Bladawe widoki wzgórz

IMG_0971

Rzadko bywam na targach sztuki. Nigdy nie byłem w Bazylei, a po wycieczce na Frieze w Londynie wiele lat temu miałem na długo dosyć. Ale czasami trafiam na mniejsze targi przy okazji. Na targi sztuki w Nankinie wybrałem się w grudniu poniekąd celowo. Szybkim pociągiem z Szanghaju to rzut beretem, a przy okazji mogłem zobaczyć wystawę sztuki z Azji Południowo-Wschodniej w AMNUA (Art Museum of Nanjing University of the Arts). Poza tym w Chinach zawsze zadaję sobie pytanie: a jak to wygląda w Chinach?

Na 2019 Nanjing Art Fair International (pierwsza edycja imprezy, która nie wiadomo, czy się powtórzy) miałem wrażenie, że większość wystawców, galerii prywatnych, w tym obecnych już w Chinach galerii międzynarodowych, przyjechała nie po to, by sprzedać, lecz by się po prostu pokazać. Tym lepiej. Zwłaszcza w sekcji, w której pokazywano wyłącznie wideo. Do tego miałem wystarczająco dużo czasu, by prawie wszystkie prace wideo zobaczyć w całości.

Obok kilku światowej sławy gwiazd (Douglas Gordon, Antoni Muntadas), był to bowiem przede wszystkim pokaz najlepszego wideo z Chin (Lu Haoming, Ju Anqi, Yo Qingmei) czy wideo-zgrywusów z Tajwanu (Musquiqui Chihying, Tsui Kuang-Yu).

IMG_1012

IMG_0999

IMG_0994

Kilkukrotnie wracałem jednak do jednego filmu: „The Pale View of Hills” Liu Yujia (刘雨佳) z 2018 roku, na stoisku Tang Contemporary Art, tajsko-chińskiej galerii z siedzibami w Bangkoku, Pekinie i Hong Kongu.

Liu Yujia poświęca swój film Reyanam Dawut, pięćdziesięcioletniej kobiecie, Ujgurce, wdowie po Dawucie Mahsucie, zmarłym w 2014 roku potomku ujgurskich królów.

Reyanam Dawut mieszka w wyremontowanym królewskim pałacu w mieście Kuqa, przerobionym na muzeum historyczne. Uznawana za pracownicę muzeum, pozuje do zdjęć z turystami. Według informacji pojawiającej się w filmie, 60 procent dochodu z pozowania trafia do niej, 40 procent – do budżetu muzeum.

Oczywiście sam fakt, że chińska artystka wideo zajmuje się mniejszością Ujgurów wydaje się wręcz nieprawdopodobny. To, że mogłem go zobaczyć w Nankinie, tłumaczyłem sobie tylko tym, że pokazywała go międzynarodowa prywatna galeria. Wątpliwe, by tu cenzura nie dotarła. Może cenzorów znudziły długie kadry Liu Yujia, porównywane z Chantal Akerman. Bo trudno nie dostrzec w tym filmie krytycznego ostrza.

Zamieszkujący w regionie autonomicznym Xinjiang, w większości muzułmański naród Ujgurów, uznawany w Chinach za jedną z pięćdziesięciu mniejszości etnicznych, jest jednocześnie najbardziej wśród nich dyskryminowany. Jesienią zeszłego roku „The New York Times” ujawnił bezprecedensowy wyciek wewnętrznych chińskich dokumentów, dający wgląd w prześladowania w Xinjiang. Dokumenty dotyczyły m.in. tego, jak tłmaczyć powracającym na przerwy świąteczne studentom, dlaczego ich rodzice przebywają w obozach internowania. Szacuje się, że w obozach, zwanych przez władze chińskie „centrami szkolenia zawodowego”, przebywa około miliona Ujgurów.

