Baranowicz w Zielonej Górze

Niedawno odwiedziłem galerię BWA w Zielonej Górze, gdzie swoją wystawę otwierała malarka Martyna Baranowicz. Efektem jest recenzja na łamach „Dwutygodnika” zatytułowana „Artystka w gabinecie”.

Od ginekologa usłyszała, że ma macicę w kształcie serca. Na karteczce narysował jej, jak wygląda typowa macica, a jak wygląda jej. Spodobało jej się to. Przemalowała szybki szkic lekarza na własnym obrazie. Jego słowami nazwała też swą najnowszą wystawę w BWA w Zielonej Górze.

Tematy medyczne, przez wielu uznawane za wstydliwe i obarczone tabu, nie są w jej malarstwie nowe. Półtora roku temu podobnym zagadnieniom poświęciła wystawę „Cytologia”, którą zorganizowała w swoim mieszkaniu w Warszawie w ramach festiwalu Fringe. Kilka prac z tamtej wystawy przywiozła do Zielonej Góry, między innymi obraz, na którym razem z dwoma chłopakami czeka w korytarzu na test na HIV. Martyna zaproponowała im zrobienie testu jako wspólną aktywność. Cała trójka trzyma się za ręce. Miłość i pożądanie unoszą się w przychodni. To scena normalna, czuła, chciałoby się wręcz powiedzieć – beztroska.

Nie zawsze jednak jest tak miło. Złożona z prawie trzydziestu obrazów zielonogórska wystawa Baranowicz mówi o tym, że od łóżka do gabinetu ginekologicznego droga jest krótka. Nie jest to jednak pogadanka ku przestrodze. Przyjemność miesza się tutaj z frustracją.

Wystawa „Ma pani macicę w kształcie serca” może wręcz u niektórych powodować retraumatyzację – wywoływać wspomnienia chorób, zabiegów lub po prostu kontaktu z polską służbą zdrowia. Wiele sytuacji zobrazowanych przez Baranowicz toczy się bowiem w gabinecie, na fotelach ginekologicznych, z lekarzami majstrującymi przy najbardziej intymnych organach.

Zmienia się tylko perspektywa. Czasami spoglądamy na lekarza spomiędzy naszych ud. Obraz „Badanie” został namalowany tak, jakbyśmy patrzyli z wnętrza ciała kobiety. Wargi sromowe rozsuwają się niczym czerwona, aksamitna kurtyna, odsłaniając widok gabinetu z lekarką trzymającą w dłoniach wziernik i zerkającą w okular specjalnego urządzenia. Obiektyw urządzenia skierowany jest w naszą stronę, czyli do środka ciała. To niespotykana dotychczas w malarstwie gra spojrzeń. Zazwyczaj jednak obserwujemy sytuację z boku, jako intruzi, podglądacze i podglądaczki, jakbyśmy sami dokładali się do dyskomfortu półnagiej pacjentki.

[…]

Największą z prac pokazanych w Zielonej Górze jest tryptyk, który Baranowicz namalowała na trzech kołdrach. Przedstawia schematycznie narządy rodne kobiety, ujęte – powiedziałbym – ołtarzowo. Ogromną macicę w centrum wypełniają okrągłe bąbelki, w których artystka przedstawiła różne sceny erotyczne, w parach i szerszych układach. W jajnikach narysowała zaś swoje serce oraz autoportret z przekrojem czaszki, w której widoczny jest mózg. Jakby to właśnie serce i mózg dysponowały jej narządami rozrodczymi.

Takich nieoczywistych przedstawień jest w malarstwie Baranowicz więcej. Na obrazie „Cytologia, w środku” dolna część ciała pacjentki-artystki zamienia się w anatomiczny przekrój. Baranowicz chciała nie tylko pokazać, co dzieje się podczas kolposkopii, ale też jak kobieta zamienia się w pacjentkę, przedmiot medycznej obserwacji. Jakby zdejmując ubranie, poddawała się lekarskiej wiedzy i władzy. Elementem tego obrazu są też dekoracje podpatrzone w jednym z gabinetów – syntetycznie ujęte owady. Infantylne pszczółki i motylki jako symbole prokreacji są stałym motywem tych wnętrz.

