Galeria zakopana w wydmie

IMG_4812

Galeria ukryta jest w wydmie, sto metrów od morza. Od strony ulicy do wnętrza prowadzi tunel ukryty wśród zieleni, od drugiej strony galeria otwiera się na plażę trzema owalnymi tarasami. Kilka dodatkowych otworów wprowadza do wnętrza naturalne światło. Galerię tworzy siedem połączonych ze sobą grot, odlanych w betonie. Gipsowy model umieszczony na ścianie obok recepcji ujawnia układ wnętrz i bulwiaste kształty zakopanego w piachu budynku. Także podczas budowy bryły przypominały aktywne negatywy z pracowni Oskara Hansena.

Podobno inspiracją dla projektu budynku były dziecięce zabawy na plaży – budowanie zamków i wydrążanie tuneli w mokrym piasku. Podziemna galeria, złożona z organicznych form naśladuje jaskinie, ale niektórym przywodzi też na myśl układ pokarmowy, kłącza i korzenie. Powstał ciąg połączonych ze sobą sal-jaskiń, ze świetlikami, otwierającymi się a to na niebo, a to na morze.

IMG_4577

IMG_4588

IMG_4600

Architektom z pekińskiego studia Open Architecture (to oni zaprojektowali też szanghajskie muzeum Tank, o którym pisałem niedawno) zależało na stworzeniu czegoś nietypowego, przyciągającego samą architekturą, ale jednocześnie zachowującego naturalne walory tego miejsca, jednej z najładniejszych – jak się tu twierdzi – plaż w Chinach. Projektanci sugerują wręcz, że galeria ocaliła fragment nadmorskiej wydmy; gdyby nie powstała, pewnie zostałaby zrównana z ziemią pod kolejną willę z dostępem do morza. Tyle że tuż za nią już powstają wyrastające ponad wydmę bloki, a ich budowa zdążyła zepsuć widok na galerię od strony morza.

Galeria nie jest specjalnie duża, liczy niewiele ponad 900 metrów kwadratowych. W połączeniu z organicznością i miękkością form oraz dominującymi tu krągłościami betonu tworzy z jednej strony wrażenie szorstkości, a z drugiej – intymności. Kręconymi schodami można wyjść na dach, czy też szczyt wydmy, skąd rozpościera się widok na morze. Z piachu, jeszcze nie w pełni porośniętego roślinnością, wyrastają tu zróżnicowane formy świetlików.

IMG_4644

IMG_4710

IMG_4682

Otwarta w październiku ubiegłego roku UCCA Dune jest częścią założenia deweloperskiego Aranya Gold Coast Community, kompleksu willi, bloków mieszkalnych i hoteli nad brzegiem morza (podobnie deweloperskie korzenie ma muzeum Sifang w Nankinie). Właściciele kompleksu poszli jednak po rozum do głowy i uniknęli częstego w Chinach błędu, czyli braku muzealnego know how. Do współpracy zaprosili bowiem Ullens Center for Contemporary Art (UCCA), najciekawszą galerię non-profit działającą w centrum dzielnicy sztuki 798 w Pekinie. UCCA zobowiązało się zając programem nadmorskiej galerii przez kolejne pięć lat. Tak narodziło się UCCA Dune. Sztuka i niezwykła architektura mają podnosić ducha wakacjuszy i wartość okolicznych nieruchomości.

IMG_4632

IMG_4761

IMG_4668

IMG_4660

IMG_4789

Kraina klejnotów

Zresztą drugie pokolenie chińskich krezusów nie dałoby sobie sprzedać kota w worku. W Beidaihe, dzielnicy miasta Qinhuangdao, w której mieści się Aranya, zwyczajowo spędzała urlopy partyjna elita, a dzisiaj – pekińscy milionerzy. Galeria w takim miejscu musi trzymać poziom, a jednocześnie wpisywać się w wakacyjny klimat miejsca.