Film Liu Yujia zaczyna się zresztą od widoków pokoju, w którym z włączonego telewizora sączy się oficjalna propaganda, m.in. dotycząca kampanii wypleniania w Xinjiang tzw. dwulicowych (liang mian ren, 两面人), czyli urzędników lub członków partii, nie w pełni jednak lojalnych wobec partii, a zaangażowanych w „trzy siły” (san gu shili, 三股势力) czyli separatyzm, terroryzm i ekstremizm religijny. Kampania przypominała te z czasów rewolucji kulturalnej, opierała się na donosicielstwie.

IMG_0981

IMG_0978

IMG_1036

W tym niezwykle powolnym, czterdziestominutowym filmie pozornie niewiele się dzieje. Reyanam Dawut głównie siedzi na niebieskich sofach przy suto zastawionych słodyczami stołach, co chwilę musząc uśmiechać się z nowymi turystami na tle zdjęć jej zmarłego męża i flagi Chińskiej Republiki Ludowej.

Pozycja Reyanam Dawut przedstawiona przez Liu Yujia paradoksalnie oddaje to, jak Tybetańczycy i Ujgurzy traktowani są przez kulturę Chińskiej Republiki Ludowej. Chętnie widzi się ich zespoły ludowe na festiwalach transmitowanych przez chińską telewizję. Są egzotyzowani, ale też marginalizowani. Reyanam Dawut pozuje do zdjęć ze zwiedzającymi pałac-muzeum chińskimi turystami. Władze chętnie promują Chiny jako kraj multietniczny i wielokulturowy. Powstają nawet poświęcone mniejszościom etnicznym parki tematyczne – miałem okazję zwiedzić taki park w Shenzhen.

ujgurski dom shenzhen
Dom ujgurski, China Folk Culture Village, Shenzhen
meczet shenzhen
China Folk Culture Village, Shenzhen
tybet w shenzhen
Wioska tybetańska, China Folk Culture Village, Shenzhen

Obraz mniejszości to z jednej strony zacofanie, z drugiej – romantyzacja. Co jednocześnie oznacza odmawianie Ujgurom, Tybetańczykom i innym mniejszościom zabieraniu głosu w swoim imieniu. To stanowisko widać też bardzo dobrze w bardziej oficjalnym malarstwie (pisałem o tym problemie przy okazji twórczości malarza Li Zijiana).

Ujgurowie w mediach przedstawiani są jako terroryści, w programach kulturowych – tańczący ludowe tańce i śpiewający ludowe pieśni, w malarstwie – jako egzotyczni jeźdźcy wielbłądów.

Intryguje też tytuł filmu Liu Yujia zaczerpnięty przecież z powieści Kazuo Ishiguro, przetłumaczonej na polski jako „Pejzaż w kolorze sepii” (polski tytuł wydaje mi się mało trafiony, dlatego pozostaję przy oryginalnym tytule Ishiguro). W „Pale View of Hills” Ishiguro opisywał samotność Etsuko, Japonki mieszkającej w Anglii. Bliższego związku między powieścią i filmem Liu Yujia nie dostrzegam. Poza swoistą samotnością Reyanam Dawut. Mimo nieustannej obecności wokół niej ludzi, pozostaje dekoracją do zdjęć. Gdy w książce poznajemy przeszłość Etsuko, o przeszłości Reyanam Dawut dowiadujemy się niewiele poza kilkoma fotografiami, które weszły w kadr – jak zdjęcie jej i jej zmarłego męża z Pekinu. Myślę, że tytuł Ishiguro Liu Yujia traktuje dosłownie. W krajobrazie Xinjiang, który pojawia się momentami w jej filmie, pustynne pejzaże są rzeczywiście blade.

IMG_0974

#postyktórychnienapisałem W przeciągającej się samoizolacji kontynuuję powroty do dzieł i wystaw, które widziałem w ostatnim czasie. Robi się coraz cieplej, ale mimo to – jeśl możemy – zostańmy w domach. 

