Duda + Mitoraj = BWM

DSC08121

Nasz prezydent Andrzej Duda spędził 4 czerwca po swojemu. Zamiast świętować z Polakami w Polsce, zrobił sobie z małżonką krótki wypad do Włoch – Pompeje, Neapol, Watykan. Jak donosi PAP, wizyta przebiega pod znakiem trzech wielkich Polaków: Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, o. Stanisława Papczyńskiego, osiemnastowiecznego kaznodziei, który zostanie dziś kanonizowany, oraz… Igora Mitoraja. Co tu znowu robi Mitoraj?

Zapamiętałem 4 czerwca 1989 roku, bo urządzono mi imieninowe przyjęcie. Mama upiekła tort w kształcie jeża (z ryżem preparowanym zamiast kolców), a w prezencie dostałem żółto-zielony materacyk – zbliżały się wakacje. Wczoraj niemal prosto z pociągu z Berlina poszliśmy z Anką na KOD-owski marsz, który kończył się na placu Konstytucji. To na tym placu mieściła się kawiarnia Niespodzianka, w której przed wyborami kontraktowymi znalazł swoją siedzibę Warszawski Komitet Obywatelski. W Niespodziance zaśpiewał nawet przed koncertem w Kongresowej Stevie Wonder.

Prezydenci wolnej Polski nigdy nie mieli szczególnego uznania dla sztuki. Nieco lepiej było za Bronisława Komorowskiego, który miał chyba lepszych doradców. Do Pałacu Prezydenckiego wpuścił Muzeum Sztuki Nowoczesnej z wystawą wybranych prac z kolekcji, zatytułowaną, za banerem Cezarego Bodzianowskiego, „Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”. Był tam m.in. „Pan Guma” Pawła Althamera, „Nasz śpiewnik” Artura Żmijewskiego i szereg innych prac o nikłym potencjale propagandowym. Sanja Iveković pracą „Niewidzialne kobiety Solidarności” przypominała o macho-pisaniu historii. Na słynnym plakacie z wyborów 1989 roku nawiązującym do filmu „W samo południe” zastąpiła postać Gary’ego Coopera – kowbojką. Ostatnio Lech Wałęsa przyjął też swój portret, który z inicjatywy Joanny Świerczyńskiej namalowała podczas wspólnej nasiadówy grupa artystów, m.in. Alhamer i Żmijewski (obraz reprodukował w ostatnim numerze „Szum”).

4 czerwca dawno powinien być w Polsce świętem (moim zdaniem w miejsce któregoś ze świąt kościelnych). Prezydent Duda w pierwszym zdaniu podkreśla jednak, że „wybory 4 czerwca 1989 r. nie były w pełni wolne” – taki nagłówek widnieje nad tekstem o rocznicy na oficjalnej stronie prezydenta. Wizytę w domu Herlinga-Grudzińskiego też odpowiednio obudowano ideologicznie. Z wielu opinii i poglądów pisarza wybrano tę, że Polska nie dekomunizowała się odpowiednio szybko. I dlatego Duda uważa, że tablica upamiętniająca Herlinga-Grudzińskiego w Neapolu jest bardziej odpowiednim miejscem do obchodzenia rocznicy niż Warszawa.

Dla mnie bardziej ciekawy jest fakt, że Dudowie odwiedzili Pompeje, gdzie trwa wystawa Igora Mitoraja, otwarta przez samego prezydenta Włoch. Nasz rodzimy kiczarz – z ziemi polskiej do włoskiej – od czasu do czasu staje ością w gardle krytykom, bo prezentuje się go jako największe osiągnięcie polskiej sztuki. Jego pseudoantyczne rzeźby, nagie figury powiązane bandażami, notabene o silnym ładunku homoerotycznym, podobają się politykom niezależnie od opcji politycznej. Duda miał powiedzieć, że w Pompejach „prezentują się w sposób niesamowity”. Chyba zapomniał zabrać do Włoch laptopa, bo nie podzielił się swoimi przeżyciami na Twitterze.

Podejrzewam, że prezydent Duda nawet nie zdaje sobie sprawy, że opiewa ukochanego artystę polskiej lewicy sprzed kilkunastu lat. Zmarły w 2014 roku Igor Mitoraj był ulubieńcem ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego oraz prezydenckiej pary Aleksandra i Jolanty Kwaśniewskich. To z winy Dąbrowskiego, który notabene był jednym z najlepszych ministrów kultury po 1989 roku, Mitorajowa obandażowana głowa do dziś straszy na krakowskim rynku. Otwierając wystawę Mitoraja w Warszawie Jolanta Kwaśniewska miała powiedzieć, że dzień jest tak słoneczny, gdyż rzeźbiarz przywiózł ze sobą słońce prosto z Italii. Zresztą podobnie ponad politycznymi podziałami plasuje się Edward Dwurnik – na tle jego obrazu przemawiał do narodu Kwaśniewski, dziś wychwala go minister kultury Piotr Gliński.

