Komisja

komisjaNa stronie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pojawiła się informacja o składzie zespołu sterującego (czyli komisji eksperckiej) w programie Kolekcje, priorytecie „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej” (komunikat). Chodzi o priorytet adresowany do muzeów sztuki współczesnej na rozwój ich kolekcji, czyli w praktyce do czterech muzeów: Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, krakowskiego MOCAK-u, Muzeum Sztuki w Łodzi oraz Muzeum Współczesnego Wrocław. O tym, że w pierwszym rozdaniu żadnemu muzeum nie przyznano dotacji, pisałem już jakiś czas temu („Środkowy palec ministra”). Potem ministerstwo wydało komunikat o potrzebie zmiany regulaminu i ponownego ogłoszenia konkursu („Komunikat”). Szerzej o sprawie kolekcji pisałem ostatnio w tekście „Jaka sztuka jutro” na łamach „Dwutygodnika”.

Ministerstwo poinformowało też, że żadne z odwołań w priorytecie „Narodowe kolekcje sztuki współczesnej” nie zostało rozpatrzone pozytywnie (odwoływać mogły się tylko MOCAK i Muzeum Współczesne Wrocław). Czyżby, tak jak zapowiadano, ruszyły prace nad zmianą regulaminu i uruchomieniem programu od nowa?

Zapomniało dodać w tej lakonicznej informacji, że w ostatnim momencie zmieniono skład zespołu sterującego. Tradycyjnie zasiadali w nim historycy sztuki specjalizujący się w sztuce współczesnej, wykładowcy uniwersyteccy. W tym roku najpierw zostali powołani, a potem odwołani mailem – m.in. Izabela Kowalczyk, Luiza Nader, Waldemar Baraniewski.

Kto ich zastąpił? Są to: Monika Małkowska, krytyczka-populistka, niespełniona malarka, która twierdzi, że w świecie sztuki rządzi „mafia bardzo kulturalna”, wspierana przez „słoiki” (pisałem o niej ostatnio w poście „Don Kichotka”, w którym komentowałem jej ostatni wywiad w „Do Rzeczy”); Zbigniew Dowgiałło, malarz, autor m.in. monumentalnego obrazu przedstawiającego katastrofę smoleńską (pokazywanego na wystawie „Nowa sztuka narodowa” w MSN-ie), w ostatnich wyborach samorządowych startował bez powodzenia z ramienia Prawa i Sprawiedliwości do Rady Dzielnicy Ochota w Warszawie (jego strona internetowa); Jacek Kucaba, były prezes ZPAP, trzeciorzędny rzeźbiarz, autor m.in. pomników Jana Pawła II i innych zleceń kościelnych (również polecam jego stronę internetową); Katarzyna Nowakowska-Sito, historyczka sztuki, ale specjalizująca się w sztuce międzywojnia, była pracowniczka Muzeum Narodowego w Warszawie; Maria Korzeniowska-Marciniak, specjalistka od rynku sztuki (pojawiała się w zespole sterującym w poprzednich latach); Elżbieta Zawistowska, była pracowniczka Muzeum Narodowego w Warszawie.

To oczywiście tylko nazwiska, niektóre z wiedzą i doświadczeniem – nie wiemy w końcu, jak kto głosował. Ale skład komisji nie jest zaskoczeniem – nazwiska Małkowskiej, Kucaby czy Dowgiałły krążyły po mieście. Ministerstwo może nawet zdaje sobie sprawę z tej autokompromitacji. Ale czy na tym nie polega właśnie dobra zmiana i „korekta w kulturze” ministra Glińskiego? Cóż, jaka partia, tacy eksperci.

Dla porównania w zeszłym roku w komisji zasiadały: dr hab. Maria Hussakowska-Szyszko, dr Maria Korzeniowska-Marciniak, prof. nadzw. dr hab. Izabela Kowalczyk, dr hab., prof. UWr. Anna Markowska, dr Gabriela Świtek (komunikat).