 

 

Galeria rekordzistka

IMG_1177

Podróżując po Chinach wielokrotnie miałem wrażenie, że doszedłem do granic sztuki. Właściwie lubię zaglądać do takich miejsc i sprawdzać, gdzie sztuka może nas zaprowadzić. Do sztuki tak złej, że w swej okropności – i masie – ciekawej.

Jakiś czas temu pisałem o Dafen, dzielnicy Shenzhen na południu Chin, z którego pochodzi większość światowej produkcji obrazów olejnych. Li Zijian i muzeum jego imienia, które sobie sam zbudował nad brzegiem rzeki Xiang w jego rodzinnej Changshy chwali się nawet tym, że zostało nawet wpisane do księgi rekordów. To ponoć największa galeria indywidualnego artysty na świecie. W całkiem sporym budynku prezentowanych jest ponad trzysta obrazów, też raczej wielkoformatowych. Na bogato.

IMG_1326

IMG_1099

Li Zijian (李自健) przedstawia się jako artystę sukcesu. Musiał odnieść jakiś sukces finansowy, skoro sam sobie to muzeum sfinansował (w co nie do końca wierzę, bo w Chinach nic nie powstaje bez aprobaty czy wsparcia władz). Jest wyjątkowo samowystarczalny – jest jednocześnie dyrektorem, kuratorem i jedynym wystawianą artystą (nie licząc dekoracji fragmentu holu wykonanej przez jego żonę). Już we wstępie do wystawy, Li nazywa swą sztukę „wizualną symfonią”.

Chociaż od końca lat 80. Li mieszka w Kalifornii, własną galerię zbudował w rodzinnej Changshy. Na pewno nie brak mu pewności siebie. A jeśli czegoś brak, to odrobiny skromności. Co chwilę się tu czymś chwali: rekordową galerią, medalem od ONZ-u, a przede wszystkim przesłaniem swej sztuki. To przesłanie mieści się w haśle „Ludzkość i miłość”, które stało się mottem przewodnim jego światowego tournée, które rozpoczął w 1994 roku. „Li Zijian jest nie tylko artystą, ale też emisariuszem miłości i kultury”, pisze o samym sobie. Jeszcze bardziej wzniosłe słowa o miłości zostały wykute w marmurze przy wejściu na wystawę.

Jeśli artysta mówi, że jego sztuka o miłości i humanizmie, niesie przesłanie dla całego świata, by stał się lepszy, od progu mu nie ufam. Niech to będzie nawet Yoko Ono. Nie wchodzę w to.

Taki przekaz zresztą nie zawsze trafia. Przekonali się o tym już w czasach zarazy hollywoodcy celebryci, odśpiewując wspólnie (ale osobno, izolacja obowiązuje) „Imagine” Johna Lennona i Yoko Ono. Zamiast spodziewanego poklasku, spotkali się z ostrą krytyką swoich fanów. Może wirus nie wybiera, ale czym innym jest izolacja w suterenie, bez dostępu do opieki zdrowotnej i z perspektywą utraty pracy, a czym innym siedzenie w wartej miliony dolarów posesji. Tym bardziej, że jeden z wersów piosenki brzmi: „imagine no possessions”. Więc wsadźcie sobie waszą miłość w dupę – odpowiedzieli fani zdziwionym celebrytom. Oczywiście Lennon i Yoko Ono też pisali „Imagine” w swoim ogromnym pięknym domu otoczonym ogrodem. Gdy Ono zobaczyła ten ogród, zażyczyła sobie, by były w nim tylko czarne kwiaty (ogrodnicy wytłumaczyli jej, że takowe prawie nie istnieją). Swój słynny hotelowy bed-in przerywali, by pokojówka zmieniła im pościel. Wtedy nie było jeszcze Internetu, by fani mogli im powiedzieć „sprawdzam”.

IMG_1292

Ale wracając do Changshy: przesłanie miłości sobie, gorzej że obudowane jest trudną do przyjęcia formą. Tu mógłbym się posłużyć kilkoma zgrabnymi porównaniami, ale nie ma chyba takiej potrzeby. Przecież już stwierdziłem, że jesteśmy na granicach sztuki.

