Ojczyzna w sztuce

cerny
David Cerny, Entropa, detal

Przy każdym nowym tekście o kolejnej wystawie „…w sztuce” w Mocaku powtarzam sobie, że to już ostatni raz. Bo muszę powtarzać te same argumenty: przyjęta przez Mocak i dyrektorkę Potocką formuła nie ma po prostu większego sensu. Ale taki już los recenzenta. Jest wystawa – jest reakcja. Nowy mocakowy twór, „Ojczyznę w sztucę”, komentuję na łamach „Gazety Wyborczej”.

„Ojczyznę w sztuce” odbierać można jako echo szeroko dyskutowanych zeszłorocznych wystaw w Warszawie: „Późnej polskości” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie oraz „Historiofilii”, zorganizowanej przez Narodowe Centrum Kultury. Pierwsza opowiadała o „formach narodowej tożsamości po 1989 roku”, w gruncie rzeczy dekonstruując oficjalną wersję polskości oraz włączając do niej perspektywę grup niemieszczących się w jej sztywnych ramach, np. środowiska LGBTQ.

Druga wystawa, „Historiofilia” kuratorowana przez Piotra Bernatowicza, oferowała spojrzenie konserwatywnych „artystów wyklętych”, utożsamiających się z „dobrą zmianą” i uważających się za wyrzuconych z obiegu przez liberalną większość decydentów świata sztuki. Nie zabrakło tu akcentów homofobicznych, mizoginicznych czy antyniemieckich (plakaty Wojciecha Korkucia).

Chociaż tak od siebie odległe, obie ekspozycje tonęły jednak w biało-czerwonej ikonografii, momentami dusznej. Jakby nie dało się opowiadać o Polsce inaczej niż przez nasze barwy narodowe.

„Ojczyzna w sztuce” proponuje szersze, międzynarodowe spojrzenie, ale jest tu właściwie podobnie. Znowu królują tu narodowe symbole poddawane różnorodnym przeróbkom, trzy czwarte wystawy to „flaga w sztuce”. Najsilniejszy symbol narodowy artyści rozkładają na czynniki pierwsze i składają z powrotem w czasem intrygujące asamblaże. Od głośnego obrazu „Polacy formują flagę narodową” Włodzimierza Pawlaka po wielkoformatowy rysunek Roberta Longo, który symbolicznie rozdziera flagę USA na dwie osobne ramy.

flagimocak
Jimm Lasser, Stany Zjednoczone vs Ameryka, 2018

Dominuje punkt widzenia większości, standardowy, nawet jeśli poddawany krytyce. Z jednej strony mamy więc globalizację z jej niebezpieczeństwami, z drugiej – ostrzeżenia przed nacjonalizmem. Łączy je w sobie praca Jarosława Kozłowskiego „Zjednoczony świat – wersja totalitarna”, rodzaj twierdzy-barykady zbudowanej z metalowej siatki i mebli, oznaczonej flagami wielu państw.

Justin Trudeau twierdzi, że Kanada to państwo postnarodowe. Chce, by mogły się z nią utożsamiać zarówno kanadyjskie Pierwsze Narody, jak i imigranci z różnych stron świata. Tej lekcji kuratorki z MOCAK-u nie odrobiły. Nie zauważyły napięcia między ojczyzną i państwowością. Dominuje tu spojrzenie europocentryczne. Dlatego odpowiedzią na nacjonalizm może być tylko globalizacja i odwrotnie. Tylko Damir Muratov w serii przerobionych flag oraz Nikita Shalenny w instalacji przypominającej las, a w rzeczywistości ułożonej z zielonych chińskich ręczników, nawiązują do historii niepodległościowych ambicji mieszkańców Syberii.

 

Kulisiewicz w Meksyku w Kaliszu

kulisiewicz3

Jakiś czas temu zajrzałem na chwilę do Kalisza, gdzie promowałem „Patriotę wszechświata”. Udało mi się zobaczyć trochę sztuki, a nawet wpaść do Kościoła Miłosierdzia Bożego (bynajmniej nie po to, żeby się pomodlić, lecz doświadczyć na własne oczy świetnej architektury zaprojektowanej przez Jerzego Kuźmienkę i Andrzeja Fajansa). Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie wizyta w Galerii Tadeusza Kulisiewicza.

