Filipka

W „Dwutygodniku” ukazała się moja recenzja wystawy Filipiki Rutkowskiej w Galerii Studio – „Queer Is Over”. Zastanawiając się nad tym, jak brać z niej przykład i z historyka sztuki przedzierzgnąć się w artystkę, opowiadam o jej licznych przeobrażeniach, tęsknotach i rozterkach. Łączy je zaś jej nieogolona ogromna, niesforna i odporna na presje społeczne noga w bucie na obcasie, rozrysowana na ścianie wzdłuż schodów galerii.

Poniżej przeklejam kilka fragmentów:

Francis Fukuyama ogłosił kiedyś koniec historii i szybko się okazało, że historia ma się świetnie. Deklaracji Filipki o końcu genderu też bym specjalnie nie ufał. Tytułowe zawołanie „Gender Is Over” to bardziej manifest niż obiektywna ocena rzeczywistości. To artystyczne wishful thinking, Filipka bawi się tu w futurolożkę. 

Chodzi o rodzaj intelektualnej gimnastyki – o wyobrażenie sobie innego świata. W zeszłorocznym performansie „The Iron Lipstick” Rutkowska wcielała się w premierkę odchodzącą z urzędu. Parafrazując często przytaczaną wypowiedź Margaret Thatcher o społeczeństwie, mówiła: „Nie ma czegoś takiego jak płeć”. Społeczeństwo „było za bardzo przywiązane do tej p…j fikcji”, dodawała. 

Zgodzę się z artystką, że w sprawach genderowych wiele się w ostatnich latach zmieniło. Nawet w Polsce naruszone zostały sztywne formuły płci kulturowych. Do pełnego ich odrzucenia potrzebowalibyśmy jednak premierki na miarę Filipki.

Performansy i prace artystki łączą pozorne przeciwności i różne porządki. Filipka potrafi spójnie skleić górnicze pochodzenie i ambicje umiejscowione w kulturze wysokiej. Raz zakłada szpilki Miu Miu, które specjalnie dla niej uszyła Muccia Prada (rezerwuje je na specjalne okazje, audiencje u królowej i pierwsze komunie), raz podrobione przez samą siebie – wystarczy w bucie zmienić metkę. Na undergroundowe imprezy wnosi powiew elegancji, na salony – kampowe przerysowanie. Odrzuca zarówno normy męskości, jak i kobiecości. Mówi o sobie: „Danie, w którym jest pyszny łosoś, zamieniam w coś, co smakuje jak ryż z majonezem. Za to makaron z parówką potrafię przygotować tak, że goście myślą, że to angielski indyk”.

Może w tym właśnie leży kwintesencja filipkowania, jak zgrabnie artystyczno-życiową postawę Rutkowskiej nazwała w „Godzinie Szumu” Karolina Plinta. Rutkowska rozmontowuje nie tylko binarne, dychotomiczne konstrukcje płci, z może jeszcze większym zapałem miesza kulturę wysoką i niską, kicz z glamourem, tworzy w poprzek klas społecznych. Pokazuje, że queer i kamp to coś o wiele więcej niż kategoria na Met Galę.

W performansie „Kotka na gorącej drewnianej tratwie”, również powtórzonym na wystawie w Galerii Studio, artystka opowiada o swoich miłosnych przygodach z mieszkającymi w Warszawie imigrantami z Bliskiego Wschodu. Przygodny seks jest okazją do poznania grupy społecznej, raczej mało obecnej w galeriach – kierowców Ubera i uchodźców. Filipka tworzy rysunkowy poczet bliskowschodnich kochanków i opowiada swe romantyczne historie. Za każdym z nich wciąż trochę tęskni.

Zain z Iraku był „najpiękniejszą osobą, z którą uprawiałam międzykulturową miłość”. Mieszkał z matką, musiał uciekać wcześnie do domu jak Kopciuszek z balu, ale pieszo. Nie poruszał się po mieście komunikacją miejską – unikał miejsc, w których ktoś mógłby go sprawdzić, skontrolować dokumenty. Filipka nie chce zadawać zbędnych pytań. „W drzwiach całuję go w czoło. Jestem ciekawa, czy jego matka też go tak ucałuje, gdy wróci za godzinę do siebie do domu”. 

