25. Biennale Plakatu

plakat3

W „Dwutygodniku” ukazała się moja recenzja wystaw 25. Międzynarodowego Biennale Plakatu. Opisuję głównie świetną wystawę główną, przygotowaną przez Davida Crowleya „Plakat – remediacje”, ale też kilka kuriozalnych sytuacji, przy których ręce krytyka opadają. Poniżej cytaty na zachętę.

Jubileuszowe Biennale jest wyraźnie rozdarte. Wprawdzie David Crowley wspaniale pokazał, jak ważną rolę odgrywają plakaty i znaki graficzne, i w przeszłości, i obecnie, jednak na razie jedyną odpowiedzią na pytanie, jak uwspółcześnić formułę Biennale, jest kompromitujący całe przedsięwzięcie konkurs na „plakat w ruchu”. Po przeciwnej stronie plasują się zaś tradycyjnie rozumiane plakaty i konkurs, które królowały na 24 poprzednich edycjach imprezy. Oczywiście, to ciekawe, że jubileuszowe Biennale tę nieprzystawalność imprezy do współczesnych realiów wydobywa na światło dziennie. Mam nadzieję, że jakieś rozwiązania przyniesie planowana na jesień konferencja. Na razie sytuację Biennale i plakatu w ogóle najlepiej oddawałby popularny ostatnio gif z Johnem Travoltą z filmu „Pulp Fiction”, rozglądającym się z wyraźnie zagubioną miną – gdzie ja jestem?„.

plakat2

Przy okazji kręcę nosem na biennalowe plakaty: „Trudno uwierzyć, że zapraszają nie na koncert disco polo, lecz na prestiżowe wystawy poświęcone plakatowi. Czy tak dziś wygląda „sztuka plakatu”? Afisz do wystawy „Plakat – remediacje” inspirowany był rozbitą szybą, w efekcie „L” zamienia się w „Ł” i wychodzi z tego „PŁAKAT”. Co może jest i dobrym komentarzem do całej sytuacji”.

A na koniec jeszcze zdjęcie pokazujące jak wyglądała wystawa „50 / 50 / 50” kilka dni po otwarciu – w rzeczywistości są to dwie wystawy w jednej („Dwutygnodnik” zamieścił ładne zdjęcia z wernisażu).

plakat1

Recenzja z IX Berlin Biennale

DSC08113

Na Dwutygodniku ukazała się zapowiadana przeze mnie wcześniej recenzja z IX Berlin Biennale – „Berlin Biennale 2.0„. Na zachętę zacytuję końcówkę:

„Na wielkich imprezach coraz częściej odnoszę wrażenie, że świat sztuki nie nadąża za umykającą rzeczywistością. Całkowicie nie mogło sobie z nią poradzić podążające za pieniędzmi Manifesta, gdy dwa lata temu gościło w Petersburgu. Biennale w Stambule, które oglądałem jesienią zeszłego roku, szeroko podejmowało temat rzezi Ormian sprzed stu lat (rocznicowy pawilon Armenii nagrodzono na ostatnim Biennale Sztuki w Wenecji), ale ignorowało to, co dzieje się na ulicach w Stambule czy w Ankarze.

BB IX reprezentuje, z nielicznymi wyjątkami, dosyć wąskie horyzonty warstwy kreatywnej wielkich metropolii – Nowego Jorku, Los Angeles czy Berlina. Jest ciekawe jako symptom naszych czasów (i pewnych klas społecznych). DIS na pewno zapisze się w historii sztuki, ale jego wizja, uwolniona od historii, przypomina mi „Kongres futurologiczny” Stanisława Lema lub dużo młodszy „Matrix” Wachowskich – jest miejscami dystopijna lub utopijna, ale zamknięta w pułapce halucynacji.  Bo reprezentuje i poddaje analizie pewien wycinkowy obraz świata, do tego w kolejnych warstwach makijażu”.

Prosto z Berlina o BB IX pisałem w bardziej humorystycznym tonie.

