Na przełaj

Pelee okazała się jedną z tych wysp, na których kierowcy pozdrawiają się przyjaźnie machając dłonią zza przedniej szyby, gdy mijają się autami. Nawet gdy się nie znają. To taki endemiczny zwyczaj, w który włączani się też przyjezdni i turyści, co jest możliwe tylko na niedużych wyspach, w ich małych społecznościach. Zaraz po zjechaniu z promu inne samochody zaczęły nas pozdrawiać i z M. rozentuzjazmowaliśmy się na całego, będąc tak tak ciepło witani, nastroiło nas to pozytywnie na resztę niedługiego pobytu. Endemiczne na Pelee są też roślinność i ptaki, które są główną atrakcją wyspy. I wino; lokalsi chwalą się, że równoleżnikowo mieszkają się na wysokości Portugalii i północnej Kalifornii, mimo że to wciąż Ontario.

Obawiałem się, że wszyscy z promu jadą w to samo miejsce co my, ale nie wiadomo gdzie się podziali i co robili tego dnia, bo na statku w obie strony widzieliśmy te same osoby, ale na wyspie najwyraźniej miały jakieś inne zajęcia niż my. My pojechaliśmy do lasu w południowej części Pelee. O tej porze roku runo leśne gęsto pokrywały dzikie narcyzy i inne kwiaty. Birdwatchersi, polujący cierpliwie na ptaki z aparatami o metrowych obiektywach, trzymali się głównej ścieżki, nie zauważając, że dalej ciągnęła się jeszcze inna, węższa, nieoznaczona, mniej oczywista ścieżka, taka którą trzeba było znaleźć na własną rękę i jej zaufać.

Pelee Island

Szliśmy tą ścieżką równolegle do brzegu jeziora, orientując się względem rytmicznego szumu fal – Erie to jezioro, ale tak ogromne, że zachowuje się jak morze i jest dosyć głośne. Ścieżka kluczyła, gubiła się i musieliśmy ją znajdować na nowo, przeskakiwać przez konary powalonych drzew i schylać się pod gałęziami dzikiej róży. M., który ciągłe zostawał z tyłu, zajęty swoją nową zabawką – aplikacją rozpoznającą ptaki po ich śpiewie, na chwilę stracił mnie z pola widzenia i przekonany, że się zgubił, zaczął wołać „Karol, gdzie jesteś”. Dla mnie był to znak, że coś robimy tak jak należy.

Wreszcie wyszliśmy z lasu na plażę i dalej dotarliśmy na sam koniuszek długiego kamienistego cypla, wychodzącego daleko w jezioro, oblewanego z obu stron przez fale. Nasza wycieczka – 4 h autem z Toronto + 1,5 h na promie + 1 h pieszo przez las – miała bardzo jasno wytyczony cel, czyli wierzchołek owego cypla, zwanego Fish Point. Wydawało nam się, że dotarliśmy do krańca świata, mimo że gdyby móc spojrzeć za horyzont, zobaczyłoby się Trump-Amerykę.

Pelee Island

To wrażenie, że dalej nie ma już nic, jest mi znane – wychowałem się nad Biebrzą na Podlasiu. Za rzeką rozpościerały się łąki, daleko na horyzoncie majaczył las i trudno było sobie wyobrazić, że za tym lasem coś jeszcze jest i mieszkają tam jacyś ludzie. Krajobraz był jak ściana, jak scenografia, na tle której toczyło się wiejskie życie.

Fish Point jest podobne. To fragment lądu, który jakby w akcie nieposłuszeństwa próbuje uciec na południe, slalomem raz w lewo, raz w prawo, ale po jakimś czasie poddaje się i znika w falach jeziora.

Niestety, nie jest to – jak byłem wcześniej przekonany – najbardziej na południe wysunięty fragment Kanady. Na jeziorze Erie jest jeszcze jedna kanadyjska wysepka, nieco bliżej Stanów. Tyle że jest niedostępna – w czasach prohibicji wykorzystywali ją przemytnicy alkoholu, dziś nikt tam nie mieszka i zamieniono ją w ptasie sanktuarium. Prawdziwy południowy kraniec Kanady, który znam wyłącznie ze zdjęć, nie jest jednak tak efektowny i poetycki jak Fish Point.