Dlatego też dotychczasowe wystawy przygotowane przez UCCA skupiały się na naturze, a obecna, obraca się wokół kamieni, dosłownie. Jej angielski tytuł „Land of Lustrous”, jeśli to rzeczywiście – jak mi się wydaje – nawiązanie do popularnej mangi, można by przetłumaczyć na polski jako „Krainę klejnotów”. Chiński tytuł zdradza jednak więcej – mówi o współczesnej refleksji na temat bóstw zamieszkujących kamienie.

IMG_4787
Lu Pingyuan
IMG_4643
Su-Mei Tse
IMG_4637
Su-Mei Tse / Wang Sishun

Już przy wejściu oraz na plaży trzy głazy ustawił Lu Pingyuan. W Chinach na kamieniach i skałach często wypisywano sentencje, poezję a nawet – nieco później – złote myśli przewodniczącego Mao. Takie kamienie można spotkać w chińskich parkach. Tekst na głazach Lu wyryty jest bardziej fantazyjnie w falującej lub błądzącej w kosmosie linii, a opowiadane przez niego historie dotyczą wyimaginowanej grupy artystycznej Polujących na Meteoryty, która poszukując meteorytów, wystrzela je z powrotem w kosmos, uznając to za swoją formę uprawiania sztuki, do tego kontynuującą tradycję chińskiego malarstwa. Opowiadania Lu są jak futurystyczne legendy, podobne do chińskich mitów i opowieści zebranych w folderze wystawy, począwszy od „Snu czerwonego pawilonu”, osiemnastowiecznej powieści Cao Xueqina, znanej też jako „Opowieść kamienia”.

W inną kamienną dalekowschodnią tradycję wpisują się prace Su-Mei Tse. To sztuka zwana w Japonii suiseki, w Korei suseok, a w Chinach gongshi, tradycja zbierania i eksponowania kamieni o wyjątkowych walorach estetycznych. Su-Mei Tse chodzi o skupianie się na obiektach, które zazwyczaj przeoczamy, nie zwracamy na nie uwagi. Własne wybory kamieni traktuje jako coś niezwykle intymnego.

Inną kolekcję kamieni tworzy Wang Sishun. Jego zbiór to kamienie przypominające ludzkie portrety. Jakby natura i ludzkość tworzyły jedność, jakby w naturze zapisane było już ludzkie DNA i czasami – w kamieniach właśnie – natura tę wiedzę ujawniała. Tyle że Wang traktuje je jako materiał wyjściowy do swoich rzeźb, jak w aluminiowej rzeźbie umieszczonej w galeryjnej grocie. Jeden z kamieni, które posłużyły za jej pierwowzór, zdaniem artysty ma przypominać egipskiego boga Horusa.

IMG_4666
Yan Xing, Fine Modern Architecture
IMG_4612
Miguel Angel Rios, Piedras Blancas
IMG_4751
Wang Xiaoqu, Crossing the River

Li Weiyi wykorzystuje wirtualną rzeczywistość. Po włożeniu okularów VR oglądamy zeskanowane przez niego kamienie od środka – zamknięci w ich wnętrzu. W jedynej sali o prostych ścianach (ale tylko dwóch prostych kątach) można zaś zobaczyć świetne obrazy Wanga Xiaoqu oraz rysunki Lin Xue fantastycznych skalno-organicznych ekosystemów.

Na plaży obok galerii wylądował wielki pompowany kamień. Artysta Zhao Yao w ten sposób powiększył do ogromnych rozmiarów kamień, na którym wyryte są tybetańskie słowa, oznaczające „Duch ponad wszystko”. W swej serii pod tym tytułem stworzył wiele takich kamieni, popularnych w tybetańskim buddyzmie kamieni Mani, a wyrycie słów zlecił tybetańskiemu rzemieślnikowi. Źródło kamieni Mani ma leżeć w poprzedzającym buddyzm tybetańskim czczeniu kamieni i kamiennych bóstw.

