Breguła. Skwer

skwerbregula

Polecam moją recenzję wystawy Karoliny Breguły „Skwer” w warszawskiej Królikarni.

„Znowu żyjemy w czasach upadających pomników. Pamiętamy takie upadki ze starych kronik filmowych. Spektakularny rozpad figury Feliksa Dzierżyńskiego z placu Bankowego w Warszawie jest jednym z symboli zmiany ustrojowej w Polsce. Kolejna faza dekomunizacji naszej przestrzeni publicznej sięga znacznie głębiej, jej ofiarą może paść i Róża Luksemburg, i pomnik wdzięczności żołnierzom Armii Czerwonej wyzwalającej polskie miasteczka spod władzy niemieckiego okupanta. Niedawno ulica, przy której mieszkam, zmieniła nazwę z Armii Ludowej na Lecha Kaczyńskiego. To część szerszego projektu – zagłuszania historii i kreowania jej na nowo.

Głównym bohaterem „Skweru”, nowej instalacji wideo Karoliny Breguły pokazywanej w warszawskiej Królikarni, jest właśnie pomnik. Zapomniana rzeźba, zarośnięta krzakami stoi przy tytułowym skwerze. Rzeźba przyciąga mieszkańców miasta swym głosem. „Chciałabym zadać wam pytanie”, śpiewa. Jak we wcześniejszych filmach Breguły, scenariusz jest niezwykle prosty. Akcja rozwija się powoli. A głównego bohatera nie widać.”

„To pytanie każdy z nas pewnie nosi w sobie. Film, niezależnie od tego, gdzie był kręcony, jest uniwersalny. Wykracza poza historie konkretnych miejsc. Albo inaczej – każdy odnajdzie w nim jakąś historię swojego kraju. Wyświetlany na Tajwanie może przywoływać czasy białego terroru, w Chinach – lata rewolucji kulturalnej, w Stanach – niewolnictwo i zagładę rdzennych mieszkańców Ameryki. Każde społeczeństwo nosi w sobie nieprzepracowane traumy. Ponieważ w „Skwerze” nie widzimy samej rzeźby, może chodzić zarówno o pomniki zapomniane (mówi się często, że stawiamy pomniki po to, by pamiętały za nas), ale też takie, których nigdy nie wzniesiono. Oglądając „Skwer” w Warszawie, też zastanawiamy się, jakie pytanie właściwie chciałaby zadać nam ta rzeźba.”

„Breguła zdecydowała się jednak pójść krok dalej. Pomiędzy scenami kręconymi na Tajwanie umieściła sceny kręcone w Warszawie, na targowisku. Oto sama artystka w przebraniu bajkowej księżniczki wybiega z salonu manicure na wieść o śpiewającej rzeźbie. Jednak znajduje się w innej czasoprzestrzeni. Księżniczka jest zagubiona. Biegnie, nie wie dokąd. Mówi o swojej niemocy. Wraz z napotkanym mężczyzną nie potrafią się wydostać z labiryntu targowiska, natykają się na płoty. Potem jakimś cudem jemu udaje się przez płot przebiec. Breguła zostaje po drugiej stronie. Banał tej metaforyki niebezpiecznie wciąga film na granicę żenady.”

CAŁOŚĆ TEKSTU DOSTĘPNA NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Sroka w Bunkrze?

z mojego okna
Odsłonięte okna na wystawie „Z mojego okna widać wszystkie kopce”

Krakowska prasa przynosi niepokojące wieści. Oto dwa lata przed końcem kontraktu Magdaleny Ziółkowskiej (l. 37) na stanowisku dyrektorki Bunkra Sztuki ma ją zastąpić Magdalena Sroka (l. 41), do niedawna dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a wcześniej – wiceprezydentka Krakowa ds. kultury i promocji miasta. Sprawa jest niejasna i wymaga znacznie więcej wyjaśnień ze strony Urzędu Miasta Krakowa i prezydenta Jacka Majchrowskiego (l. 71).

Ziółkowska nie komentuje sytuacji. Wiadomo jednak, że trwają jakieś rozmowy, a Urząd Miasta wysłał już pismo do MKiDN z prośbą o opinię na temat rozwiązania umowy z Ziółkowską. Andrzej Kulig, zastępca prezydenta Krakowa, zdradził też w lokalnej prasie, że Ziółkowskiej zaproponowano stanowisko dyrektora artystycznego Bunkra. Ziółkowska, jak podała krakowska „Wyborcza”, odmawia przyjęcia nowego stanowiska. Bo i z jakiej racji ktoś ma jej nagle skracać kadencję?

Urząd Miasta stara się rozwiązać sprawę w białych rękawiczkach. Pretekstem jest remont budynku Bunkra Sztuki, o który – gdy tylko została dyrektorką – walczyła właśnie Ziółkowska. Musiała się wtedy skonfrontować z materialną rzeczywistością kierowanej przez siebie instytucji. Bunkier się sypie. Wystawy organizowane przez Ziółkowską i jej zespół czasem do tego materialnego ubóstwa nawiązywały. Przy okazji wystawy „Z mojego okna widać wszystkie kopce”, Ziółkowska mówiła mi: „To prawdziwe wyzwanie prowadzić instytucję w stanie fizycznego rozkładu jej architektury, pracować na tym postępującym rozpadzie i jednocześnie jasno określać swój głos i miejsce”. Wtedy też zerwano ścianę z dykty i gipsu odsłaniając zakryte do tej pory okna na piętrze galerii.