Pelee Island

*

Dwa tygodnie wcześniej, na inną wyprawę zabrał mnie artysta Krzysztof Maniak. Przez kilka godzin łaziliśmy po lasach i łąkach wokół jego rodzinnego Tuchowa, miasteczka pod Tarnowem. Właściwie trochę się do Krzyśka wprosiłem, wiedząc, że będę w okolicy. Chciałem poznać miejsca, znane mi wcześniej z jego sztuki, w szczególności zaś z książki „Ku naturze”, złożonej z jego opowiadań i instrukcji, służących temu, by zrobić sobie sztukę samemu. Książka nie ma ani jednej ilustracji, nie ma w niej ani fotografii, ani rysunków, które Maniak pokazuje w galeriach. Czytając ją, wszystkie opisywane miejsca i jego artystyczne gesty trzeba więc sobie wyobrazić. Albo do nich trafić – w wielu tekstach podaje ich dokładne współrzędne geograficzne, co do sekundy z jedną cyfrą po przecinku.

Wizyta w Tuchowie przypominała mi podróżowanie do miejsc znanych z książek ulubionych pisarzy, jak nasza, moja i M., podróż w ostatnie lato do Cavendish, rodzinnej miejscowości Lucy Maud Montgomery na Wyspie Księcia Edwarda, którą w swych książkach zamieniała w słynne Avonlea. Sama Montgomery w swojej podróży poślubnej, już jako autorka bestsellerowej powieści, odwiedzała w Szkocji i Anglii miejsca związane z jej ulubionymi pisarzami – zwłaszcza jej ukochanym Walterem Scottem. W każdym razie jechałem do Tuchowa malowniczą trasą kolejową z Krosna, licząc na przygodę.

Krzysiek zabrał na spacer mnie, a ja wziąłem na nasz spacer kamień, który dostałem od Krzyśka na dzień dobry w prezencie. Nie było to wypełnienie żadnej z jego instrukcji z „Ku naturze”, lecz po prostu działanie na miarę moich możliwości. Zresztą mam wrażenie, że w instrukcjach Krzyśka chodzi nie tylko o to, by je wykonać – całkiem dobrze sobie radzą jako działania potencjalne, spisane na kartach książki. A gdy się je wykonuje, równie ważne jak same czynności jest to, co się przy okazji wydarza.

Owe „przy okazji” w Tuchowie było bardzo ważne, chociaż trudno byłoby mi dokładnie powiedzieć, na czym polegało.

Tuchów

Maniak artystycznie anektuje na potrzeby swej sztuki swoją okolicę, zaczynając od swojego podwórka, pełnego mini-landartowych interwencji. Jest tu kopiec, przekop pod płotem i pole darni (wszystko znane z fotografii i pewnego wielkoformatowego rysunku Krzyśka). Jego dziełem jest ulica Spacerowa, której samozwańczo nadał tą nazwę, a później na drodze administracyjnej wymiany korespondencji namówił do tego władze swojego miasteczka. Medium Maniaka może być więc podanie złożone w biurze nadawczym. Do swej sztuki włącza też ulubione drzewa, dziury w ziemi, ślady, drobne gesty, ale też krajobraz w całej jego rozciągłości.

Z Krzyśkiem byliśmy w miejscach, w które bym się sam raczej nie wybrał. Chociaż czasami szliśmy leśnymi duktami i ścieżkami, a nawet drogą, częściej z nich zbaczaliśmy, by pójść na przełaj. (Gdy relacjonowałem naszą wyprawę T., dziwiła się sformułowaniem „na przełaj” w moich ustach, chodzenie na przełaj nie należy do mojego repertuaru.) Ale znowu – gdyby nie Krzysiek, pewnie by mnie te miejsca szczególnie nie interesowały, a na pewno nie poświęciłbym im tyle uwagi, może nie zauważyłbym ich wcale, skupiony na inaczej wyznaczonym celu. Bo mnie – wbrew temu, co tu piszę – przyroda szczególnie nie interesuje. Czasami wydaje mi się, że od nadmiaru świeżego powietrza boli mnie głowa.