„Emisariusz miłości” Li w warstwie retorycznej wydaje się naśladować Yoko Ono, jednak sama jego sztuka jest ucieleśnieniem współczesnego chińskiego akademizmu. A może jeszcze bliżej mu do typowej produkcji z Dafenniż do nawet do kręgów chińskich akademików? Sam już nie wiem. Nic więc dziwnego, że się bardzo podoba publiczności, a jego muzeum odwiedzają tłumy.

Jednak w wielu momentach jego przesłanie i dzieła jakoś do siebie nie przystają. Gdy bliżej przyjrzeć się temu, co Li maluje, okaże się, że to muzeum pełne paradoksów.

IMG_1174

IMG_1113

IMG_1138

Curriculum vitae Li streszcza typową karierę chińskiego artysty urodzonego w latach 50. Jego młodość przypadła na rewolucję kulturalną. Przed studiami pracował więc w fabryce i dopiero w 1977 roku, gdy przywrócono egzaminy na studia, z małym opóźnieniem mógł rozpocząć poważną edukację artystyczną (w Kantonie). Jak wielu twórców, w latach 80. zdecydował się na wyjazd za ocean. We własnym muzeum co chwilę legitymizuje swoją sztuką uznaniem za granicą, które jest jednak nieco wątpliwe.

Tymczasem Li Zijian to zdecydowanie artysta peryferyjny. Tworzy obrazy olejne, zazwyczaj sporych rozmiarów. Reprezentuje realistyczną manierę, często ocierającą się o fotorealizm, niezwykle popularną wśród chińskich artystów. „Moje artystyczne stworzenia”, pisze Li, „mówią prostym językiem realizmu, wyrażają czysty, emotywny styl i dążą do uniwersalnych wartości miłości i humanizmu”.

IMG_1127

IMG_1110

Ta miłość to po prostu ckliwe obrazy dzieci, portrety staruszek o rozwianych siwych włosach (tytuł: „Wiatr”), kobiet w ciąży. To wszystko ma jednak – moim zdaniem – drugie dno.

Li chętnie sięga też po typowo chińskie tematy – portrety chłopów, zwłaszcza chłopskich dzieci, oraz mniejszości narodowych. Chłopi i mniejszości to zgrane tematy. Chińscy akademicy przedstawiają wieśniaków jako ludzi żyjących zgodnie z naturą. Mniejszości narodowe to egzotycznie przebrane postaci żyjące w wiejskiej sielance. Dzieci puszczone samopas bratają się z wołami (to jeden z najczęściej powracających motywów). Jeśli dostrzeżemy tu jakieś elementy zacofania chińskiej wsi, to zakamuflowane romantyczną chmurką.

Są tu też miejsca, w których Li wchodzi na obszary, gdy jego „miłość” przyozdabia tematy bardzo polityczne. Jedna z sal poświęcona jest tragicznemu trzęsieniu ziemi w Syczuanie. To po tym wydarzeniu Ai Weiwei przeprowadził prywatne śledztwo, identyfikując każdego ucznia, który zginął w tragedii, krytykując chińskie władze. To prace Ai poświęcone trzęsieniu ziemi rozwścieczyły chińskie władze (wcześniej Ai był przecież współprojektantem Ptasiego Gniazda, stadionu olimpijskiego w Pekinie). Wiedząc, że władze cenzurują informacje na temat trzęsienia, Ai samodzielnie zebrał ponad 5 tysięcy imion dzieci, które zginęły w ruinach szkół. W przeciwieństwie do Ai Weiweia, Li maluje przedstawicieli władzy na ruinach, zatroskanych losem dzieci, dzielnych chirurgów na fronice czy nastoletnią baletnicę z amputowaną nogą na wózku inwalidzkim, unoszącą elegancko dłonie jak do piruetu.

