Belina

Przy okazji wystawy „Sławek Max Machina” w Galerii Lisowski na łamach „Dwutygodnika” przypominam postać Sławomira Beliny – artysty, redaktora i konfabulisty. Poniżej przeklejam kilka fragmentów:

Belina pozostawał w artystycznym i życiowym rozkroku między światem kolorowych pism, w których pracował, pisząc i aranżując sesje fotograficzne, światem mody i warszawkowatego blichtru na wyrost oraz światem sztuki – za jego czasów jeszcze ubogim, kryjącym się po stryszkach i piwnicach. Łatwo zapomnieć, że te światy się kiedyś spotykały, chociaż na nierównych zasadach. Kolorowe pisma dawały artystom widoczność, pozwalały zarobić, często się sztuką karmiły, ale ludzie sztuki patrzyli na nie z nieufnością i wyższością.

Niewielka wystawa przypominająca postać Beliny, którą Cezary Lisowski otworzył w swojej galerii przy okazji Warsaw Gallery Weekend, dowodzi, że także ten Sławek modowy, z kolorowych pism, mógłby się świetnie w sztuce rozgościć. Zwłaszcza dziś.

Belina był przede wszystkim mitotwórcą. Powtarzając jakąkolwiek informację z not biograficznych, które układał sobie za życia, boję się, że wpadam w zastawione przez niego sidła. Urodził się w Skierniewicach, artystą został w Łodzi, gdy pracował jako barman w pubie Bagdad. Ukształtowała go postdadaistyczna atmosfera tamtejszej sceny artystycznej. Współtworzył tajemniczą grupę Łódź Fabryczna (nie mylić z Kaliską), podawał się za słuchacza „Prywatnej Akademii Absurdu Adama Rzepeckiego” oraz „zadeklarowanego apokryfistę”. Przy różnych okazjach twierdził też, że jest hafciarzem, dziewiarzem, treserem rodzinnym, hodowcą rybek oraz autorem licznych poradników. Wymyślał im zgrabne tytuły: „Jak przebóstwić się na Ament”, „Jak skutecznie udramatyzować swoją postawę życiową i odnieść sukces”, „33 sposoby na zepsucie człowieka” czy mój ulubiony: „Sześć do ośmiu otworów w ludzkim ciele i tyleż samo sposobów na ich zatykanie”.

Temu curriculum vitae jako jeden z pierwszych dał się uwieść Kamil Sipowicz, gdy zatrudnił Belinę w redakcji polskiej edycji magazynu „Max”. Ten krótkotrwały byt wydawniczy z końcówki XX wieku (1999–2000) łączył w sobie cechy pisma adresowanego do heteromężczyzn (w pierwszym numerze wymieniał „99 dziewczyn” na nowy wiek) z niespotykaną gdzie indziej artystyczną dezynwolturą, swobodą i przegięciem (wśród „99 dziewczyn” znalazła się Amanda Lepore). Na jego łamach Katarzyna Figura pozowała jako święty Sebastian, a Filip Łobodziński wysłuchiwał, co ma o sobie do powiedzenia Andrzej Lepper. Na zamówienie „Maksa” powstała pamiętna sesja w pracowni Mirosława Bałki w Otwocku.

Swym osobistym urokiem Belina tak omotał słynnego rzeźbiarza, że ten zgodził się na wprowadzenie do jego pracowni (a zarazem domu, w którym się wychował) nagiego modela. Trudno nie odnieść wrażenia, że cała sesja miała lekko kpiarski wydźwięk, wobec patosu prac Bałki – wręcz bluźnierski. W towarzyszącym fotografiom tekście zdradzano, że „całość zrealizowano przy milczącej zgodzie, a często głośno artykułowanym sprzeciwie samego artysty”. Dziś wydaje się, że Belina Bałkę wówczas po prostu squeerował.

Bałka wykazał się najwyraźniej poczuciem humoru, bo dał się też Belinie namówić do udziału w jego projekcie w Zachęcie. Na wystawie „Osiem”, którą przygotował wraz z kuratorką Magdą Kardasz, to sam Belina wszedł w rolę modela, oddając się do dyspozycji ośmiu zaproszonym artystkom i artystom. Występował jak go pan bóg stworzył, w całości i we fragmentach na ośmiu zdjęciach. Bałka wstawił jego ciało ponownie w swoją pracownię, Leon Tarasewicz sfotografował Belinę w świeżo zaoranym polu, a Jadwiga Sawicka skupiła się na jego kolanach.