To Ziółkowska zorganizowała międzynarodowy konkurs na przebudowę Bunkra. Teraz zarzuca się jej brak doświadczenia organizacyjnego niezbędnego do przeprowadzenia inwestycji. Tylko skąd nagle takie wątpliwości? Zawsze można przecież zatrudnić pełnomocnika lub wicedyrektora ds. inwestycji. Nie jest już nawet tajemnicą poliszynela, że p.o. dyrektora ma zostać Magdalena Sroka, a potem ma być rozpisany konkurs. I miasto, i Sroka naciskają, by Ziółkowska objęła stanowisko dyrektora artystycznego.

Sroka wypowiedziała się dla „Wyborczej”: „Zważywszy na decyzję organizatora Bunkra Sztuki, czyli Urzędu Miasta Krakowa o zmianie w systemie zarządzania tej instytucji, jestem skłonna zgodzić się pełnić funkcję p.o. dyrektora Bunkra Sztuki. Swoją rolę widziałabym głównie w pomocy w sprawnym przeprowadzeniu procesu inwesytycyjno-budowlanego. Jestem natomiast przekonana, że najkorzystniejszą sytuacją byłaby taka, w której Magdalena Ziółkowska zdecyduje się pozostać na stanowisku dyrektora programowego”. Paradoksem jest fakt, że to Sroka jako ówczesna wiceprezydentka Krakowa przewodniczyła komisji, która rekomendowała Ziółkowską na stanowisko.

Jeśli Ziółkowska rzeczywiście nie chce przyjąć stanowiska dyrektora programowego, to słusznie. Nie ma sensu uczestniczyć w grach polityków. A jak mogą wyglądać konkursy organizowane przez urzędy miasta, wiemy chociażby z Wrocławia, gdzie Dorota Monkiewicz przegrała konkurs na własne stanowisko z o wiele mniej doświadczonym kandydatem popieranym przez lokalne władze. Pokazała tym samym, ile może znaczyć konkurs (nie żebym był przeciwny konkursom). Co oznaczają konkursy, skoro można dyrektorce przerwać kontrakt w trakcie jego trwania bez specjalnych powodów?

Szereg rzeczy zastanawia: Czy Urząd Miasta Krakowa ma podstawy prawne, by usunąć Ziółkowską ze stanowiska?  Czy miasto chce wyłożyć pieniądze na remont Bunkra Sztuki? Czy nie dałoby ich Ziółkowskiej, a Sroce już tak? Urząd Miasta nie tłumaczy, dlaczego zmienił „system zarządzania”. Nie wiemy, jakie Ziółkowskiej stawiane są zarzuty i czego jej brakuje. Wiemy, że Magdalena Sroka od października jest bezrobotna i pewnie szuka pracy.

Kaczyński zakuty w brzozie

kaczynski9

Wieść rozeszła się lotem błyskawicy szlakiem facebookowym – Althamer wyrzeźbił twarz Lecha Kaczyńskiego w pniu brzozy i ma go zamiar ustawić przed Pałacem Prezydenckim. Na dowód zdjęcie rzeźby. Wszystko się zgadza: jest brzoza i jest Kaczyński. Godzina 15.00. Podchwytują to media – Althamer, znany artysta, Kaczyński, jutro ósma rocznica katastrofy. Dzwoni do mnie dziennikarz z radia: czy Althamer tak na serio czy bawi się w trickstera? Próbuję go przekonać, że na serio.

Po piętnastej naprzeciw Pałacu Prezydenckiego niewielki tłumek czekający na rzeźbą Althamera chroni się cieniu. Wszystko się opóźnia, wiadomo, że będziemy czekać. Ma przyjechać laweta. Dostajemy cynk, że raczej na Krakowskie Przedmieście nie wjadą, ale mogą się zatrzymać niedaleko ASP. Gdy w końcu przyjeżdża ciężarówka, rzeźba ląduje na chodniku. Ktoś załatwia wózek, na którym będzie ją można przeciągnąć pod pomnik Poniatowskiego. Althamera otaczają skierowane w jego kierunku mikrofony, kamery i komórki.

kaczynski3

Skąd pochodzi brzoza? Taka gruba, to pewnie z Syberii. Nie, nie z Syberii, z Borów Tucholskich. Gdy dostał taki duży kawałek brzozowego pnia, postanowił wyrzeźbić w nim Lecha Kaczyńskiego. Takie miał pierwsze skojarzenie.

Tragicznie zmarły prezydent wydaje się zamknięty w pniu. Widzimy tylko jego twarz w okrągłym nimbie, który sprawia, że Kaczyński wydaje się spoglądać z okienka samolotu, a kształt drzewa podpowiada, że może nawet rakiety kosmicznej.

Gdyby nie było wiadomo, że to Althamer, można by pomyśleć, że to dzieło jakiegoś wybitne sprawnego rzeźbiarza ludowego. Ale rękę Althamera zdradzają od razu detale – oczy z hebanu i kości renifera, złota aureola wokół twarzy prezydenta, biało-czerwony znaczek polskiego lotnictwa. Wszystko to znamy z innych realizacji Pawła. Kilka lat temu w Brasilii, mieście zbudowanym na planie przypominającym kształt ptaka lub samolotu, na jego „skrzydle”, szerokiej miejskiej arterii Althamer ułożył taki właśnie symbol, a potem sfotografował go z lotu ptaka. Znak do nieba.

kaczynski5

kaczynski6

Pierwotny plan, by rzeźbę po prostu położyć przed Pałacem Prezydenckim, gdzie wciąż jest wiele mniejszych spontanicznych prób upamiętnienia katastrofy (małe brzozowe krzyżyki i tymczasowe tablice), nie udaje się. Gdy rzeźbę z trudem ciągniemy przez przejście dla pieszych na Krakowskim Przedmieściu, na pasach zatrzymuje się wóz policyjny. Co to takiego? Gdzie idziecie? Po co? Co z tym chcecie zrobić? „Ja jestem autorem, jestem artystą-rzeźbiarzem”, mówi Althamer. „Bardzo mi miło, jakiś dokument poproszę”.