IMG_1190

IMG_1208

Paradoksalnie też najciekawszy okazuje się niewielki fragment wystawy, w którym Li umieścił swe najwcześniejsze obrazy. „Przewodniczącego Hua w izbie pamięci w Shaoshan” namalował jeszcze przed studiami, w 1976 roku. I to właściwie najciekawsza z jego prac, paradoksalnie – mniej zmanierowana niż jego późniejsze obrazy, a zarazem typowa, to przecież szczyt chińskiego socrealizmu. Oto Hua Guofeng Shaoshan odwiedza miejscowość, w której urodził się Mao, a portret Czerwonego Słońca znajduje się tuż nad jego głową. Z daty można wnioskować, że obraz musiał powstać tuż po śmierci Mao. Może to obowiązkowa pielgrzymka nowego przewodniczącego do świętego miejsca rewolucji?

IMG_1254
„Przewodniczący Hua w izbie pamięci w Shaoshan” 1976

Kilka lat temu Li namalował Mao w innej pozie – w romantycznej scenie z jego drugą żoną, Yang Kaihui, córce jego ulubionego nauczyciela ze szkoły, do której uczęszczał w Changshy. Yang pozostała ulubioną żoną Mao; gdy w 1930 roku schwytał ją Kuomintang, nawet torturowana nie wyrzekła się komunistów, dlatego do dziś jest czczona w Hunanie jako komunistyczna męczennica. Mao uczcił jej śmierć wierszem. Obraz nosi tytuł „Na brzegu stawu”. Nic dziwnego, że jedną z wersji tego obrazu spotkałem też w Muzeum Historii Komunistycznej Partii Chin w Changshy. Jego romantyczna aura może dziwić – w taki sposób nie przedstawiano Mao za jego życia.

mao nad stawem
„Nad brzegiem stawu”
muzeum partii mao
„Nad brzegiem stawu” w Muzeum Historii Komunistycznej Partii Chin, Changsha

W Muzeum Li „Na brzegu stawu” sąsiaduje z obrazem „Ciepła zima”, na którym rozpoznamy nikogo innego jak samego Xi Jinpinga, obecnego przywódcę Chin. Oto w Xi, w sytuacji naśladującej z kolei klasyczne przedstawienia Mao, odwiedza chłopa w jego domu. Obraz wygląda zresztą jak fragment zdjęcia chińskiej agencji prasowej Xinhua z gospodarskiej wizyty Xi u ubogich chłopów w listopadzie 2013 roku, który Li ewidentnie przemalował. Niczym prezydent Duda doglądający produkcji płynu dezynfekcyjnego w zakładach Orlenu, Xi sprawdzał wówczas, jak idą plany wyciągnięcia chłopów z mniejszości Miao z biedy. We wsi Changputang, zamieszkanej przez mniejszość Tujia, spróbował kiwi i powiedział, że mu bardzo smakowało.

IMG_1158
„Nad brzegiem stawu” i „Ciepła zima” w Muzeum Li Zijiana, Changsha
xi Jinping u chlopow z prowincji Hunan w listopadzi e2013, agencja Xinhua
Xi Jinping i chłopi w prowincji Hebei, zdjęcie agencji Xinhua z listopada 2013 roku

Li, „emisariuszowi miłości”, wydaje się być wszystko jedno, kogo portretuje. Może to być Mao, Xi, Sun Yatsen, Kofi Annan czy Song Zuying, gwiazda chińskiej piosenki ludowej, żołnierka i polityczka (podobną karierę zrobiła żona Xi Jinpinga, Peng Liyuan), oskarżona o korupcję.

IMG_1281
Portrety Sun Yatsena i Deng Xiaopinga
IMG_1279
Portrety Deng Xiaopinga i Koffiego Annana
IMG_1265
Portret Song Zuying

Czasem zaś ta realistyczno-romantyczno-patetyczna estetyka nie przystaje do podejmowanych wątków. Jego obraz upamiętniający masakrę w Nankinie, jedną z największych zbrodni II wojny światowej, przedstawia kupę trupów z małych żywym chłopcem na szczycie. Jedną z wersji widziałem zresztą w Muzeum Masakry w Nankinie. Jak sam pisze, pierwszą wersję obrazu namalował podczas 500 dni zamknięcia w pracowni w Los Angeles pod duchowym patronatem buddyjskiego mistrza, krewnego ofiar masakry.