Jeśli jakiegoś artystę powinniśmy z Kaliszem kojarzyć, to właśnie Kulisiewicza. Kulisiewicz się po prostu w Kaliszu urodził. Większą część życia spędził w Warszawie, miał pracownię na Mazowieckiej, w czasie wojny spłonął cały jego przedwojenny dorobek. Po wojnie był jednym z najbardziej celebrowanych polskich artystów, uznanym za mistrza rysunku. Przeszedł do historii sztuki przede wszystkim jako autor rysunków dokumentujących ruiny stolicy oraz współpracownik Bertolda Brechta. Dziś jest nieco zapomniany.

kulisiewicz6

W swoim testamencie cały dobytek ze swej pracowni, łącznie z pracami, przekazał rodzinnemu Kaliszowi. Dzięki temu dziś właśnie w Kaliszu, jako oddział Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej, funkcjonuje Galeria Tadeusza Kulisiewicza.

Miałem to szczęście, że oprowadzała mnie po niej Anna Tabaka, która od jakiegoś czasu zajmuje się tym obszernym archiwum i pracami. Właśnie trwa kolejna kuratorowana przez nią wystawa – „Kulisiewicz i Rivera”, dokumentująca związki Kulisiewicza z Meksykiem. Świetnie opracowana merytorycznie, dzięki drobiazgowym badaniom. Ze świadomością historii, ale bez politycznych uprzedzeń. Jeśli organizowano by retrospektywę Kulisiwiecza, ta wystawa mogłaby stanowić jedną z jej sal.

Tytuł, „Kulisiewicz i Rivera”, może jest nieco mylący. Bo żadnych prac meksykańskiego malarza na tej wystawie nie spotkamy. Rivera pojawia się raczej jako przyjaciel Kulisiewicza – na zdjęciach i w wyciągniętych z archiwum dokumentach.

kulisiewicz2

Kulisiewicz, podobnie jak inni polscy artyści, jeździł do zaprzyjaźnionych krajów: Wietnamu czy Chin. Meksykanie odwiedzali go w jego pracowni przy okazji przygotowań do wystawy meksykańskich muralistów w Zachęcie (1955). Ze strony meksykańskiej organizował ją Narodowy Front Sztuk Plastycznych (FNAP), zrzeszający lewicujących artystów i propagujący meksykańską sztukę na świecie. Już podczas prac nad wystawą Kulisiewicz poznał się z historykiem sztuki Ingacio Marquezem Rodilesem, a potem z Rivierą i Siqueirosem. W archiwum Anna Tabaka odnalazła niewielką odręczną notatkę Kulisiewicza o krześle: „Wielu ludzi odwiedzało nasz dom. Na tym krześle siedział Diego Riviera, Siqueiros, Brecht, Helena Weigel [żona Brechta]”.

Niedługo po zachętowskiej wystawie, w 1957 roku, Kulisiewicz sam odwiedził Meksyk, gdzie uczestniczył w wystawach, ponownie spotkał się z Riverą. Kilka miesięcy po powrocie otrzymał list z FNAP, powiadamiający go o śmierci meksykańskiego malarza. Dwa lata później, w 1959 roku miał okazję osobiście złożyć kwiaty na grobie Rivery, a wdowa po malarzu wydała kolację na jego część.

kulisiewiczgoitia

Zwiedzał Meksyk, piramidy w Teotihuacán, półwysep Jukatan, Chichen Itza, ruiny Uxmal, kopalnie srebra w Cuernavaca i Taxco. Swoje wrażenia na bieżąco notował w szkicownikach, których podczas meksykańskich podróży zapełnił aż cztery. Potem na ich postawie powstawały rysunki.

Ale to właśnie szkicowniki, notowane na szybko krajobrazy, egzotyczne rośliny, postacie i scenki, robią na wystawie największe wrażenie. Skończone rysunki charakteryzuje większy syntetyzm formy, prostota. Swe rysunki Kulisiewicz redukowa czasem do kilku kresek, ale tak, by widoczne w nich było jakieś drżenie ręki, może nawet niepewność.