Podróżnicy

DSC06901.jpg
Fragment instalacji Janka Simona

„Dwutygodnik” opublikował właśnie moją recenzję wystawy „Podróżnicy” w Zachęcie – „Podróżować jest bosko”. Zachęta ma w zwyczaju pokazywać prace, które wcześniej reprezentowały Polskę na Biennale w Wenecji. Film Yael Bartany był kilka lat temu wyświetlany równolegle w Warszawie i Wenecji. Po udziale w Biennale zawitał do Zachęty Konrad Smoleński. Dwa lata temu w Pawilonie Polski pokazywano pracę „Halka / Haiti” Joanny Malinowskiej i C.T. Jaspera (recenzowałem Biennale dla „Dwutygodnika” w tekście „Masz dziś wolne”). Rok później, kuratorka Magdalena Moskalewicz obudowała warszawską prezentację filmu całą wystawą problemową, zatytułowaną „Podróżnicy”. Z marnymi rezultatami. Raz, że po prostu sporo jest tu prac słabych. Dwa, że koncepcja wystawy jest dziurawa.

Piszę w recenzji: „Wystawa podejmuje tak wiele wątków związanych ze zmianą miejsca pobytu, że gubi się jej myśl przewodnia. Bo jak się ma turysta do emigranta zarobkowego? Jak się ma podróżujący artysta do tysięcy Afrykańczyków, którzy próbując przedostać się do Europy, ryzykują życie? I do kogo właściwie odnosi się tytuł wystawy – do artystów czy do bohaterów ich prac?”

Przy okazji komentuję zjawisko artystycznych rezydencji oraz promocję polskiej kultury za granicą.

Kolekcje

uprezydenta
„Pan Guma” Pawła Althamera oraz obrazy Rafała Bujnowskiego na wystawie „Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”

 

W „Dwutygodniku” wracam do tematu kolekcji i ministerialnego programu dedykowanego kolekcjom sztuki współczesnej. Sprawę zamieszania w ministerstwie komentowałem już wcześniej – najpierw, gdy okazało się, że priorytet „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej” został praktycznie zablokowany („Środkowy palec ministra”), a potem gdy MKiDN wydało komunikat o tym, dlaczego tak się stało – wynikało z niego, że komisja oceniała wnioski nie trzymając się regulaminu („Komunikat”).

W tekście „Jaka sztuka jutro” opisuję krótką historię dedykowanych kolekcjom sztuki współczesnej programów (zaczynając od Znaków Czasu), przyglądam się bliżej, jak działa ministerialny program „Kolekcje”, jakie są jego cele; zdradzam, co muzea zamierzały kupić; cytuję dyrektorów muzeów i galerii, artystów. No i powtarzam parę truizmów, których w normalnej sytuacji nie trzeba nawet wspominać. Bo przecież gdyby nie zapowiadana przez ministra Glińskiego „korekta w kulturze”, ten tekst by nie powstał.

Piszę: „Ale problem muzealnych kolekcji sztuki współczesnej trzeba widzieć w szerszej perspektywie. Przecież te pieniądze nie kończą swej drogi na muzeach. Ostatecznie trafiają do artystów oraz galerii, jeśli dany twórca jest przez galerię reprezentowany. Muzea, które nie otrzymają dotacji i nie zdobędą środków z innych źródeł, będą musiały zrezygnować z kupna wcześniej zarezerwowanych dzieł. Uderza to w całe środowisko.”

Odsłonięte okna

DSC03971 (2)

„Dwutygodnik” opublikował właśnie moją nową recenzję – tym razem z wystawy „Z mojego okna widać wszystkie kopce”, która jest rodzajem nowego otwarcia dla krakowskiego Bunkra Sztuki. Tekst nosi tytuł „Odsłonięte okna”, zgodnie z tym, co nastąpiła na górnym piętrze Bunkra. Dyrektorką galerii od niedawna jest Magdalena Ziółkowska, moja rówieśniczka i koleżanka z Instytutu Historii Sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, do niedawna kuratorka Muzeum Sztuki w Łodzi.