Gdy Paweł z boku tłumaczy się policjantom, a wokół rzeźby robi się zbiegowisko. Obok, pod kościołem Wizytek, stoi inna smoleńsko-artystyczna instalacja: rodzaj rusztowania z dzwonem i biało-czerwonymi akcentami. Tłum blokuje ruch na chodniku. Przechodnie zatrzymują się, przyglądają, robią zdjęcia. Zaczynają się dyskusje. Korzystając z okazji, że ma publiczność, pan (ten od dzwonu) wygłasza przemowę o tajemniczych przyczynach katastrofy i ciągłym braku prawdy. Antyfaszysta kłóci się z przebranym w nieznany mi mundur faszystą (sam się tak przedstawił), który przyjechał tu na rowerze i podjadał czekoladowy batonik. „Czy to sposób upamiętnienia?” – starsza pani, która przechodzi akurat chodnikiem i zerka, ma wątpliwości. „W mojej katolickiej religii inaczej upamiętnia się zmarłych”.

Korzystając z chwili przerwy w rozmowie Pawła z policjantami (w międzyczasie przyjechał ważniejszy policjant w drugim radiowozie), pani z telewizji próbuje podpytywać Pawła o interpretację rzeźby. „A to prezydent czy premier? Bo różnie można interpretować”. Jest wyraźnie niezadowolna. Paweł, chociaż powtarza, że w tym nie ma kpiny, nie chce sam za dużo narzucać. Chyba liczyli na lepszy smaczek.

kaczynski7

Policjanci dzwonią do wyższych instancji. W końcu przychodzi odpowiedź – nie ma zgody na pozostawienie pnia na Krakowskim Przedmieściu. Ale mimo to ruszamy dalej, choć na chwilę. Do dziennikarzy, którzy w streamingach na żywo relacjonują wydarzenie, dołącza policjant z kamerą, który pozostanie z nami do samego końca.

Gdy wreszcie ta zróżnicowana procesja dociera pod Pałac Prezydencki, zatrzymujemy się na dłuższą chwilę. Paweł nie chce się spieszyć. Wiadomo, że rzeźba tu zostać nie może, ale warto, by tu jednak zaistniała. Na początku przypomina to trochę chwilę dla fotoreportera. Ale rzeźba się w jakiś sposób spełnia, chociaż tylko na chwilę i w formie wozu Drzymały.

Lech Kaczyński spogląda swymi czarnymi oczami z wnętrza pnia-sarkofagu. Althamer zapala mu świeczkę.

kaczynski8

Pojawia się pytanie: co dalej. Rzeźba tu zostać nie może. Okazuje się, że mogą się nią zaopiekować panie z miasteczka, które rozbiło się tuż pod sejmem. Pod hotelem Bristol długo czekamy na taksówkę bagażową, która zabiera brzozę pod sejm. Wszyscy się już dawno gdzieś rozeszli.

Miasteczko okazuje się pełne innego rodzaju artystyczno-politycznych instalacji. Do tego z różnych rejestrów. Na drzewach choinkowe lampki układają się w biało-czerwone flagi. Prosty, polityczny humor miesza się ze smoleńską żałobą. Powstają antypisowskie transparenty na następny dzień („Plac Piłsudskiego nie Kaczyńskiego”). Naprzeciwko czarno-białych zdjęć wszystkich ofiar katastrofy na czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości czekają taczki: dla Dudy, dla Ziobry, dla Kamińskiego… „One way ticket”. Obok na niewielkiej drabince stoją buty – kpina z drabinki prezesa, której używa podczas miesięcznic.

Paweł kładzie pień nieco z boku, na trawniku. Prezydent niezmiennie patrzy się w niebo. W tym miejscu na chwilę zakończyła się jego peregrynacja.

kaczynski10

kaczynski11

To było wczoraj. Rocznica katastrofy jest dzisiaj. W „Gazecie Wyborczej” ukazał się mój tekst o Pomniku Smoleńskim, którego odsłonięcie na placu Piłsudskiego jest elementem oficjalnych obchodów. Komentuję w nim sam pomnik oraz przywołuję dyskusję o pomnikach, które toczyły się w Polsce w latach 80., gdy Jerzy Kalina, autor pomnika z placu Piłsudskiego, był jednym z najważniejszych twórców przykościelnych. Mam wątpliwości, czy w sytuacji politycznego sporu postawienie „działającego” pomnika byłoby w ogóle możliwe.

Rzeźba Althamera trochę tę patową sytuację wokół katastrofy i pomnika odczarowała.

Piękne małpy Europy

malpewdomu

To historia o małpach, porcelanie, biznesmenie z wyobraźnią, a na pewnym jej etapie pojawią się w niej nawet skrzydła husarskie.

Ćmielowską porcelanę zna każdy, ale nie każdy w Ćmielowie był. Gdy ostatnio pojechałem do Ostrowca Świętokrzyskiego na wystawę Wojtka Mazana („Modeks”), moi ostrowieccy przyjaciele zabrali mnie na krótką wycieczkę do Ćmielowa. Wojtek obiecał mi małpy.