Oprowadzając mnie po wystawie, Baranowicz zauważyła, że żadne epidemie chorób wenerycznych, w tym tak śmiertelnych jak AIDS, ani strach przed niechcianą ciążą nie powstrzymały ludzi przed uprawianiem seksu. Stawką wystawy jest podmiotowość kobiety. W walce o nią artystka świadomie i z premedytacją używa własnej sztuki – by powiedzieć o swoich potrzebach i przeżyciach, by zachować swą godność i nie tłumić własnych potrzeb.

CAŁA RECENZJA DO PRZECZYTANIA NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”

A. Kubiak. Zrobię serce

Wysiłkiem BWA Zielona Góra ukazała się niedawno książka poświęcona solowej twórczości Aleksandry Kubiak. Książka nosi tytuł „Zrobię serce”, jest gruba, dwujęzyczna i ciężka. A obok tekstów tak znakomitych autorów jak Paweł Dybel, Anna Łazar, Marta Gendera, Marta Miś czy Marek Wasilewski, znalazł się też wywiad, który przeprowadziłem z Olą jeszcze przed pandemią.

Wywiad był dla nas pewnego rodzaju kontynuacją, bo piętnaście lat temu pracowaliśmy razem z Olą i Karoliną Wiktor nad książką, która – wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy – podsumowywała działalność Grupy Sędzia Główny. Do tamtej książki też zrobiłem wywiad.

Rozmowa z Olą w nowej książce jest długa i dosyć wyczerpująca, kosztowała nas obu sporo emocjonalnego wysiłku. Dlatego tym bardziej ją polecam uwadze. I całe wydawnictwo również.

Laleczka

laleczka2

Ola Kubiak wysłała mi swój najnowszy film, „Śliczna jesteś Laleczko”, który do połowy stycznia pokazywany jest na wystawie w BWA w Zielonej Górze. Oglądałem go więc nie na wystawie, lecz na ekranie komputera. Ale to film na styku dokumentu i performensu, równie dobrze sprawdza się pewnie w galerii, w kinie czy nawet na komputerze.

Osiem lat temu pracowałem z Sędzinami, czyli Olą Kubiak i Karoliną Wiktor, nad książką o ich performensach. Stworzyliśmy szczegółowe kalendarium ich działań, świetnie się przy tym bawiąc. Okazało się, że dziewczyny kręciły z numeracją swoich performensów (nazywały je „rozdziałami”) i że generalnie są świetnymi kompankami. Poznałem je wcześniej w okolicznościach knajpianych. Od razu się pokłóciliśmy i – chyba – polubiliśmy. Przynajmniej ja polubiłem je. Obie mieszkały wtedy w Warszawie i były jednymi z najbardziej odjechanych, najbardziej radykalnych artystek. O ile dobrze pamiętam, to Joanna Mytkowska nazwała je „nieoszlifowanym diamentem”. I właśnie przez to nieoszlifowanie były tak atrakcyjne – i w swoich performensach, i przy piwie.

Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że książka, nad którą pracujemy, to nie jakiś zwykły katalog, lecz rodzaj zamknięcia, podsumowania twórczości Grupy Sędzia Główny. Po jej wydaniu dziewczyny zrobiły jeszcze ze dwa performensy, które towarzyszyły promocjom publikacji – pamiętam zupełnie nieudane działanie w Lublinie i bardziej udane we Wrocławiu. Potem Karolina miała wylew, spojrzała w oczy śmierci, przechodziła afazję, uczyła się wszystkiego od nowa, a przy okazji urodziła córkę. Jej afazyjne zmagania z językiem zaowocowały wyjątkową poezją wizualną. Na początku tego roku w łódzkim Atlasie Sztuki można było usłyszeć, jak wspaniale nieporadnie maltretuje alfabet.

