Pelee okazała się jedną z tych wysp, na których kierowcy pozdrawiają się przyjaźnie machając dłonią zza przedniej szyby, gdy mijają się autami. Nawet gdy się nie znają. To taki endemiczny zwyczaj, w który włączani się też przyjezdni i turyści, co jest możliwe tylko na niedużych wyspach, w ich małych społecznościach. Zaraz po zjechaniu z promu inne samochody zaczęły nas pozdrawiać i z M. rozentuzjazmowaliśmy się na całego, będąc tak tak ciepło witani, nastroiło nas to pozytywnie na resztę niedługiego pobytu. Endemiczne na Pelee są też roślinność i ptaki, które są główną atrakcją wyspy. I wino; lokalsi chwalą się, że równoleżnikowo mieszkają się na wysokości Portugalii i północnej Kalifornii, mimo że to wciąż Ontario.
Obawiałem się, że wszyscy z promu jadą w to samo miejsce co my, ale nie wiadomo gdzie się podziali i co robili tego dnia, bo na statku w obie strony widzieliśmy te same osoby, ale na wyspie najwyraźniej miały jakieś inne zajęcia niż my. My pojechaliśmy do lasu w południowej części Pelee. O tej porze roku runo leśne gęsto pokrywały dzikie narcyzy i inne kwiaty. Birdwatchersi, polujący cierpliwie na ptaki z aparatami o metrowych obiektywach, trzymali się głównej ścieżki, nie zauważając, że dalej ciągnęła się jeszcze inna, węższa, nieoznaczona, mniej oczywista ścieżka, taka którą trzeba było znaleźć na własną rękę i jej zaufać.

Szliśmy tą ścieżką równolegle do brzegu jeziora, orientując się względem rytmicznego szumu fal – Erie to jezioro, ale tak ogromne, że zachowuje się jak morze i jest dosyć głośne. Ścieżka kluczyła, gubiła się i musieliśmy ją znajdować na nowo, przeskakiwać przez konary powalonych drzew i schylać się pod gałęziami dzikiej róży. M., który ciągłe zostawał z tyłu, zajęty swoją nową zabawką – aplikacją rozpoznającą ptaki po ich śpiewie, na chwilę stracił mnie z pola widzenia i przekonany, że się zgubił, zaczął wołać „Karol, gdzie jesteś”. Dla mnie był to znak, że coś robimy tak jak należy.
Wreszcie wyszliśmy z lasu na plażę i dalej dotarliśmy na sam koniuszek długiego kamienistego cypla, wychodzącego daleko w jezioro, oblewanego z obu stron przez fale. Nasza wycieczka – 4 h autem z Toronto + 1,5 h na promie + 1 h pieszo przez las – miała bardzo jasno wytyczony cel, czyli wierzchołek owego cypla, zwanego Fish Point. Wydawało nam się, że dotarliśmy do krańca świata, mimo że gdyby móc spojrzeć za horyzont, zobaczyłoby się Trump-Amerykę.

To wrażenie, że dalej nie ma już nic, jest mi znane – wychowałem się nad Biebrzą na Podlasiu. Za rzeką rozpościerały się łąki, daleko na horyzoncie majaczył las i trudno było sobie wyobrazić, że za tym lasem coś jeszcze jest i mieszkają tam jacyś ludzie. Krajobraz był jak ściana, jak scenografia, na tle której toczyło się wiejskie życie.
Fish Point jest podobne. To fragment lądu, który jakby w akcie nieposłuszeństwa próbuje uciec na południe, slalomem raz w lewo, raz w prawo, ale po jakimś czasie poddaje się i znika w falach jeziora.
Niestety, nie jest to – jak byłem wcześniej przekonany – najbardziej na południe wysunięty fragment Kanady. Na jeziorze Erie jest jeszcze jedna kanadyjska wysepka, nieco bliżej Stanów. Tyle że jest niedostępna – w czasach prohibicji wykorzystywali ją przemytnicy alkoholu, dziś nikt tam nie mieszka i zamieniono ją w ptasie sanktuarium. Prawdziwy południowy kraniec Kanady, który znam wyłącznie ze zdjęć, nie jest jednak tak efektowny i poetycki jak Fish Point.