Piszę: „Na górnym poziomie – inny gest. Zaprojektowany przez Różyską-Tołłoczko rząd okien w salach na piętrze od lat 90. pozostawał zasłonięty. Dzięki temu galeria bardziej przypominała white cube. Dzisiaj okna odsłonięto. Ale trudno to nazwać remontem. Po prostu zerwano cienką ścianę z dykty i gipsu. Z jej resztek na parterze zbudowano prowizoryczne audytorium, a paru artystów stworzyło z nich własne prace. Inni, jak Andris Eglitis, odnoszą się po prostu do kruchej materialności. Ten rozpad jest więc mocno na pokaz. Aczkolwiek naturalne światło, nawet w tym nieładzie, oraz widok na drzewa na Plantach i fryz w Pałacu Sztuki po sąsiedzku tworzą niezwykle kuszącą perspektywę.”

Niestety fotografie ilustrujące tekst na „Dwutygodniku” nie oddają dysproporcji między tekstem a dziełami sztuki na wystawie, o którym piszę, wklejam więc kilka własnych zdjęć tutaj.

DSC03874 (2)
Część wystawy w piwnicy Bunkra poświęcona architekturze

 

DSC03813 (2)
Audytorium na parterze

 

DSC03837 (2)
Widok na część wystawy poświęconą edukacji – dokumenty połączone w sieć różnokolorowymi nitkami

 

DSC03841 (2)
Nowy Pawilon Wystawowy – specjalny kącik do studiowania wystawiennictwa i kuratorstwa

 

„Co najmniej połowa wystawy Z mojego okna widać wszystkie kopce to teksty – dokumenty, cytaty, przyklejone do ścian i rzadko komentowane. Kopie dokumentów pokryły szczelną tapetą ścianę w części ekspozycji poświęconej edukacji. Na piętrze – dokumenty opisują historię pierwszych lat BWA. Na parterze powstała specjalna przestrzeń, nazywana dla zmyłki Pawilonem Wystawienniczym, służąca jako czytelnia publikacji poświęconych wystawiennictwu i kuratorowaniu wystaw, w której dodatkowo przypomniana została konferencja Polifonia głosów zorganizowana przez Adama Budaka w 2002 roku. Ma być tu realizowany program skierowany do profesjonalistów zainteresowanych strategiami kuratorsko-wystawienniczymi.”

Współczynnik sztuki

DSC02786 (2)
Stanisław Garbarczuk na wystawie „Po co wojny są na świecie”

 

Na „Dwutygodniku” pojawił się właśnie mój tekst o trzech ostatnich wystawach Muzeum Sztuki Nowoczesnej w pawilonie Emilii: „Współczynnik sztuki”. Te wystawy to „Chleb i róże”, „Po co wojny są na świecie” oraz „Robiąc użytek”. Piszę o MSN w nowej sytuacji politycznej, o Jacku Adamasie i rozkroku świata sztuki.

„Wystawy świetnie ilustrują rozkrok Muzeum, które miało realizować koncepcję muzeum krytycznego Piotra Piotrowskiego i wydawało się, że to robi. Instytucja chce być blisko rzeczywistości, reagować na wydarzenia społeczno-polityczne, a czasem nawet je antycypować. By to robić rzetelnie – podkreślał Piotrowski – muzeum najpierw samo musi się określić, opisać, zdefiniować; krytyczność instytucji miała polegać na nieustannej autoanalizie. Tymczasem od paru miesięcy żyjemy w zmienionej rzeczywistości i taka autoanaliza musi ją uwzględniać. Przygotowując te trzy wystawy, MSN najwyraźniej antycypowało rozwój wypadków. Bo czy faktycznie oczekujemy od publicznych instytucji, że otwarcie wystąpią przeciwko obecnemu rządowi?”