Dlatego podczas spaceru z Krzyśkiem zająłem wygodną pozycję osoby oprowadzanej, nie przejmowałem się zegarkiem ani kierunkiem trasy, przerzucając te wszystkie obowiązki na niego. Wcześniej Krzysiek ostrzegł mnie jedynie, bym zabrał ze sobą buty, których nie będę bał się zamoczyć. Potraktowałem tę obawę, że pójdę do lasu w najlepszych pantoflach, jak wyzwanie, wynajdując w mojej szafie gustowny kamuflaż.

Miejsca, które kojarzyłem (albo powinienem był kojarzyć) ze sztuki Krzyśka, odwiedzaliśmy jakby mimochodem. Były to głównie drzewa i nory, kłębowiska kwitnących właśnie darni tak sztywne, że można się po nich wspinać, mokradła, rozkładające się konary, wyjątkowo rosłe huby i inne naroślą, ścieżki wydeptane przez dziki. To miejsca, które Krzysiek fotografuje, rysuje, w których sobie czasami przebywa, czesząc trawy czy eksplorując korzenie drzew.

Tuchów

Gdy geograficznie prace Krzyśka mają bardzo dokładnie określone położenie (współrzędne), czasowe ramy jego działań rozmywają się. Do tych miejsc regularnie powraca. Ale gdy ta geograficzno-artystyczna siatka narzucona przez niego na Tuchów może sobie trwać niezmiennie, wszystko inne się zmienia – pogoda, pory roku, drzewa rosną i obumierają, a trawę trzeba co roku ścinać, jeśli chce mieć się świeże siano.

Można to nazwać jakimś autorskim rodzajem apropriacji, ale Krzyśkowi chodzi chyba bardziej o stworzenie mentalnej, konceptualnej łączności – między artystą i drzewem, między rysunkiem lub fotografią i ich odpowiednikiem w lesie, na polu, na łące.

Spacerując z nim wokół Tuchowa, miałem wrażenie, że przez chwilę mogę w tej szczególnej czasowości i łączności współuczestniczyć; tego jednego dnia podglądać proces rozpisany na lata, albo po prostu – na życie artysty. Świadczy o tym inne miejsce artystycznie namaszczone przez Krzyśka, które odwiedziliśmy tego dnia – jego przyszły, ale już istniejący grób na tuchowskim cmentarzu.

Tuchów

Biorąc przykład z Krzyśka, na czubku Fish Point na Pelee też spisałem z Google Maps współrzędne geograficzne. Jakby te kilka liczb zawierało w sobie obietnicę, że tu wrócę.

Aleja Zakochanych i ulica Spacerowa

Pod wieloma względami Anne Shirley przypomina Lucy Maud Montgomery, gdy ta sama była dzieckiem. Obie nie znosiły geometrii i miały skłonność do nadawania miejscom nowych, romantycznych nazw. Pisarka wymieniała w pamiętniku (26 VIII 1910) najbliższe jej w dzieciństwie zakątki: My Grove, No Man’s Land, Fairy Palace. Pałaców było zresztą więcej: Truskawkowy, Srebrny i Pałac Złotej Drogi (Golden Road Palace). Głaz z jej podwórka stał się Tronem Królowej Wróżki (Fairy Queen’s Throne), a wyjątkowo okazała brzoza – Monarchinią Lasu (Monarch of the Forest).

Wiele znanych Montgomery miejsc, zwłaszcza z jej rodzinnej Wyspy Księcia Edwarda, weszło do jej książek pod zmienionymi nazwami. I tych w Cavendish, gdzie mieszkała z dziadkami, i w Park Corner, gdzie często bywała w domu rodziny ze strony jej ojca. Dlatego odwiedzając je dziś, odnosi się wrażenie, że rzeczywistość literacka i rzeczywistość-rzeczywistość, nakładają się na siebie. W Cavendish, odpowiedniku książkowego Avonlea, można dziś nie tylko odwiedzić Zielone Szczyty (Green Gables), czyli dom, który zainspirował literackie Zielone Szczyty, ale też przejść się Aleją Zakochanych (Lover’s Lane) i wejść do Lasu Duchów (Haunted Wood); w Park Corner zaś podziwiać słoneczne refleksy na Jeziorze Lśniących Wód (Lake of Shining Waters) i przespacerować Aleją Szpetów (Whispering Lane) z serii książek o Pat.