 

Pogoda dla bogaczy

Duchy tej świetnie pomyślanej wystawy szybko ulatują, gdy oddalamy się od galerii i eksplorujemy plażę i okolicę.

Mówi się, że Beidaihao jest dla Pekinu tym, czym dla Nowego Jorku jest Hamptons. Przecież Aranya z jej rozrastającym się programem kulturalnym, adresowana jest do chińskich milionerów.

IMG_4872
Aranya Community Hall

IMG_4856

IMG_4900

Dlatego plaża, wzdłuż której rozciąga się Aranya, zwana Złotym Wybrzeżem, mogła stać się przestrzenią architektonicznych eksperymentów. Już z UCCA Dune widać bowiem zbudowany pośrodku plaży kościółek. Projektanci, Vector Architects, nazywają go kaplicą, jednak tutaj określany jest jako „community hall”. Co pokazuje zresztą dosyć swobodne podejście do kwestii religijnych. Bo budynek rzeczywiście przypomina kaplicę wznoszącą się na filarach, na jego dachu wyrasta prosty krzyż, a we wnętrzu unoszą się dźwięki gregoriańskiego chorału. Wnętrze służy jednak kontemplacji samego morskiego widoku. Prostokątne okno w miejscu ołtarza kadruje bowiem fragment morza. I nic nie wskazuje na to, by wnętrze było konsekrowane. Zdaniem „Domusa” budynek swą czystą geometrią przypomina twory Aldo Rossiego.

Jego główna funkcja, przynajmniej latem, to jednak rzucanie cienia – pod filarami gromadzą się chińscy plażowicze, którzy słońca przecież nie znoszą. Opalenizna to znak niższych klas społecznych.

IMG_4896
Samotna Biblioteka

IMG_4907

IMG_4902

Wreszcie na drugim krańcu plaży „porzucono” Samotną Bibliotekę, również projektu Vector Architects, która po jej zbudowaniu zawiralowała internet. Budynek rzeczywiście wygląda jakby spadł tu z kosmosu. Neobrutalistyczny w formie jest jak betonowy klocek wrzucony w piach.

Zresztą biblioteka nie jest wcale aż taka samotna. Ma tu jeszcze powstać teatr, sala koncertowa, wieża widokowa, a także – na osi UCCA Dune – kolejna galeria, zbudowana na wychodzącym w morze pomoście. O tym, że panuje tu pogoda dla bogaczy, może zaś świadczyć to, że przy plaży funkcjonuje całkiem smaczna restauracja, również zaprojektowana przez Vector Architects, o niezwykle efektownym kasetonowym suficie. Serwuje się tu dania międzynarodowe, o czasami chińskiej nucie. Polecam pudding o smaku chryzantemy!

IMG_4954
Wnętrze restauraci „Y Sea”
IMG_4826
Model osiedla Aranya, galeria wychodząca w morze

Sama Aranya wpisuje się jednak w chiński trend architektury mimetycznej. Obok części bardziej nowoczesnych, zamknięte osiedle dla chińskich bogaczy przypomina śródziemnomorskie miasteczko. Osiedla domków położone bliżej plaży, przypominają architekturę greckich wysepek, a im bliżej centrum, tym bardziej przenosimy się do Włoch. Jest tu nawet niewielka winnica oraz kino, ale na głównym placu unosiły się dźwięki walców Straussa. Obok kina działa też kolejna galeria sztuki (proj. Neri&Hu), mniej udana, zarówno artystycznie, jak i architektonicznie (o czym najlepiej świadczyć może nieudana podróbka detali Carla Scarpy).

Ale tak czy owak wszystko tu działa i nie ma się poczucia żenady jak w chińsko-europejskich miastach-widmach.