Wczoraj tuż przed warszawskim marszem, zanosiło się na niezłą burzę. Ale niebo rozjaśniło się i bez polsko-włoskiego kiczu.

Podróżnicy

DSC06901.jpg
Fragment instalacji Janka Simona

„Dwutygodnik” opublikował właśnie moją recenzję wystawy „Podróżnicy” w Zachęcie – „Podróżować jest bosko”. Zachęta ma w zwyczaju pokazywać prace, które wcześniej reprezentowały Polskę na Biennale w Wenecji. Film Yael Bartany był kilka lat temu wyświetlany równolegle w Warszawie i Wenecji. Po udziale w Biennale zawitał do Zachęty Konrad Smoleński. Dwa lata temu w Pawilonie Polski pokazywano pracę „Halka / Haiti” Joanny Malinowskiej i C.T. Jaspera (recenzowałem Biennale dla „Dwutygodnika” w tekście „Masz dziś wolne”). Rok później, kuratorka Magdalena Moskalewicz obudowała warszawską prezentację filmu całą wystawą problemową, zatytułowaną „Podróżnicy”. Z marnymi rezultatami. Raz, że po prostu sporo jest tu prac słabych. Dwa, że koncepcja wystawy jest dziurawa.

Piszę w recenzji: „Wystawa podejmuje tak wiele wątków związanych ze zmianą miejsca pobytu, że gubi się jej myśl przewodnia. Bo jak się ma turysta do emigranta zarobkowego? Jak się ma podróżujący artysta do tysięcy Afrykańczyków, którzy próbując przedostać się do Europy, ryzykują życie? I do kogo właściwie odnosi się tytuł wystawy – do artystów czy do bohaterów ich prac?”

Przy okazji komentuję zjawisko artystycznych rezydencji oraz promocję polskiej kultury za granicą.

BB IX

DSC07984
Moje łydki w instalacji Timur Si-Qin

Moja recenzja z dziewiątego Biennale w Berlinie ukaże się na Dwutygodniku, więc nie będę się na razie rozpisywał. Tylko kilka pierwszych wrażeń.

Biennale jest bardzo spójne, przynajmniej wizualnie. Kolorowe folie na szybach, reklamowe lightboxy i płaskie ekrany. Ale tego właśnie można się było spodziewać po grupie DIS, która kuratoruje tegoroczną imprezę. Wystawa nie jest też duża. Dwa dni spokojnie wystarczą, by zobaczyć całość, i to ze sporym marginesem. Niektórzy twierdzą nawet, że jeden dzień wystarczy, ale podejrzewam, że – jak przystało na tak zwanych ludzi sztuki – nie oglądają filmów w całości.

DSC07980
Drogie soki Mint (Debora Delmar Corp.)

Główna część wystawy mieści się w Akademie der Künste na placu Paryskim. Obok, z balkonu hotelu Adlon Michael Jackson wystawiał swoje dziecko, ku przerażeniu swoich fanów. Performens się udał – niemowlę przeżyło. My, z moją przyjaciółką Anką, na tarasie AdK czekaliśmy godzinę w całkiem analogowej kolejce, by nałożyć na głowę przepocony hełm hight-tech i przeżyć trzy minuty wirtualnej rzeczywistości. Na placu dzieją się wtedy istne cuda.

Poza tym przejechaliśmy się miniaturową kolejką, do przodu i do tyłu – wielbicielem takich kolejek był Walt Disney. Wrzuciliśmy monetę na szczęście do brodzika w KW. No i rozśmieszyliśmy żywą rzeźbę – modela, który udawał stewarda Lufthansy. Nie byle jakiego stewarda, bo jego strój wymalowano bezpośrednio na – notabene niczego sobie – ciele. Takich stewardów Lufthansa wysłała na berlińską Gay Pride. Jednak Berlin to Berlin. Rozśmieszyć go nie było trudno. Wystarczyło kilka min, by zaprezentował nam garnitur śnieżnobiałych zębów. Warto.

DSC08010
Drogie ciuchy (TELFAR)

Poza tym są wszystkie stałe biennalowe elementy: VIP-y (Maurizio Cattelan w srebrnych kozaczkach), artystyczny bar ze zdrowymi sokami (5 euro za około 200 mililitrów) i sklepik z dizajnerskimi gadżetami (90 euro za tiszert). Przystępna, internetowa demokracja przefiltrowana przez świat sztuki zamienia się w całkiem bijący po kieszeni postinternet. Tradycyjnym nietypowym miejscem prezentacji sztuki jest zaś podrasowany stateczek, podczas dni prasowych niestety jedynie zacumowany; po oficjalnym otwarciu będzie odbywał dwugodzinne, dystopijne rejsy Sprewą.