W priorytecie „Regionalne kolekcje sztuki współczesnej” ministerstwo zapowiedziało przeprowadzenie drugiego naboru.

Środkowy palec ministra

dofinansowaniaZero – tyle środków na rozwój swoich kolekcji otrzymały muzea poświęcone sztuce współczesnej w ostatnim rozdaniu ministerialnego programu grantowego. Chodzi dokładnie o cztery zera, cztery puste rubryki: zero dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej, zero dla Mocaku, zero dla Muzeum Współczesnego Wrocław, zero dla Muzeum Sztuki w Łodzi. O tym, że będzie to zero, mówiło się od dawna. Wczoraj plotki się potwierdziły. Tylko dlaczego ministerstwo zwlekało tyle czasu z ogłoszeniem tych zer?

Mniej więcej wiadomo, kto zasiadał w komisji, która tak nisko oceniła wnioski muzeów. Tej informacji ministerstwo nigdzie nie podaje (albo ja nie potrafię jej znaleźć), więc nie będę tu powtarzał niepotwierdzonych informacji. Ale zamieszczę linka do bloga Dawida Radziszewskiego, który pisze o tym szerzej: Zmiany.

Zero mówi samo za siebie. Ministerstwo, nawet jeśli rękami swoich rzekomych ekspertów, pokazało sztuce współczesnej środkowy palec.

Do tej pory mogliśmy się jeszcze trochę łudzić, że zachowane zostaną pewne pozory normalności. Największe dotacje otrzymywały instytucje kościelne i jednoznacznie prawicowe (ale czy rząd PO nie wsparł Świątyni Opatrzności Bożej jako placówki kulturalnej?). Jedną z największych dotacji wśród czasopism otrzymały „Pressje”, ale ministerstwo wsparło także czasopisma niszowe, np. „Szum” i „Glissando”. Zero na rozwój kolekcji to jasny sygnał, policzek dla całego środowiska.

Osobny program adresowany do muzeów sztuki współczesnej na rozwój ich kolekcji został wywalczony w ministerstwie jako echo ostatniego Kongresu Kultury Polskiej. To było spore osiągnięcie. W żadnej z tych instytucji nie zmienił się w ostatnim roku dyrektor, wszystkie konsekwentnie rozwijają swoje programy. Co się takiego zmieniło, że w poprzednich latach muzea otrzymywały dotacje, a nagle ich propozycje zostały tak nisko ocenione? Zmienił się rząd, minister, komisja, zmienił się klimat polityczny, zmieniły się priorytety.

Może chodzi o to, że muzea nie zamierzają obchodzić 1050 rocznicy chrztu Polski? Może nie kupują „sztuki narodowej”? Mam raczej wrażenie, że sztuka współczesna została ukarana. Że karze się całe środowisko. Do głosu i władzy doszli frustraci, którzy tyle bili piany w ostatnich latach o spiskach, przekrętach, układach, machlojkach, nie podpierając swych grubo ciosanych tez faktami. Do władzy doszli obrażeni.

Na razie wiemy, jakiej sztuki ministerstwo nie będzie wspierać – jakiejkolwiek, którą kojarzylibyśmy z tym, co rozumiemy jako „sztukę współczesną”. Aż się boję myśleć o wizji sztuki ministra Glińskiego. Bo w filmie to pseudohollywoodzkie produkcje o chwale polskiego oręża, w muzyce – pewnie Moniuszko, w teatrze – aktorzy wyłącznie w pełnym rynsztunku. A sztuka? Pewnie łatwiej jest ministrowi powiedzieć, czego nie lubi, niż czego od sztuki oczekuje. Zresztą, jak w przypadku stadnin i spółek skarbu państwa, nie chodzi o kompetencje.

W przyszłym tygodniu w CSW w Warszawie odbywa się walne zebranie Sekcji Polskiej AICA. Czy AICA zajmie głos w tej sprawie?

Dzikie pola

A
Zbigniew Makarewicz, Ernest Niemczyk, „Muzeum Archeologiczne Festung Breslau”, 1970 (detal)

Rzutem na taśmę, kilka słów o wystawie „Dzikie pola” w warszawskiej Zachęcie. Zanim się zamknie.