Fragment rzeźby Pawła Althamera

Filipka mieszka na innej planecie. W jednym z performansów jako „baronessa” czyta swój pamiętnik pisany w czasie narkotykowego detoksu, który zafundowała sobie po powrocie z Japonii, ale tak, by jednocześnie korzystać z życia i „balansować nałóg”. Chociaż pada przy tym kilka wątpliwych, acz zabawnych kwestii („terapie powodują depresje”), Filipka jest tu w szczytowej formie. Jakby była kolejną inkarnacją Witkacego, wbrew postawionemu sobie celowi i z iście queerową niekonsekwencją obwieszcza: „Pisałam pracę magisterską z queerowego brania amfetaminy. Kto, jak nie ja? Niech się ludzie ode mnie uczą!”.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Bielawska i Falender w Galerii Studio

Na Dwutygodniku zrecenzowałem wspólną wystawę Alicji Bielawskiej i Barbary Falender, którą w Galerii Studio w Warszawie przygotowała Paulina Olszewska. Bielawska rzuciła nowe światło na „Poduszki erotyczne” Falender, wchodząc w artystyczny dialog ze starszą koleżanką po fachu. Piszę:

Chociaż idea wystawy „Materia(l)nie” polega na zestawieniu artystek z różnych pokoleń na zasadzie dwugłosu, to młodsza artystka, Alicja Bielawska, nadaje jej ton. W dolnych salach Galerii Studio z falujących półprzezroczystych zasłon stworzyła instalację „Zaproszenie”, która – w odpowiedzi na zaproszenie kuratorki – służy jako tło dla „Poduszek erotycznych” Falender. Na górnej kondygnacji Bielawska prezentuje kilka nowych prac w otoczeniu rysunków Falender, głównie szkiców do „Poduszek”. 

Zapraszając do wystawy Bielawską, kuratorka wykazała się wyczuciem i intuicją. Bo powstał wyjątkowo udany duet. Bielawska buduje atmosferę, w której rzeźby Falender sprzed pół wieku czują się wybornie. Prace Falender podkreślają zaś te wątki w twórczości Bielawskiej, które trudniej byłoby wskazać czy nazwać. Wszyscy na tym spotkaniu zyskują.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Portret artysty

img_0378

Film Kasi Górnej „Portret artysty romantycznego” oglądaliśmy od dwóch lat na prywatnych pokazach. Do końca tygodnia można go obejrzeć w Galerii Studio. Kim jest bohater Kasi? Kim jest „artysta romantyczny”? Przede wszystkim jest to Mikołaj Starowieyski. Mikołaj występuje „w roli artysty”, ale też współautora wystawy – Kasia twierdzi, że autorstwo rozkłada się pomiędzy nich. Ale Mikołaj nie tylko gra „artystę romantycznego”, on nim po prostu jest. I w tym leży sukces tego filmu.

Artysta-Mikołaj występuje tu w zaaranżowanych, scenach, długich, czasami nużących ujęciach. Ale jest sobą i – co równie ważne – opowiada o sobie. To historie niezmyślone, z życia wzięte, chociaż z rzeczywistości trochę przez niego przekrzywionej.

Mikołaja się zna – z knajp, z warszawskich ulic, z imprez, z jarmarków zdrowej żywności, a przede wszystkim z klubu Saturator, który współprowadził kilka lat temu. Na imprezy w Saturatorze nakładał rozmazane makijaże i sukienki z czarnych worków na śmieci i taśmy klejącej. Teraz najłatwiej spotkać go chyba w Amatorskiej.

img_0552

Kwestia tego, czy Mikołaj „gra” w filmie „artystę romantycznego”, czy po prostu gra siebie, pozostaje rozmyta, chociaż kluczowa. Bo przecież Mikołaj nie tylko obiera buraki na filmie, ale rzeczywiście je hoduje i jako Pan Burak sprzedaje swoje buraczane przetwory. Jest w nim coś z aktora charakterystycznego, bo Mikołaj sam jest charakterystyczny. I jak się go spotka, opowiada równie niestworzone historie. Krótko mówiąc, to film o Mikołaju po prostu.