Na wystawie przywołany też zostaje Francisco Goitia, samouk i samotnik. Kulisiewicz notował: „Goitia – jak prorok mieszka nędzniej niż obok mieszkający chłopi. (…) Nic nie chce od życia, tylko to, co ma”. Wreszcie z Meksyku Kulisiewicz przywiózł też sporo pamiątek, które wypełniają gabloty, w tym prekolumbijskie figurki, kilka których otrzymał w prezencie od samego Rivery, jedną zaś od Carlosa Pellicera. Powrócił do nich w latach 70., tworząc na nich podstawie nową serię rysunków.

kulisiewicz5

Ciekawią eksperymenty formalne – w kilku rysunkach jako tło Kulisiewicz wykorzystuje odbitą na papierze gazę. Najlepiej ten efekt wypada w widoku jeziora Patzcuaro z długą łodzią i rybakami w szerokich kapeluszach. Wody jeziora oddają odbite na papierze w niebieskiej farbie kawałki gazy.

Wszystko to trochę trąci myszką. Ale przecież kiedyś – bo dziś już zapomnieliśmy oryginalne znaczenie tego wyrażenia – „trąciło myszką” stare wino. I nawet taki niewielki pokaz, cierpiący na finansowe braki (oprawa dzieł), ujawnia, jaki potencjał kryje się w tym zbiorze. Dla mnie to zachęta, by tu powrócić.

Mikołaj Sobczak. Drag niezłomne

sobczak1

W nowym numerze „Dwutygodnika” piszę o wystawie Mikołaja Sobczaka „Drag niezłomne”, którą można oglądać w Polana Institute tylko do piątku, 27 kwietnia. Wystawa Sobczaka otwiera cały wachlarz tematów: od polityki historycznej, przez kulturę drag, jej obecny renesans, zapomniane bohaterki ruchu LGBT, po gejowską odmianę maczyzmu. Przy okazji wspominam o nowym warszawskim queerowym spektaklu „Queer Explosion”.

„Wojenne fronty dawno już przeszły. Powstania upadły. Na miejsce starej władzy pojawiła się nowa. A drag queen uciekły do lasu. Nie składają broni. Na strojne sukienki narzuciły mundury. Na perukach noszą rogatywki. W leśnych kryjówkach, całymi rodzinami gotowe są stawić zbrojny opór wrogowi. Nawet tu nie zapominają o makijażu. Podczas leśnych egzekucji, w pełnym dragu zachowują anielski spokój. I nawet po latach, na trupich wykopkach, wciąż prezentują swe kolorowe twarze, rozwiane peruki i długie paznokcie.

Taką wizję alternatywnej historii snuje Mikołaj Sobczak, którego obrazy i rysunki pokazuje warszawski Polana Institute. W pomieszczeniach byłego salonu ślubnego rozgościły się drag partyzantki. Sobczak maluje je na obrazach w kształcie tond. To nie Botticelli, drag queen z jego obrazów przypominają raczej komiksowych bohaterów Roberta Crumba. Wielokolorowe płótna pełne są detali. Sobczak jako malarz ma trudne zadanie – tworzy karykaturę postaci, które z definicji są już przerysowane. Do tego w podwójnym przebraniu”.

sobczak2

„Historie niezłomnych drag queen przypominają wyklętych żołnierzy. Słowo „wyklęte” robi dziś karierę. Wyklęte może być wszystko, co dzięki nowej władzy staje się częścią mainstreamu, pisanej na nowo historii (także historii sztuki, mamy przecież artystów wyklętych). Wyklęte, niezłomne drag queen z obrazów Sobczaka to oczywiście kpina z obecnej polityki historycznej, która nie tylko nie pozwala na obiektywną ocenę nowych bohaterów narodowych, ale też militaryzuje naszą zbiorową pamięćJedyny bohater to ten z karabinem w ręku. Nie ma lepszego narzędzia niż drag, by tę muskularno-partyzancką męskość i militarny kult poddać krytyce.

Bo jako partyzantki drag queen nie są przekonywające. Celowo. Chociaż im też grozi śmierć i mogą wylądować w bezimiennym grobie, ich bronią nie są karabiny. To raczej sztuczne rzęsy i obcasy, którymi grają na nosie stereotypom męskości. I kobiecości.