Green Gables, Cavendish
Ocean w Cavendish
Haunted Wood

Zielone Szczyty jeszcze za życia pisarki, w latach 30. XX wieku, zostały przekształcone w oficjalną atrakcję turystyczną. Zresztą dopiero wtedy szczyty domu pomalowano na zielono, by odpowiadały książkowej wersji. Później do książki upodobniono też wnętrza. Dzięki temu turyści nie mają wątpliwości, który bohater zajmuje który pokój, o ile oczywiście czytali książkę. Na półce w spiżarni stoi prawie pusta butelka z czerwonym płynem – jest niepodpisana, więc my też nie wiemy, czy to raspberry cordial czy wino porzeczkowe Maryli. W pokoju Ani znajdziemy rozbitą szkolną tabliczkę, oczywiście rozbitą na głowie Gilberta, bo porównał ją do marchewki; prostą suknię uszytą Ani przez Marylę i tę z bufiastymi rękawami, którą podarował jej w prezencie bożonarodzeniowym Mateusz. I wcale nie jest to tak kiczowate, jak by wynikało z opisu. W każdym razie ja się temu miejscu poddałem.

Ale nazwane przez Anne i Montgomery zakątki Cavendish-Avonlea są bardziej przekonujące. Na zielono nie trzeba malować przyrody. W dzieciństwie Maud i jej dwójka przyjaciół tak naopowiadali sobie gotyckich historii o duchach zamieszkujących las (podobnie jak Ania i Diana w książce), że Montgomery jeszcze jako dorosła bała się przez tamtędy przechodzić. Las Duchów dziś również prezentuje się malowniczo.

Dom rodziny Montgomery w Park Corner
Whispering Lane, Park Corner
Lake of Shining Waters, Park Corner

Odpowiedniki książkowych zakątków znaleźć też można w innych miejscowościach, w których mieszkała i pracowała pisarka.

Piętnaście literacko owocnych lat Montgomery spędziła we wsi Leaskdale w Ontario, gdzie trafiła na plebanię ze swoim mężem pastorem. Po wizycie w Zielonych Szczytach nie wyobrażaliśmy sobie tam nie pojechać, tym bardziej, że plebania została umuzealniona. W całkiem przyjemnym domu Montgomery urodziła synów i napisała połowę swych powieści, w tym „Dolinę Tęczy”, zaczynającą się uwodzącym zdaniem: „It was a clear apple-green evening…”. (Wcześniej w Charlottetown na własne oczy widzieliśmy jej rękopis, Montgomery wszystkie książki napisała ręcznie.)

Przewodniczka po muzeum, w które zmieniono starą plebanię w Leaskdale, wskazała nam polną drogę biegnącą w stronę lasu obok przepięknego starego domu, gdzie Montgomery, żona pastora, kupowała jajka. Jeśli pojedziecie tą drogą, zobaczycie Dolinę Tęczy (Rainbow Valley), obiecała. Mieszkańcy Leaskdale po wydaniu książki od razu rozpoznali bowiem, o jakim miejscu pisze ich słynna sąsiadka. Gdy ukazała się naszym oczom z okna samochodu też nie mieliśmy wątpliwości, że właśnie wjechaliśmy w książkę.

Plebania w Leaskdale
Dom sąsiadów Montgomery w Leaskdale, u których kupowała jajka
Rainbow Valley, Leaskdale

By z powodzeniem nadać nazwy tak wielu miejscom, trzeba być nie lada pisarką. Za każdym razem, gdy przejeżdżam na praską stronę Warszawy trasą W-Z, wyświetla mi się: państwo Polska, ulica Jagiellońska. Udało się to też artyście, Krzysztofowi Maniakowi, który nazwał ulicę w Tuchowie, gdzie mieszka. Widzę w jego geście dalekie echo romantycznych nazw Montgomery i Shirley. Ulica Maniaka nazywa się Spacerowa.

Maniak potrzebował do tego nie literatury, lecz administracyjnej sprawności. Pisaniem podań i obywatelskimi naciskami spowodował, że bezimiennej dotąd drodze nadano oficjalną nazwę ulicy Spacerowej. Na razie jedynymi mieszkańcami ulicy będą jednak on, jego żona i córka, bo przy niej budują swój dom. Miejsce to można zobaczyć na wielkim rysunku, który obecnie wisi na wystawie „Gleba i przyjaciele” w CSW w Warszawie. Z prac Maniaka wynika, że głównie się czołga i żeby coś poznać, musi do tego przylgnąć całym ciałem.