Wydaje mi się niesprawiedliwe sprowadzanie tej ogromnej, gęstej ekspozycji do roli promocji Wrocławia jako Europejskiej Stolicy Kultury czy Muzeum Współczesnego Wrocław, które wystawę przygotowało. To przede wszystkim wystawa historyczna. Wchodzimy w lata 60., wychodzimy – dzisiaj. Sporo tu ważnych, ciekawych prac. Jest się nad czym pochylić. Wrocławskie środowisko odegrało w przeszłości niebagatelną rolę w historii polskiej sztuki (podkreślę: w przeszłości). I to widać.

Zresztą należy wkład MWW docenić. Muzeum działa w okrągłym poniemieckim bunkrze nieco poza centrum Wrocławia. To siedziba tymczasowa, ale nic na razie nie wskazuje na to, by nowy budynek miał wkrótce powstać. Dyrektorka Dorota Monkiewicz i zespół kuratorów systematycznie badają jednak środowisko artystów, które zrodziło się w mieście po wojnie, organizują tematyczne wystawy i opracowują archiwa. Jest to więc nie tylko instytucja wystawiennicza, ale też badawcza. „Dzikie pola” podsumowują kilka lat tej aktywności. W Zachęcie wystarczyło ułożyć pokazywany wcześniej we Wrocławiu materiał w dłuższą narrację.

Od momentu otwarcia swej tymczasowej siedziby Muzeum wpisywało też swe działania i sztukę Wrocławia w szeroką perspektywę historyczną – Wrocław to największe miasto na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Pierwszym gestem nowej wrocławskiej instytucji było wydanie jednodniówki o Festung Breslau (otwarcie MWW komentowałem w „Dwutygodniku”). Przypomniano w niej moment, w którym Breslau stał się Wrocławiem. Potem przyjechali tu Polacy. Ten sam moment, z obu stron frontu, świetnie opisała w swojej najnowszej książce Magdalena Grzebałkowska.

Historyczny kontekst został też zaznaczony na wystawie w Zachęcie, chociaż uległ tu pewnemu rozproszeniu. Jedna z najciekawszych prac „Dzikich pól” dotyczy płytkiej archeologii – Zbigniew Makarewicz i Ernest Niemczyk podczas sympozjum Wrocław ’70 zaproponowali wykopki, sprawdzenie, co we Wrocławiu kryje się pod ziemią. Można się łatwo domyślić co. Widzimy zresztą próbkę takich poszukiwań. Artyści ujawniali więc to, co w tamtym latach było skrzętnie ukrywane – niemiecką przeszłość miasta. Gdyby udało się wtedy zrealizować ich pomysł, być może pewne rzeczy już dawno mielibyśmy przerobione.

B

Ale „Dzikie pola” to wystawa nierówna, pełna urywających się wątków. Jakby tych kilku lat prężnej działalności Muzeum nie potrafiono przełożyć na formułę dużej, przekrojowej wystawy o historycznym korzeniu. Rzeczy mniej ważne mieszają się z ważnymi, słabe z wybitnymi. Ambicja pokazania wszystkiego i okraszenia całości współczesnymi pracami spowodowała, że gdzieś po drodze gubi się myśl wiodąca, a czołowe postacie wrocławskiej sceny, jak Ludwiński, Grotowski, Jurkiewicz pozostają w cieniu. Najciekawsze momenty wystawy to poezja konkretna, Sympozjum Plastyczne Wrocław ’70 oraz sala, w której przypomniano zorganizowaną staraniem Natalii LL międzynarodową wystawę „Sztuka kobiet”.