Dziś w Ćmielowie, podobnie jak przed wojną, porcelanę produkuje się w dwóch należących do różnych właścicieli fabrykach. My wybraliśmy się do manufaktury AS Ćmielów. AS od Adama Spały. Adam Spała to wspominany na wstępie przedsiębiorca z fantazją, który kupił zakład po jego prywatyzacji.

porcelanapeknieta
Wypadki przy pracy

AS Ćmielów jest dziś jedyną manufakturą porcelany w Polsce, w której porcelanę wciąż wytwarza się ręcznie. Stąd pochodzą słynne ćmielowskie figurki, wazony, zestawy do kawy; wzory z lat 60. i te bardziej klasyczne. W działającym przy manufakturze Żywym Muzeum Porcelany można poznać proces powstawania delikatnych filiżanek i zastaw obiadowych, a nawet coś rozbić – to, co może się nie powieść podczas produkcji okazało się najciekawszym aspektem muzeum. Ale najważniejszy jest tu oczywiście sklep firmowy.

Jeśli bliżej przyjrzeć się ofercie AS Ćmielów, okaże się, że współcześnie niewiele ciekawego do niej dodano. Manufaktura szczyci się tym, że odnowiła współpracę z mieszkającym dziś w Stanach projektantem Lubomirem Tomaszewskim. Nowe figurki projektowane przez Tomaszewskiego, głównie tancerek, stały się bardziej gadżeciarskie, nie mają prostoty formy, która charakteryzowała jego „Felka Marynarza” (1959), „Relaks” (1965) czy „Kiwi” (1958). Nie mówiąc już o jego wspaniałym, legendarnym serwisie do kawy „Dorota”. Specjalną filiżankę zaprojektowała zaś dla AS Ćmielów Elżbieta Penderecka. Z jej uszka wyrasta skrzydło husarskie, a porcelanowe cacko dostępne jest również w kolorach narodowych i z godłem Polski. Czego chcieć więcej?

pieknemalpy

malpabulgarska
Małpa bułgarska

Prawdziwa atrakcja czekała nas jednak na piętrze muzeum. Obok galerii rzeźb Tomaszewskiego z przypalanego drewna i metalu (okazuje się on zupełnie przeciętnym – to eufemizm – rzeźbiarzem), w przestronnej sali dają o sobie znać artystyczne ambicje samego właściciela manufaktury, pana Spały.

To galeria Pięknych Małp Europy. Spała lubi małpy. Dla każdego kraju Europy zaprojektował inną małpę, a jego wizję przeniosła na porcelanowe obrazy pracowniczka manufaktury Jadwiga Stan. Narodowość poszczególnych małp można rozpoznać dzięki architekturze w ich tle, narodowym atrybutom, a także filiżankom, na których uwieczniono flagi narodowe. Niektóre małpy mają butelki alkoholu (Irlandia – butelkę piwa Guiness), obok małpy holenderskiej rośnie tulipan.

malpapolska
Małpa polska

Polska małpa pokazuje gest Kozakiewicza, mając w tle Plac Zamkowy. Na wystawie wisi pomiędzy małpą niemiecką i małpą rosyjską. Małpa rosyjska przypomina King Konga, który atakuje sierpem Sobór Wasyla Błogosławionego na placu Czerwonym, w drugiej łapie dzierżąc laptopa.

Problematyczny okazał się Watykan. Watykanowi Spała nie odważył się przypisać małpy. Nie wypadało. Ale potrafił wybrnąć i z tej trudnej sytuacji. Watykan reprezentuje małpka… internetowa: @. Co może nie być czytelne dla obcokrajowców, wszak nie we wszystkich językach znak @ jest małpką – na Białorusi i we Włoszech jest ślimakiem, w rosyjskim – psem, w ormiańskim – szczeniakiem, w chińskim – małą myszką, w czeskim – rolmopsem, w greckim – kaczuszką… Watykan dostał więc w sumie mały zwierzyniec.

Wszystkie małpy powstały „w stylu art deco”. Jest ich w sumie czterdzieści siedem, a praca nad nimi zajęła siedem lat. Galerię małpich obrazów na porcelanie uzupełniają rzeźbione głowy małp.

 

adamspala
„Z czego się śmiejecie”, porcelanowy portret Adama Spały

Spała wyjaśnia: „Kolekcja obrazów to moja przestroga dla ludzkości. Jest ona metaforą przyszłej wizji «zagłady» – bliskiego końca cywilizacji. Jeżeli kraje świata, a w szczególności europejskie, nie będą współpracować, a jedynie koncentrować się na własnych korzyściach, to kruchy nasz los. Egoistycznie myśląc «tylko o sobie», obawiam się, że możemy się niebezpiecznie zbliżyć do poziomu zwierząt z moich obrazów”. Cały cykl w 2011 roku, roku polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, pokazano w Hanoi. „Zaletą kolekcji są jej walory edukacyjne”, dodaje dyrektor.

Gdyby nie energia włożona w powstanie małpich obrazów oraz koszty całego przedsięwzięcia (podobnej wielkości kopie ikon na porcelanie kosztują tu nawet 90 tys. złotych), można by to wziąć za żart. Adam Spała też najwyraźniej ma poczucie humoru. Swój porcelanowy portret, z wąsem, zatytułował „Z czego się śmiejecie”.

malpaniemiecka
Małpa niemiecka
małpa rosyjska
Małpa rosyjska

Połączenie manufaktury z wieloletnią tradycją, klasycznych wzorów, małp i integracji europejskiej wydaje się szalone, wręcz nie na miejscu. Jakby z miłości do małp Adam Spała nie krępował się zaryzykować reputacji firmy o prawie dwusetletniej tradycji. Z drugiej strony takie artystyczne wybryki, potrzeba ekspresji i brak poczucia żenady budzą sympatię.