Krzysztof był na tyle miły, że kilka miesięcy temu zaprosił mnie na kawę i podarował mi książkę, w której różne swoje pomysły i realizacje przedstawił w formie krótkich tekstów i opowiadań. Jego sztukę i miejsca, w których się dzieje, można więc poznać przez czytanie, wyobrazić je sobie, a potem pojechać i sprawdzić, jak jest naprawdę. Artysta sam podaje dokładne współrzędne geograficzne. Jakby chciał nas upewnić, że nie ściemnia, nawet jeśli czasem nie sposób ustalić, gdzie się sztuka zaczyna, a gdzie kończy. Ale nawet jemu czasem wystarczy, że coś sobie wyobrazi lub zapisze, na przykład w formie instrukcji. W końcu jesteśmy na polu (sic) konceptualizmu, a dużą część tej tradycji stanowi myślowe zrób to sam.

Sporo jest tu pieszych wędrówek, nieortodoksyjnego uprawianiu pola i różnych eksperymentów z przyrodą, czasami w klimacie „Śmierci pięknych saren” Oty Pavla, ale tu mogę się mylić, czasami w duchu amerykańskich klasyków land artu, chociaż w mniejszej, polskiej, tuchowskiej skali. Właśnie w książce „Po naturze” można sobie poczytać, jak doszło do powstania ulicy Spacerowej, a także poznać nazwy wszystkich innych ulic w Tuchowie, dzięki czemu ulica Spacerowa, dzieło sztuki konceptualnej, jeszcze bardziej miesza się z tak zwanym życiem, czyli wszystkimi ulicami, które takimi dziełami nie są.

W oficjalnym dokumencie, w którym zwracał się do urzędników o przychylenie się do jego prośby, Maniak pisał: „Z jednej strony proponowana przeze mnie nazwa ma […] przypominać mieszkańcom Tuchowa o nieistniejącej już przełajowej trasie nad rzekę, z drugiej, ma jedynie wskazywać azymut, kierunek, który można podjąć podczas spaceru, dokonując przy tym dowolnych eksploracji lokalnego krajobrazu”. Oczywiście jest w tym jakiś rodzaj ironii, bo to Maniak jest ekspertem od spacerowania, zwłaszcza po miedzach, więc ulica opiewa jego własną sztukę i poniekąd jego samego.

Być może kiedyś, albo całkiem niedługo, wycieczki kolekcjonerów sztuki konceptualnej będą zatrzymywać się na ulicy Spacerowej w Tuchowie i robić sobie zdjęcia z tablicą. Podobnie jak wkrótce po wydaniu „Anne z Zielonych Szczytów” w Cavendish pojawili się turyści pytający o Aleję Zakochanych.

Lover’s Lane, Cavendish

Pierwsza powieść Montgomery okazała się natychmiastowym sukcesem. Pisarkę bardzo cieszyło, że świat poznał jej ulubione miejsce na ziemi. Pisała, że wiele Alei Zakochanych zawdzięcza i w ten sposób, literacką sławą, może się jej odwdzięczyć („I owe much to that dear lane. And in return I have given it love – and fame. I painted it in my book: and as a result the name of this little remote woodland lane is known all over the world”, 1 VIII 1909).

Czytając pamiętniki Montgomery można się przekonać, jak ważną rolę odgrywała ta ścieżka w jej życiu. Spacery w Alei Zakochanych pozwalały jej poukładać myśli i nadać jej problemom właściwe proporcje („I walked softly through it and, as ever, all things of life fell into their relative places of importance”, 11 XII 1910). Przechadzając się tam jesienią, porównywała piękno alei do doświadczonej kobiety, która nosi swój smutek jak szatę chwały („The Lover’s Lane of autumn, beautiful with beauty of a woman who has lived deeply and wept bitter tears and now wears her sorrow like a garment of praise, 31 X 1904); wczesną wiosną dostrzegała zaś w niej diamenty i kryształy („I seemed to be walking through a spellbound world of diamond and crystal and earl, so white and radiant were fields and hills and sky”, 10 III 1907).