„Portret…” to dzień z życia. Artysta romantyczny nie ma pracowni, asystentów, galerii. Budzi się w długim ujęciu, a spod jego barłogu wystają plakaty, projektowane kiedyś przez jego ojca, poniekąd słynnego artystę. Jego dzień układa się w ciąg domowych performensów i opowieści o utopijnych lub paraartystycznych projektach. W tych opowieściach fakty mieszają się z błędami pamięci. Mikołaj udaje Ofelię pływając w stawie, gra na fujarce w polu buraków, na tarasie na szczycie bloku na Sadybie, gdzie mieszka, próbuje zwabić ptaki mięsem rozłożonym na brzuchu. Ptaki nie przylatują. Mikołaj opowiada za to, jak kiedyś chciał przemalować Giewont na różowo, a Bałtyk przefarbować na zielono. Przypomina o swojej kolekcji paznokci i skórek ze stopy.

Wszystko zaś kończy się brawurową sceną w kawiarni Amatorska. W popularnej kawiarni na Nowym Świecie, miejscu wyjątkowo inkluzywnym i nieco nostalgicznym (jeszcze niedawno filowali tu na siebie w lustrzanych odbiciach podstarzali geje), zbiera się grono bywalców. Wiele tu znajomych twarzy. Bo scena w Amatorskiej też była zaaranżowana, kręcona po godzinach – Kasia na zdjęcia zaprosiła znajomych. Nie jest też tajemnicą, że prace nad filmem utrudniało nieustanne spożywanie alkoholu. Ta scena to rodzaj hołdu i dla tego nocnego picia, i dla tego miejsca, którego nikt nie nazwie kawiarnią literacką, a przecież bywają tu i pisarze, i artyści, i inni pijacy.

portret-artysty-1

Specjalnie na wystawę w Galerii Studio Kasia i Mikołaj przygotowali jeszcze serię nowych krótszych filmów, prezentowanych w dolnej sali galerii, tuż obok kwasu z buraków produkcji Mikołaja (można go kupić po10 złotych za butelkę). W każdym z tych filmów Mikołaj ima się innej pracy, każdy – podobnie jak główny film – okraszony jest też monologami Mikołaja. To prześmiewcza próba odpowiedzi na pytanie – z czego żyje artysta. Zwłaszcza taki jak bohater filmu Górnej. Tu – handluje serami w Belgradzie, szuka metali szlachetnych w Macedonii, zbiera złom, zajmuje się remontem mieszkań i odzyskiwaniem metali rzadkich z układów scalonych.

Ale znowu – czy ktoś o zdrowych zmysłach wierzy, że odnajdzie złoto w Macedonii? Że zarobi na tych układach scalonych? Najbliżej prawdziwej pracy jest film, na którym Mikołaj maluje ścianę. Ale nawet to malowanie zostało zaaranżowane na potrzeby filmu. Tajemnicą poliszynela jest, że większość z tych prac nie wypala. Nawet w pracy artysta-Mikołaj pozostaje romantyczny.

1956

po wiecu.jpg
Działanie Dominika Lejmana na trybunie honorowej

Sześćdziesiąt lat temu Władysław Gomułka wygłosił na wiecu na placu Defilad słynne emocjonalne przemówienie, które zaczął od słów: „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!”. Przemówienie to było symbolem polskiego Października, gomułkowskiej odwilży – po wydarzeniach poznańskich i kilka dni po tym, jak w wyniku negocjacji z radziecką delegacją z Chruszczowem na czele udało się powstrzymać interwencję Armii Radzieckiej w Warszawie, tuż po wyborze Gomułki na I sekretarza KC PZPR. Poparcie dla Gomułki zostało zademonstrowane przez warszawiaków na placu Defilad 24 października 1956 roku.

Okrągła rocznica tego wiecu minęła dwa dni temu i z tej okazji Dominik Lejman wyświetlił na trybunie honorowej pod Pałacem Kultury i Nauki krótkie fragmenty filmowe – ujęcia ludzi. To właśnie z trybuny nagrywano ten tłum. Dzisiaj na tym rozmazanym obrazie trudno byłoby kogokolwiek rozpoznać.

Na to artystyczne wydarzenie przyszło zaledwie kilku gości, ale wiele osób zobaczyło ją przypadkiem – głównie pasażerowie przystanku autobusowego, który rozlewa się dziś po placu Defilad. Ludzie z walizkami na kółkach udający się do miejscowości w całej Polsce, do których nie dojeżdża pociąg, i którzy na tym prowizorycznym dworcu nie mają nawet gdzie usiąść. Z autobusów dochodziła muzyczka. Ludzie zatrzymali się na chwilę, by sobie popatrzeć. Przez akcję-gest Lejmana coś dziwnego, może nawet podniosłego zawisło w powietrzu, jakbyśmy czcili zmarłych.