Ola wróciła zaś do Zielonej Góry, gdzie zresztą dziewczyny się poznały, zaprzyjaźniły i zaczęły razem tworzyć. Nawet ich dyplom na tamtejszym Uniwersytecie Zielonogórskim był wspólny. Dzisiaj Ola sama tam wykłada. Od kilku lat tworzy indywidualnie. Musi być niezwykle trudno wymyślić się na nowo po takim życiowym trzęsieniu ziemi.

laleczka1

Film „Śliczna jesteś Laleczko” też opowiada o pewnej stracie i życiowym balaście. Do wspólnego działania Kubiak zaprasza aktorkę Elżbietę Lisowską-Kopeć. Prosi ją, by wcieliła się w postać jej nieżyjącej matki. To dla Kubiak okazja, by opowiedzieć trudną historię swojej rodziny – alkoholizmu obojga rodziców, DDA, tragicznej śmierci matki, która zmarła w wyniku pobicia przez ojca. Ola mówi o tym z trudem i nagrywane na kamerę spotkania z aktorką przypominają czasem sesję u terapeuty. Ciężko jest przebrnąć przez barierę wstydu, a może nawet poczucia winy.

Odnajduję tu podobny rodzaj emocjonalności, który często towarzyszył działaniom Sędzin Głównych. Gdy się przedstawiały, zawsze podkreślały swoje korzenie: „Nazywam się Aleksandra Kubiak. Moja mama miała na imię Małgorzata, mój tata ma na imię Bogdan. Pochodzę z małej miejscowości Olszyna”, mówiła Ola. Cielesny radykalizm i silny feministyczny ładunek Sędziny łączyły z uczuciami, czasem może wyrażanymi nieco kiczowatą formą, ale też mającymi w sobie coś z ostrości Sylvii Plath, która dedykując swój wiersz ojcu, pisała „Daddy, daddy, you bastard, I’m through”.

Performensy Sędzin ukrywały często bardzo osobisty wymiar, niedostępny zwykłemu widzowi. „Sztuka ma działanie terapeutyczne, nie można się przed tym bronić”, mówiła mi w wywiadzie Karolina. „Uczucia są tak naprawdę bardzo uniwersalne, ludzie czują podobnie. My mamy możliwość mówienia o nich w formie sztuki”, dodawała Ola. Formą pożegnania ze zmarłymi matką i dziadkiem Oli był performens Sędzin w Raciborzu w maju 2006 roku („Rozdział XLVI”). „Nie do końca oczyściłam się przez obrządek, w którym zostali pochowani”, mówiła Ola. „Stworzyłyśmy własny rytuał ich pożegnania”.

Najnowszy film Kubiak jest na swój sposób lekki, mimo że opowiada o trudnych przeżyciach i sporo tu łez. Bo jest częścią pozytywnego procesu, w którym Kubiak przepracowuje swoją traumę. Aktorka jej w tym pomaga, coraz bardziej wchodząc w rolę matki, próbując lepić jak ona pierogi, podobnie palić papierosa. Starając się do niej upodobnić, poznać rodzinną historię. To ona wymusza na Oli jej opowiedzenie. Przygotowując się do roli, chce się po prostu dowiedzieć, kogo ma grać. Wreszcie pojawia się już w pełnej charakteryzacji w domu Kubiak. Razem jadą nawet do Olszyny na grób matki. Matka jest i w grobie, i nad nim. Żegna się z córką.

Artyści, przynajmniej w Polsce, chętniej zajmują się przepracowaniem traum zbiorowych niż własnych. Takie odsłonięcie to zawsze jakieś przekroczenie. I bez wątpienia gest odwagi. Czasami przestrzega się, by nie utożsamiać dzieła z artystą. Ale to nie ten przypadek.