W Alei Zakochanych czuła się blisko Boga („I have got nearer to God there than in any other place”, 26 IV 1910) i zastanawiała się, co zrobi bez niej w niebie („I don’t know what I’m ever going to do without that lane in heaven!”, 20 V 1905). Obcowanie z przyrodą było dla Montgomery doświadczeniem transcendentnym. Zdarzało jej się doświadczać nagłego wrażenia intensywnej bliskości i jedności z naturą, nagłych objawień, które nazywała the flash (podobnie jak Emilka, bohaterka serii jej książek). Raczej nie przystawało to do roli żony protestanckiego pastora.

W krótkim tekście „Chodzenie” Maniak wyznacza zadanie sobie i nam: „Chodzić zapomnianymi, ledwo widocznymi ścieżkami […], będąc otwartym na to, dokąd mnie powiodą. / Przechadzać się miedzami, obrzeżami pól, wzdłuż rzek, strumieni czy płotów, nie wchodząc na tereny prywatne i unikając asfaltowych dróg. / Nie wzbudzać takim chodzeniem podejrzeń”.

Podoba mi się zwłaszcza ostatnie zdanie. Jeśli nie chcemy wzbudzać podejrzeń, zadanie robi się naprawdę trudne.

Chcąc domknąć podróżowanie śladami Montgomery (przynajmniej tego lata) postanowiłem na własne oczy zobaczyć jej dom w Toronto. Gdy jej mąż z powodu kłopotów ze zdrowiem psychicznym przeszedł na emeryturę i nie musiała już być żoną pastora, pisarka postanowiła przenieść się do największego kanadyjskiego miasta, gdzie kupiła wygodny dom. Nazwała go Journey’s End, koniec podróży, i rzeczywiście w nim umarła. Wcześniej napisała w nim jeszcze kilka książek, w tym dwie z przygodami Anne Shirley.

Journey’s End, Toronto

Wysiadłem na stacji metra i kierowałem się wskazówkami Google Maps. Była to dzielnica krętych ulic, gładko przyciętych trawników i wyjątkowo wysokich żywopłotów. Nikt tu nie chodził chodnikami, mieszkańcy parkowali swe auta z niskim zawieszeniem na podjazdach. W Journey’s End obecnie też ktoś mieszka i raczej nie zachęca do zwiedzania. Robiąc zdjęcie domowi Montgomery z drugiej strony ulicy, czułem się jak intruz.

Gdy maszerowałem przez okolicę tak czystą, jakby ją codziennie zamiatała Maryla Cuthbert, narastała we mnie obawa, że zaraz ktoś mnie zatrzyma z pytaniem, czego tu szukam i odeśle, skąd przyszedłem. Sama moja obecność była podejrzana, jakby każdy mój krok obserwowano zza firanek. W takiej ą-ę-dzielnicy trudno nie wzbudzać podejrzeń. Chciałbym się przekonać, jak poradziłby sobie z nią Krzysztof Maniak.

I w puszczy

Na „Dwutygodniku” piszę o wystawie „I w puszczy”, poświęconej kryzysowi na polsko-białoruskiej granicy, którą kurują wspólnie Justyna Kowalska i Artur Nowak-Gocławski. Wystawę można było wcześniej zobaczyć w BWA Warszawa, a obecnie, w rozszerzonej formie, pokazywana jest w Krupa Art Foundation we Wrocławiu. Poniżej kilka fragmentów:

Widok wystawy w Krupa Art Foundation we Wrocławiu, na pierwszym planie „Martwy las” Ali Savashevich

Wilhelm Sasnal, bez tytułu, 2021

Trudno uwierzyć, że wystawa oraz wydarzenia, których dotyczy, mają miejsce w jednym kraju, równocześnie. Odnosi się wrażenie, że dzielą je kontynenty.

Ludzie w puszczy, i ci ukrywający się, i ci niosący pomoc, są w swoich przeżyciach samotni. Wokół toczy się normalne życie. Bliskość tych dwóch światów wydaje się absurdem. Przed otwarciem wystawy we Wrocławiu w Krupa Art Foundation odbyła się dyskusja na temat kryzysu na granicy. Aktywistki z Podlaskiego Ochotniczego Pogotowia Humanitarnego mówiły o tym, jak trudno opowiadać o tym doświadczeniu. Właśnie dlatego, że to wszystko dzieje się tuż obok. A – jak mówią – często im się wydaje, że problem uchodźców umierających na mokradłach trzydzieści kilometrów dalej już nikogo nie interesuje. Tam już ludzie o tym nie mówią, nie chcą słuchać, sprawy nie ma. Życie toczy się własnym rytmem.