Wczoraj trafialiśmy na opryskliwych pilnujących, dzisiaj na całkiem przyjaznych, więc się wyrównało. Szczegóły wkrótce.

DSC07942
Rozśmieszony steward (w ramach instalacji Simona Fujiwary)

Czarne lata

 

DSC07364.jpg
Bernhard Kretzschmar, „Malarze domów”, 1939

W Hamburger Bahnhof wystawa o innej instytucji – Neue Galerie, ale w szczególnym okresie, latach 1933-1945, nazywanym tu „czarnymi latami”. To właściwie pretekst, by opowiedzieć o specyficznej sytuacji sztuki w Niemczech pod rządami narodowych socjalistów. Ponieważ trwa remont budynku Neue Nationalgalerie projektu Miesa van der Rohe, właśnie w Hamburger Bahnhof organizowane są wystawy, prezentujące wybrane fragmenty kolekcji.

Po I wojnie światowej jako aneks do Nationalgalerie (dziś: Alte Nationalgalerie) stworzono w Kronprinzenpalais galerię prezentującą sztukę żyjących artystów (Galerie der Lebenden). Wiele z prezentowanych tam prac po dojściu do władzy Hitlera uznano za „sztukę zdegenerowaną” (Entartete Kunst). Już w 1933 roku usunięto z wystawy obrazy prezentujące figury ludzkie, w 1936 usunięto fragment wystawy poświęcony ekspresjonizmowi, rok później całkowicie zamknięto Kronprinzenpalais, a 115 skonfiskowanych dzieł przewieziono do Monachium na wystawę „Entartete Kunst”. Część prac sprzedano, część – zniszczono. „Czarne lata” to wystawa złożona właściwie nie tyle z obrazów i rzeźb, co z historii poszczególnych dzieł. Wszystkie mają bowiem jakieś drugie dno.

Ciekawe, jak kształtowała się dyskusja o sztuce nowoczesnej w latach 30. Początkowo próbowano przedstawiać ekspresjonizm jako specyficznie niemieckie osiągnięcie artystyczne. Jeszcze w 1933 roku sam Joseph Goebbels celebrował malarstwo Edvarda Muncha, ochrzczonego „nordyckim ojcem ekspresjonizmu”, w opozycji do francuskich impresjonistów. To nie pomogło Munchowi ominąć czarnej listy cztery lata później. Na wystawie „Czarne lata” prezentowana jest wspaniała „Melancholia”, skonfiskowana w 1936 roku i sprzedana, ponownie kupiona do kolekcji w latach 90.

DSC07383

Nie obyło się bez ciekawych niekonsekwencji w nazistowskiej polityce i zaskakujących koincydencji. To co „zdegenerowane”, nie było wcale jasno i precyzyjnie zdefiniowane (a dzisiaj po prostu rozczarowuje, w jak niewielkim stopniu była „zdegenerowana” ta sztuka). Wiadomo było, że „zdegenerowani” są ekspresjoniści, abstrakcjoniści, na cenzurowanym znalazły się tematy lewicowe i antywojenne, no i artyści żydowscy czy komunizujący.

Ale gdy drewniana „Triada” Rudolfa Bellinga znalazła się na „Sztuce zdegenerowanej”, jego portret boksera Maxa Schmelinga (jego zwycięstwo nad czarnoskórym zawodnikiem miało potwierdzać rasowe poglądy Hitlera) prezentowano na „Wielkiej wystawie sztuki Niemieckiej”, odbywającej się w tym samym czasie w Monachium. Gdy się zorientowane z niekonsekwencji, prace Bellinga usunięto z pierwszej wystawy, podobnie jak „Wieżę niebieskich koni” Franza Marca, za którym wstawili cię niemieccy oficerowie, Marc bowiem za udział w I wojnie światowej został uhonorowany Żelaznym Krzyżem.

Obok siebie wiszą dwa, niemal identyczne autoportrety Karla Hofera, jeden skonfiskowany i sprzedany (powrócił do kolekcji dwa lata temu), drugi – wykonany przez artystę tuż po odebraniu mu dzieła. „Klęcząca kobieta” Wilhelma Lehmbrucka nie została włączona do wystawy „Sztuki zdegenerowanej”, prawdopodobnie z powodów konserwatorskich, ale została zniszczona podczas nalotu, gdy bomba trafiła w Kronprinzenpalais. Dziś pokazywany jest jej destrukt.

