą tradycją są hawajskie kapa, tkaniny uzyskiwane z kory morwy, barwione i zdobione nadrukami. Wodzowie i rodzina królewska nosili zaś peleryny z kolorowych piórek hawajskich ptaków. Nowe techniki pojawiły się wraz z przybyciem na Hawaje Europejczyków pod koniec XVIII wieku. W tym czasie patchworkowe kołdry były już specjalnością amerykańskich kobiet. Wzorowa amerykańska gospodyni musiała bezbłędnie posługiwać się nitką i igłą.
Na Hawajach patchworkowe kołdry pojawiły się za sprawą amerykańskich misjonarzy, którzy przybyli na archipelag w 1820 roku, a dokładniej – za sprawą ich żon. Żony misjonarzy szyły kołdry dla hawajskiej rodziny królewskiej, a także uczyły szycia wysoko urodzone Hawajki. Opanowawszy nową technikę, Hawajki zaczęły stosować typowo hawajskie wzory. Zazwyczaj była to jedna duża, symetryczna aplikacja, inspirowana tropikalną roślinnością wysp (poszczególne rośliny czy kwiaty niosły różne znaczenia symboliczne i duchowe). Dwukolorowe wzory hawajskich kołder przypominają nieco ludowe papierowe wycinanki z Polski. Zresztą te aplikacje powstawały w podobny sposób – by uzyskać symetryczny wzór materiał składano na cztery lub na osiem.
Przykład współczesnej kapa – Marie McDonald, „Ka ‚Imi Hoku i Mauna Kea”, 2007, fragment
Co ciekawe, kołdry obejmował hawajski system kapu, skomplikowany i rozbudowany zestaw zasad i tabu, związany z tradycyjnymi hawajskimi wierzeniami, który misjonarze próbowali oczywiście wyplenić. Na przykład kołdry nikt nie mógł oglądać, dopóki nie była skończona, nie wolno było na niej siadać, wzory nie powinny były przedstawiać ludzi czy zwierząt, a przede wszystkim – kobiety nie mogły dzielić się swoimi wzorami (dlatego po praniu suszyły je odwrócone na lewą stronę).
Hawajska kołdra z motywem flagi
Podróżując po Oahu i Big Island, w kilku miejscach natknęliśmy się na inny typ hawajskiej kołdry, patriotycznej, z motywem hawajskiej flagi. Zaprojektowanie flagi Hawajów zlecił pierwszy król Kamehameha Wielki, który chciał, by łączyła ona w sobie elementy flag amerykańskiej, francuskiej i brytyjskiej. Stąd trzykolorowe pasy (białe, czerwone i niebieskie) oraz brytyjski Union Jack. Na kołdrach pojawiały się cztery flagi, tworzące kwadrat, z hawajskim herbem pośrodku.
Kołdra z herbem Hawajów w sypialni króla Kalakauaua, Iolani Palace, Honolulu
Kołdry w stylu crazy, szyte z nieregularnych skrawków szlachetnych materiałów, jedwabiu, aksamitu, wstążek, przy użyciu bardzo zdobnych szwów, stały się szczególnie popularne w Europie i Ameryce pod koniec epoki wiktoriańskiej, w latach 80. i 90. XIX wieku. Lili’uokalani mogła je widzieć podczas swoich zagranicznych podróży – w 1887 roku udała się przez Stany Zjednoczone do Londynu na złoty jubileusz królowej Wiktorii. A może kołdry w stylu crazy przybyły na Hawaje już wcześniej. Ale to ciekawe, że dla swego dzieła powstającego w najbardziej dramatycznym momencie swego życia, kołdry obrazującej upadek wyspiarskiej monarchii, kwitnącej pośrodku Pacyfiku przez cały XIX wiek, Lili’uokalani wybrała akurat styl crazy – niezwykle ozdobny, ale chaotyczny, kalejdoskopowy. Może styl crazy lepiej oddawał stan jej ducha.
Większość budynków stanowych parlamentów w USA naśladuje Kapitol waszyngtoński, neoklasyczny, z charakterystyczną wysoką kopułą. Ten w Honoluu to perła architektury modernistycznej; pewnie głównie dzięki temu, że Hawaje zostały pięćdziesiątym stanem USA dopiero w 1959 roku. To otwarta struktura z centralnym atrium (z mozaiką naśladującą taflę wody). Wzniesiony w 1969 roku przez dwie firmy architektoniczne (Belt Lemon and Lo oraz John Carl Warnecke and Associates), ma naśladować różne aspekty hawajskiego krajobrazu i przyrody.
Budynek otacza woda, w której odbija się architektura – podobnie jak hawajski archipelag otacza Ocean Spokojny. Kształt dwóch stożkowych brył mieszczących dwie izby stanowego parlamentu mają przywoływać hawajskie wulkany. Kolumny przypominają swym kształtem palmy królewskie; każda z czterech fasad ma po osiem kolumn, co odpowiada liczbie głównych wysp archipelagu. Styl międzynarodowy zyskał więc w Honolulu, szczególnie w budynkach rządowych, lokalne cechy (zwłaszcza jak się do tego doda wykorzystanie hawajskiego drewna w drzwiach i meblach).