Adu

DSC02394

Ada Karczmarczyk, wyróżniona drugą nagrodą na zeszłorocznych Spojrzeniach, to dosyć nietypowa artystka wizualna. Rozpatrywany osobno, żaden z elementów jej działań nie trzyma się kupy. Karczmarczyk znana jest przede wszystkim z wykonywanych chałupniczo teledysków, którymi chce nawracać młodzież. I to na serio. Ale ani niespecjalnie potrafi śpiewać, ani komponować czy pisać słowa. Na poziomie wizualnym to czysty kicz. A misję ewangelizacyjną prowadzi w kraju w ponad 90 procentach katolickim. Może warto by nas ponawracać na co innego.

Sceniczna i internetowa kreacja Karczmarczyk, Adu, to projekt pozornie subwersywny (teledyski i słowa piosenek odbiegają od kościelnej poprawności), ale głęboko konserwatywny. Świat sztuki postrzega Adu tak jak matka, która sama walczyła o wolność seksualną, odkryła, że jej własna córka woli być dziewicą do ślubu, czyli nie wiadomo kiedy.

O Karczmarczyk piszę na zlecenie „Dwutygodnika” przy okazji jej wystawy w Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu w tekście zatytułowanym „Katechetka”:

„Adu jest jednak mało precyzyjna, a zarazem ignoruje polityczną rolę Kościoła i polityczność w ogóle. Dlatego łatwo można by ją wykorzystać, wpisując w skrajnie odmienne narracje – zarówno propagandę pro-life, jak i atak na kościelne hierarchie. Jest jednak coś, co trudno w jej sztuce zignorować: ten straszny gender, również w niejednoznacznym wydaniu. Karczmarczyk z jednej strony ucieleśnia katolicką, reglamentowaną kobiecą seksualność (popęd sublimowany w kiczowatej religijności), a z drugiej strony przyjmuje nienormatywną jak na Kościół katolicki rolę kobiety – na koncertach przebiera się za papieżycę, kapłankę. A od kiedy Ewa dała Adamowi jabłko, w Kościele kobieta może co najwyżej zmyć podłogę i podlać kwiatki”.

Nie pisałem o tym w samym tekście w „Dwutygodniku”, ale ciekawe, że równolegle z wystawą Karczmarczyk Arsenał pokazuje projekt nieznanego mi bliżej artysty Tomasza Matusewicza „U stu-dni islamu”. Głównym elementem jest są tu dywaniki z ustawionym na nich obuwiem, które układają się w napis „Europa”. Przez ten napis dochodzi się do filmu, ukazującego przygotowania do modlitwy w meczecie. To sugestia, że islam stoi u bram starego kontynentu. „Wystawa stawia pytanie, na ile asymilacja kulturowa pomiędzy tymi kulturami jest możliwa”. Zderzenie kiczowatej odmiany chrześcijaństwa z kulturą islamu (czy zakamuflowanym ostrzeżeniem przed islamem) to doprawdy ciekawa mieszanka.

Bałka w Muzeum Sztuki

DSC01477

Polecam wystawę Mirosława Bałki w Muzeum Sztuki w Łodzi, której kuratorką jest moja dobra przyjaciółka Kasia Redzisz (wspólnie kilka lat temu przygotowaliśmy książkę o grupie Świadomość Neue Bieriemiennost, którą Bałka współtworzył). Wystawę recenzuję na „Dwutygodniku”: Bałka według Bałki.

„Ta wystawa to spojrzenie w przeszłość, na własny dorobek. Mirosław Bałka stroni jednak od retrospektyw i podsumowań. Jeśli spogląda wstecz na swą twórczość, to czyni to na własnych zasadach. Jakby nie interesowały go dzieła, o których mówił kiedyś, że wysyła je w świat. Nie śledzi ich i nie zaprasza na spotkanie po latach. 30 lat po maturze – trudno o większe rozczarowanie. W Muzeum Sztuki w Łodzi Bałka sięga po sprawdzone przez siebie strategie i stosuje je tym razem wobec własnej twórczości. Redukuje. Zadowala się śladem, pozostałością, które w jego rękach urastają do rangi relikwii.

