Tarasin

W „Dwutygodniku” recenzuję pierwszą odsłonę projektu „Wracając do Tarasina”, nad którym w Galerii im. Jana Tarasina w Kaliszu pracą Jagna Domżalska i dyrektor tej instytucji Stach Szabłowski.

Jan Tarasin należał do pokolenia poodwilżowego Arsenału. Wypracował swój własny abstrakcyjny język, często porównywany z pismem – na jego dojrzałych obrazach pojawiają się ciągi znaków, układające się w poziome pasy na płótnie. Pisał: „Rysowanie ruchliwych, niekończących się układów o zmiennym rytmie i nasyceniu, ułożonych w monotonne szeregi, czasem zanikające lub zagęszczające się do granic zgubienia własnego rytmu, katastrofalnego rozpadu lub zaniku, sprawia mi czysto zmysłową przyjemność, jaką daje np. malowanie pejzażu z natury lub wystukiwanie nieskomplikowanego rytmu na jakimś perkusyjnym instrumencie”.

Ale Tarasin, chociaż ceniony w kręgu kolekcjonerów, nie jest artystą, na którego powoływaliby się artyści, i to niezależnie od pokolenia. Tymczasem wystawa w Kaliszu to zbiorowy wysiłek osób artystycznych w młodym i średnim wieku, u których kuratorzy odnaleźli jakieś podobieństwa z Tarasinem, a zwłaszcza jego metodą pracy. Artyści reagowali na zaproszenie zdziwieniem. Wspólne wątki z malarzem ich zaskakiwały. Ten nieoczywisty stosunek podkreśla tytuł wystawy; bo Tarasin to artysta, którego – mimo obecności w muzeach i na aukcjach – trzeba sobie najpierw przypomnieć.

Samego malarza na wystawie „Wracając do Tarasina” jest niewiele – galeria wyciągnęła wszystkie dzieła Tarasina, które ma w posiadaniu. To skromny, odzwierciedlający ograniczone możliwości placówki zbiór prac na papierze w różnych technikach – od akwareli po sitodruk czy offset. Zmieściły się na jednej ścianie, obok filmu, przygotowanego przez Łukasza Glapkę i Tomasza Wolffa, na którym obejrzeć można kartkowane po kolei teki Tarasina, nazywane przez niego „Zeszytami”, powstające regularnie od 1974 roku, zbierające w roczniki jego prace graficzne. W tle „Zeszytów” leci zaś utwór Lecha Jankowskiego „Przedmioty pana Tarasina nr 3 na pianolę”, inspirowany twórczością malarza. 

Takich bezpośrednich inspiracji Tarasinem jak w przypadku kompozycji Jankowskiego jest tu jednak niewiele. Wspólnym mianownikiem nie są bowiem szczególne podobieństwa wizualne. Łatwo byłoby przygotować ekspozycję, w której motywem przewodnim byłoby pismo, a obok Tarasina pojawiali się artyści używający słowa lub traktujący pismo jako abstrakcję. 

Tu chodzi o co innego. Kuratorzy zwrócili uwagę nie tyle na dzieła Tarasina, ile na sam proces abstrahowania. U artysty kluczem do poznania tego procesu są jego prace na papierze. To właśnie jego grafiki, w większym stopniu niż realizacje malarskie, pozwalają zobaczyć eksperymentalne podejście artysty oraz prześledzić proces wykształcania się dojrzałego języka malarskiego, krótko mówiąc – dochodzenia do abstrakcji. Domżalska i Szabłowski wskazują nie tyle na styl Tarasina, ile na jego uważność i proces wydobywania abstrakcyjnych znaków z rzeczywistości, zapośredniczonej często przez fotografię.

Mniej oczywiste analogie widać w przypadku rozbudowanej instalacji Kornela Janczego „Nie czas, nie miejsce”, umiejscowionej w sercu wystawy. Podczas gdy inne prace zostały w większości wybrane z dorobku zaproszonych artystów, Janczy stworzył ją specjalnie z myślą o kaliskiej ekspozycji. Zbudował ażurową strukturę z metalowych rurek, na której umieścił drobne elementy rzeźbiarskie.