Chodziło o grę z autorstwem. Czy możliwa jest sytuacja, w której model będzie zarazem autorem? Kto tu kogo wykorzystuje? Belinę cieszyło najbardziej, gdy jego ciotka przy niedzielnym obiedzie zastanawiała się, czyja to właściwie wystawa.

Belina musiał wiedzieć, w co się pakuje, sztuka krytyczna przeżywała swą hossę. Anka Baumgart sfotografowała go nagiego z głową wstawioną w kolorowe monidło ustawione w Alejach Jerozolimskich, prezentującego swe wdzięki przypadkowym przechodniom. Fotograf Jacek Foks kazał mu udawać seks oralny z dystrybutorem paliwa na stacji benzynowej. Najdalej posunął się jednak Artur Żmijewski, który zainscenizował pobranie nasienia ze Sławka Beliny, leżącego na szpitalnej kozetce, za pomocą korby proktologicznej.

Aż trudno uwierzyć, że to niebywałe przedsięwzięcie artystyczno-wystawiennicze nie weszło na listę zachętowskich skandali, którymi żyła wówczas narodowa instytucja, kierowana przez Andę Rottenberg. W czasie gdy Zachęta była brana pod lupę i krytykowana za obieranie ziemniaków przez Julitę Wójcik, wystawa Beliny przeszła bez większego echa, niemal niezauważona. Nikogo nie obchodziły wybryki artysty. Jedynie Stach Szabłowski w krótkiej recenzji w „Art & Businessie” zauważał „branżowy” charakter jego działań.

To przemilczenie jednej z najbardziej queerowych wystaw w tamtym czasie świetnie ilustrowała fotografia, którą zainscenizowała Katarzyna Kozyra, zresztą w samej Zachęcie. Sfotografowała Belinę latem 2000 roku, jak wypinał nagie pośladki, odsłaniając światu swój odbyt przed napisem „Lepiej nie wiedzieć” – pracą Douglasa Gordona na głośnej wystawie „Szare w kolorze”.

Gdy wystawiał, sięgał po język absurdu, kpiny i wybrane strategie konceptualne. Relacje ze światem mody zbliżały go do kultury kampu. Z nich wynikała jego wystawa „Norma” w Atlasie Sztuki w Łodzi w 2009 roku. Na ośmiu filmach składających się na rozbudowaną instalację Belina występował w niecodziennych, futurystycznych, kolorowych kostiumach. Pojawiał się w nich w miejscach publicznych odległych miast: Wenecji, Nowego Jorku, Kairu, Łodzi. Wykonywał enigmatyczne tańce, przypominając kolorowe Bromby, meduzy, Fikandry, bulwiaste stwory bez twarzy i określonej płci, o kształtach przypominających futuro zabawki erotyczne, jednocześnie zwiewne i lekkie.

Swoje stroje Belina wypróbowywał w warszawskim klubie Saturator. Pasowały tam bardziej niż do galerii. Szczególnie że nikogo tu one nie dziwiły, w klubie wszystko mogło się zdarzyć. Mikołaj Starowieyski, współwłaściciel Saturatora, miał zwyczaj przychodzić przebrany w sukienki uszyte ad hoc z worków na śmieci i w makijażu z niezdarnej szminki. Z Beliną reprezentowali skrajnie odmienne kultury dragu. House of Starowieyski był pijacki i obdarty. House of Belina wydawał się teleportowany z awangardowego wybiegu czy japońskiej anime. Obaj jakby wyszli z performansu Leigh Bowery, australijsko-brytyjskiego performera i projektanta, którego wówczas oczywiście nie znaliśmy.

Prawie projektant, który szył głównie dla siebie. Fotograf mody, niemieszczący się w wąskim kadrze. Dziennikarz dla zgrywy. Artysta od święta. Belina nigdy nie ułatwiał zadania tym, którzy próbowali go jakoś przyszpilić. Zdarzało się, że żył na krawędzi. Ślady dorobku, który po sobie zostawił, każą szukać głębiej i spróbować złożyć Sławka z powrotem do kupy.

