Misztal w Eskaem

W „Dwutygodniku” pojawił się mój nowy tekst, zatytułowany „Rytm upadków”, w którym recenzuję najnowszą wystawę Moniki Misztal „Jestem po wszystkich upadkach”, którą przygotował Stach Szabłowski w galerii Eskaem w Gdańsku (otwarta do końca kwietnia). Poniżej kilka fragmentów tekstu.

Jeśli upadków było wiele, a artystka zaliczyła je wszystkie, to trzeba też sobie wyobrazić wstawanie po każdym z nim. Rytm upadków i powstań. Misztal nic nie ukrywa, otwarcie opowiada o swoich porażkach, kłopotach z rodziną i chorobie psychicznej. Po jednym z kryzysów ponownie zaczęła studia artystyczne, jakby chciała nauczyć się sztuki na nowo. Sztukę traktuje bowiem na serio, czym łatwo wzbudza zaufanie.

Większość obrazów Misztal namalowała specjalnie na tę okazję w ostatnich miesiącach. Ale uzupełnia je też kilka starszych prac, pożyczonych od kolekcjonerów. Dzięki temu na gdańskiej wystawie można zauważyć ewolucję jej twórczości. Wcześniejsze obrazy, jak „Siedząca na piętach” (2020) czy „Ja w majtkach” (2018), opierają się głównie na ikonografii. W ostatnim czasie Misztal nabrała malarskiej zuchwałości, swobody, podchodzi do płótna agresywniej. Jeśli obrazy mają mówić o upadkach, to upada w nich wszystko – ciało, ściana, pędzel na płótno. Nie ma tu centymetra kwadratowego, który pozostawałby neutralny; gdzie nie rzucić okiem, widać ślady walki, gorączkowe ruchy artystki, mające zakryć jej bezsilność. A obrazy i tak wciąż dowodzą jej niemocy.

Na najnowszych obrazach kobiety o zamazanych twarzach, w których jednak można widzieć autoportrety artystki, zyskują podparcia, fotele i krzesła. Ale nie są to sztywne, dyscyplinujące ukrzesłowienia jak z Wróblewskiego. U Misztal na krzesło się upada. Krzesło jest linią podziału między tym, co zwierzęce i ludzkie, pozwala nie upaść do końca. Dlatego właśnie ten mebel stał się motywem przewodnim gdańskiej wystawy.

Świat jej się powykrzywiał. Kadry jej obrazów są często ciasne, za ciasne, zwłaszcza gdy maluje portrety, własne i cudze. Twarze nie mieszczą się w obrazie, przez co ulegają deformacji. Jakby były ofiarami przemocy, jakby ktoś je dusił. Są przyciśnięte do płótna, zmiażdżone, oczy wychodzą im z oczodołów, a usta rozpływają się w dziwnym grymasie.

Takie (auto)portrety Misztal prezentowała na wystawie „Nieczułe” w warszawskiej galerii Import Export wiosną zeszłego roku. Na wielu obrazach artystka przybierała maskę, szukając inspiracji u innych twórców. W Gdańsku też znalazł się jeden taki autoportret, namalowany niedawno w ostrych żółciach i z charakterystycznym dla Misztal wykrzywieniem perspektywy i groteskowym rozpłaszczeniem. W tytule artystka zdradza, że inspirowała się Dreyerem, a dokładnie jego filmem „Męczeństwo Joanny d’Arc” z 1928 roku.

Wielu uznanych artystów ma kłopoty ze zdrowiem psychicznym. Publicznie o swojej chorobie dwubiegunowej mówi chociażby Isa Genzken. Więc i na Misztal miejsce w polu sztuki powinno się znaleźć.

Doświadczenia życiowe i choroba mają wpływ na jej sztukę, odgrywają wręcz rolę pierwszoplanową. Determinują to, jak postrzega świat i swoje w nim miejsce. Misztal twierdzi, że malowanie wyłącza ją „na tę okrutną, nie do zniesienia rzeczywistość”. Trudno jej odmówić dramatyzmu. Pewnie w tym miejscu by się ze mną nie zgodziła, ale mam wrażenie, że sztuka nie spełnia tu funkcji ucieczkowej. Jest raczej narzędziem, które łączy ją z rzeczywistością, utrzymuje ją przy ziemi, by nie odleciała za wysoko. Dlatego malarstwo jest dla niej kwestią przetrwania.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „DWUTYGODNIKA”.

Patryk Różycki w GGM

Na stronach „Wyborczej” piszę o wystawie Patryka Różyckiego w Gdańskiej Galerii Miejskiej. Poniżej kilka fragmentów

Wystawa jest nieduża, ale totalna. Różycki przez kilka tygodni malował bezpośrednio na ścianach i wkomponowywał w mural małej i średniej wielkości obrazy, które przywiózł ze sobą z Warszawy. Powstał malarski kolaż, który można porównać do komiksu. Poszczególne sceny, budynki, pejzaże i twarze ludzi zlewają się ze sobą. Dopowiadane przez mniejsze obrazki są jak krótkie migawki, kadry z filmu-życia. Całość oplata tekst, również wypisany ręką artysty na ścianie. Pod sufitem Różycki namalował zaś fryz z portretami dawnych i obecnych przyjaciół.