Na ławeczce przed muzeum umieszczono napis „Ćmielów 1804”, a tuż nad nim sentencję: „Małpę w domu każdy musi mieć”.

Przyszłość będzie inna

wlodarskizacheta.jpg
Obraz Marka Włodarskiego

Polecam moją recenzję świetnej wystawy „Przyszłość będzie inna” w Zachęcie, kuratorowaną przez Joannę Kordjak. Piszę:

„W zachętowskiej Sali Matejkowskiej rozbrzmiewa piosenka w rzadko dziś słyszanym w Polsce języku – jidysz. Dzieci śpiewają o koleżeństwie, równości, pokoju. „Naprzód, młoda gwardio, proletariat!”. To fragment filmu Aleksandra Forda „Mir kumen on” („Droga młodych”). Ford nakręcił go w 1935 r. na zlecenie dyrektora Sanatorium im. Włodzimierza Medema w Miedzeszynie. Dzieci z biednych, głównie żydowskich rodzin leczyły się tu na gruźlicę. Miał być to film promocyjny, zachęcający do wsparcia przeżywającego trudności finansowe ośrodka, ale Ford nadał mu cechy filmu artystycznego, czerpiąc inspiracje z najlepszych filmowców awangardy.

Sanatorium jawi się jako nowoczesna placówka. Na filmie niemal nie pojawiają się dorośli. Dzieci rządzą się tu same. W pierwszej sekwencji filmu sceny z sanatorium Ford zestawił jednak z widokami biednych, brudnych warszawskich ulic. Bo tak wyglądała ich codzienność.

orskizacheta
Instalacja Witka Orskiego

Tytuł „Przyszłość będzie inna” kuratorka wystawy Joanna Kordjak zaczerpnęła z tekstu-manifestu Zofii Daszyńskiej-Golińskiej z 1921 r. Podtytuł tłumaczy, że chodzi o „Wizje i praktyki modernizacji społecznych po roku 1918”. Nie chodzi o filantropię. Mowa tu raczej o potrzebie emancypacji różnych grup społecznych: dzieci, kobiet, klasy robotniczej, mniejszości narodowych, ale też o nowej roli widza w teatrze czy o wyzwoleniu się od rygorów komercyjnego filmu w kinematografii.

Kontekstem dla całej wystawy jest trud odbudowy kraju i konsolidacji po latach zaborów i pierwszej wojnie światowej, ale też panująca w II Rzeczypospolitej bieda. Sama wystawa wydaje się przesiąknięta optymizmem, wiarą w możliwość zbudowania lepszego, bardziej sprawiedliwego, opartego na równości społeczeństwa. Demokracja, jak pisał lewicowy myśliciel i teoretyk spółdzielczości Edward Abramowski, „wymaga przede wszystkim silnego poczucia i instynktu samopomocy społecznej”.

Poszczególne części wystawy dotyczą ruchu spółdzielczego, architektury, praw dziecka, praw kobiet, robotników, teatru. Wątki się mieszają: wśród pism o spółdzielczości znajdziemy też takie adresowane do dzieci, w sali o emancypacji kobiet obejrzymy przejmujący cykl fotografii „Ręka pracująca” lwowskiej fotografki Janiny Mierzeckiej. Studia dłoni są jednocześnie zapisem tego, jak praca odciska się na ciele robotników. Na pierwszej stronie pisemka dla dzieci przeczytamy o górnikach, którzy zginęli podczas strajku w Zagłębiu.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „GAZETY WYBORCZEJ”.

 

 

Edi Hila

edihila3

Polecam moją recenzję wystawy albańskiego malarza Ediego Hili w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ukazała się na stronie „Gazety Wyborczej”. Piszę:

Nawet jeśli nie zajmuje się bezpośrednio polityką, jego osobista historia była ściśle związana z historią Albanii, a on sam, także dzisiaj, rozumie krytyczny potencjał tkwiący w realizmie. To właśnie realizm decyduje o sile jego malarstwa. I okazał się przydatny dla opowieści o chaotycznie zmieniającej się rzeczywistości kraju w okresie transformacji politycznej i społecznej.

Malarz wybiera szczególne fragmenty rzeczywistości, koncentruje się na jej zakłóceniach, paradoksach. Na jednym z płócien nad targowiskiem góruje pomnik – pamiątka poprzedniego systemu. Na innym Albańczycy plażują między ruinami bunkrów i wrakiem okrętu. Na kolejnym dziwna scena – przed wejściem do budynku stoi manekin z białą suknią ślubną. Jednym słowem – prowizorka. Transformacyjna rzeczywistość odbija się w tytułach cykli: „Migracje”, „Przydrożne obiekty”, „Zagrożenie”, „Peryferie”.

edihila2

Można by do tego zestawu słów dodać kolejne: niedosyt, rozczarowanie, dezorientacja, samotność. Bo obok wyboru motywów ważna jest również sama atmosfera obrazów. Na większości z nich nie pojawiają się figury ludzkie. Ich głównym bohaterem staje się architektura, miejskie place, tymczasowe konstrukcje.

Albańską rzeczywistość Hila oddaje za pomocą surowości formy, przez którą jeszcze wyraźniej daje o sobie znać paradoksalność portretowanych motywów. To chociażby dziwaczne domy, o których formie decyduje nie architekt, lecz fantazja właściciela. W innym miejscu daje o sobie znać pstrokata kolorystyka nowych budynków. Hila nazywa to dosadniej: „prymitywne gusta”.