CAŁY TEKST DO PRZECZYTANIA (I ODSŁUCHANIA) NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”

Rennie

baldessari 1
John Baldessari, „Camel (Albino) Contemplating Needle (Large)”, 2013

Pisałem już o kolekcji Michaela Audaina w jego nowym prywatnym muzeum w Whistler. Wczoraj odwiedziliśmy z Marcinem kolekcję Boba Renniego, drugiego słynnego kolekcjonera z Vancouveru. Wiele ich różni. Gdy kolekcja Audaina koncentruje się na sztuce z Kolumbii Brytyjskiej, zbiory Renniego mają profil międzynarodowy. Audain angażuje się głównie w działalność lokalnych instytucji, Rennie zasiada w radach muzeów w Stanach i Europie (przewodniczy Komitetowi Zakupów Ameryki Północnej przy Tate Modern – North America Acquisitions Committee). Audain jest honorowym przewodniczącym rady Vancouver Art Gallery, Rennie opuścił radę VAG krótko po tym, jak dyrektorką galerii została Kathleen Bartels (podobno nawet ze sobą nie rozmawiają). Audain to poważny autorytet, Rennie bywa kontrowersyjny, prowokacyjny i raczej nie owija w bawełnę. Poza tym Rennie znany jest nie tylko z kolekcjonowania sztuki, ale też mandatów za złe parkowanie. Obaj wzbogacili się na szybkim rozwojowi rynku nieruchomości w mieście.

rennie collection
Rennie Collection w Wing Sang, Chinatown

Od 2009 roku kolekcja Renniego pokazywana jest w Chinatown, w odremontowanym przez budynku Wing Sang. Nie jest to jednak muzeum z prawdziwego zdarzenia. To bardziej prywatne przestrzenie, do których kilka razy w tygodniu wpuszcza się publiczność. Nie można tu po prostu wejść z ulicy. Jedyny sposób, by obejrzeć wystawę, to zapisać się na grupowe oprowadzania. Kolekcja nie ma też wystawy stałej. Zazwyczaj pokazuje się tu indywidualne pokazy poszczególnych artystów ze zbiorów Renniego (budując kolekcję Rennie skupia się przede wszystkim na kilkudziesięciu ulubionych twórcach). Wystawy w Chinatown mieli do tej pory m.in. Mona Hatoum, Martin Creed, Damian Moppett, a ostatnio Rodney Graham czy Mircea Cantor.

motherfuckers2
Jota Castro, „Motherfuckers never die”, 2003 i 2008

Tej wiosny Rennie sam został kuratorem wystawy, wybierając kilkadziesiąt z kolekcji ponad tysiąca prac. Jako kuratorowi brak mu estetycznego wyczucia. Prace zgromadził według różnych kluczy tematycznych. Ale trudno mu odmówić szczerości.

Wystawę otwiera praca Johna Baldessariego – biały wielbłąd z włókna szklanego (materiału, z którego produkuje się jachty), ogromna igła i werset z biblii wypisany po arabsku na ścianie – o uchu igielnym, wielbłądzie i bogatych: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego”. Obok Rennie powiesił trzy prace Jota Castro z cyklu „Motherfuckers Never Die”. Tytułowi „motherfuckers” to na przykład dyrektorzy wielkich korporacji, terroryści, ale też kolekcjonerzy. Listę kolekcjonerów Castro wypisał na lustrze, by właściciel mógł się też w niej przejrzeć. Można powiedzieć, że Rennie gra w otwarte karty, ale jest w tym też nuta cynizmu.

stay black and die
Rashid Johnson, „Stay Black and Die”, 2006

Na piętrze, gdzie mieszczą się główne sale, wystawa skręca w stronę polityki i napięć społecznych. Na ogromnej pracy Tima Rollinsa „Animal Farm ’92 (after George Orwell)” jako koń pojawia się nawet Lech Wałęsa. Większa część ekspozycji poświęcona jest jednak kwestiom rasowym, głównie dyskryminacji czarnoskórych mieszkańców Ameryki. Do Stanów Zjednoczonych odnosi się większość artystów. Nawet obok krótkiego tekstu kuratorskiego na ścianie Rennie umieścił drzwi z napisem „white”, pochodzące z toalety w banku w Oklahoma City – pamiątkę po segregacji rasowej. Te drzwi to pozostałość po jednej z wystaw Kerry’ego Jamesa Marshalla i umieszczenia ich w kontekście prywatnej kolekcji jako osobnego artefaktu wydaje mi się wręcz niestosowne.