Gdy Różycki publikuje swoje obrazy w mediach społecznościowych, zwykle towarzyszy im akapit tekstu. Artysta dokładnie wyjaśnia, jaką sytuację namalował, jakie łączyły się z nią emocje oraz kontekst społeczny. Na wystawie w Gdańsku rezygnuje jednak ze szczegółowych opisów. Obrazów jest tak wiele, że nie wszystkie trzeba dokładnie rozumieć.

Należy je raczej odbierać bardziej emocjonalnie. Gdy w opowieści o przeprowadzkach pojawia się obraz wjazdu na autostradę, rozumie się go samo przez się. Nie musimy wiedzieć, gdzie dokładnie się znajduje. Autostrady prowadzą do wielkich miast. Czasami w obrazach Różyckiego powraca też specyficzny kadr – oglądania czegoś ze środka samochodu, jakby tuż przed odjazdem.

Narracja wystawy ma formę wyznania. Różycki pisze na ścianie: „Tak strasznie, tak bardzo za tobą tęsknię”. Wśród bliskich namalowanych na fryzie są jego obecni warszawscy przyjaciele, m.in. artyści, z którymi dzieli mieszkanie, ale też osoby z warszawskiego świata sztuki (np. galerzystki Marika Zamojska i Justyna Wesołowska). Wiele z namalowanych twarzy to dawni znajomi, których zdjęcia odnalazł na Facebooku. Różycki snuje fantazje o ewentualnym spotkaniu, podczas którego dawny kolega mówi z wyrzutem: „Spokojnie, to nic nie znaczy. Nie tak łatwo odbudować relacje”.

Wystawa Różyckiego w Gdańsku wpisuje się w rozwijany od kilku lat projekt, w którym artysta opowiada o sobie, swojej rodzinie, pochodzeniu i aspiracjach. Często maluje sytuacje, które były dla niego trudne, łączyły się z bezradnością. Na niedawnej wystawie „Syn maluje nasze życie” w Polana Institute w Warszawie przywoływał historie swoich rodziców i rodzeństwa, opowiadał o biedzie, radzeniu sobie z codziennymi trudnościami. Oni zostali, on wyjechał.

Kluczem do zrozumienia wystawy Różyckiego jest książka „Zmiana” Édouarda Louisa, której polskie tłumaczenie ukazało się rok temu. Louis, wzorem Didiera Eribona („Powrót do Reims”), opisuje kolejne kroki swego społecznego awansu: od ubogiej rodziny w małym miasteczku, przez liceum w Amiens, prestiżowe studia w Paryżu, po otarcie się o francuską klasę wyższą, wreszcie – wydanie pierwszej książki. Można powiedzieć, że to popularność w Polsce książek Louisa i Eribona, ale też noblistki Annie Ernaux, przygotowała nas na odbiór tego malarstwa.

Louis pisze wprost: „Historia mojego życia jest szeregiem zerwanych przyjaźni. Na każdym etapie tego życia, tego wyścigu z samym sobą, musiałem rozstawać się z osobami, które kochałem, żeby móc podążać jeszcze dalej: walczyłem o to, by się zmienić – im była obca ta obsesja, pozostawali tacy, jakimi byłem ja, kiedy ich poznałem”.

Różycki nie jest tak bezwzględny w swoim dążeniu do sukcesu i lepszego życia. Gdy Louis uznaje zerwania za naturalną, wręcz konieczną część swojej drogi, Różycki sugeruje: może gdybym się mniej wstydził, wciąż byłbym blisko tych ludzi. W odróżnieniu od Louisa Różycki rzadko opowiada o swoich ambicjach, skupia się na emocjonalnych kosztach awansu społecznego.

Ale nawet pod koniec „Zmiany” przychodzi refleksja – rodzaj nostalgii za dawnymi czasami, rozpisanej na drobne wspomnienia. Louis próbuje oddać sprzeczne emocje: „nienawidziłem mojego dzieciństwa i za nim tęsknię”.

Ostatecznie to wspomnienia stają się pożywką jego pisarstwa. Zdanie „Nie czuję nostalgii za biedą, tylko za zapachami i obrazami” zdecydował się sparafrazować w tytule swojej wystawy Różycki.

Mówi wprost, że chciałby przebić bańkę ich elitaryzmu. Galerie onieśmielają. Wśród narysowanych na wystawie scen jest wspomnienie Patryka, gdy pijany leżał pod Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. W stołecznym muzeum nie czuł się u siebie.

Od wewnątrz na drzwiach galerii Różycki namalował też siebie, jak w pośpiechu, niemal biegiem sięga po klamkę. Sugeruje, że chciałby stąd uciec. I daje nam sygnał – prawdziwe życie jest poza sztuką.