Projekcja była częścią wystawy „Po wiecu”, która otworzyła się w Galerii Studio podczas weekendu galeryjnego, ale wówczas gubiła się w natłoku różnych wydarzeń i wernisażowego tłumu. Wczoraj była też okazja, by wystawę obejrzeć na spokojnie. Wróciłem na nią głównie dla świetnego filmu Minervy Cuevas, złożonego z różnych demonstracji i politycznych haseł z ulic Meksyku. Bo wystawa, jak piszą kuratorki, kierujące od niedawna Galerią Studio Dorota Jarecka i Barbara Piwowarska, dotyczy „masowego uczestnictwa”. Przykłady pochodzą z różnych stron świata i z różnych czasów – filmy Tomáša Rafy z kijowskiego Euromajdanu, z wojny na Ukrainie, z demonstracji narodowców na Słowacji, zdjęcia z nowojorskiej parady Piotra Uklańskiego, film Marty Popivody złożony z materiałów telewizyjnych z Jugosławii (m.in. nagrania pogrzebu Tity).

Mam jednak wrażenie, że właściwie z tego nagromadzenia przykładów różnych akcji i demonstracji niewiele wyniosłem. Że już to przerobiłem, że już to znam, chociażby z ulic Warszawy w ciągu ostatniego roku. Przez swoją prostotę i wyjście w miasto akcja Lejmana była bardziej trafna niż filmy czy zdjęcia naklejone na klatce schodowej prowadzącej do galerii.

Od obrazów tłumów lepiej wypada prosty film Anny Niesterowicz, zatytułowany „Kapeć”. Właściwie mógłby powstać wiele lat temu w Warsztacie Formy Filmowej. Niesterowicz tworzy obraz w obrazie, niekończącą się serię telewizorów. Ten rytm, w którym w jednym ekranie czai się już obraz następnego odbiornika, przerywa prosty gest – rzut kapciem w telewizor. Czy można lepiej zilustrować emocje, które towarzyszą oglądaniu telewizji? Niezależnie, czy kiedyś, w latach komunizmu, czy dzisiaj. I znowu to samo, i znowu kapeć leci w telewizor.

gomułka.jpg
Władysław Gomułka na ulotce Anny Niesterowicz

Ale specjalnie na wystawę Niesterowicz przygotowała też składaną ulotkę „1956”. Każdy może się nią poczęstować. Składają się na nią zdjęcia z prasy, które ukazały się w czasie odwilżowego przełomu w dniu ważnych wydarzeń. Mamy tu i zdjęcie nalotu angielsko-francuskiego lotnictwa na Port Said, i uchodźców z Budapesztu biwakujących na granicy austriacko-węgierskiej. Na wielkim zdjęciu Gomułki Niesterowicz umieściła zaś inny cytat prasowy – niemal poetycki, napisany z ogromnym talentem tekst „Z perspektywy szesnastego piętra”, opisujący wiec na placu Defilad z 24 października 1956 roku:

„Z wysokości szesnastego piętra Pałacu Kultury można ogarnąć wzrokiem cały plac – największy w Europie plac defiladowy. Wyloty ulic jak ujścia rzek nieprzerwanie wyrzucają strumienie ludzi pod pałac jak do gigantycznego zbiornika. (…) Na szesnaste piętro dobiega potężny, głuchy szum tłumu podobny do szumu morza w wietrzny dzień. Dopiero z takiej wysokości w pełni można ocenić ogrom tej kilkusettysięcznej masy, jej żywiołową siłę. (…) Gdy staje tow. Gomułka, krzyk wielokrotnieje, potężnieje, z dotykalną niemal siłą uderza o ściany pałacu. Trwa, aż wyłaniają się z niego dwie sylaby: WIE-SŁAW, WIE-SŁAW… A potem wypełniający serca entuzjazm wyładowuje w śpiewie: STO LAT. Nigdy jeszcze partia nie miała takiego poparcia mas. (…) Przemawia człowiek, któremu naród ufa bezgranicznie. Tu na górę docierają tylko strzępy zdań zniekształcone przez wiatry i echo, ale nic nie zagłusza grzmotu okrzyków, które wplatają się w to przemówienie jak kropki i wykrzykniki w drukowany tekst.”

Tłum projektowany na trybunę honorową przez Lejmana pozostał niemą masą.