PEŁEN TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „GAZETY WYBORCZEJ”.

„Wolne gesty” Uli Sickle

ulasickle

Polecam mój nowy tekst na „Dwutygodniku” – recenzję choreograficznej wystawy Uli Sickle w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Piszę:

„Już z założenia nie da się tej wystawy obejrzeć w całości jak spektaklu, który rozpoczyna się o określonej godzinie i o określonej godzinie kończy. Tu akcja toczy się w kilku miejscach jednocześnie. W perspektywie długiego korytarza ubrana na czarno kobieta dynamicznie wymachuje czarną flagą. Flaga jest większa niż kobieta. Materiał wykonuje w powietrzu efektowne ósemki. Gdzie indziej tancerz leży na tapczanie w pozie odaliski. W innej sali wpatrzona w sufit tancerka opowiada o zrujnowanym mieście – nagle odwraca się i patrzy ci prosto w oczy.

Nie ma w tym jednak przypadkowości. Tancerze utrzymują z tobą kontakt wzrokowy, robi się intymnie, jakby zwierzali ci się ze swoich tajemnic i głębokich przemyśleń. Gdy kończy się jedna opowieść, obok zaczyna się druga. Podążasz za ich głosem. Tancerze pociągają cię za sobą z jednego pomieszczenia do drugiego – wzrokiem, ruchem, gestem. Niepostrzeżenie dyrygują ruchem widzów. Ale wszystko wydaje się dziać naturalnie. Nie wiedzieć kiedy, twój własny ruch po wystawie wydaje się zaplanowanym elementem choreografii. Jak już się w to wejdzie, trudno wyjść.

Przenosimy się w czasie i przestrzeni, z Chin do Indii, z Indii do Polski. Osobiste opowieści, wypełnione detalami, mieszają się z refleksją ogólniejszej natury. Tancerze przechodząc z sali do sali, zmieniają role. Wypowiadane teksty wyrażają nie tylko różne zaplecze kulturowe autorów. Zaproszeni przez Sickle pisarze wybrali też różne formuły opowieści. Każda ma inne natężenie emocjonalne. Przechodząc od sali do sali, wysłuchując kolejnych tancerzy, łatwo się w tym pogubić. Lepiej skupić się na fragmencie.

Tematem są gesty – na ile są naturalne, na ile zapamiętane z przeszłości, na ile wyuczone czy narzucone przez technologię? Co to znaczy podnieść rękę, zastanawia się Jacob Wren. W zależności od kontekstu, taki gest będzie miał inne znaczenie. A nogę? Mi You za pomocą gestów przedstawia życie mieszkańca chińskiej metropolii. W ruch idą chińskie aplikacje na smartfonach. Z chińskiego metra trudno wyjść. Drzwi rozsuwają się – tu tancerz wykonuje odpowiedni gest – ale pasażerowie nie chcą cię przepuścić. Amandeep Sandhu opowiada o dzieciństwie w Pundżabie. Trzeba uruchomić wyobraźnię”.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY OCZYWIŚCIE NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Modeks

_MG_7206

Modeks – świetna nazwa dla firmy odzieżowej. Tyle że Modeks nie był marką, lecz szwalnią – spółdzielnią działającą w Ostrowcu Świętokrzyskim. Mój przyjaciel z Ostrowca, Wojtek Mazan, kilka lat temu miał okazję wejść z aparatem tuż przed zamknięciem zakładu. Sfotografował wszystkie pomieszczenia i maszyny. Niedawno odszukał byłych pracowników Modeksu, którzy opowiedzieli mu o swym miejscu pracy, wytłumaczyli, do czego służyły poszczególne maszyny, opisali proces produkcyjny szwalni. Efektem jest książka „Modeks”, w której zdjęciom Wojtka towarzyszą krótkie wypowiedzi spółdzielców. Wojtek opatrzył książkę wstępem, ja – zakończeniem.

modeks - wystawa

Przy okazji wydania książki cały materiał uzyskał też formę wystawy w ostrowieckim BWA.

Wojtka Mazana możecie znać z książki o Szmulu Muszkiesie, prowadzącym przed wojną zakład fotograficzny w Ostrowcu Świętokrzyskim. Wojtek odnalazł jego zdjęcia w prywatnych archiwach ostrowczan i później wydał. Tym razem pokazuje własne fotografie.

01.Wejście
Modeks był spółdzielnią pracy. Zakład był własnością wszystkich pracowników. Na czele spółdzielni stał prezes, którego powoływała rada spółdzielni. Nie można było kogoś ot tak wyrzucić z pracy lub wsadzić na jakieś stanowisko. Wszystko musiało być ustalone z radą. Zatrudniając się w Modeksie, stawałeś się członkiem spółdzielni. Pewien procent poborów odprowadzany był na fundusz członkowski. Modeks szył dla firm krajowych i zagranicznych, z Zachodu. W dobrych czasach szyliśmy do trzydziestu tysięcy koszul miesięcznie.

Nikogo nie dziwi, że Wojtek uchodzi za ostrowieckiego patriotę, interesuje go nie tylko historia ostrowieckich Żydów (prowadzi bloga Żydowski Ostrowiec), ale też historia przemysłu, architektura, losy mieszkańców. Jeśli ktoś jednak uważa, że „Modeks” to po prostu wyraz lokalnego patriotyzmu, to się myli. Wojtek zajął się tym zakładem, bo go znał, pamiętał jeszcze z dzieciństwa. Ale budynek Modeksu okazał się nie tylko ciekawym tematem dla fotografa, stał się punktem wyjścia do opowieści o spółdzielczości, pracy, jej warunkach.