Dla jasności należałoby chyba przesunąć granice – tym razem czasowe. Jeśli mowa o tym, że Wrocław po wojnie odradzał się jako nowe miasto, najlepiej uzmysłowiłoby to pokazanie, jak wyglądało tam niemieckie życie kulturalne przed wojną, a przynajmniej niemieckiej kultury materialnej, która przecież we Wrocławiu jest obecna (na czele ze wspomnianym bunkrem-muzeum). To byłby gest otwierający jakąś dyskusję. Znowu bowiem dowiadujemy się, że Wrocław leży na Ziemiach Odzyskanych, ale towarzyszy temu głównie narzekanie, że miasto było traktowane po macoszemu przez władze PRL (tradycyjne wywożenie cegły, opóźnienia w odbudowie), a nowi mieszkańcy długo nie czuli się gospodarzami z prawdziwego zdarzenia. Niemcy to wciąż nieobecne duchy.

Do tego trudny, nieprzepracowany jeszcze temat Ziem Odzyskanych pokazuje się tu w sposób zupełnie nieczytelny, pracami Allana Sekuli, który fotografował amerykańską bazę wojskową w Kiejkutach (Mazury), czy fotografią Rineke Dijkstry, która w 1992 roku sfotografowała polskie dzieci na plaży w Kołobrzegu (Pomorze Zachodnie). To świetne prace, ale do dyskusji o historycznym balaście Wrocławia nic nie wnoszą. Ich obecności widz nie potrafi sobie niczym wytłumaczyć, poza faktem, że pochodzą z kolekcji Muzeum Współczesnego.

Takie operacje stały się jednak kuratorską manierą, mało dziś historycznych wystaw bez „interwencji”. Kuratorzy nie zauważają, jak trudny do przeprowadzenia to zabieg, jak łatwo o banał. Na „Dzikich polach” chyba należałoby jednak zrezygnować z komentowania dzieł historycznych pracami współczesnych twórców. Te pierwsze same się świetnie obronią i nie potrzebują wątpliwych podpórek. A rezygnacja z tych drugich zwolniłaby nieco miejsca, by pełniej opisać niektóre zjawiska. Gdyby usunąć z wystawy prace Sekuli, Daniela Malone’a, Laury Paweli na niczym by „Dzikie pola” nie straciły, a zyskały na klarowności.

C
Przykład tego, jak nie pokazywać sztuki lat 80.

Być może należałoby też zamknąć narrację nieco wcześniej (naturalną cezurą jest rok 1989), zamiast ciągnąć ją do dnia dzisiejszego. Końcówka wystawy z pracami artystów współcześnie tworzących we Wrocławiu to najsłabszy punkt programu. Blado wypadają też lata 80. i nie pomogło wymalowanie poświęconych im sal czarną farbą. To, co było „dzikie”, zamknięto tu w ramkach. Nieproporcjonalnie dużo miejsca zajmuje zaś dokumentacja performatywnych koncertów zespołu Kormorany, który reprezentowany jest na wystawie obszerniej niż jakikolwiek artysta. W innym miejscu Jerzy Grotowski został ledwie liźnięty. Ale całkiem sporo miejsca poświęcono „wrocławskiej szkole plakatu”. To co ważne i wyjątkowe, gubi się w natłoku różnych zjawisk.

Wystawa zdradza ambicje ogarnięcia wszystkiego. Pierwsze skrzypce wiodą sztuki wizualne, ale jest i kącik architektury, i kącik teatru, korytarzyk poświęcony wytwórni filmowej. Każdy segment ma osobnego kuratora. Stąd wrażenie rozbicia wystawy na wiele części oraz opinia krytyków, że miasto napina się jak może, by się pochwalić – „Mamy!”.

Jest pewne stare polskie przysłowie o sześciu kucharkach. Jako wieloskładnikowa zupa „Dzikie pola” również trącą nadmiarem przypraw. Jakby na wystawie ścierały się różnego rodzaju ambicje. Jakby zbyt dużo chciano tu wygrać. I zaznaczyć różnorodność, i ciągłość, i historyczne konteksty, i (rzekomą) dynamikę współczesnej sceny. Prace historyczne pogodzić ze współczesnymi. Krótko mówiąc, wystawie zabrakło szerokiego, spajającego spojrzenia.