Bałka wielokrotnie stosował artystyczny recycling, zwłaszcza gdy w odnajdowanych przedmiotach odciskały się ślady człowieka. Fetyszyzował je – swój rodzinny dom w Otwocku, który przez lata służył za jego pracownię, Galerię Foksal. I w Łodzi znajdziemy takie prace, na przykład fragment linoleum z Foksalu, którego kształt oddaje skomplikowany układ pomieszczenia i w którym przez lata użytkowania odbiła się klepka z podłogi; wisi na ścianie niczym filcowe prace Roberta Morrisa. Albo nadpalone rysunki, ofiary pożaru w pracowni. Głównym obszarem wiwisekcji Bałki jest tym razem jego własna twórczość”.

Artyści-kuratorzy

DSC01627

Na „Dwutygodniku” piszę o trzech wystawach w Warszawie (dwóch w Zachęcie i jednej w Królikarni), w których artyści wychodzą w rolę kuratorów: Artysta + kurator = ?.

Najbardziej godna polecenia jest wystawa przygotowana przez Zbyszka Liberę w Królikarni – „To nie moja wina, że otarła się o mnie ta rzeźba”. Libera wybiera z kolekcji Królikarni prace tak, by opowiadały jakieś mikro-historie. Komentuje je własnymi rysunkami. Piszę na przykład:

„Libera ogłasza też ‚Mistrzostwo świata w rzeźbie kobiet’. Dokonania polskiego wunderteamu rzeźbiarek, od Aliny Szapocznikow po Zuzannę Janin, humorystycznie zestawia z osiągnięciami polskich biegaczek, rekordzistek świata, Ireny Szewińskiej i Ewy Kłobukowskiej. Największe wrażenie robi jednak kącik, w którym dwie matrony, rzeźby Xawerego Dunikowskiego, wzięły się pod boki i groźnie łypią na nagiego chłopca dłuta Alfonsa Karnego. Sam Libera często wspomina, że w młodości otaczały go silne kobiety, matka i babka. Może w tym zestawieniu jest coś autobiograficznego? A może Libera jako mężczyzna poczuł się dyskryminowany? Nie posądzałbym go o to. Nie zapominajmy, że odwrócenie męskiego spojrzenia dotyczy wyłącznie sztuki, a nawet w sztuce to ciągle pobożne życzenia, zwane z angielska wishful thinking. Nie dajmy się zwieść manipulacji, jakkolwiek byłaby kusząca”.

Wystawie towarzyszy świetny program spotkań „przy rzeźbach” – z Anką Ptaszkowską o Henryku Stażewskim, z Andrzejem Przywarą o Edwardzie Krasińskim, z Agatą Jakubowską o Alinie Szapocznikow.

 

Orłowski

DSC00105

O wystawie Franciszka Orłowskiego w CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie: Przedwczesny bilans – Dwutygodnik.

„Pamiętam, jakie wrażenie robiła praca Orłowskiego na wystawie „Nie ma sorry” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w 2008 roku. Muzeum nie miało jeszcze do dyspozycji Emilki. W pasażu między blokiem przy Pańskiej a salonem meblowym przy Emilii Plater Orłowski postawił samochód osobowy, który równo obłożył asfaltem. Wyglądało to tak, jakby maszyna asfaltująca jechała równo po wszystkim, co napotkała na swojej drodze, a ktoś nieopatrznie zostawił swoje auto w pasażu. Nie ma sorry. To był mocny debiut.

Potem jednak nigdy nie udało się Orłowskiemu powtórzyć tego sukcesu, chociaż bardzo się starał. A to wymieniał się ubraniami z bezdomnym, a potem szył z uzyskanego w ten sposób materiału namiot czy zasłonę przebieralni (dziś uleciał już z nich trudny do zniesienia zapach ludzkiego brudu). A to w jednopensówkę wmontowywał mikrozdjęcie bezrobotnych w Londynie, by następie wpuścić monetę w obieg. A to przerabiał oponę samochodową tak, że jej bieżnik wypisywał rzucone przez Jana Pawła II hasło: „Niech zstąpi duch twój!”. Już te trzy przykłady pokazują, jak daleko od siebie potrafią być prace Orłowskiego, całkiem bliskie sobie czasowo.”