Wojtek pisze we wstępie: „Miałem nieodparte wrażenie dostępu do świata, który już przeminął, jakbym zwiedzał skansen. Poznając przeszłość Modeksu, uświadomiłem sobie, że nie jest to tylko historia lokalna. Losy spółdzielni odzwierciedlają szersze procesy, jakie zachodziły w światowej gospodarce w ostatnich kilkudziesięciu latach. Korzeniami sięgają głęboko w XX wiek”.

04.Pokój majstrowej
Pokój majstrowej. Majstrowa kontrolowała stopień zaangażowania zespołu przy danym wyrobie i musiała podliczyć, czy zdąży zrobić dany model koszuli. Terminowość była najważniejszą zaletą firmy. Terminowość i jakość. Majstrowa miała do swojej dyspozycji brygadzistki. Chodziły i sprawdzały, jak szwaczki szyją, czy im czegoś potrzeba. W tym pokoju miały swoje biurko. Był tam telefon wewnętrzny, z którego dzwoniły po mechanika czy elektryka, gdy była awaria. Majstrowa utrzymywała także kontakt z kierowniczką, która odpowiadała za cały budynek – od krojowni po magazyn.

 

Ja na końcu dodaję: „Z Ostrowca Świętokrzyskiego daleko do Seattle, gdzie w 1999 roku odbyły się głośne protesty, dające początek ruchowi alterglobalistycznemu; azjatyckie szwalnie, o pożarach których co jakiś czas donoszą media, wydają się równie odległe. Ale losy Modeksu są z nimi nierozerwalnie związane. Powracając do ostrowieckiego zakładu i słuchając jej pracowników, możemy poczuć dumę z wykonywanej pracy i ze spółdzielni, której pracownicy byli zarazem jej współwłaścicielami. W epoce postępującej prekaryzacji i dehumanizacji środowiska pracy, Modeks przypomina nam o tym, że praca jest ważną wartością, że to właśnie praca potrafi nadawać sens życiu”.

To książka artystyczna, wyszła w niewielkim nakładzie, więc już w chwili wydania stała się białym krukiem. Dla tych, którzy nie mają, pozostaje wystawa.

 

fot. Wojtek Mazan

 

Alicja Kwade w Yuz Museum

kwade1

Wszystko ma tu sens. Już po krótkim czasie wiadomo, że nic nie jest na tej wystawie przypadkowe. Składa się na nią kilkanaście prac, ale wszystkie razem tworzą całość. Jest prosta, wręcz łatwa, momentami zabawna, ale dotyczy rzeczy podstawowych. To przedsięwzięcie kopernikańskie. Traktuje o obrotach ciał, nie tylko niebieskich.

Wystawa Alicji Kwade w szanghajskim Yuz Museum to najlepsza wystawa artystki, jaką do tej pory widziałem. To prace z ostatnich kilku lat. Można się tu przekonać, jak konsekwentna jest to twórczość.

kwade 6

kwade2

Przyznaję – długo nie mogłem się przekonać do prac Alicji Kwade. Ani jej wystawa w Trafostacji w Szczecinie (2015), ani w Whitechapel w Londynie (2016) mnie nie uwiodły. Wtedy wydawały mi się błahe, zbyt gładkie, wręcz efekciarskie. Na zeszłorocznym Biennale w Wenecji Kwade wyróżniała się jednak na tle ogólnie słabej głównej wystawy, kuratorowanej przez Christine Macel. Dopiero jednak w Yuz zrozumiałem, o co Kwade chodzi i w pełni doceniłem. To wystawa, która otworzyła mi oczy na jej sztukę (i tu jako krytyk biję się w piersi).

Punktem wyjścia jest czas. Wskazówki zegara układają się w prosty, „dwudziestoczterogodzinny” wzór wokół długiej, wąskiej sali, w której mieści się cała wystawa. Ale można też przecież chodzić wokoło bez końca. To pierwsza pułapka.

kwade3

Zresztą wystawę już na trawniku przed muzeum zapowiada zegar, trochę staroświecki, jeden z tych, jakie kiedyś stawiano na ulicach Nowego Jorku. Zegar wskazuje właściwą godzinę, ale już na pierwszy rzut oka widać, że coś tu jest nie tak. Czerwona wskazówka sekundnika stoi w miejscu, a tarcza zegara pozostaje w ciągłym obrotowym ruchu, pociągając za sobą dwie pozostałe wskazówki. Delikatna zmiana reguł.

Rzeźby i instalacje na wystawie w pierwszym momencie też mogą nieco mylić widza, rozrzucone w pozornym nieładzie. Instrumenty dęte zamieniają się w pokręcone labirynty. Toczy się tu jakaś niewidoczna praca, kamień z jednej strony tuby po przejściu przez skomplikowane rury, zamienia się w pył. Na liczydłach zostały tylko pojedyncze paciorki. Inne rozsypały się na podłodze, tworząc mini układ planetarny. Takich układów jest tu więcej.

kwade 7

Pośrodku wystawy inne zawirowanie – instalacja „Saga (Spira Mirabilis)”. Zwykłe materiały budowlane i przedmioty tworzą kolejne okręgi, każde na swojej orbicie. Ta instalacja mogłaby się rozrastać i rozrastać. I właściwie inne obiekty też wydają się stanowić jej część – dalsze planety. Jak arbuz – sztuczny, ale dałem się nabrać – z poziomymi paskami, przypominające planetę Mars. Owoc – planeta, która być może jeszcze czeka na swoje odkrycie.