Drag queen u Sobczaka wypalą co najwyżej z kapiszona. Nawet w gablotach obok jego rysunków znalazły się teatralne atrapy pistoletów. To wszystko jest na niby, mówią nam teatralne dekoracje. Drag queen w przebraniu partyzantek trafiają do leśnych kryjówek, ale sam las jest trochę z komiksu, trochę z Disneya”.

queerexplosion2
„Queer Explosion”

„Gdy Sobczak bierze na warsztat politykę historyczną, twórcy „Queer Explosion” bawią się polityką prokreacyjną w imperium rządzonym przez Jego Impotencję, połączenie Klausa Nomi i Chaplinowskiego dyktatora (w tej roli Twoja Stara). Z nieodzownym rozkładanym stołkiem, którym nadrabia niski wzrost, Jego Impotencja marzy o społeczeństwie identycznych szarych obywateli. Ale nie dziś, szatanie! Jego plany krzyżuje bowiem komedia pomyłek.

Nieco czerstwe żarty z pierwszej części spektaklu, ubarwione jedynie świetną burleską farmaceutki o ambicjach niespełnionej striptizerki (Lola Noir), w drugiej części przyćmiewa tytułowa eksplozja, a dokładnie – seksplozja. W pełni ujawnia się talent Uel w roli dziennikarki, a na widok tarzana na obcasach, który rodzi się w wyniku nieudanego eksperymentu genetycznego, publiczności cieknie ślinka. O Mario Curie-Skłodowska!

W końcowej scenie niczym deus ex machina pojawia się Jezus-Dionizos w rozwianym perizonium z przezroczystej folii, by wszyscy w happy endzie mogli zaśpiewać za Majką Jeżowską „Wszystkie dzieci nasze są” przy powiewających flagach: tęczowej i trans.

Przy bogactwie „RuPaul’s Drag Race”, a nawet galeryjno-teatralnym sznycie wystawy Sobczaka, „Queer Explosion” jest jak powrót do korzeni. To coś między jasełkami i amatorskim musicalem; ciało-pozytywny (nikomu nie przeszkadzają tu „back rolls”), queerowy, inkluzywny spektakl. Nawet jeśli brak mu eleganzy, z nawiązką nadrabia extravaganzą. Niezbędną do życia w czasach, w których naprawdę jesteśmy zmęczeni rzeczywistością”.

 

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

FoaF 2018

foaf1
Neon Sybrena Renemy w Galerii Leto

W „Dwutygodniku” piszę o nowej warszawskiej imprezie – Friend of a Friend, w której biorą udział wybrane galerie prywatne. 

Na chwilę w warszawskich galeriach zrobiło się międzynarodowo. Paryż, Berlin, Nowy Jork, Praga, Londyn, Zurych… W ramach inicjatywy Friend of a Friend (FOAF) osiem galerii z Warszawy przyjmuje u siebie galerie z Europy i Stanów Zjednoczonych, tworzą wspólne pokazy. Składają się więc na nie z jednej strony prace artystów, których nie mieliśmy jeszcze okazji zobaczyć w Polsce albo pojawiają się tu rzadko, z drugiej strony – dzieła dobrze nam znanych rodzimych twórców.

To model naśladujący imprezę Condo, która po raz pierwszy odbyła się w Londynie w 2016 roku, a potem rozszerzyła się na inne miasta: Nowy Jork, Meksyk, São Paulo. Latem planowana jest nawet edycja w Szanghaju. Polskie galerie też już w Condo uczestniczyły. Nad Wisłę podobną formułę postanowiły przenieść Galeria Wschód i Galeria Stereo, zapraszając do udziału swych polskich i zagranicznych kolegów.

Warto też podkreślić zasadniczą różnicę między Condo i FOAF. Gdy w Londynie czy Nowym Jorku to galerie biorą na siebie koszty imprezy (np. drogi transport dzieł), w Warszawie przedsięwzięcie sfinansowano z budżetu miasta, a organizację wziął na siebie Instytut Adama Mickiewicza, który zapłacił też za bilety gości – krytyków, kuratorów, a nawet kolekcjonerów. Przywieziono więc i dzieła sztuki, i publiczność. Odpowiedzialne za promocję kultury instytucje stworzyły nieco sztuczne wrażenie, że Warszawa to liczący się ośrodek na mapie świata sztuki. Polskich galerii może nawet nie byłoby na to stać, a galerie zagraniczne pewnie same z siebie nie byłyby aż tak bardzo zainteresowane wizytą w Warszawie. Dlatego zostały ugoszczone w szczególny sposób.