Widok wystawy w BWA Warszawa

Karolina Frejno, Lament, 2023, fragment

Nie sposób nie zatrzymać się też przy intrygującej pracy Karoliny Frejno. Jej „Lament” dotyczy konkretnej śmierci. Artystka użyła nagrania odgłosów szponiastonoga, ptaka z Kamerunu, by skomponować pieśń żałobną dla Solange Njengoue Nguekam. W lutym 2023 roku ciało Kamerunki odnaleziono nad graniczną rzeką Świsłocz. Utwór został tam odtworzony. Na wystawie ptasie krzyki towarzyszą lightboxowi z widokiem tego miejsca. Podlaski sielski krajobraz przecinają zasieki drutu kolczastego.

Karolina Jabłońska, Ciuchy w lesie, 2023

W zderzeniu z kryzysem na granicy, historiami o ukrywaniu się w lesie i wywózkach zmienia się znaczenie miejsc i rzeczy. Białowieża przestaje się kojarzyć z turystyką (chociaż aktywiści podkreślają, że nawet bycie turystą jest formą pomocy, wszak region ucierpiał na wprowadzeniu tam stanu wyjątkowego). Wiejski krajobraz przesiąka strachem. Ognisko, jak z pirografii Rafała Bujnowskiego czy obrazu Sasnala, nie jest już formą rekreacji, służy przetrwaniu w lesie.

Na wystawie pojawiają się też prace mniej oczywiste, niedotyczące bezpośrednio kryzysu uchodźczego, ale nabierające nowych treści przez kontekst tej tematyki. Gdy Aleka Polis w 2003 roku kręciła swój dokamerowy performans w Puszczy Kampinoskiej, nie myślała oczywiście o uchodźcach. Chodziło o oddanie dyskomfortu. Artystka położyła się naga na trawie i sprawdzała, jak długo wytrzyma. Gdy oglądamy to proste nagranie, początkowo Polis wydaje się wręcz beztroską kobietą odpoczywającą na łące. Ale im dłużej leży (a film trwa godzinę), tym bardziej staje się to niepokojące. Dlaczego się nie rusza? Dlaczego jest naga? Czy nie jest jej zimno? Nagranie powstało w czasach, gdy Polska nie była jeszcze krajem migracyjnym, dziś odbiera się je inaczej. Podobnie nowymi znaczeniami nasiąkają leśne performanse Krzysztofa Maniaka czy filcowy „Martwy las” Ali Savashevich.

Katarzyna Przezwańska, Kokoski, 2023
Joanna Rajkowska, Sorry, 2023

„I” na początku tytułu wystawy brzmi znajomo, wręcz swojsko. „I w puszczy” jest nasze, polskie, sienkiewiczowskie, nawet jeśli o inną puszczę tu chodzi. Każdy już sobie w myślach uzupełnił pierwszą część tytułu powieści Henryka Sienkiewicza, jednej z licznych książek pisarza, którymi karmiono nas w szkole. W tej przygodowej powieści, dwukrotnie ekranizowanej, polskie rodzeństwo wędruje przez Afrykę na słoniu. Ta książka też utraciła swą niewinność. Dziś czyta się ją ze świadomością, jak złe nawyki kulturowe utrwala. Temat powraca czasami przy okazji dyskusji o kanonie lektur szkolnych.

Przywołanie tej powieści subtelnie sugeruje też głębokie kulturowe zakorzenienie problemu z uchodźcami na polskiej granicy, chociaż wystawa się do tego bezpośrednio nie odnosi. Artyści dotykają kryzysu raczej w jego najbardziej dramatycznych epizodach. Skupiają się po prostu na tym, że w lesie są ludzie, że grozi im śmierć. Brak systemowej pomocy oraz panujące znieczulenie to głębsza i bardziej złożona kwestia, którą otwiera zapożyczony u Sienkiewicza tytuł. Wszak polski rasizm i łącząca się z nim obojętność to ważne czynniki tej wstrząsającej układanki.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”