CAŁY TEKST DOSTĘPNY NA STRONIE „WYBORCZEJ”

Alternativa

DSC07263 (2)

Nie bywam w Gdańsku i w Wyspie tak często, jak bym chciał. Ale jak już jestem, miewam déjà vu. Chodzi pewnie o kontekst miejsca, Stoczni Gdańskiej, w której mieści się IS Wyspa. Stocznia oddziałuje siłą swego historycznego bagażu – coś się tu zaczęło i coś skończyło. Stoczniowe budynki zarosły zielska, które teraz ustępują miejsca nowym ulicom. Historia Solidarności została zamrożona w instytucji-pomniku (Europejskie Centrum Solidarności). A Instytut Sztuki Wyspa, prężna i ważna instytucja, okupuje przestrzenie naznaczone zębem czasu i historii. Na potrzeby festiwalu Alternativa Wyspa wykorzystuje halę 90B (były główny magazyn stoczniowy), którą dziś oddziela od niej nowa ulica – do przejścia dla pieszych daleko, więc biega się na drugą stronę, pokonując barierki i niemal ryzykując życie. Niby się tu z roku na rok coś zmienia, ale nie do końca.

Tematy Alternativa czerpie z najbliższego otoczenia, stąd może to déjà vu. W tamtym roku była „Codzienność”, w tym – „Wernakularność”. Główna wystawa tegorocznej edycji festiwalu, odnosi się wszak do tego, co lokalne, swojskie, nieprofesjonalne, oparte na wiedzy „ludowej”.

DSC07358 (2)
„Ślady proste” Anny Królikiewicz (2015)

„Wernakularność” na pierwszy rzut oka przypomina typowe biennale. Przede wszystkim zadbano o różnorodność prac. Jest tu i zielnik, i archiwum, prace wideo i kolekcje przedmiotów znalezionych, tkaniny, zabawy z liternictwem, projekty angażujące innych. Do wyboru, do koloru. Prace nowe doprawione są klasyką, a konkretnie Harunem Farockim, który często pojawia się na światowych wystawach, a trend ten nasilił się po jego śmierci w zeszłym roku (na Biennale w Wenecji znalazła się instalacja, na której na raz wyświetlane są wszystkie jego filmy). Ale sam wybór Farockiego jest niezwykle cenny – jego instalacja zestawia w szeregu monitorów fragmenty filmów z motywem robotników wychodzących z fabryki, pochodzącymi z różnych dekad – od słynnego filmu braci Lumière po Björk w roli Selmy w filmie Larsa von Triera „Tańcząc w ciemnościach”. Tu też miałem déjà vu, bo wchodząc do stoczni przez historyczną bramę obok Pomnika Poległych Stoczniowców, mijałem wychodzących robotników. Nie wiedziałem tylko, czy to oby na pewno robotnicy i gdzie właściwie pracują.

Na wystawie stoczniowe są rośliny zamknięte w gablotach przez Macieja Salomona, i pismo szablonowe, które kiedyś było tworem anonimowych robotników stoczni, nie było skodyfikowane, a dzisiaj zamienia się w „stoczniowy” font. Lokalne są śmieci, z których na ścianach układa ornamenty Sylvie Réno. Inni artyści idą dalej – na przykład analizują społeczne życie kamieni. Jest pękająca glina zamknięta w geometrycznej siatce, zacieki i ślady korozji na materiale. „Wernakularność” została potraktowana szeroko i często – metaforycznie. Wrażenie, że to już się widziało, potęgują dobrze już przerobione prace polskich artystów. Zupełnie nie wiem po co przywołano powielające wzory z tandetnych tipsów obrazy Rafała Bujnowskiego czy „roztapiającą się” metalową klatkę Olafa Brzeskiego.

DSC07345 (3)
Konrad Pustoła, „Stawinoga” (2015), fragment

Najbardziej wernakularny jest temat instalacji Konrada Pustoły, który na podstawie artefaktów z domowych archiwów odtwarza życie rodzinnego letniska w Stawinodze. Robi się przytulnie. Wiejski dom rodzina Pustoły remontowała własnymi rękami, odbywały się tu rodzinne uroczystości. Spędzano raczej spokojny czas – Stawinoga to miejsce odpoczynku. Profesjonalne fotografie Pustoły sąsiadują ze zdjęciami rodzinnymi oraz powstałym na wsi gobelinom jednej z kobiet z rodziny. Dacze to jednak rozrywka inteligencji.

Projekt Pustoły wyróżnia się na tle całej wystawy – pokazuje coś autentycznego. Gdzie indziej lokalność czy oddolna wiedza przepracowane bowiem zostają przez pryzmat sztuki, metafory. Artyści albo pochylają się nad kamieniami, albo sami wystrzelają w wyżyny abstrakcji. Może przydałyby się tu jakieś przykłady czegoś nieskażonego sztuką. Bo czy pismo stoczniowe potrzebuje profesjonalnych grafików? Czy ogródek przy Wyspie, w który tyle energii włożyli artyści (także by zaangażować okolicznych mieszkańców), wytrzymuje konkurencję z tysiącami ogródków działkowych? Czy nie potrafilibyśmy docenić pań robiących tipsy, gdyby Bujnowski nie przemalowałby ich tworów?

(Krótka wizyta nie pozwoliła mi na uczestnictwo w bogatym programie towarzyszącym wystawie.)