Z perspektywy warszawskich galerzystów FOAF było przedsięwzięciem jak najbardziej udanym. Pokazali się w międzynarodowym gronie, a lokalnie – wskazali na siebie jako pierwszoplanowych graczy, galerie pierwszej prędkości. Jeśli jednak chcą zapoznawać warszawiaków z międzynarodową sztuką za publiczne pieniądze, muszą się bardziej postarać i zadbać o lokalną publiczność. Na razie wydają się zapominać, czym jest wystawa i że sztuka nie musi się rządzić formatem stoiska targowego. FOAF okazał się imprezą hermetyczną, na której galerzyści bawili się w wąskim gronie swoich kolegów.

CAŁOŚĆ TEKSTU DOSTĘPNA NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Durham w Muzeum Sztuki

durham2.jpg

W „Gazecie Wyborczej” polecam wystawę Jimmiego Durhama w Muzeum Sztuki w Łodzi. 

Ta wystawa to kpina z muzeów historii naturalnej, w których wciąż króluje sztuka taksydermii – wypchane zwierzęta, często zatrzymane w efektownych pozach, pokazuje się tam w ich „naturalnym środowisku”, czyli sztucznych dioramach. Podczas takiego muzealnego safari można podejść do nich całkiem blisko i spojrzeć prosto w ich szklane oczy.

Na wystawie Jimmiego Durhama w Muzeum Sztuki w Łodzi jest biało, aseptycznie. Panuje podniosła cisza. Jeśli szukać naturalnego środowiska pokazywanych tu zwierząt, byłby to świat mitów i duchów.

Punktem wyjścia cyklu „Boże dzieci, poematy” były prawdziwe czaszki, którym artysta dorobił nowe, rzeźbiarskie ciała. Pisze: „Ponieważ posługuję się prawdziwymi kośćmi, czuję, że przedstawianie zwierzęcia tak, jak gdyby było żywe, byłoby zbyt lekceważące”. Tytuł wystawy zaczerpnął ze starogreckiego terminu, który określał zwierzęta jako „dzieci Boga” bądź „poematy Boga”.

durham.jpg

Większość z nich góruje wzrostem nad człowiekiem. Jeleń szlachetny z pięknym, rozgałęzionym porożem ma ciało hydrauliczne, wystarczyło kilka czarnych rurek. Żubrowi za ciało służy stara szafa. W korpusie koziorożca alpejskiego rozpoznamy odwróconą kołyskę. Dzikowi, maszynie ze złomu, z nozdrzy wystają lufy. Spotykany na północy Skandynawii wół piżmowy to fragment rusztowania z narzuconymi na nie kocami i ubraniami. Ryś euroazjatycki, najmniejsza rzeźba na wystawie, powstał z plątaniny prętów, drucików, sznurka i kolorowych plastikowych rurek. Powinno się im właściwie nadać nowe nazwy: koń drewniasty, baran meblasty, żubr szafiasty.

Asamblaż jest ulubioną techniką Durhama niemal od początku kariery. Ma ona w historii sztuki długą tradycję. Prapradziadkiem tego zwierzyńca mógłby być Pablo Picasso, który kiedyś zestawił ze sobą rowerowe siodełko (czaszka) i kierownicę (rogi), a wszyscy bezbłędnie rozpoznają w nich głowę byka.

Durham, chociaż nieobce jest mu podobne poczucie humoru, idzie o wiele dalej. Chociaż nie tłumaczy swego gestu, a nawet mówi, że nie do końca go rozumie i zdaje się na własną intuicję, w jego rzeźbach jest coś podniosłego. Czaszki zwierząt potraktował z szacunkiem. Jakby tworzenie tych rzeźb było rodzajem rytuału, jakby przywracał im dusze. Brakuje tu tylko legend.