DSC07343.jpg
Erwin Hahs, „Wielkie rekwiem”, 1944/1945, obraz i jego rentgen

Jest tu popiersie Marleny Dietrich dłuta Ernesta de Fiori, wykonane w 1931 roku, potem uznane za „sztukę zdegenerowaną” i skonfiskowane, ale zwrócone kolekcji jeszcze w 1939 roku, jednak z zakazem wystawiania. Dietrich nie dała się uwieść nazistom, tuż po powstaniu rzeźby wyjechała do Stanów Zjednoczonych, wspierała Żydów uciekających z Niemiec, a potem śpiewała dla amerykańskich żołnierzy. Emigrację wybrało też wielu artystów. Sam Fiori, chociaż początkowo sam wspierał NSDAP, nie mógł pogodzić się z ich atakiem na sztukę nowoczesną, wyjechał w 1936 do Brazylii.

Na wystawie naprzeciwko siebie ustawiono prace artystów, którzy tworzyli oficjalną sztukę Trzeciej Rzeszy, oraz tych, którzy się jej sprzeciwiali. Jest tu i Arno Breker, i Georg Kolbe, a z drugiej strony – chociażby Ernst Wilhelm Nay, w zaciszu swej pracowni kontynuujący tradycję nowoczesną, czy przeciwnik wojen Otto Dix. „Schodzący mężczyzna” Kolbego to porządna rzeźba. Czerpiąc inspirację z lektury Nietschego, Kolbe wybrał jako modela dziesięcioboistę Hermanna Lemperlego, który w 1936 roku wbiegł ze zniczem olimpijskim na berliński stadion.

DSC07384.jpg

Może wydawać się zaskakujące, że na całej wystawie nie ma żadnego popiersia czy portretu Hitlera, ale żadnego przecież nie znajdziemy w kolekcji Neue Nationalgalerie. Jedyny Hitler wyłania się niewyraźnie z rentgenowaksieog prześwietlenia obrazu Erwina Hahsa, artysty prześladowanego w czasach hitlerowskich, ale wciąż zmuszonego malować w służbie nazistów. Gdy dostał zlecenie na portret wodza, namalował go na tle płonących ruin. Obraz szybko wrócił do jego pracowni, a Hahs zamalował go nową kompozycją. Z kolei Franz Radziwill w 1940 roku namalował dosyć tradycyjny obraz dokumentujący inwazję niemieckich wojsk na Belgię. Po wojnie przemalował płótno w duchu surrealistycznego symbolizmu, utrzymane w apokaliptycznej atmosferze.

Dramat tych lat odbywa się więc raczej w warstwie opowiadania niż w warstwie wizualnej. To ten kontekst, który ciągle ma się gdzieś z tyłu głowy, a który w wystroju wystawy oddano za pomocą czarnych ścian, jakby wyjętych z obrazu Karla Hofera „Czarne pokoje”. Mówiąc krótko, dzieła trzeba prześwietlać, by dotrzeć do ich istoty. Powoduje to specyficzne wrażenie niedopowiedzenia.

DSC07356.jpg
Franz Radziwill, „Flandria (dokąd w tym świecie?), 1940/1950

Swego rodzaju domknięcie „Czarnych pokoi” odnalazłem na innej berlińskiej wystawie. Martin Gropius Bau prezentuje bowiem przekrojową wystawę fotografki Lee Miller. Miller przed wojną związana była m.in. Man Rayem – to w jego studiu wykonywała pierwsze fotografie. Pozowała i sama fotografowała. Podczas II wojny światowej jako jedna z bardzo nielicznych kobiet trafiła z armią amerykańską na zachodni front w Europie. Fotografowała m.in. lądowanie w Normandii i wyzwolenie obozu w Dachau. Wykonała też serię zdjęć w monachijskim mieszkaniu Hitlera i domu Ewy Braun.

W mieszkaniu Hitlera mogła dosłownie obmyć się z obozowego kurzu – wzięła kąpiel w jego wannie, zresztą w dniu, w którym dyktator i jego – już wtedy – żona popełnili samobójstwo. W domu Ewy Braun, którą Hitler notabene poznał jako asystentkę fotografa, Miller sfotografowała się w jej łóżku, z papierosem w dłoni. Ale wnętrza tych mieszkań – jak zauważyła – nie były specjalnie luksusowe czy ekstrawaganckie, raczej mieszczańskie, trochę kiczowate. Ale monachijskie zdjęcia to prawdziwy surrealizm. „Vogue”, dla którego Miller pracowała, reprodukował je jako „Hitleriana”. Jej portret w wannie, z żołnierskimi butami stojącymi tuż obok i zdjęciem Führera na tle kafelek, to wyraźny sygnał: Hitler ist kaputt.

DSC07587
Z katalogu wystawy Lee Miller