Pomnik królowej Lili’uokalani, w tle pałac Iolani
Kapitol w Honolulu znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie pałacu Iolani, wzniesionego w 1879 roku jako główna siedziba hawajskiego monarchy. Między pałacem Iolani i budynkiem kapitolu symbolicznie wznosi się pomnik ostatniej hawajskiej królowej, Lili’uokalani, zmuszonej do abdykacji w 1893 roku przez mieszkających na Hawajach obcokrajowców, głównie plantatorów, dążących do aneksji archipelagu przez Stany Zjednoczone, przy cichym wsparciu amerykańskiej marynarki (za co przeprosił Hawajczyków dopiero Bill Clinton).
Aloha! Nie przyjechaliśmy na Hawaje, by oglądać sztukę. Raczej w poszukiwaniu ustronnych plaż, egzotycznych rybek i odrobiny cienia pod palmą – uwaga na spadające kokosy! Ale znaleźliśmy też chwilę na wizytę w hawajskich muzeach. Poza galeriami z iście turystyczną ofertą, kilka instytucji oferuje Honolulu: Honolulu Art Museum z główną siedzibą (odpowiednikiem naszych muzeów narodowych) i drugą siedzibą w Spalding House z wystawami czasowymi sztuki współczesnej, a także Hawai’i State Art Museum (tu stałą wystawę porównałbym niestety do Domu Artysty Plastyka). W tutejszym klimacie zawsze przyjemnie wejść do klimatyzowanego wnętrza.
Nowe budynki Honolulu Museum of Art
Od innych amerykańskich muzeów, muzea Honolulu odróżnia przede wszystkim architektura. Nowojorski architekt Bertram Goodhue zaprojektował Honolulu Art Museum jako ciąg galerii otaczających kilka dziedzińców (na co pozwala oczywiście hawajski klimat), łącząc elementy architektury śródziemnomorskiej i chińskiej z popularnym na Hawajach spadzistym dachem. Galerie azjatyckie okalają więc chiński dziedziniec z niewielkim ogrodem i sadzawką z chińskimi karpiami, galerie sztuki europejskiej, od XVII wieku po modernizm, tworzą dziedziniec w stylu śródziemnomorskim. Ale największe wrażenie robi dobudowany w 2001 roku pawilon, który mieści galerię amerykańskiej sztuki współczesnej oraz sztuki Hawajów. Druga siedziba Honolulu Art Museum mieści się w rezydencji Spalding House na wzgórzach otaczających miasto (ze wspaniałym widokiem na centrum i ocean).
Aleksander Archipenko, Figura kobiety, 1930, w tle rzymska mozaika z polowaniem na zwierzęta z V wieku n.e.Indonezyjskie maski w Honolulu Museum of Art
Honolulu Art Museum odzwierciedla etniczny kocioł współczesnych Hawajów. Oferuje z jednej strony wycieczkę przez tradycyjną sztukę Korei, Chin, Japonii, sztukę buddyjską, indyjską, indonezyjską, filipińską, z drugiej – szlakiem euroatlantyckim – od europejskiej sztuki XVIII wiecznej, po modernizm i powojenną sztukę amerykańską. Niemal każdy z wielkich malarzy przełomu XIX i XX wieku jest tu reprezentowany (zazwyczaj) jednym płótnem – od Moneta, po Picassa. Z tym że w kilku salach tematycznych ciekawie zaburzono chronologię. I tak w sali portretu płótno Alexa Katza sąsiaduje z Whistlerem, a w sali poświęconej ciału figurka kobiety Archipienki pozuje na tle rzymskiej mozaiki.
Szkoda, że dosyć blado wypadają sale poświęcone samym Hawajom. Podobnie trudno zrozumieć, dlaczego gości muzeum wita figura Penelopy (tej z „Odysei”), a nie chociażby hawajskiej bogini wulkanów Pele. Tradycyjną sztukę hawajską i polinezyjską, portrety hawajskich królów i królowych czy XIX-wieczne malarstwo przedstawiające hawajskie wulkany i inne oblicza hawajskiego krajobrazu lepiej oglądać w Bishop Museum (o charakterze historyczno-przyrodniczym).
Spalding House, HonoluluDavid Hockney, fragment scenografii do „L’enfant et les sortileges” Ravela, 1981„Biustonosz” Toma Wasselmanna w ogrodzie Spalding House
W Spalding House poza wystawami czasowymi (trafiliśmy na dosyć nudne rozważania o plastiku w sztuce i plastiku zanieczyszczającym oceany) w specjalnym pawilonie prezentowana jest scenografia Davida Hockneya do sztuki „L’Enfant et les sortileges” Maurice’a Ravela, wystawionej w nowojorskiej Metropolitan Opera w 1981 roku, w ogrodzie zaś można zobaczyć (poza wspomnianymi widokami) „Biustonosz” Toma Wesselmanna. Od Sasa do Lasa.
Największą przyjemność sprawiło mi ponowne odkrycie Toshiko Takaezu, pochodzącej z Hawajów twórczyni ceramicznych rzeźb, czerpiących z jednej strony z tradycji japońskiej, z drugiej – z abstrakcyjnego ekspresjonizmu (pisałem o niej przy okazji wizyty w Seattle). Jej prace są w każdym muzeum Honolulu, jedne z najciekawszych – w ogrodzie rzeźby przy Hawai’i State Art Museum.
Toshiko Takaezu, Ceramiczne drzewa, 1990, ogród rzeźby przy Hawai’i State Art MuseumOgród rzeźby przy Hawai’i State Art MuseumNo i nasza ulubiona plaża – Makalawena na Big Island