IMG_4982
Kino i galeria
IMG_5073
Aranya Art Center

IMG_4998

IMG_5089

Wystarczy jednak wyjść za szlaban i elektryczne bramki, które oddzielają osiedle od reszty miasta, by zetknąć się z inną chińsko-betonową rzeczywistością. Qinhuangdao jest po prostu wyjątkowo brzydkim miastem. Nie, nie wyjątkowo, Qinhuangdao jest typowo brzydkim chińskim miastem. Nie ma tu już ani pseudo-europejskich miasteczek, ani tym bardziej architektury przez duże „a”. I jakoś trudniej uwierzyć w zamieszkujące kamienie bóstwa.

IMG_4739

Tank Shanghai

tank4

Nowe szanghajskie muzeum sztuki współczesnej zapowiadało się imponująco. Przez ostatnie trzy lata można było śledzić, jak nieużywane ogromne zbiorniki na paliwo lotnicze nad rzeką Huangpu przekształcają się w niecodzienną architekturę. Jeszcze przed oficjalnym otwarciem jesienią zeszłego roku Tank Shanghai udostępnił niektóre przestrzenie na potrzeby Shanghai Biennale. Już wtedy przed wciąż zamkniętym głównym wejściem stanęły też rzeźby, m.in. fragment kopii Statuy Wolności Danha Vō.

Z Tank Shanghai wiązałem więc spore nadzieje. Tym bardziej, że stoi za tym muzeum enigmatyczny biznesmen i energiczny kolekcjoner Qiao Zhibing. Krążą o nim legendy, a jego konto na Instagramie pęcznieje od zdjęć z gwiazdami świata sztuki, zwłaszcza na tarasie jego biura w jednym z „tanków” z efektownym widokiem na Huangpu w tle.

tank2

Qiao należał do grupy kolekcjonerów, do których w 2013 roku zwróciły się władze Szanghaju, gdy narodził się pomysł muzealnego szlaku w nowej dzielnicy biznesowej nazwanej West Bundem. Postindustrialną okolicę przeznaczono na potrzeby biznesów kreatywnych, startupów i firm specjalizujących się w nowoczesnych technologiach, a przy okazji miała tu powstać nowa dzielnica artystyczna, zastępująca częściowo popadające w niełaskę stare M50 – ciągnący się wzdłuż rzeki muzealny korytarz.

Tak się też stało. Tank Shanghai pojawia się w momencie, gdy West Bund ma się świetnie. Od kilku lat działa tu Long Museum (w miejscu byłego magazynu węgla), Yuz Museum (przebudowane z byłego hangaru lotniczego), szereg prywatnych galerii, biur architektonicznych, centrum fotografii. Tu też od 2014 roku odbywają się największe w kontynentalnych Chinach targi sztuki.

tank10
Xu Zhen, New – Farnese Hercules

Qiao nie jest typowym kolekcjonerem. Krąży o nim kilka, częściowo sprzecznych opowieści. To self-made man, przypadek przysłowiowej kariery od pucybuta do milionera. Dorobił się fortuny, otwierając sieć luksusowych klubów nocnych z karaoke. Sztukę zaczął kolekcjonować, by ozdobić nią swoje lokale.

Sam też wydeptał ścieżki w świecie sztuki. Początkowo zachodni galerzyści mieli podchodzić do niego z podejrzliwością – Qiao opowiada, jak prosili go o wymienienie kilku nazwisk współczesnych artystów, by upewnić się, że nie mają do czynienia z zupełnym laikiem. Dziś chwali się tym, że w Nowym Jorku jada obiady z Davidem Zwirnerem, a Damien Hirst pozwolił mu wlać farbę do maszyny przy produkcji jednego spiralnych obrazów – dziś wisi w jego klubie Shanghai Night.

tanktrawa.jpg

Na to wszystko bierze się jednak chińską poprawkę – gdyby chodziło o kluby w Nowym Jorku czy Londynie, uznano by to za nietakt. W Chinach to jednak uchodzi. Niektórzy wspominają jednak wizyty w Shanghai Night z pewnym niesmakiem – można tu nie tylko obejrzeć sztukę Tracey Emin czy Olafura Eliassona, ale też wybrać sobie do towarzystwa jedną z hostess, opatrzonych dla pewności numerami.