IMG_1104
„Masakra w Nankinie” w Muzeum Li Zijiana, Changsha
masakra w nankinie
„Masakra w Nankinie”
nankin
„Masakra w Nankinie” w Muzeum Masakry w Nankinie, Nankin

Ale te obrazy przynajmniej mnie jakoś poruszyły, a przynajmniej zmusiły do tego, by przeczytać podpis. Bo metry kwadratowe chłopców obcujących z kurami i wołąmi, staruszek i kobiet patrzących przez okna na śmierć zdążyły mnie już wynudzić.

Prosto z Muzeum Li Zijiana pojechaliśmy na Wyspę Pomarańczową (Juzi Zhou), zamienioną w ogromny park w centrum miasta, i po kilkukilumetrowym spacerze dotarliśmy do symbolu miasta – trzydziestometrowej rzeźby przedstawiającej Młodego Mao, z ośmiuset ton granitu. To oczywiste kuriozum zostało postawione w 2009 roku (!) i przyciąga tłumy.

mao pomnik chansha
Młody Mao, Changsha

Oczywiście zawsze w Chinach biorę poprawkę na to, że nie jestem we własnym kraju, że to kultura, której nigdy w pełni nie zrozumiem, de gustibus itd. Bo malarstwo Li Zijiana bynajmniej nie jest wyjątkiem. Powiedziałbym raczej, że to typowe chińskie malarstwo. Jakie było moje zdziwienie, gdy w Long Museum na West Bundzie, najważniejszym prywatnym muzeum w Szanghaju, natknęliśmy się na wystawę Li Guijuna (李贵君). Urodzony i wykształcony w Pekinie, Li Guijun w fotorealistycznej manierze maluje młode kobiety, właściwie nastolatki, w często – taki mi się przynajmniej wydaje – erotycznych pozach. Marcin szturchał mnie w bok, bym nie robił zdjęć, bo sam wychodziłem na pedofila. A ja po prostu nie mogłem uwierzyć własnym oczom (zwłaszcza nie mogłem uwierzyć obrazowi nagiego kilkuletniego nagiego chłopca słuchającego muzyki z odtwarzacza mp3). Wszystko oczywiście w bogatych ramach.

liguijun2
Obrazy Li Guijuna w Muzeum Long w Szanghaju

liguijun4

liguiun5

liguijun3

liguijun

Ostatnio odkryliśmy też w Szanghaju muzeum sztuki, mieszczące się w budynku naśladującym paryską kamienicę (obok równie „paryskiego” hotelu Marriott). Przy wejściu powitał nas wypisany na ścianie cytat z Xi Jinpinga o wadze sztuk wizualnych. W środku mieściła się zaś całkiem porządna kolekcja tradycyjnej sztuki chińskiej na przestrzeni kilku dynastii, ale autorzy wystawy nie wstydzili się też pokazywać współczesnej (!) rzeźby w kości słoniowej.

Czy przy roznegliżowanych nastolatkach Li Guijuna i kości słoniowej, Li Zijian to nie małe piwo? Próbuję do tego podejść na chłodno, jak kiedyś profesor Poprzęcka w „O złej sztuce”, i nie potrafię pozbyć się swego oceniającego spojrzenia. Bo może jednak przesadzam. Jest popyt, jest sztuka.

IMG_1182
Li Zijian

#postyktorychnienapisalem Od kilku tygodni siedzę w domu (wirus) i wracam do wystaw, o których planowałem napisać, ale mi się nie udało. Poza tym coraz gorzej to znoszę. Więc #zostanwdomu (i nie idź na wybory)