*
Dwa tygodnie wcześniej, na inną wyprawę zabrał mnie artysta Krzysztof Maniak. Przez kilka godzin łaziliśmy po lasach i łąkach wokół jego rodzinnego Tuchowa, miasteczka pod Tarnowem. Właściwie trochę się do Krzyśka wprosiłem, wiedząc, że będę w okolicy. Chciałem poznać miejsca, znane mi wcześniej z jego sztuki, w szczególności zaś z książki „Ku naturze”, złożonej z jego opowiadań i instrukcji, służących temu, by zrobić sobie sztukę samemu. Książka nie ma ani jednej ilustracji, nie ma w niej ani fotografii, ani rysunków, które Maniak pokazuje w galeriach. Czytając ją, wszystkie opisywane miejsca i jego artystyczne gesty trzeba więc sobie wyobrazić. Albo do nich trafić – w wielu tekstach podaje ich dokładne współrzędne geograficzne, co do sekundy z jedną cyfrą po przecinku.
Wizyta w Tuchowie przypominała mi podróżowanie do miejsc znanych z książek ulubionych pisarzy, jak nasza, moja i M., podróż w ostatnie lato do Cavendish, rodzinnej miejscowości Lucy Maud Montgomery na Wyspie Księcia Edwarda, którą w swych książkach zamieniała w słynne Avonlea. Sama Montgomery w swojej podróży poślubnej, już jako autorka bestsellerowej powieści, odwiedzała w Szkocji i Anglii miejsca związane z jej ulubionymi pisarzami – zwłaszcza jej ukochanym Walterem Scottem. W każdym razie jechałem do Tuchowa malowniczą trasą kolejową z Krosna, licząc na przygodę.
Krzysiek zabrał na spacer mnie, a ja wziąłem na nasz spacer kamień, który dostałem od Krzyśka na dzień dobry w prezencie. Nie było to wypełnienie żadnej z jego instrukcji z „Ku naturze”, lecz po prostu działanie na miarę moich możliwości. Zresztą mam wrażenie, że w instrukcjach Krzyśka chodzi nie tylko o to, by je wykonać – całkiem dobrze sobie radzą jako działania potencjalne, spisane na kartach książki. A gdy się je wykonuje, równie ważne jak same czynności jest to, co się przy okazji wydarza.
Owe „przy okazji” w Tuchowie było bardzo ważne, chociaż trudno byłoby mi dokładnie powiedzieć, na czym polegało.

Maniak artystycznie anektuje na potrzeby swej sztuki swoją okolicę, zaczynając od swojego podwórka, pełnego mini-landartowych interwencji. Jest tu kopiec, przekop pod płotem i pole darni (wszystko znane z fotografii i pewnego wielkoformatowego rysunku Krzyśka). Jego dziełem jest ulica Spacerowa, której samozwańczo nadał tą nazwę, a później na drodze administracyjnej wymiany korespondencji namówił do tego władze swojego miasteczka. Medium Maniaka może być więc podanie złożone w biurze nadawczym. Do swej sztuki włącza też ulubione drzewa, dziury w ziemi, ślady, drobne gesty, ale też krajobraz w całej jego rozciągłości.
Z Krzyśkiem byliśmy w miejscach, w które bym się sam raczej nie wybrał. Chociaż czasami szliśmy leśnymi duktami i ścieżkami, a nawet drogą, częściej z nich zbaczaliśmy, by pójść na przełaj. (Gdy relacjonowałem naszą wyprawę T., dziwiła się sformułowaniem „na przełaj” w moich ustach, chodzenie na przełaj nie należy do mojego repertuaru.) Ale znowu – gdyby nie Krzysiek, pewnie by mnie te miejsca szczególnie nie interesowały, a na pewno nie poświęciłbym im tyle uwagi, może nie zauważyłbym ich wcale, skupiony na inaczej wyznaczonym celu. Bo mnie – wbrew temu, co tu piszę – przyroda szczególnie nie interesuje. Czasami wydaje mi się, że od nadmiaru świeżego powietrza boli mnie głowa.
Dlatego podczas spaceru z Krzyśkiem zająłem wygodną pozycję osoby oprowadzanej, nie przejmowałem się zegarkiem ani kierunkiem trasy, przerzucając te wszystkie obowiązki na niego. Wcześniej Krzysiek ostrzegł mnie jedynie, bym zabrał ze sobą buty, których nie będę bał się zamoczyć. Potraktowałem tę obawę, że pójdę do lasu w najlepszych pantoflach, jak wyzwanie, wynajdując w mojej szafie gustowny kamuflaż.
Miejsca, które kojarzyłem (albo powinienem był kojarzyć) ze sztuki Krzyśka, odwiedzaliśmy jakby mimochodem. Były to głównie drzewa i nory, kłębowiska kwitnących właśnie darni tak sztywne, że można się po nich wspinać, mokradła, rozkładające się konary, wyjątkowo rosłe huby i inne naroślą, ścieżki wydeptane przez dziki. To miejsca, które Krzysiek fotografuje, rysuje, w których sobie czasami przebywa, czesząc trawy czy eksplorując korzenie drzew.

Gdy geograficznie prace Krzyśka mają bardzo dokładnie określone położenie (współrzędne), czasowe ramy jego działań rozmywają się. Do tych miejsc regularnie powraca. Ale gdy ta geograficzno-artystyczna siatka narzucona przez niego na Tuchów może sobie trwać niezmiennie, wszystko inne się zmienia – pogoda, pory roku, drzewa rosną i obumierają, a trawę trzeba co roku ścinać, jeśli chce mieć się świeże siano.
Można to nazwać jakimś autorskim rodzajem apropriacji, ale Krzyśkowi chodzi chyba bardziej o stworzenie mentalnej, konceptualnej łączności – między artystą i drzewem, między rysunkiem lub fotografią i ich odpowiednikiem w lesie, na polu, na łące.
Spacerując z nim wokół Tuchowa, miałem wrażenie, że przez chwilę mogę w tej szczególnej czasowości i łączności współuczestniczyć; tego jednego dnia podglądać proces rozpisany na lata, albo po prostu – na życie artysty. Świadczy o tym inne miejsce artystycznie namaszczone przez Krzyśka, które odwiedziliśmy tego dnia – jego przyszły, ale już istniejący grób na tuchowskim cmentarzu.

Biorąc przykład z Krzyśka, na czubku Fish Point na Pelee też spisałem z Google Maps współrzędne geograficzne. Jakby te kilka liczb zawierało w sobie obietnicę, że tu wrócę.