Podobnie chińską poprawkę trzeba wziąć na nowo otwarte muzeum. Ale mówiąc szczerze – coraz mniej mam już ochotę na te chińskie poprawki, protekcjonalne dodawanie do każdej opinii „jak na Chiny”.

Miliony wydane na przebudowę i nie do końca przemyślany jeszcze program zaowocowały  instytucją, jakich w Szanghaju już nie brakuje. W ciągu ostatnich dwóch lat, w czasie których obserwuję szanghajską scenę, nowych prywatnych muzeów sztuki otworzyło się tu co najmniej cztery. Większość z nich cierpi na ten sam problem – brak know how, planowania, wizji. Wydaje się, że Qiao sam jeszcze nie wie, czym jego muzeum mogłoby być.

tank11

Tank Shanghai tworzy pięć ogromnych zbiorników na paliwo, o średnicy od 15 do 25 metrów. Dziś wydają się wyrastać z pokrytej kwiatami łąki. Tarasowe zejście prowadzi na główny dziedziniec z fontanną. Zbiorniki oznaczone numerami 1 i 2 mają osobne wejścia. Zbiorniki 3, 4 i 5 połączone są poziemnym holem. Jeden z nich pozostał właściwie nietknięty, dzięki czemu powstało monumentalne, efektowne wnętrze, wysokie na jedenaście metrów. Za tą niecodzienną architekturą stoi znane z ekstrawaganckich projektów biuro architektoniczne z Pekinu, Open Architecture.

Z tym że Tank Shanghai nie w pełni wykorzystuje swoje przestrzenie – dwa z pięciu zbiorników stoją w tym momencie puste. Już od wejścia odnosi się też wrażenie, że nie przemyślano funkcjonalnych podziałów przestrzeni – już w samym holu wejściowym mnóstwo tymczasowych ścianek i taśm jak z lotniska.

tank1
Jia Aili, wystawa „Under Construction”

Niebezpieczny kierunek, w którym może zmierzać Tank Shanghai, wskazuje zaś teamLab, japoński tech-kolektyw, który Qiao zdecydował się zaprosić jako główną atrakcję otwarcia. TeamLab tworzy skomplikowane, interaktywne instalacje multimedialne. Efektowne, przyciągające widzów i kosztowne, są popularne zwłaszcza w Azji. Inauguracyjna wystawa teamLabu nosi tytuł „Universe of Water Particles in the Tank”. Widzów nie odstraszają nawet zaporowe ceny na tę wystawę – 120 juanów, czyli prawie 20 dolarów amerykańskich.

Qiao zdecydował się więc poddać gustom publiczności, a raczej – swoim wyobrażeniom na ich temat. Nie mylił się zresztą – teamLab rzeczywiście przyciąga do Tank Shanghai tłumy widzów, w weekendy ustawiają się kolejki. Z drugiej strony, to właśnie takie wybory zamieniają muzeum w lunapark. Jak myszy do sera młodzi szanghajczycy ciągną bowiem do monumentalnej, interaktywnej instalacji, która zamienia wnętrze jednego z „tanków” w festiwal światła i dźwięku.

tank8
teamLab

tank7

W godzinnym spektaklu po ścianach spływają wodospady i girlandy kwiatów. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, a do tego reaguje na naszą obecność. Gdy podejdzie się więc do ściany, woda rozpryskuje się na boki. Spod naszych stóp wyrastają zaś kwiaty, kwiaty, kwiaty. Wodno-kwietnej orgii nie ma końca, w ruch idą telefony. Trwa tu bowiem nieustanna grupowa sesja fotograficzna.