Prowadząc nieustanną grę między tym, co płaskie, a tym, co trójwymiarowe, Janczy buduje namiastkę pejzażu z wyabstrahowanych elementów, czerpiąc z jednej strony z kartografii, z drugiej – z makiet architektonicznych. Jako widzowie znajdujemy się tu jednak raczej w chmurach, patrzymy na ziemię z góry, z perspektywy niemal boskiej, z samolotu, a obraz świata jest – jak zawsze u Janczego – niebanalnie zakrzywiony. Artysta wyjmuje z atlasu geograficznego siatkę kartograficzną w kształcie elipsy i zawiesza ją jako błękitną płaskorzeźbę na stelażu instalacji niczym na trzepaku. Płaski symbol deszczu z map pogody przedstawia jako trójwymiarową formę, którą ustawia na podłodze – ukośne strugi deszczu to metalowe rurki, na których wspiera się płaski blat o kształcie chmurki, niczym niewielki stolik. Z różowego dachu unosi się dym – wygięta falująco metalowa rurka. Księżyc jest zaś półkulą – płaski z jasnej strony, a wypukły z ciemnej.  

Pejzaż Janczego zaczyna się rządzić własnymi zasadami. Elementy kosmiczne zostały sprowadzone do parteru, umownym pojęciom kartograficznym artysta nadaje bryłowatość. Całość podlega zaś zupełnie ziemskiej grawitacji i jako forma przestrzenna rzuca na podłogę własne cienie. Taki pejzaż.

Z instalacją Janczego ciekawie wchodzą w dialog rzeźby Piotrka Kowalskiego. Za sprawą metalowych konstrukcji z zespawanych elementów artysta przerabia po swojemu pozornie znajome przedmioty. Punktem wyjścia do pracy „Obroty” jest chociażby ruletka, można się w niej dopatrzeć żetonów z kasyna, piłeczek i charakterystycznych dwukolorowych układów. Płaska, półkolista, ażurowa forma została zawieszona na ścianie jak półeczka, przez co jej cień przypomina układy księżycowo-planetarne, dopowiadając znajdującą się obok instalację Janczego. Odniesienie do dzieła Kopernika w tytule jest jak najbardziej umyślne.

CAŁY TEKST RECENZJI DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Kulisiewicz w Meksyku w Kaliszu

kulisiewicz3

Jakiś czas temu zajrzałem na chwilę do Kalisza, gdzie promowałem „Patriotę wszechświata”. Udało mi się zobaczyć trochę sztuki, a nawet wpaść do Kościoła Miłosierdzia Bożego (bynajmniej nie po to, żeby się pomodlić, lecz doświadczyć na własne oczy świetnej architektury zaprojektowanej przez Jerzego Kuźmienkę i Andrzeja Fajansa). Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie wizyta w Galerii Tadeusza Kulisiewicza.

Jeśli jakiegoś artystę powinniśmy z Kaliszem kojarzyć, to właśnie Kulisiewicza. Kulisiewicz się po prostu w Kaliszu urodził. Większą część życia spędził w Warszawie, miał pracownię na Mazowieckiej, w czasie wojny spłonął cały jego przedwojenny dorobek. Po wojnie był jednym z najbardziej celebrowanych polskich artystów, uznanym za mistrza rysunku. Przeszedł do historii sztuki przede wszystkim jako autor rysunków dokumentujących ruiny stolicy oraz współpracownik Bertolda Brechta. Dziś jest nieco zapomniany.

kulisiewicz6

W swoim testamencie cały dobytek ze swej pracowni, łącznie z pracami, przekazał rodzinnemu Kaliszowi. Dzięki temu dziś właśnie w Kaliszu, jako oddział Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej, funkcjonuje Galeria Tadeusza Kulisiewicza.

Miałem to szczęście, że oprowadzała mnie po niej Anna Tabaka, która od jakiegoś czasu zajmuje się tym obszernym archiwum i pracami. Właśnie trwa kolejna kuratorowana przez nią wystawa – „Kulisiewicz i Rivera”, dokumentująca związki Kulisiewicza z Meksykiem. Świetnie opracowana merytorycznie, dzięki drobiazgowym badaniom. Ze świadomością historii, ale bez politycznych uprzedzeń. Jeśli organizowano by retrospektywę Kulisiwiecza, ta wystawa mogłaby stanowić jedną z jej sal.