CAŁOŚĆ RECENZJI DOSTĘPNA NA STRONIE „WYBORCZEJ”.

Breguła. Skwer

skwerbregula

Polecam moją recenzję wystawy Karoliny Breguły „Skwer” w warszawskiej Królikarni.

„Znowu żyjemy w czasach upadających pomników. Pamiętamy takie upadki ze starych kronik filmowych. Spektakularny rozpad figury Feliksa Dzierżyńskiego z placu Bankowego w Warszawie jest jednym z symboli zmiany ustrojowej w Polsce. Kolejna faza dekomunizacji naszej przestrzeni publicznej sięga znacznie głębiej, jej ofiarą może paść i Róża Luksemburg, i pomnik wdzięczności żołnierzom Armii Czerwonej wyzwalającej polskie miasteczka spod władzy niemieckiego okupanta. Niedawno ulica, przy której mieszkam, zmieniła nazwę z Armii Ludowej na Lecha Kaczyńskiego. To część szerszego projektu – zagłuszania historii i kreowania jej na nowo.

Głównym bohaterem „Skweru”, nowej instalacji wideo Karoliny Breguły pokazywanej w warszawskiej Królikarni, jest właśnie pomnik. Zapomniana rzeźba, zarośnięta krzakami stoi przy tytułowym skwerze. Rzeźba przyciąga mieszkańców miasta swym głosem. „Chciałabym zadać wam pytanie”, śpiewa. Jak we wcześniejszych filmach Breguły, scenariusz jest niezwykle prosty. Akcja rozwija się powoli. A głównego bohatera nie widać.”

„To pytanie każdy z nas pewnie nosi w sobie. Film, niezależnie od tego, gdzie był kręcony, jest uniwersalny. Wykracza poza historie konkretnych miejsc. Albo inaczej – każdy odnajdzie w nim jakąś historię swojego kraju. Wyświetlany na Tajwanie może przywoływać czasy białego terroru, w Chinach – lata rewolucji kulturalnej, w Stanach – niewolnictwo i zagładę rdzennych mieszkańców Ameryki. Każde społeczeństwo nosi w sobie nieprzepracowane traumy. Ponieważ w „Skwerze” nie widzimy samej rzeźby, może chodzić zarówno o pomniki zapomniane (mówi się często, że stawiamy pomniki po to, by pamiętały za nas), ale też takie, których nigdy nie wzniesiono. Oglądając „Skwer” w Warszawie, też zastanawiamy się, jakie pytanie właściwie chciałaby zadać nam ta rzeźba.”

„Breguła zdecydowała się jednak pójść krok dalej. Pomiędzy scenami kręconymi na Tajwanie umieściła sceny kręcone w Warszawie, na targowisku. Oto sama artystka w przebraniu bajkowej księżniczki wybiega z salonu manicure na wieść o śpiewającej rzeźbie. Jednak znajduje się w innej czasoprzestrzeni. Księżniczka jest zagubiona. Biegnie, nie wie dokąd. Mówi o swojej niemocy. Wraz z napotkanym mężczyzną nie potrafią się wydostać z labiryntu targowiska, natykają się na płoty. Potem jakimś cudem jemu udaje się przez płot przebiec. Breguła zostaje po drugiej stronie. Banał tej metaforyki niebezpiecznie wciąga film na granicę żenady.”

CAŁOŚĆ TEKSTU DOSTĘPNA NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Sroka w Bunkrze?

z mojego okna
Odsłonięte okna na wystawie „Z mojego okna widać wszystkie kopce”

Krakowska prasa przynosi niepokojące wieści. Oto dwa lata przed końcem kontraktu Magdaleny Ziółkowskiej (l. 37) na stanowisku dyrektorki Bunkra Sztuki ma ją zastąpić Magdalena Sroka (l. 41), do niedawna dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a wcześniej – wiceprezydentka Krakowa ds. kultury i promocji miasta. Sprawa jest niejasna i wymaga znacznie więcej wyjaśnień ze strony Urzędu Miasta Krakowa i prezydenta Jacka Majchrowskiego (l. 71).