Oczywiście można to też ubrać w gładko brzmiące słowa o „zachęcaniu publiczności do przemyślenia własnej podmiotowości”, o rozmywaniu granic między dziełem sztuki i odbiorcą, o relacji między człowiekiem i światem, o sztuce i technologii. Twórca teamLab, Toshyuki Inoko mówi o inspiracjach płynących z tradycyjnego japońskiego malarstwa. Nie zmienia to faktu, że ich prace to po prostu współczesna odmiana techno-kiczu i – używając polskich analogii – bliżej im do wystaw na Stadionie Narodowym niż w Muzeum. Chociaż reagujące na obecność człowieka kwietne wodospady wciągają o wiele bardziej niż Leonardo na lightboksach.

tank6

tank5

Qiao do swoich klubów nocnych wprowadza sztukę współczesną, do muzeum zaprasza zaś wizualny odpowiednik karaoke. O ile jednak w przypadku klubów przełamuje pewne bariery i może nawet jest nowatorem, o tyle w przypadku muzeum idzie po najmniejszej linii oporu – zamienia muzeum w multimedialny plac zabaw.

Gdy większość zwiedzających gromadzi się w wodno-kwietnej instalacji teamLabu, pozostałe dwie wystawy oglądałem praktycznie sam. Wystawa chińskiej sztuki współczesnej „Under Construction” wydaje się początkowo przypadkowa, dopóki nie odkryje się jej tajemnicy – z kolekcji Qiao wybrano na nią prace są nieskończone, nietypowe w twórczości poszczególnych twórców lub spotkał je jakiś szczególny los. Jak niedokończony obraz Liu Xiaodonga, który zniszczyła przejeżdżająca ciężarówka. Wystawa wciąż sprawia jednak wrażenie nie tyle tajemniczej, co chaotycznej. Jej tytuł zdaje się zaś sugerować, że program muzeum jest również „w budowie”, że to dopiero przymiarki.

ciezarowka
Liu Xiaodong, wystawa „Under Construction”
tank3
Adrian Villar Rojas

Wreszcie, dywersyfikując ofertę, dla bardziej wymagających widzów Qiao zaprosił Adriána Villar Rojasa, którego fenomenalną instalację można nawet odczytać jako ironiczny komentarz do teamLabu (chciałbym poświęcić jej osobny post). I dla tej jednej, choć monumentalnej pracy Argentyczńyka warto się do Tank Shanghai wybrać.

Ostatecznie jednak nie wiadomo, do kogo to muzeum jest adresowane. Strategia Qiao przypomina zresztą bardzo program Yuz Museum, oddalonego o zaledwie kilkaset metrów i należącego do chińsko-indonezyjskiego drobiowego potentata Budi Teka. Yuz z jednej strony oferuje bardzo ciekawe wystawy, zarówno chińskich, jak i zagranicznych artystów (to tu świetną wystawę miała na przykład Alicja Kwade), z drugiej zaś próbuje przyciągać widzów takimi nazwiskami jak Kaws czy umieszczoną tu na stałe instalacją „Rain Room” kolektywu Random International – instalacja imituje rzęsisty deszcz, który jednak – gdy się w niego wejdzie, nie pada nam na głowy. (Po pokazach w londyńskim Barbicanie i nowojorskiej Momie, „Rain Room” pokazywany jest też na stałe w Emiratach.) W przeciwieństwie do Yuz, w Tank Shanghai – przynajmniej na razie -rozrywka wygrywa ze sztuką.

tank9

Szkoda. Tank Shanghai, z uwagi na rangę kolekcjonera i ciekawą architekturę, miał szansę na wyłamanie się z ogólnie panujących tendencji w prywatnych chińskich muzeach: braku know how, komercjalizacji, poddawaniu się gustom publiczności, dizajnerskiego gadżeciarstwa i tworzeniu okazji dla selfie (stąd popularność w Azji efekciarza Leandro Elricha).

Miałem nadzieję, że w swym muzeum Qiao po prostu pochwali się swą międzynarodową kolekcją – nikt tego w Szanghaju nie robi. By ją zobaczyć, muszę się jednak wybrać do jego klubu nocnego, a niespecjalnie mam na to ochotę.