Tytuł, „Kulisiewicz i Rivera”, może jest nieco mylący. Bo żadnych prac meksykańskiego malarza na tej wystawie nie spotkamy. Rivera pojawia się raczej jako przyjaciel Kulisiewicza – na zdjęciach i w wyciągniętych z archiwum dokumentach.

kulisiewicz2

Kulisiewicz, podobnie jak inni polscy artyści, jeździł do zaprzyjaźnionych krajów: Wietnamu czy Chin. Meksykanie odwiedzali go w jego pracowni przy okazji przygotowań do wystawy meksykańskich muralistów w Zachęcie (1955). Ze strony meksykańskiej organizował ją Narodowy Front Sztuk Plastycznych (FNAP), zrzeszający lewicujących artystów i propagujący meksykańską sztukę na świecie. Już podczas prac nad wystawą Kulisiewicz poznał się z historykiem sztuki Ingacio Marquezem Rodilesem, a potem z Rivierą i Siqueirosem. W archiwum Anna Tabaka odnalazła niewielką odręczną notatkę Kulisiewicza o krześle: „Wielu ludzi odwiedzało nasz dom. Na tym krześle siedział Diego Riviera, Siqueiros, Brecht, Helena Weigel [żona Brechta]”.

Niedługo po zachętowskiej wystawie, w 1957 roku, Kulisiewicz sam odwiedził Meksyk, gdzie uczestniczył w wystawach, ponownie spotkał się z Riverą. Kilka miesięcy po powrocie otrzymał list z FNAP, powiadamiający go o śmierci meksykańskiego malarza. Dwa lata później, w 1959 roku miał okazję osobiście złożyć kwiaty na grobie Rivery, a wdowa po malarzu wydała kolację na jego część.

kulisiewiczgoitia

Zwiedzał Meksyk, piramidy w Teotihuacán, półwysep Jukatan, Chichen Itza, ruiny Uxmal, kopalnie srebra w Cuernavaca i Taxco. Swoje wrażenia na bieżąco notował w szkicownikach, których podczas meksykańskich podróży zapełnił aż cztery. Potem na ich postawie powstawały rysunki.

Ale to właśnie szkicowniki, notowane na szybko krajobrazy, egzotyczne rośliny, postacie i scenki, robią na wystawie największe wrażenie. Skończone rysunki charakteryzuje większy syntetyzm formy, prostota. Swe rysunki Kulisiewicz redukowa czasem do kilku kresek, ale tak, by widoczne w nich było jakieś drżenie ręki, może nawet niepewność.

Na wystawie przywołany też zostaje Francisco Goitia, samouk i samotnik. Kulisiewicz notował: „Goitia – jak prorok mieszka nędzniej niż obok mieszkający chłopi. (…) Nic nie chce od życia, tylko to, co ma”. Wreszcie z Meksyku Kulisiewicz przywiózł też sporo pamiątek, które wypełniają gabloty, w tym prekolumbijskie figurki, kilka których otrzymał w prezencie od samego Rivery, jedną zaś od Carlosa Pellicera. Powrócił do nich w latach 70., tworząc na nich podstawie nową serię rysunków.

kulisiewicz5

Ciekawią eksperymenty formalne – w kilku rysunkach jako tło Kulisiewicz wykorzystuje odbitą na papierze gazę. Najlepiej ten efekt wypada w widoku jeziora Patzcuaro z długą łodzią i rybakami w szerokich kapeluszach. Wody jeziora oddają odbite na papierze w niebieskiej farbie kawałki gazy.

Wszystko to trochę trąci myszką. Ale przecież kiedyś – bo dziś już zapomnieliśmy oryginalne znaczenie tego wyrażenia – „trąciło myszką” stare wino. I nawet taki niewielki pokaz, cierpiący na finansowe braki (oprawa dzieł), ujawnia, jaki potencjał kryje się w tym zbiorze. Dla mnie to zachęta, by tu powrócić.