Obok można wpaść w inną pułapkę – na obrotowym mobilu artystka zawiesiła smartfona, na ekranie którego obserwować można aktualne (!) położenie gwiazd i mgławic. Gdy się w to wpadnie, trudno wyjść z tego okręgu. Świat niby stoi w miejscu, ale smartfon, niczym twój satelita, pociąga za sobą twój wzrok. Twoje ciało jest w centrum wszechświata.

kwade 5

Taro Okamoto

okamoto9

Wizyta w niewielkim muzeum Taro Okamoto w Tokio była jednym z najjaśniejszych punktów naszej wycieczki do Japonii (chociaż Marcin nie podziela mojej fascynacji rzeźbiarzem). W Tokio w muzeum zamieniono dom-pracownię artysty. Za barierką, na półkach wciąż stoją w rządku blejtramy. W innych pomieszczeniach urządzono niewielką wystawę stałą i sklepik. Przed budynkiem jest jeszcze lilipuci ogród z rzeźbami, które wręcz zarasta roślinność.

Albo na odwrót – to wśród krzaków, bananowców i innych palm zamieszkała cała armia przedziwnych stworów. Mają spiczaste uszy, obłe kształty, kulfoniaste nosy (jeden dosłownie przypominał mi Kulfona, tego od Kulfona i Moniki). Szczerzą zęby, wypuszczają czółki. Niektórym z grzbietów wyrastają paprocie, bo to stwory-doniczki.

Jest tu kolorowo i energetycznie.

okamoto3

okamoto2

Można temu miejscu wiele zarzucić: pewien chaos, ciasnotę, a przede wszystkim uzupełnienie ekspozycji naturalnej wielkości werystycznymi figurami rzeźbiarza przy pracy. Ma to trochę posmak osobliwej izby pamięci. Ale przy niewątpliwym szaleństwie sztuki Okamoto wszystko to dało się przełknąć. Pozostało mi raczej wrażenie niedosytu, jeszcze się Okamoto nie najadłem, chociaż widzieliśmy jego rzeźby i na ulicach Tokio, i w Hakone.

Okamoto był jednym z najsłynniejszych japońskich artystów o fascynującej, unikalnej karierze. Był japońskim łącznikiem z europejską awangardą. W 1929 roku, gdy miał zaledwie osiemnaście lat, wyjechał do Paryża. Kształcił się i szybko wszedł w krąg artystów i intelektualistów. Został najmłodszym członkiem grupy Abstraction-Création. Doceniony przez Bretona, zbliżył się z surrealistami, m.in. z Ernstem, Giacomettim, Man Rayem. Studiował u samego Marcela Maussa. Zaprzyjaźnił się z Georgesem Bataille’em i wszedł do sekretnego stowarzyszenia Acéphale.

W Paryżu poznał się też z Japończykiem Junzo Sakakurą, architektem, uczniem Le Corbusiera, który po wojnie zaprojektował studio Okamoto, czyli muzeum, o którym tu mowa. Szkoda, że sama architektura ginie gdzieś, od zewnątrz przysłonięta roślinnością, a w środku zagracona, tak że trudno ją w pełni docenić.

okamoto6

okamoto10

Po wybuchu wojny w Europie Okamoto powrócił do Japonii i dostał powołanie do japońskiej armii. Gdy sam przebywał na froncie w Chinach, w Tokio spłonął niemal cały jego dotychczasowy dorobek. Musiał zaczynać od zera. Po wojnie propagował sztukę awangardową w Japonii. Chciał, by sztuka łączyła element racjonalny i irracjonalny. Jednocześnie prowadził poszukiwania mistycznych, duchowych „źródeł Japonii”, które odnajdywał na przykład w fantazyjnej ceramice z okresu Jomon (długo przed Chrystusem).

Gdy się pozna zaplecze sztuki Okamoto i jego fascynacje, zaczyna się lepiej rozumieć, co takiego magnetycznego jest w formach jego rzeźb i obrazów.

okamoto4

okamoto5

Spora część wystawy poświęcona jest Taiyo-no-to, „Wieży Słońca”, którą Okamoto zaprojektował na Expo ‘70 w Osace. Expo w Osace miało, po latach szybkiego rozwoju gospodarczego, zaświadczać o miejscu Japonii w elitarnym klubie krajów wysoko rozwiniętych. Okamoto, chociaż oskarżany o zaprzęgnięcie awangardy w służbie japońskiego rządu, przeciwstawił się typowemu dla wystaw światowych progresywizmowi.

W najniższym pomieszczeniu umieścił swoje maski, ale też maski z różnych regionów świata, połączył własną sztukę z materiałem etnograficznym. W środku wieży znajdowało się też czterdziestopięciometrowe „Drzewo życia”, łączącego zwierzęta, od dinozaurów po obecnie stąpające po ziemi, oraz człowieka jednym drzewem genealogicznym. Na zdjęciach wnętrze wieży przypomina scenografię spektaklu dla dzieci.

okamoto7

okamoto11

Sława, którą przyniosła Okamoto „Wieża Słońca”, sprawiła, że posypały się zlecenia na rzeźby i murale. Do tej pory w opozycji wobec artystycznego establishmentu, sam stał się mainstreamowy. Ale przez to, że był artystą płodnym, do tego stosunkowo długowiecznym i operującym własnym, rozpoznawalny stylem, wykreowany przez niego świat się rozrastał, zawłaszczał coraz więcej miejsca. Niewielu artystów to potrafi. Tak jest dzisiaj z Kusamą, pewnie podobnie było z Picassem.