kacik szkolny
Robert Beck, „Thirteen Shooters”, 2001; Cathleen Lewis, „Naming”, 1998

Sama praca Marshalla „As Seen on TV” (1998-2000) pojawia się w kontekście czarnego neonu „America” Glenna Ligona („The Period” 2005), podwójnego krzyża Jonathana Horowitza („Crucifix for Two”, 2005/2010) oraz kaptura jak z Ku Klux Klanu, tyle że wykonanego z czarnych butów Nike, Briana Jungena (b.t., 2015). Dopełnia to monochromatyczny obraz grupy General Idea, czarny napis AIDS na czarnym tle, a przez to niemal niedostrzegalny. Gdzie indziej Hank Willis Thomas naśladuje reklamy „Priceless” MasterCard, nadając ceny pogrzebowi czarnoskórego nastolatka. Poza tym są tu też świetne fotografie kostnic Andresa Serrano, „Bomb” Gilberta i George’a (2006), portrety nastoletnich sprawców masakry w szkole w Columbine w serii „Thirteen Shooters” Roberta Becka (2001), kolorowe wazy Ai Weiwei’a, prace Mony Hatoum, Douglasa Gordona, Christiana Boltanskiego. W tekście kuratorskim Rennie mówi po prostu o „chaosie” na świecie.

Jaką więc wystawę robi Bob Rennie? Najpierw gra z faktem, że sam jest bogaty – bez odpowiedniego kapitału takie kolekcje nie powstają. Potem udowadnia, że jednak z tym wielbłądem i uchem igielnym to przesada. Pokazuje, jak sztuka, także ta w prywatnych kolekcjach, podejmuje istotne problemy społeczno-polityczne. Jednak większość z nich w niewielkim stopniu dotyczy Kanady czy Vancouveru, a nawet własnej pozycji Renniego. Rennie wyraźnie woli zajmować się problemami za południową granicą niż na swoim podwórku.

folwark 2
W „Polskim zoo” Lech Wałęsa był Lwem, u Tima Rollinsa jest koniem. Tim Rollins and K.O.S., „Animal Farm ’92 (after George Orwell)”, 1992, fragment

Robert Rennie to właściciel największej w Vancouver firmy zajmującej się marketingiem i sprzedażą nieruchomości, stąd nazywa się go królem apartamentów (condo king). Zajmował się m.in. marketingiem Wioski Olimpijskiej czy Shangri-La. Stąd utożsamia się go z procesami gentryfikacyjnymi w mieście. Jako specjalista od nieruchomości miał nawet swoją własną koncepcję tego, jak rozwiązać problemy lokalowe Vancouver Art Gallery. Proponował, by zamiast budować jeden duży i drogi budynek, należy rozproszyć działalność VAG w różnych punktach miasta. (Jego propozycja miała też rozruszać dosyć miałką dyskusję o przyszłości VAG.)

W Chinatown Rennie na potrzeby swego biura i swojej kolekcji połączył ze sobą trzy istniejące tu wcześniej budynki, w tym oryginalny budynek Wing Sang, najstarszy w Chinatown (1889). Pierwotny charakter budynku zachowała jedynie fasada, w środku galeria to po prostu white cube. Obecność Renniego w Chinatown wyraźnie wskazuje na kierunek zmian w dzielnicy. Rennie lubi podkreślać, że Chinatown nie może zachować swego charakteru, z małymi sklepikami i zakładami rzemieślniczymi. Pewnie ma rację, ale znowu pobrzmiewa w tym pewna nuta cynizmu. Chyba nie przypadkiem na samym szczycie jego budynku świeci się neon Martina Creeda „Everything Will Be Alright” – ni to optymistyczna, ni to cierpka wiadomość dla zmieniającej swe oblicze dzielnicy od jej nowego, a jednocześnie najbogatszego mieszkańca.