Ziółkowska nie komentuje sytuacji. Wiadomo jednak, że trwają jakieś rozmowy, a Urząd Miasta wysłał już pismo do MKiDN z prośbą o opinię na temat rozwiązania umowy z Ziółkowską. Andrzej Kulig, zastępca prezydenta Krakowa, zdradził też w lokalnej prasie, że Ziółkowskiej zaproponowano stanowisko dyrektora artystycznego Bunkra. Ziółkowska, jak podała krakowska „Wyborcza”, odmawia przyjęcia nowego stanowiska. Bo i z jakiej racji ktoś ma jej nagle skracać kadencję?

Urząd Miasta stara się rozwiązać sprawę w białych rękawiczkach. Pretekstem jest remont budynku Bunkra Sztuki, o który – gdy tylko została dyrektorką – walczyła właśnie Ziółkowska. Musiała się wtedy skonfrontować z materialną rzeczywistością kierowanej przez siebie instytucji. Bunkier się sypie. Wystawy organizowane przez Ziółkowską i jej zespół czasem do tego materialnego ubóstwa nawiązywały. Przy okazji wystawy „Z mojego okna widać wszystkie kopce”, Ziółkowska mówiła mi: „To prawdziwe wyzwanie prowadzić instytucję w stanie fizycznego rozkładu jej architektury, pracować na tym postępującym rozpadzie i jednocześnie jasno określać swój głos i miejsce”. Wtedy też zerwano ścianę z dykty i gipsu odsłaniając zakryte do tej pory okna na piętrze galerii.

To Ziółkowska zorganizowała międzynarodowy konkurs na przebudowę Bunkra. Teraz zarzuca się jej brak doświadczenia organizacyjnego niezbędnego do przeprowadzenia inwestycji. Tylko skąd nagle takie wątpliwości? Zawsze można przecież zatrudnić pełnomocnika lub wicedyrektora ds. inwestycji. Nie jest już nawet tajemnicą poliszynela, że p.o. dyrektora ma zostać Magdalena Sroka, a potem ma być rozpisany konkurs. I miasto, i Sroka naciskają, by Ziółkowska objęła stanowisko dyrektora artystycznego.

Sroka wypowiedziała się dla „Wyborczej”: „Zważywszy na decyzję organizatora Bunkra Sztuki, czyli Urzędu Miasta Krakowa o zmianie w systemie zarządzania tej instytucji, jestem skłonna zgodzić się pełnić funkcję p.o. dyrektora Bunkra Sztuki. Swoją rolę widziałabym głównie w pomocy w sprawnym przeprowadzeniu procesu inwesytycyjno-budowlanego. Jestem natomiast przekonana, że najkorzystniejszą sytuacją byłaby taka, w której Magdalena Ziółkowska zdecyduje się pozostać na stanowisku dyrektora programowego”. Paradoksem jest fakt, że to Sroka jako ówczesna wiceprezydentka Krakowa przewodniczyła komisji, która rekomendowała Ziółkowską na stanowisko.

Jeśli Ziółkowska rzeczywiście nie chce przyjąć stanowiska dyrektora programowego, to słusznie. Nie ma sensu uczestniczyć w grach polityków. A jak mogą wyglądać konkursy organizowane przez urzędy miasta, wiemy chociażby z Wrocławia, gdzie Dorota Monkiewicz przegrała konkurs na własne stanowisko z o wiele mniej doświadczonym kandydatem popieranym przez lokalne władze. Pokazała tym samym, ile może znaczyć konkurs (nie żebym był przeciwny konkursom). Co oznaczają konkursy, skoro można dyrektorce przerwać kontrakt w trakcie jego trwania bez specjalnych powodów?

Szereg rzeczy zastanawia: Czy Urząd Miasta Krakowa ma podstawy prawne, by usunąć Ziółkowską ze stanowiska?  Czy miasto chce wyłożyć pieniądze na remont Bunkra Sztuki? Czy nie dałoby ich Ziółkowskiej, a Sroce już tak? Urząd Miasta nie tłumaczy, dlaczego zmienił „system zarządzania”. Nie wiemy, jakie Ziółkowskiej stawiane są zarzuty i czego jej brakuje. Wiemy, że Magdalena Sroka od października jest bezrobotna i pewnie szuka pracy.